Przykazania na nowe czasy (Bądź sobą dla innych)

30.11.05, 00:57
Teksty z "Polityki" - obecnie niedostępne, wygrzebane z mojego, prywatnego,
archiwum.

=====

ADAM SZOSTKIEWICZ

Dziesięć artykułów, które zamieszczamy, to nie jest próba zastąpienia czy
poprawienia Dekalogu. Raczej – próba dyskusji o współczesności i jej
etycznych wyzwaniach. Usiedliśmy po prostu któregoś dnia w redakcji w
dziesięcioro publicystów i postanowiliśmy opisać niepokoje, które na
przełomie roku towarzyszą każdemu z nas, obserwującemu na co dzień – z racji
profesji i specjalności – tę czy inną dziedzinę życia.

W naszej części świata od wieków życie regulują zasady moralne wyryte na
kamiennych tablicach Mojżesza. Ale świat zmienia się coraz szybciej i wielu
ludzi odczuwa potrzebę jakiejś nowej moralności, lepiej dostosowanej do
obecnych realiów, wyzwań i zagrożeń.

Nowa moralność to brzmi wywrotowo. Kto by ją miał ustalać i jakim prawem? Ale
gdy telewizja pokazuje reportaże o eutanazji, dziecięcej prostytucji, o
młodzieżowych subkulturach przemocy, i starsi, i młodsi kręcą się
niespokojnie w fotelach. Podobny lęk budzą doniesienia o korupcjia
przestępczym. A katastrofy ekologiczne? A tajemnicze eksperymenty genetyczne?
A nędza nie gdzieś za oceanem, tylko za płotem lub za rogiem ulicy?

-=% Świat się boi przeprowadzek %=-

Mało kto lubi zmiany. Pewien angielski arystokrata mawiał dawno temu, że
kiedy zmiana jest niepotrzebna, nie należy niczego zmieniać. To kredo
konserwatyzmu i dziś trafia milionom do przekonania.

Społeczeństwo i jego instytucje służą nam przede wszystkim do tego, byśmy
czuli się bezpiecznie. A bezpieczni czujemy się w świecie oswojonym,
uporządkowanym. Lubimy mieć poczucie kierunku, czerpiemy przyjemność z
powtarzania tych samych zachowań. Przeczytać rano gazetę i wypić kawę,
obejrzeć kolejny odcinek serialu, pójść do kościoła w niedzielę, a po mszy
zagłosować lub wybrać się na mecz czy do kina. Lewica czy prawica, prawie
wszyscy mamy swoje przyzwyczajenia. Konserwatyści czy liberałowie, chodzimy
do szkoły czy pracy i wracamy do domu zwykle tą samą trasą. Musi zdarzyć się
coś dramatycznego, byśmy zrezygnowali z naszych przyzwyczajeń.

W początkach drugiej wojny światowej w Anglii w ramach powszechnej
mobilizacji stawiła się do dyspozycji Jego Królewskiej Mości pięcioosobowa
załoga obsługująca armatkę pamiętającą jeszcze wojnę burską w Afryce
Południowej. Podczas ćwiczeń bateria zachowywała się niezrozumiale: na trzy
sekundy przed odpaleniem pocisku dwóch artylerzystów stawało na baczność.
Dowódcy baterii, emerytowanemu pułkownikowi, kazano wytłumaczyć zagadkę. – Ci
dwaj przytrzymują konie za uzdę, żeby wybuch ich nie spłoszył.

Ale koni bateria nie miała. Sędziwe wiarusy miały we krwi odruch sprzed bez
mała pół wieku. „Dlatego – pisze amerykański socjolog Robert Nisbet – żeby z
sensem mówić o zmianie społecznej, trzeba najpierw zrozumieć społeczne
znaczenie tradycji, przyzwyczajeń, utrwalonych wzorców postępowania”.

Lęk przed zmianą jest niezależny od ustroju i epoki. Zapytajcie Amerykanina,
Polaka czy Chińczyka, czego obawia się najbardziej, a odpowie: śmierci,
rozwodu kogoś bliskiego i przeprowadzki. Przeprowadzkę można rozumieć
rozszerzająco: jako upadek świata uporządkowanego według zrozumiałych dla nas
reguł. Zapominają o tym nie tylko wyznawcy wszelkich odmian inżynierii
społecznej, ale także zbyt gorliwi entuzjaści postępu. To wszystko ma też
wpływ na nasze poglądy moralne. Z tego, że mało kto przestrzega w stu
procentach zasad, które wyznaje, nie wynika wcale, że je odrzuca. Jeśli więc
z badań socjologów wynika, że zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie
współczesnej Europy coraz więcej ludzi uważa Dekalog za oderwany od realnego
życia, trzeba te badania traktować bardzo ostrożnie.

Wyniki podobnych badań w Niemczech skłoniły tygodnik „Stern” do próby
ułożenia „nowego dekalogu”. Skoro w połowie lat 90. aż 63 proc. Niemców
zachodnich i 72 proc. wschodnich oczekiwało „diametralnej przemiany
moralności”, redaktorzy uznali, że pora odpowiedzieć na to społeczne
zapotrzebowanie (zob. „Forum” 3/02). „Dla większości ludzi słowa Biblii są
twarde jak kości, zasadnicze, nieprzejednane i całkowicie anachroniczne” –
wyrokował „Stern”. Ale przyznał zarazem, że im rzadziej znajduje się dziś
etyczne reguły będące oparciem dla społeczeństwa, tym większa za nimi
tęsknota – „z wartościami jest jak z kawiorem: im rzadsze, tym cenniejsze”.

Współcześni moraliści wiedzą, że nie ma powrotu do dawnej jedności religijno-
etycznej, ale obawiają się zarazem rozpadu więzi społecznej. Jak zarazem mieć
i zjeść ciastko? Jak chronić wielość stylów życia i światopoglądów, a
jednocześnie sprawić, by ludzie czuli się w tak poszatkowanym świecie u
siebie?

W moralnej teologii chrześcijańskiej Dziesięcioro Przykazań wyznacza jakby
przestrzeń ludzkiego dobra – wszystko, co jest poza nią, należy do sfery zła.
Przykazania są przede wszystkim zakazami, żeby człowiek – jako kierowca swego
życia – nie wjechał tam, gdzie czyha diabelski patrol z mandatem. Dekalog
jest minimum, bo wyznacza tylko dolną granicę ludzkiego postępowania. Nie
zabrania czynić więcej niż tylko przestrzegać zakazów. Wierzący może – a
nawet powinien – dążyć do doskonałości.

A niewierzący może w Dekalogu znajdować inspirację do swoich przemyśleń
etycznych. Na tej zasadzie Jarosław Makowski rozmawiał niedawno o
przykazaniach z luminarzami polskiej kultury. Dziesięć Przykazań streścił w
słowach-kluczach: bałwochwalstwo, słowo, świętowanie, szacunek, zabójstwo,
czystość, złodziejstwo, kłamstwo, pożądanie, własność – i pytał o ich
interpretację w świecie współczesnym („Dziesięć słów. Rozmowy o Dekalogu”wink.
Prof. Janusz Tazbir w rozmowie o szacunku (IV Przykazanie) stwierdza: „Nie
jestem pewien, czy dziś mamy do czynienia z upadkiem wartości, łamaniem
ludzkich praw. Przeciwnie: szacunek do ludzkiego życia mimo rozbuchanej
wolności jest respektowany. A to, że istnieją fanatycy, którzy porywają
samolot, by zabić tysiące niewinnych ludzi, wcale mnie nie dziwi. Zawsze tak
było”.

-=% Zgodnie, choć inaczej %=-

W wolnym społeczeństwie żyjemy wśród ludzi, którzy mają prawo żyć inaczej niż
my, byle tylko nie używali przemocy. Mają swoje kodeksy etyczne (patrz
ramki), swoje hierarchie wartości. Rzadko kiedy różnią się one radykalnie,
najczęściej są wariantami i adaptacjami systemów dominujących.

Żaden z tych kodeksów nie podważa Dekalogu. Inaczej rozkładają się akcenty.
Mniej jest w nich twardej mowy, kategoryczności, więcej partnerskiej
perswazji: jesteś wolny, dobrze, ale zastanów się, jaki robisz użytek ze
swojej wolności, jak to wpływa na innych? Możesz wierzyć w Boga lub nie, ale
czy lubiłbyś, gdyby inni robili ci coś, czego nie lubisz? Więc i ty staraj
się nie robić innym tego, co przykre dla ciebie.

W odczuciu coraz większej liczby ludzi tak wygląda minimum etyczne naszych
czasów. Dekalog wydaje im się – inaczej niż teologom moralnym – nie dolną,
ale górną granicą ludzkiego postępowania – w najlepszym razie odległym
ideałem, częściej – utopią, czasami – kagańcem nałożonym naturze ludzkiej.

Ludzie gotowi są więc do dyskusji, ale nie chcą, by ktokolwiek narzucał im
nowe kodeksy moralne. Zaakceptują raczej to, co pokrywa się z ich codziennym
doświadczeniem i nie zrywa radykalnie z ich obrazem świata. Dlatego
kontestacja lat 60., choć odmieniła społeczeństwa zachodnie nieodwracalnie,
nie zdołała przerobić wszystkich na permanentnych rewolucjonistów
politycznych i obyczajowych.

Jej działacze, kiedyś anarchiści i trockiści, to dziś w większości lewicowi,
a nawet konserwatywni liberałowie. Zrezygnowali z ambicji, by
stworzyć „nowego czł
    • grgkh Przykazania na nowe czasy - c.d. 30.11.05, 00:59
      W odczuciu coraz większej liczby ludzi tak wygląda minimum etyczne naszych
      czasów. Dekalog wydaje im się – inaczej niż teologom moralnym – nie dolną, ale
      górną granicą ludzkiego postępowania – w najlepszym razie odległym ideałem,
      częściej – utopią, czasami – kagańcem nałożonym naturze ludzkiej.

      Ludzie gotowi są więc do dyskusji, ale nie chcą, by ktokolwiek narzucał im nowe
      kodeksy moralne. Zaakceptują raczej to, co pokrywa się z ich codziennym
      doświadczeniem i nie zrywa radykalnie z ich obrazem świata. Dlatego kontestacja
      lat 60., choć odmieniła społeczeństwa zachodnie nieodwracalnie, nie zdołała
      przerobić wszystkich na permanentnych rewolucjonistów politycznych i
      obyczajowych.

      Jej działacze, kiedyś anarchiści i trockiści, to dziś w większości lewicowi, a
      nawet konserwatywni liberałowie. Zrezygnowali z ambicji, by stworzyć „nowego
      człowieka”, zachowali nieufność do dogmatów i instytucji. Jeden z uczestników
      paryskiego maja 1968 r., historyk Stephane Courtois, nazywa po latach „czerwoną
      książeczkę” Mao arcydziełem propagandy. „Dopiero kiedy zająłem się historią
      komunizmu – dodaje w wywiadzie – zorientowałem się, jak bardzo rewolucja
      kulturalna była zbrodnicza”. Ale w życiu prywatnym Courtois nie nawrócił się na
      moralność mieszczańską. „Brać oficjalnie ślub to dla nas znaczyło uznać
      państwo, ukorzyć się przed nim. A co państwo ma do tego, że ktoś żyje z jakąś
      Maszą? – I nadal pan tak myśli? – Nadal, choć mam od ponad 20 lat tę samą
      towarzyszkę życia, mamy trzy udane córki i jesteśmy kochającą się rodziną. Może
      to taka mentalność części mojej generacji”.

      -=% Autentyzm a obowiązek %=-

      Znakomity kanadyjski filozof Charles Taylor, ulubieniec ks. prof. Józefa
      Tischnera, wymienia trzy bolączki nowoczesności. Pierwsza: utrata sensu, czyli
      zanik horyzontu moralnego, nadającego naszemu życiu spójność i kierunek. Druga:
      kasacja celów innych niż przeliczalne na konkretne osiągnięcia i to według
      zasady – maksymalny zysk przy możliwie najmniejszych kosztach. Trzecia: utrata
      wolności, to znaczy poczucie bezsilności wobec mechanizmów państwa i władzy.

      Nie myślcie jednak, że diagnoza Taylora to zrzędzenie obrońcy utopii starego
      dobrego świata sprzed epoki Oświecenia, rewolucji przemysłowej, deklaracji praw
      człowieka i obywatela. Taylor jest wnikliwym obserwatorem współczesnej
      kultury. „W odróżnieniu od entuzjastów – wyznaje – nie wierzę, że wszystko jest
      w tej kulturze takie, jak być powinno. Lecz w przeciwieństwie do jej
      antagonistów sądzę, że autentyczność jako ideał moralny należy potraktować
      poważnie”.

      „Autentyczność” – to jest sedno etycznych sporów naszego czasu. Taylor
      twierdzi, że klasyczna etyka liberalna przybiera dziś postać etyki
      autentyczności. Jej motto brzmi: Zabrania się zabraniać. Be yourself – bądź
      sobą. Do your own thing – rób swoje.

      Inny współczesny filozof zachodni Francuz Luc Ferry, obecnie minister edukacji
      w rządzie centroprawicy, wyciąga z tej dewizy takie wnioski: „Odkąd zabroniono
      zabraniać, wszelkie nakazy uznawane są za represje, jednostka staje się sama
      dla siebie normą”. Niby nie ma już żadnych nakazów, ale jeden pozostaje –
      samorealizacji! Jak jednak pogodzić ten kult indywidualizmu z poczuciem, że ma
      się jakiekolwiek społeczne obowiązki?

      „Obowiązek” – to drugie słowo-klucz, o które toczy się spór. Wszystkie wielkie
      zachodnie tradycje etyczne – włącznie z klasycznym liberalizmem – operują
      pojęciem obowiązku. Ale etyka autentyczności ma z nim kłopot. W imię czego mam
      na przykład trwać w związku, z którego nie odczuwam już satysfakcji? Mówią mi:
      bądź sobą! Czuję, że związek, rodzina, nawet dzieci, mi w tym przeszkadzają. Co
      robić? Czy nie mam prawa do własnego rozwoju?

      -=% To jeszcze nie koniec %=-

      Jak doszło do tego przekształcenia etycznego? To fragment większego procesu
      cywilizacyjnego. Najpierw, pod naporem idei Oświecenia, nastąpił rozdział
      Kościoła i państwa, a zorganizowaną religię jako siłę moralną zaczął zastępować
      racjonalizm i świecki humanizm. Ale był jeszcze między nimi ważny punkt
      styczny: wierzący czy nie – mieliśmy obowiązki wobec rodziny, zbiorowości,
      ojczyzny, historii. I w imię tych obowiązków gotowi byliśmy czegoś się wyrzec,
      coś poświęcić, nawet życie.

      Mniej więcej pół wieku temu społeczeństwa zachodnie ogarnęła druga fala
      sekularyzacji. Pokój, dobrobyt, swoboda, jakie zapanowały w świecie zachodnim
      po drugiej wielkiej wojnie, były podłożem tej przemiany moralnej. Świat wydawał
      się całkowicie bezpieczny i dobrze naoliwiony. Upadek muru berlińskiego i
      narodziny demokracji w Europie pokomunistycznej potęgowały to poczucie końca
      historii, także historii moralnej. Wszystko będzie dobrze, jeśli inne narody w
      innych częściach świata pójdą w nasze ślady. Dopiero koszmar wojen bałkańskich
      w pierwszej połowie lat 90. zachwiał świetnym samopoczuciem liberalnego
      Zachodu. A 11 września zadał mu cios jeszcze głębszy.

      Jak ma się zachować liberalna demokracja wobec tych, którzy chcą w niej żyć,
      ale nie chcą przyjąć jej wartości? Nienawidzą jej systemu, przyciąga ich tylko
      dobrobyt. A co więcej: oni nie widzą związku między demokracją liberalną a
      dobrobytem.

      Kłopot jest nie tylko z muzułmanami. Nowoczesne społeczeństwo otwarte bywa też
      odrzucane przez grupy rdzennych obywateli, którzy czują się w nim niemal tak
      samo obco jak nowo przybyli imigranci, choć z innych powodów (między innymi
      właśnie z powodu imigrantów). U nas przykładem może być rzesza wielbicieli
      Radia Maryja. Demokracja liberalna przyznaje takim ludziom pełne i równe prawa,
      a oni tą samą demokracją głęboko gardzą. Co począć z tym paradoksem?

      Zachód dyskutuje o tym wszystkim bez kompleksów. Zabawy takie jak „nowy
      dekalog” „Sterna” są odpowiedzią na palącą potrzebę społeczną. Czy może być
      coś, co połączy etykę autentyczności z etyką obowiązku? W Ameryce z tych
      dociekań narodził się 20 lat temu tak zwany komunitaryzm (od community,
      wspólnota). Komunitarianie jak wyznawcy etyki autentyczności chcą bronić praw
      jednostki do rozwoju i samorealizacji, ale dla równowagi wiążą je z obowiązkami
      wobec społeczeństwa na różnych jego szczeblach, a przede wszystkim na
      szczeblu „małych ojczyzn”.

      Te zachodnie dyskusje to dla nas w pewnym sensie głosy z przyszłości. W Polsce
      procesy, których te spory etyczne dotyczą, dopiero się zaczynają. W latach 80. –
      gdy w Ameryce fermentowały idee komunitarian – spory odłam naszego
      społeczeństwa trzymał się tradycyjnej etyki obowiązku. Za jej formę można uznać
      etykę solidarności, o której pięknie pisali ks. Józef Tischner i socjolog
      Ireneusz Krzemiński. Łączyli ją z tym co najlepsze w chrześcijaństwie. To miał
      być nasz wkład w moralną historię współczesnej Europy. Co dziś zostało z etyki
      solidarności?

      Ojciec Maciej Zięba, najbardziej wpływowy kościelny komentator myśli społecznej
      papieża i Kościoła, pisząc o „minimum etycznym” w wolnej już Polsce zamiast o
      solidarności musiał rozpisać się o korupcji. „Uczciwość i sprawiedliwość,
      gwarantujące równość podmiotów i dotrzymywanie umów, są absolutnie i
      bezwzględnie konieczne do życia wolnego społeczeństwa”.

      W etyczne tarapaty społeczeństwa zachodnie wpadały na kolejnych skrzyżowaniach
      historii. Przez długie wieki Europa (Zachód) wypracowała trzy główne kanony
      etyczne: najpierw starogrecką i rzymską etykę dobra publicznego, cnoty i
      honoru, później etykę chrześcijańską, czerpiącą z Dekalogu i ewangelicznego
      Kazania na Górze, wreszcie w czasach nowożytnych liberalną etykę
      indywidualizmu, swobód obywatelskich i praw człowieka. Te trzy tradycje karmiły
      się sobą nawzajem.

      Propozycja, którą przedstaw
    • grgkh Przykazania na nowe czasy - c.d.2 30.11.05, 01:02
      Propozycja, którą przedstawiamy na dalszych stronach – rodzaj minikodeksu
      przyzwoitego życia na co dzień – to głos w tej dyskusji. Kamiennych Tablic nie
      ruszamy. Proponujemy wspólny namysł, czy da się ustalić takie „minimum
      etyczne”, na które moglibyśmy się zgodzić ponad podziałami światopoglądowymi.

    • grgkh 1. Bądź pobłażliwy - (1) 30.11.05, 01:13
      MAREK OSTROWSKI

      Za późno się zorientowałem, że wybrałem chyba najgorszy temat. Bądź
      tolerancyjny, wyrozumiały, pobłażliwy dla ludzkich słabości – proszę,
      przykazanie nowoczesne, samo słowo z górnej półki: tolerancja, elegancja,
      inteligencja. Chwilę się rozejrzałem i zrozumiałem swój głupi zapał. Jak tu
      pisać ładnie o tolerancji, kiedy akurat jest moda na „zero tolerancji”. W Nowym
      Jorku William Bratton, superglina, zaprowadził spokój dzięki „zerowej
      tolerancji” dla chuliganów, w amerykańskim episkopacie chwalą się „zerową
      tolerancją” dla wybryków księży, a szkoły ogłaszają „zero tolerancji” dla
      miękkich narkotyków. Tak to już weszło w krew, iż zamiast przykazania „Bądź
      tolerancyjny”, trzeba by ogłosić konkurs: wymyśl nowe „zero tolerancji”.

      -=% Australijski tygiel %=-

      Tolerancja, jako cnota, wypłynęła na fali wojen religijnych w XVII w. Wolter
      potrafił powiedzieć o adwersarzu: kompletnie się nie zgadzam z jego poglądami,
      ale jestem gotów oddać życie, aby tylko i on miał możność ich głoszenia.

      W naszej epoce tolerancja dla odmienności, inności, różnorodności wzięła się z
      przemieszania kultur. Opowiadał mi ambasador Australii w Polsce anegdotę
      polityczną. Szedł z wizytami u początku misji, a nasi dygnitarze nuż mu
      wychwalać Polskę jako kraj bezpieczny, jednorodny narodowo, w granicach
      etnicznych, w domyśle – bez tego tałatajstwa, wiecie o czym mówię. Otóż
      Australia dzierży rekord świata, bo najwięcej (ponad 25 proc.) jej obecnych
      obywateli urodziło się za granicą. Australia (również dzięki myśli i energii
      naszego rodaka prof. Jerzego Zubrzyckiego), wymyśliła politykę
      wielokulturowości jako nową podstawę budowania (nowego) narodu choćby dlatego,
      że ma dziesiątki nacji, języków, religii i kuchni. Co więcej, szczyci się tym
      pomysłem, jest z niego dumna, toteż ambasadora zupełnie zatkało, że można się
      szczycić monokulturą Polski.

      Wielość i różnorodność australijskich twarzy (POLITYKA 1/2000) zakłada
      tolerancję, a więc konieczność dialogu, konieczność wytworzenia wzajemnego
      zaufania jako podstawy budowania „kapitału społecznego”. W Polsce w dużym
      stopniu religia, a w każdym razie język są spoiwem narodu. Toteż trudno nam
      pojąć – żeby już zostawić Australię w spokoju – taką Konfederację Szwajcarską,
      złożoną z ludzi o czterech odmiennych językach ojczystych, dwóch lub trzech
      religiach, których protagoniści chętnie się jeszcze niedawno wyrzynali, oraz
      samodzielnych prawnie, różnorodnych gminach i kantonach. Po co im w takim razie
      Konfederacja? Otóż jej najważniejszym celem nie jest żadna jedność, lecz
      ochrona różnic. Po to się zjednoczyli, by lepiej razem dbać o swoje odmienności
      wewnątrz. Konfederacja dla tolerancji. Nie tylko na szczeblu politycznym.
      Zmarła niedawno wielka ich filozof z Genewy Jeanne Hersch osobiście mi
      tłumaczyła, jak do każdego zrzeszenia, towarzystwa, choćby nawet
      przedsięwzięcia sąsiedzkiego pieczołowicie dobierają inicjatorów, zawsze muszą
      być ludzie z odmiennymi językami, najlepiej też po równo katolików i
      protestantów. I to w praktyce działa.

      Po 11 września jeszcze pilniejsza w świecie stała się potrzeba rozróżnienia
      szaleńczego i krwawego terroryzmu oraz zwyczajnego islamu. Zwyczajny islam to
      zwyczajni ludzie, mieszkają gdzieś, nikomu nie wadząc, na przykład w Polsce we
      wsiach potatarskich, resztka prześwietnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów,
      niezłego wzoru spokoju i tolerancji.

      -=% Nasi obcy %=-

      W Polsce nie ma ani australijskich aborygenów, ani szwajcarskich kantonów;
      jeśli nie liczyć małych mniejszości i obcokrajowców, dla których tolerancja
      wyraźnie wzrosła, kto występuje w dyżurnej roli podmiotu do tolerowania?
      Wiadomo. Cyganie, Żydzi, mniejszości religijne, kocia wiara, geje, komuchy,
      wałęsiaki, ostatnio unici, eseldery, wiocha, dla wsiowych – miastowi, zgniłe
      liberały, feministki i także, co tu mówić – kalecy, niech sobie gdzieś żyją,
      ale niech nie wychodzą przed oczy, tylko trzeba im pomagać.

      Jeśli sprawę sprowadzać do wspólnego mianownika, to całe rzesze naszych rodaków
      nie są nawykłe do „inności” i nie radzą sobie z taką sytuacją. A jeszcze
      dodatkowy kłopot, że nie tolerują pouczeń. W Polsce nie zrobiło kariery
      pojęcie „politycznej poprawności”. Mówi się o tym ironicznie. Ale dlaczego?
      Przecież „polityczna poprawność” to tylko troska, by komuś niepotrzebnie nie
      robić przykrości. Zapewne zwykli ludzie nie lubią być poprawiani ani
      musztrowani. Jak im te liberały mówią, że to trzeba nowocześnie, politycznie
      poprawnie, łagodnie, to lekcja jest odrzucana, bo mało kto lubi stwierdzić, że
      nim dyrygują. On ma własną godność i lepiej, żeby sam do tego doszedł. Może się
      wydawać, że upłynie czas i ludzie przestaną irytować siebie nawzajem, zapanuje
      duch tolerancji – rasowej, politycznej, obyczajowej. Nie – ostrzega nasz
      ulubiony historyk Theodore Zeldin: tolerancja jest jak płomień, który jaśnieje
      w chwilach błogostanu i dobrobytu, wszystko wydaje się toczyć pomyślnie, tak iż
      nie ma zapotrzebowania na kozły ofiarne. Nigdy nie jest kuracją trwale leczącą
      z nienawiści czy pogardy. Zalecanie jej ludziom upokorzonym, oburzonym czy
      zdesperowanym zawsze okazuje się bezskuteczne.

      -=% Tolerancja wobec tolerancji %=-

      Mimo to najlepiej byłoby w Polsce zabiegać o większą tolerancję. Ale i sama
      tolerancja pada ofiarą nietolerancji, bo nie byle kto, a profesor filozofii na
      Uniwersytecie Jagiellońskim Ryszard Legutko sporo namieszał, kiedy w 1993 r.
      opublikował książkę „Nie lubię tolerancji”. Książki nie sposób sprowadzić do
      dwóch linijek, ale na pewno w tym Legutko ma rację, że – paradoksalnie –
      tolerancja wprowadza miszmasz; jeśli tyle tolerujemy, to jakiż jest nasz
      stosunek do świata? Tolerancja niszczy odcienie i niuanse, „zabiła – pisze
      Legutko – takie pojęcia jak wyrozumiałość, otwartość, pojednawczość,
      pobłażliwość, życzliwość, poczucie sprawiedliwości, dobre wychowanie oraz wiele
      innych cnót i postaw”, które dotyczą bardzo różnych sytuacji.

      No i coś w tym jest. Jeśli nie wiem, jak problem rozsupłać, to pytam o radę
      prof. Jacka Hołówkę, filozofa, z kolei profesora Uniwersytetu Warszawskiego.
      Tolerancja – może być, ale lepiej rzecz uporządkować. Mamy dwa poziomy
      oczekiwań wobec innych ludzi. Jeden wysoki, aprobaty – odnosi się do rodziny,
      własnego środowiska, przyjaciół, własnej korporacji, kodeksu zawodowego.
      Oczekuję, że osoby z tego kręgu będą się tak zachowywać, że zyskują moją ciągłą
      aprobatę. Jestem wobec nich rygorystyczny, stawiam wyżej poprzeczkę, imponuje
      mi, że przestrzegają surowszych reguł. Drugi poziom – już niższy: tolerancja od
      łacińskiego tolerare – znosić, wytrzymywać, czyli raczej akceptacja, godzenie
      się trochę z musu. Arabski szejk składa wizytę w Polsce i przywozi cztery żony.
      Nie rozumiem tego, a zwłaszcza nie rozumie tego moja żona. I nie aprobujemy.
      Ale – tłumaczę jej – nie musisz aprobować, to inna kultura, nam niedostępna,
      nawet chyba jakaś odlotowa. Ale nie stanowi złamania lokalnych norm, zatem
      akceptujemy jego wizytę i nie robimy niestosownych uwag, a już na pewno nie
      ciągamy go na komisariat za bigamię. Podobnie z gejami. Nie rozumiem ich
      przyjemności, nie należy to do mojego stylu życia. Ale akceptuję ich wokół
      siebie i pozostawiam ich praktyki w milczeniu. Nie komentuję. Nie oburzam się.
      Ale też nie powinienem obśmiewać ich za plecami ani organizować bojkotu.
    • grgkh 1. Bądź pobłażliwy - (2) 30.11.05, 01:16
      -=% Chwilowa manifestacja kontrkultury %=-

      Zdecydowanie gorzej jest ze zjawiskami wyraźnie dokuczliwymi. Na przykład
      ogoleni z włosów, w buciorach, jeżdżący wieczorami na motocyklach bez tłumików.
      Nie chcę się z nimi przyjaźnić, mam inne rozrywki, nie przyjdę do nich z torbą
      puszek piwa, nie budzą mojej aprobaty. Ale cóż, jestem tolerancyjny. Oni też
      mają prawo do rozrywek, muszę dać im szansę. Akceptuję w milczeniu. Tak jak z
      niewydarzonymi artystami. Muszą mieć szansę na twórczy bunt, chcą kontestować
      moją kulturę, epatować mnie szampańską pomysłowością, obrzucać błotem to, co
      cenię i lubię, burzyć mój staromodny ład. Jestem tolerancyjny nie na poziomie
      aprobaty, lecz psiakrew tolerare. Niech chłopcy plują na święte obrazy. Ale
      zaraz, zabawa motocyklowa trwa już nie kwadrans, lecz godzinę, hałas nie do
      wytrzymania, twórczy niepokój artysty zapełnia całą galerię bez reszty, nie
      zostawiając nikomu już miejsca. Dzwonię na policję. Tolerare za długo.
      Kwadrans – dobrze, pół godziny – zniosę, potem: nie ma tolerare.

      Jeśli to tylko chwilowa manifestacja kontrkultury, możemy wiele ścierpieć.
      Gorzej, jeśli czyjeś odmienne obyczaje narażają nas na dużą stratę. Wtedy i
      uniwersytecki wykładowca tolerancji musi się dobrze zastanowić, co doradzi.

      Klasyczny przykład – do dobrej dzielnicy sprowadza się sąsiad odmiennego koloru
      skóry, hałaśliwy, z gromadą dzieci, które mażą po ścianach i siusiają, gdzie
      popadnie. Po pewnym czasie ściągają inni, a wartość twego domu spada o połowę.
      Drugi przykład z tej kategorii to małżeństwo. Było miło, ale potem okazało się,
      że mąż to leń i pijak. Nawet nie bije, ale nie ma pieniędzy i często wymiotuje,
      co nie użyźnia kwiatu uczucia. Jak w tych warunkach stosować hasło tolerancji,
      nawet na niższym poziomie oczekiwań, pogodzenia się z losem? No więc: nowych
      sąsiadów nie wolno prześladować ani zastraszać, na przykład – jak to bywa w
      Ameryce – strzelając im w nocy z samochodu w okna albo potajemnie umieszczając
      śmierdzące race w ich ogrodzie. Męża też nie można otruć ani wypchnąć z
      balkonu. Ale to już inna postać tolerancji – cierpienie. Życie to nie jest
      bajka, to bitwa. W pierwszym wypadku można się wyprowadzić, w drugim –
      rozwieść. Trudno, los nas dopadł.

      -=% Termometr do pobłażania %=-

      Słowem, tolerancja jest jak temperatura powietrza – ma całą skalę stopni. Skalę
      można do woli rozbudować i w ten sposób przywrócić pojęcia, o które upomina się
      Legutko: wyrozumiałość, pobłażliwość i tak dalej. Finansiści, którzy są ludźmi
      praktycznymi, ale i niepozbawionymi wyobraźni, wymyślili cały międzynarodowy
      system ratingów. Dla oceny wiarygodności klienta mają skalę złożoną z liter
      alfabetu, im więcej pierwszych liter, tym wyższa ocena: AAA – bardzo dobrze,
      nie można lepiej. AA – bardzo dobrze. BBB – nieźle, ale można tolerować. B – z
      ryzykiem i tak dalej. DDD – won, żadnej tolerancji. No i tak możemy tolerancję
      zróżnicować. Kowalski – BAA, Małysz – BBB+, a Saddam – poza rankingiem.

      Oczywiście tolerancja może istnieć tylko dla zachowań w granicach prawa. Pod
      hasłem tolerancji nie można tolerować przestępstw, łajdactwa, niegodziwości.
      Tolerancja dla bezprawia jest propozycją antyspołeczną i przykładem groźnej
      krótkowzroczności. To całkiem jasne. Nie można tu wprowadzić skali: za duże
      kradzieże karzemy, na mniejsze przymykamy oko. Co innego, kiedy bezprawie
      dzieje się daleko. Czasem musimy je tolerować – w znaczeniu żyć ze
      świadomością, że nic nie zrobimy, by świat poprawić. Jest to też czas, kiedy
      prezydent Bush nie toleruje i, jak słyszymy, nie zamierza tolerować Saddama
      Husajna. Jeśli jednak Husajn to tylko zwykły tyran i jeśli nie można mu niczego
      arcygroźnego udowodnić, to trzeba go tolerować tak samo, jak tolerowano innych
      tyranów. Był ich cały poczet w XX w.: budzili odrazę, potępienie, niechęć,
      mogliśmy ubolewać, wyśmiewać, ale tolerowaliśmy ich istnienie i nie wysyłaliśmy
      wojsk, aby się ich pozbyć.

      Z okazji świąt nie mogę tu pominąć uwagi, którą przesłał mi mój syn Rafał, też
      cholera filozof, o znacznie wyższej duchowości niż jego ojciec. W swojej glosie
      zaznacza, że samo pojęcie tolerancji jest w istocie obce tradycji
      chrześcijańskiej, niezgodne z jej duchem. Tolerancja jest swego rodzaju
      obojętnością na los bliźniego, póki nie wejdzie nam on ze swymi brudnymi
      buciorami do naszego ogródka. Jest odseparowaniem się od bliźniego, próbą
      izolacji od człowieka od nas różnego, którego nie życzymy sobie mieć w pobliżu,
      a co najwyżej tolerare z daleka. Na to nie chce przystać chrześcijanin.
      Pojęciem chrześcijańskim, które obywa się bez pojęcia tolerancji, jest miłość,
      która pragnie pomóc bliźniemu, usunąć z jego duszy zło, chce mu ulżyć w życiu
      poprzez nawrócenie. No to co mam zrobić? Szczęśliwego Nowego Roku! Nie będziemy
      chyba nawracać Saddama?
    • grgkh 2. Bądź solidarny - (1) 30.11.05, 01:25
      Zrzuciliśmy z siebie obowiązek pomagania: słabszym, potrzebującym, pomiatanym.
      Raz do roku – Owsiak. Resztą niech się zajmie państwo.

      ZDZISŁAW PIETRASIK

      O solidarności najpiękniej pisałoby się językiem sentymentalnym, zwłaszcza
      gdyby w komputerze była czcionka zwana niegdyś solidarycą. Niestety, jest to
      pismo zapomniane i tylko nieliczni pamiętają jeszcze, jak ono wyglądało.
      Powstało w czasie strajków sierpniowych 1980 r., a zastosowane zostało po raz
      pierwszy w logo (czy wówczas używaliśmy już tego słowa?) Solidarności: litery
      użyte do zapisania nazwy rodzącego się ruchu przypominały zwartą grupę ludzi,
      nad którymi powiewała biało-czerwona flaga. Potem tzw. solidaryca się
      spospolitowała, ale oryginał naprawdę idealnie wyrażał nastroje chwili, a
      wkrótce stał się ikoną kolejnego narodowego zrywu.

      Wszyscy mieli być razem, zjednoczeni przeciw „onym”, czyli wyalienowanej
      władzy, coraz bardziej przerażonej sytuacją, w której lud woła nie tylko o
      mięso, ale także o swobody twórcze dla artystów. Ziściło się marzenie poety
      romantycznego, który w swych wizjach widział cud – „z polską szlachtą polski
      lud”. I lud ze szlachtą, czyli inteligencją, wchodził do komitetów strajkowych,
      razem pisał postulaty i programy projektujące lepszą przyszłość. W powstającej
      wówczas utopii państwa idealnego wszyscy mieli być traktowani podmiotowo, w
      jednakowym stopniu korzystać z „niezbywalnych praw”. Miał to być
      przecież „socjalizm z ludzką twarzą”. Władzy, pokazującej znacznie brzydszą
      twarz, zarzucano nie tylko to, że źle rządzi, lecz przede wszystkim, że
      postępuje nieetycznie, np. bogacąc się nieprzyzwoicie. W negatywnym portrecie
      psychologicznym człowieka reżimu znajdowały się tak odrażające cechy jak:
      egoizm, rozrzutność, pycha, brak wrażliwości na biedę i krzywdę, izolacja od
      świata, w którym żyją zwyczajni obywatele.

      W III RP wchodziliśmy z dwuwierszem Ernesta Brylla na ustach, zaczynającym się
      od słów: „Jesteśmy wreszcie we własnym domu...”. Już wkrótce miało się okazać,
      że ów dom dzieli się na lepsze i gorsze piętra oraz sutereny. Utopia szybko
      prysła, jak każda utopia, i żałośnie mało zostało z marzeń o tym, iż w wolnej
      Polsce będziemy piękni, bezgrzeszni i solidarni. Zwiększają się niebezpiecznie
      odstępy między literami tworzącymi niegdyś napis Solidarność, samo zaś słowo
      staje się nieczytelne.

      -=% Szkoła egoizmu %=-

      O solidarności najrozsądniej byłoby dziś mówić językiem pedagogiki, niestety,
      praktyka ta nie jest stosowana, ponieważ współczesne szkoły zamieniają się z
      wolna w szkoły egoizmu. I to już od podstawówek poczynając. Nikt nie rozpacza z
      tego powodu, ale właśnie ostatecznie kończy się przygoda młodzieży z
      harcerstwem, które przez dziesięciolecia uczyło, iż nie tylko należy
      przeprowadzać staruszkę przez ulicę, ale w ogóle służyć słabszym. Pamiętam
      wywiady z niektórymi działaczami pierwszej Solidarności, którzy przypominali
      sobie, iż szlachetnych zasad służby społecznej uczyło ich właśnie harcerstwo.
      Teraz młodzi ludzie, zawczasu projektujący kariery, na zabawy w harcerstwo nie
      mają nawet czasu.

      Dzisiaj nie wychowuje do solidarności ani szkoła, ani rodzina. Socjolodzy piszą
      o nowym typie karier, o tzw. family-mademanach, czyli młodych ludziach, którzy
      szybko wspinają się na szczyty drabiny społecznej, od najwcześniejszych lat
      korzystając z rodzinnych zasobów finansowych i pozycji społecznej rodziców. Nie
      wykazują przy tym zainteresowania losami roczników z rodzin biedniejszych, nie
      korzystających na starcie z żadnych ułatwień. Drogi między nimi rozchodzą się
      coraz wcześniej, rozwija się bowiem system ekskluzywnego szkolnictwa
      komercyjnego – wychów przyszłych elit.

      W zestawie wartości przydatnych, wpajanym nowym pokoleniom, hasło solidarności
      społecznej zostało wyparte przez system przydatnych zasad, przejmowanych wprost
      z etosu zachodnich klas średnich. Ostatecznie stracił atrakcyjność dawny
      inteligencki styl życia, który do końca realnego socjalizmu pełnił funkcje
      wzorotwórcze, stanowiąc przedmiot społecznych aspiracji. Młody inteligent,
      także z awansu, jeśli nawet nie czytał „Rodowodów niepokornych” Bohdana
      Cywińskiego, wiedział, iż w tradycji tej warstwy była zawsze troska o
      słabszych, biedniejszych, odrzuconych. Znał natomiast parę wierszy Zbigniewa
      Herberta i zapamiętał, co Pan Cogito mówił o „potędze smaku”, która zastępuje
      busolę moralną w życiu społecznym.

      Pionierzy kapitalizmu nie muszą już sobie przyswajać tego katechizmu. Paweł
      Śpiewak w wywiadzie zamieszczonym w „Rozmowach na nowy wiek” Katarzyny
      Janowskiej i Piotra Mucharskiego konstatuje: „Razem z nowym pokoleniem
      nadchodzi też zmierzch formacji inteligenckiej. To jest formacja, która dobrze
      odegrała swoją rolę w okresie międzywojennym, w czasie wojny i po... Bez tej
      formacji nie mogłoby być KOR-u i opozycji... Stanowiła ona w pewnej mierze o
      tożsamości Polski”. A dalej socjolog odpowiada na zadane sobie pytanie: „Cóż
      młodzi mieliby zrobić z inteligenckim etosem? Uderza mnie wśród studentów,
      najlepszych zresztą, owo przebieranie nogami, niecierpliwe szukanie miejsca,
      gdzie mogliby zrobić karierę. Instytucje, o których marzą, nie wymagają etosu
      inteligenckiego”.

      Nieustanna rywalizacja nie przypomina niestety walki sportowej prowadzonej
      według zasad fair play. Przeciwnie, wszelkie chwyty są dozwolone, także
      personalne intrygi w dawnym peerelowskim stylu. Dlatego również każdy sukces
      staje się podejrzany: ktoś awansował, dostał nagrodę, został wyróżniony –
      oczywiście, musi być w układzie.

      Jednocześnie pewne środowiska stosują etos solidarnościowy zredukowany do
      własnego, korporacyjnego kręgu. Dotyczy to najbardziej finansowo atrakcyjnych
      zawodów (np. prawo czy finanse), ale to, co dzieje się ostatnio w kręgach
      artystycznych, też budzi niesmak. Wystarczy przyjrzeć się filmowcom, którzy w
      swych pozaartystycznych sporach są brzydcy i małostkowi.

      Niestety, Polak kapitalistyczny, robiący dzisiaj biznes, jest często osobnikiem
      mniej sympatycznym od swego poprzednika z marnych czasów realnego socjalizmu.
      Pyszni się swym majątkiem, co jest nowym obyczajem, ponieważ dawniej w dobrym
      tonie była stateczność i skromność, a w każdym razie pozory. Sylwetki ludzi
      sukcesu, publikowane z upodobaniem w kolorowych magazynach, przedstawiają ludzi
      bardzo z siebie zadowolonych. Dają się fotografować w swych rozległych
      posiadłościach, w ogrodach francuskich z fontanną i pawiami. Albo na licznych
      bankietach, które weszły do próżniaczego rytuału klasy posiadaczy. Owszem,
      pojawiają się też na balach charytatywnych, ale tylko dlatego, że wypada tam
      bywać. Jak piszą uczeni (polecam pracę Hanny Palskiej „Bieda i dostatek. O
      nowych stylach życia w Polsce końca lat dziewięćdziesiątych”wink, kultura dostatku
      rozwija się bez styku z kulturą ubóstwa.
    • grgkh 2. Bądź solidarny - (2) 30.11.05, 01:25
      -=% TKM, a nawet TKJ %=-

      O solidarności najprościej mówi się językiem wiecowym, zwłaszcza w czasie
      poprzedzającym wybory. Zasada jest taka, że partia aspirująca do sprawowania
      władzy zarzuca partii aktualnie rządzącej, że nie zajmuje się bezrobotnymi i
      biednymi. W czasach, kiedy premierem był Jerzy Buzek, lewicowa „Trybuna”
      liczyła zimą biedaków umierających na mrozie, z nieukrywaną satysfakcją
      odnotowując kolejne rekordy. Tej mroźnej zimy nie zauważyłem, by prowadzono na
      tychże łamach regularną statystykę zgonów. W ogóle bieda to dzisiaj temat
      wstydliwy.

      To jest kapitalizm – mówią dawni ideowcy, odpowiadając na drażliwe pytania, na
      przykład o przyszłość Ożarowa. Ten przypadek był zresztą ciekawy jeszcze z
      innego względu: otóż politycy i komentatorzy, wyjaśniający decyzję kablowego
      biznesmena z Myślenic, używali argumentu, że to prywatny zakład. A więc jeżeli
      zakład jest prywatny, to można w nim robić wszystko, na przykład zwalniać
      pracowników nie oglądając się na nic. Protesty takich ludzi jak Jacek Kuroń i
      Karol Modzelewski odbierane były jak dziwactwa świętych rewolucjonistów.

      Partie nie potrzebują już obecnie podobnych społeczników; bardziej skuteczni są
      zawodowi politycy, realizujący statutowe cele. Dawne podziały na lewicę i
      prawicę, przynajmniej w tym względzie, przestały się liczyć. Jednym i drugim
      bliskie jest spopularyzowane w czasach rządów AWS hasło TKM, które, jak
      zauważyli ostatnio obserwatorzy obyczajów politycznych, zostaje wypierane przez
      TKJ, czyli Teraz K... Ja. A więc już nawet nie powodzenie swego ugrupowania
      jest najważniejsze, ale korzyści własne. W partiach w zasadzie nie ma już
      członków, w partiach są liderzy pracujący na własne konto. Przegrani odchodzą
      natychmiast do innej formacji, niekoniecznie tożsamej ideowo, gdzie liczą na
      większe zyski.

      Malejące zainteresowanie życiem politycznym, czego dowody mieliśmy podczas
      ostatnich wyborów samorządowych, świadczy być może o tym, że tworzy się już
      jakaś nowa kategoria „onych”, funkcjonujących w powiększającej się próżni
      społecznej. Tymczasem, jak wskazują wyniki sondaży, nawet światli politycy,
      kiedy tracą poczucie solidarności z „gorszą” częścią społeczeństwa, przegrywają
      z populistami, wykorzystującymi ich zaniedbania.

      Czasy są trudne – ale przecież nie dla wszystkich. W znacznie trudniejszych
      czasach Polacy potrafili pomagać sobie solidarnie i to wcale niekoniecznie w
      ramach odgórnie kierowanych akcji. Teraz jesteśmy naprawdę wspaniałomyślni i
      wielkoduszni raz do roku, kiedy gra Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka,
      wspierana głośno przez telewizję. Na co dzień podobnych gestów jest niewiele.
      Czynienie dobra stało się formą działalności marketingowej wielkich, bogatych
      firm. Można by powiedzieć tytułem filmu Zanussiego, że jest to miłosierdzie
      płatne z góry. Wspomożemy dom dziecka, ufundujemy, zasponsorujemy, ale nic za
      darmo. W zamian zdjęcie szefa razy siedem, logo w widocznym miejscu. Buduje się
      w ten sposób atrakcyjny rynkowo wizerunek.

      Bez wielkich akcji miłosierdzie się nie opłaca. Także na co dzień. Rozpadły się
      naturalne kiedyś więzy sąsiedzkie, nie tylko w anonimowych z natury
      wielkomiejskich blokach, ale także w społecznościach wiejskich. Telewizja
      pokazywała parokrotnie wstrząsające reportaże o starych, samotnych ludziach,
      których śmierć z głodu i wycieńczenia w ogóle nie została dostrzeżona przez
      mieszkańców pobliskich domostw.

      W publicystyce używa się często historycznych określeń: pierwsza Solidarność,
      druga Solidarność. O tej drugiej mówi się bez entuzjazmu, i słusznie. Może
      warto częściej przypominać tę pierwszą Solidarność, także przez małe „s”. Jej
      właśnie brakuje obecnie najdotkliwiej.

      -=% Ciężar do dźwigania %=-

      Skoro piszemy dekalog na nowe czasy, to można też na koniec spróbować języka
      kazań. Zresztą nasz Kościół katolicki na co dzień nie zaniedbuje się w
      obowiązkach głoszenia potrzeby umiaru, stateczności i miłości bliźniego, choć,
      niestety, nazbyt często przypomina drogowskaz, który wskazuje drogę – ale nią
      nie podąża. Co widać już w rozmachu przedsięwzięć architektonicznych: jak na
      czasy biedy te kościoły i plebanie są zbyt okazałe. Byłoby jednak grzechem
      ciężkim oskarżanie Kościoła o to, że nie zajmuje się biednymi (dość przypomnieć
      charytatywną działalność takich instytucji jak Caritas Polska), ale z pewnością
      mógłby robić znacznie więcej. Z ambon zbyt rzadko mówi się o potrzebie służenia
      biedniejszym, pokrzywdzonym i potrzebującym. A przecież piękna idea
      solidarności społecznej ma także swoje źródło w tradycji chrześcijańskiej. Któż
      piękniej mówił o tym niż Chrystus?

      Pisywał dużo na ten temat świętej pamięci ks. Józef Tischner, choćby w
      kanonicznym dziele „Etyka Solidarności”, które było wręczane wszystkim
      uczestnikom I Zjazdu NSZZ we wrześniu 1981 r. Po latach, już w III RP, w
      kolejnym wydaniu książki autor pisał: „Ludzie pytają mnie czasem, czy »taka
      Solidarność« jest jeszcze aktualna? Mamy nowe czasy, nowe potrzeby, nowe
      zadania. Myślę, że odpowiedź jest oczywista. »Definicja« zasady solidarności
      znajduje się u św. Pawła: »jeden drugiego ciężary noście, a tak wypełnicie
      prawo Boże«. Chwila, w której zapomnielibyśmy o tym, byłaby chwilą naszego
      samobójstwa”.

      Każę więc za księdzem Tischnerem: nie zmierzajmy do samobójstwa, jeden drugiego
      ciężary noście, co jest zachowaniem niekoniecznie bezinteresownym, ponieważ w
      przyszłości być może ten drugi twoje ciężary podźwignie. Solidarność jest nie
      tylko piękna – solidarność w życiu społecznym po prostu się opłaca.
    • grgkh 3. Bądź obywatelem - (1) 30.11.05, 01:35
      Bez obywateli ani demokracja, ani gospodarka rynkowa nie będą działały. Bez
      obywateli ten system po prostu się nie sprawdza.

      JACEK ŻAKOWSKI

      W Polsce pokutuje złudzenie, że rozwój gospodarczy mogą zapewnić inwestycje i
      silna złotówka, że demokracja to głównie wybory, a bezpieczeństwo jest sprawą
      policji i sądów.

      Krótki kurs demokratycznego kapitalizmu, jaki przeszliśmy w ostatnich latach,
      pominął zasadniczy element, bez którego nic nie może się udać. Brakującym
      ogniwem jest społeczeństwo obywatelskie tworzące kapitał społeczny. A bez
      obywateli ten system nie działa.

      Dlaczego samorządy tak szybko się korumpują? Dlaczego polski policjant pyta,
      czy ma pisać mandat? Dlaczego polskie szkoły wyglądają tak, jak wyglądają?
      Dlaczego tylu niekompetentnych ludzi zajmuje wysokie stanowiska? Dlaczego
      dokoła jest brudno i szaro? Dlaczego wielki kapitał woli inwestować w Czechach
      i na Węgrzech?

      Trochę można zwalić na gospodarczą ruinę, którą zostawił po sobie PRL. Trochę
      można przypisać błędom popeerelowskich rządów. Ale nie wszystko da się
      wytłumaczyć w ten sposób.

      -=% Lustro zbiorowe %=-

      Proponuję poszukać odpowiedzi w lustrze. Tylko proszę nie sięgać po żadną
      puderniczkę (własną albo żony). Nie chodzi o lustereczko. Tu potrzeba solidnego
      lustra, w którym człowiek się zmieści razem z sąsiadami, rodziną, kolegami z
      pracy i z klasy, z partnerami w biznesie, z rodzicami szkolnych kolegów dzieci
      oraz wnuków. W tym lustrze musimy wszyscy zobaczyć się razem, żeby zapytać, co
      nas ze sobą łączy i czy to, co nas łączy, sprzyja gospodarce, demokracji,
      jakości naszego życia w liberalnej demokracji.

      Bo system, który 12 lat temu przyjęliśmy z Zachodu, to nie jest żadne cudowne
      panaceum. Nie każdemu służy i nie wszędzie się sprawdza. Liberalno-
      demokratyczny porządek nie został objawiony ludzkości ani podany Mojżeszowi z
      nieba. W pocie czoła przez wieki tworzyli go Anglosasi wespół z Francuzami, by
      żyć w politycznym ładzie najlepiej odpowiadającym duchowi ich kultur. Ten ład i
      te kultury stworzyły potęgę, która zwyciężyła w trwającej przez cały XX w. na
      przemian zimnej i gorącej wojnie z różnymi totalitaryzmami i dyktaturami. Żadna
      inna kultura nie stworzyła w XX w. systemu, który sprzyjałby jej bardziej, niż
      liberalna demokracja w swoich różnych odmianach sprzyjała Francuzom i
      Anglosasom. Nigdzie na dłuższą metę ludzie nie byli tak twórczy, gospodarka tak
      wydajna, administracja tak sprawna. I przede wszystkim nigdzie jakość życia nie
      była tak wysoka, jak w kilku trwałych dwudziestowiecznych demokracjach
      liberalnych. W świetle doświadczeń XX w. niemal banalna wydaje się teza
      Churchilla i Fukuyamy, że nic lepszego wymyślić się już nie da.

      A jednak liczne społeczeństwa napotykały nieoczekiwany opór, kiedy marząc o
      wolności i dobrobycie próbowały wejść na liberalno-demokratyczną i wolnorynkową
      ścieżkę. Po I wojnie te próby trwały mniej więcej dekadę (w Polsce do 1926 r.,
      w Niemczech do 1933 r.). Po II wojnie w niektórych krajach (poza Europą
      Zachodnią przede wszystkim w Indiach) okazały się trwalsze. Ale w wielu
      miejscach demokracja i rynek nie mogły się przyjąć, a w innych formalnie
      istnieją, ale działają dużo mniej sprawnie niż u Anglosasów. A źle działająca
      demokracja liberalna może być dla obywateli bardziej dolegliwa i gospodarczo
      dużo mniej efektywna od wielu łagodnych dyktatur. Z badań opublikowanych latem
      wynika na przykład, że w Azji przez ostatnie 20 lat kraje demokratyczne
      rozwijały się wolniej od różnego rodzaju dyktatur.

      -=% Źle skrojone społeczeństwo %=-

      Kiedyś sądzono, że za porażki demokracji i rynku odpowiedzialne są źle skrojone
      ustroje polityczne (ordynacje wyborcze, prawo, relacje między władzami) albo
      niemądrzy przywódcy. Potem tę tezę uzupełnił pogląd, że demokracja nie sprawdza
      się w społeczeństwach ubogich. Jednak od połowy lat 90., kiedy Robert Putnam
      opublikował „Demokrację w działaniu”, stało się oczywiste, że – jak to ujął
      Francis Fukuyama – „instytucje demokracji i kapitalizmu mogą działać właściwie,
      gdy współistnieją z odpowiednimi wartościami kulturowymi”, a nawet – jak
      komentując badania Putnama pisał Andrzej Rychard – „tam gdzie gleba [społeczna]
      jest uboga, nowe instytucje są skarlałe (...) obywatelskie zaufanie i sieć
      obywatelskich powiązań są być może ważniejsze niż same regulacje i gwarancje
      prawne”. W takim sensie odkrycie Roberta Putnama rewiduje pogląd, że demokracja
      liberalna jest dobra dla wszystkich.

      Żeby otrzymać od lustra odpowiedź, co mamy zrobić, by była dobra dla nas, warto
      sprawdzić, w jaki sposób Putnam dokonał swojego kopernikańskiego odkrycia. A
      zrobił to porównując, jak oparte na tych samych przepisach nowe (stworzone w
      1970 r.) instytucje demokracji lokalnej działają w północnych i południowych
      Włoszech. Okazało się, że samorządy, które na Północy przyniosły wzrost
      gospodarczy i poprawę jakości życia, na Południu przyczyniły się do
      spowolnienia rozwoju i obniżenia jakości życia wielu lokalnych społeczeństw.
      Dlaczego? Bo na Północy od wieków istniało silne społeczeństwo obywatelskie.
      Tysiące spółdzielni, chórów kościelnych, stowarzyszeń samopomocowych, banków
      spółdzielczych czy rad parafialnych tworzyły silną tkankę na różnych
      płaszczyznach łączącą ze sobą członków lokalnych społeczności i budującą
      lojalność wobec społeczeństwa. Natomiast na południu bezwzględnie dominującym
      czynnikiem była więź z rodziną i powiązania z patronem. Lojalność wobec reszty
      społeczeństwa po prostu nie istniała, co prowadziło do nepotyzmu i powszechnej
      korupcji.
    • grgkh 3. Bądź obywatelem - (2) 30.11.05, 01:35
      Teraz znów spójrzmy w lustro i niech każdy sam siebie zapyta, który putnamowski
      model lepiej pasuje do niego, do jego otoczenia i do polskich realiów.
      Północny, w którym powszechny jest udział w złożonym systemie społecznych
      powiązań? Czy południowy, gdzie liczy się przynależność do odpowiedniej rodziny
      i klienteli odpowiedniego patrona? Która filozofia życia wydaje się nam
      bliższa: północna, w której dominuje przekonanie, że trzeba być wobec
      wszystkich życzliwym, uczciwym i solidnym, bo wówczas inni będą wobec nas
      życzliwi, solidni i uczciwi, a w społeczeństwie życzliwych, solidnych i
      uczciwych wszystkim żyje się lepiej? Czy południowa, gdzie należy być usłużnym
      wobec patrona (lub opiekuńczym wobec klienteli) i życzliwym dla rodziny
      (ewentualnie dla przyjaciół oraz klientów tego samego patrona), a stosunek do
      obcych regulują zgromadzone przez Putnama południowe „mądrości”: „uczciwy
      kończy marnie”, „przeklęty, kto ufa innemu”, „każdy dobry uczynek będzie
      ukarany”, „każdy myśli o sobie i oszukuje innych”, „gdy płonie dom sąsiada,
      nieś wodę do swego domu”?

      -=% Jacy jesteśmy: północni czy południowi? %=-

      Obawiam się, że nasze postawy i polskie realia są jednak dość dalekie od wzorca
      północnego. A to by znaczyło, że, dążąc do trwałej poprawy jakości naszego
      życia (bezpieczeństwa, dobrobytu), stoimy przed wyzwaniem znacznie
      poważniejszym niż uzyskanie od Unii trochę większych dopłat czy zrównoważenie
      budżetu. Mówiąc krótko: demokratyzacja, prywatyzacja, napływ kapitału i
      importowana modernizacja mogą oczywiście zmniejszyć bezrobocie, powiększyć
      nasze dochody, dać nam awans cywilizacyjny i pewien poziom wolności –
      doświadczyliśmy tego w latach 90. – ale same nie stworzą podstaw trwałego
      rozwoju. Bo syndrom południowy sprawia, że dobre ustawy się skutecznie omija,
      napływający kapitał tworzy złe (bo przyznawane po znajomości) kredyty, nasz
      własny kapitał pożerają łapówki, stanowiska dostają kuzyni i koledzy, ustawione
      przetargi wygrywają ci, którzy mają gorsze know-how, ale lepsze „dotarcie”,
      pomoc rozchodzi się wedle familijnych kryteriów, a demokracja stopniowo
      ogranicza się do formalnego aktu wyborczego, w którym trzeba wybierać między
      kandydatem jednej lub drugiej „familii”.

      „Bez norm odwzajemniania i sieci obywatelskiego zaangażowania – pisze Putnam –
      amoralny familizm, klientelizm, bezprawie, złe rządy i stagnacja gospodarcza są
      bardziej prawdopodobne niż udana demokratyzacja i rozwój gospodarczy”.

      Dla tych, którzy, patrząc w lustro i widząc to co ja widzę, myślą, że uda się
      nam jakoś przemknąć, mam bardzo złą wiadomość. Na dłuższą metę rozwój
      gospodarczy nie zastąpi rozwoju społecznego. Kilkanaście lat temu sądzono, że
      to się może udać Koreańczykom z południa. Ale się nie udało. „Południowe” więzi
      łączące koreańskich wieśniaków przeniesione z chat do urzędów, koncernów i
      bankowych biurowców sprawiły, że cały kraj runął pod ciężarem miliardów złych
      kredytów (dawanych kuzynom), błędnych decyzji podejmowanych przez pozbawionych
      kompetencji menedżerów (protegowanych bossów), konfrontacyjnych żądań związków
      zawodowych. Podobnie było w Japonii, w Argentynie, w Rosji.

      Kiedy Putnam przedstawiał wyniki swoich badań, jeden z reformatorów włoskiego
      Południa krzyczał: „To nam odbiera nadzieję! Mówicie mi, że czego byśmy nie
      zrobili, nie mamy szansy na sukces”. A jednak południowe Włochy wyglądają dziś
      trochę lepiej niż 30 lat temu.

      -=% Przeciw karleniu i wrednieniu %=-

      Czy zatem musimy patrzeć, jak nowe instytucje karleją i zamiast pomagać –
      bardzo często szkodzą? Na szczęście (podobnie jak Włosi z Południa) sporo
      możemy zrobić. Musimy „tylko” stać się obywatelami. To znaczy – musi nam zacząć
      zależeć nie tylko na tym, co sami dla siebie (swojej rodziny, partii, grupy) od
      świata wyrwiemy, ale na tym, jak ten świat w ogóle wygląda. Każdy z nas musi
      poczuć się odpowiedzialny za całość i stale walczyć, by ta całość wyglądała
      lepiej. Ludzie, którym zależy – czyli obywatele – ten system stworzyli i tylko
      obywatelom on naprawdę służy.

      Tylko człowiek aktywnie włączony w rozległą sieć różnorodnych społecznych
      powiązań ma siłę i motywację postępować zgodnie z interesem publicznym.
      Człowiek samotny albo zamknięty w jednorodnej grupie wrednieje i łatwo się
      świni: ma skłonność do egoizmu (także grupowego), obojętnieje na to, co nie
      jest jego (lub jego „familii”wink doraźnym interesem, bierze łapówki (dla dobra
      rodziny), ulega nielegalnym naciskom (ze strachu), faworyzuje kolegów,
      podlizuje się silnym, jest nieżyczliwy dla obcych. Dlatego, dopóki się nie
      uspołecznimy i nie uobywatelnimy, a po pracy będziemy siedzieli przed
      telewizorem albo oddawali się wyłącznie życiu rodzinnemu, nie mamy co marzyć o
      sukcesie w świecie, którego reguły wyznaczyła anglosaska tradycja obywatelska.
    • grgkh 4. Nie bądź pasożytem - (1) 30.11.05, 01:41
      Jest wśród współczesnych polskich grzechów łatwość żądania, roszczenia,
      brania. Bo się należy. Co się stało z naszą zaradnością i solidarnością?

      JERZY BACZYŃSKI

      Pisze Zdzisław Pietrasik, że kapitalizm nam się nie za bardzo udaje, bo
      zapanowały egoizm i pycha. Pisze Jacek Żakowski, że demokracja nam nie
      wychodzi, bo obywatele nie chcą być obywatelami. Pytamy, co się stało z naszą
      solidarnością? Otóż to słowo już nie pojawia się wtedy, kiedy chcemy coś komuś
      dać, z kimś się podzielić, ale gdy mamy zamiar zabrać, zmusić do okazania nam
      solidarności.

      W czasach PRL za nasze niepowodzenia, „jakiś taki nie taki ten los”, mogliśmy
      śmiało obwiniać System. Tamtego systemu już nie ma, a my nadal szukamy winnych.
      Wobec bezrobocia, recesji, biedy – hasło „weź sprawy w swoje ręce”, z którym
      zaczynaliśmy lata 90., wydaje się dziś doszczętnie skompromitowane. I znów
      winien jest System – dziki kapitalizm, prywatyzacja, nieudolna demokracja,
      skorumpowani politycy, „oni”. Ale oni to tym razem my.

      W telewizji migawka z ulicznej demonstracji górników, na czele duży
      transparent: „Dość nędzy, chcemy pieniędzy!”. Potem zbliżenie – mówi działacz
      związkowej Solidarności: „przyszliśmy tu walczyć o to, co nam się należy”.
      Zatrzymajmy ten szybki kadr. Z kim walczą górnicy? Oczywiście z rządem. O czyje
      pieniądze? Budżetowe.

      Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego przedstawiciele rządu tak łatwo przyjmują
      tę retorykę, tłumacząc zawile na usprawiedliwienie, jakie budżet ma kłopoty.
      Przecież po 10 latach od wprowadzenia powszechnych podatków – powinniśmy
      wiedzieć, że nie ma pieniędzy budżetowych, jest to, co zebrano od innych
      obywateli.

      O co więc „walczą” górnicy? O pieniądze innych. Dlaczego uważają, że mają do
      nich prawo? Chciałbym, żeby któryś z działaczy związkowych publicznie przed
      kamerami to wytłumaczył. Bo mają rodziny na utrzymaniu? Bo boją się utraty
      pracy? Ale przecież w takiej sytuacji są niemal wszyscy. Więc dlaczego bardziej
      należy się górnikom? Bo ciężko pracują? A kto dziś naprawdę pracuje lekko:
      kasjerka w supermarkecie, lekarz na paru etatach, akwizytor na prowizji? Może
      więc chodzi o to, że górnicy, wespół z kolegami kolejarzami, mogą strajkami
      dramatycznie utrudnić życie innym obywatelom? Ale jeśli tak, to znaczy, że mamy
      do czynienia z szantażem wobec innych, słabiej zorganizowanych grup
      społeczeństwa. Ile muszą mieć tupetu działacze związkowi, aby nie tylko domagać
      się kolejnych wielomiliardowych dotacji na utrzymanie nieopłacalnych kopalń,
      ale jeszcze „czternastek”, bo „taka jest tradycja”? Odwrócone słowa, odwrócone
      sensy, gdzie bezwzględny grupowy interes nazywa się solidarnością, a bezkarne i
      bezpieczne pogróżki – walką.

      Trzecią Rzeczpospolitą budowali głównie politycy pochodzenia związkowego (w tym
      związków chłopskich) lub nowi socjaldemokraci. Wbrew potocznym przekonaniom w
      Polsce nigdy nie rządzili liberałowie – jako formacja, która w pełni mogłaby
      zrealizować swój program. Toteż redystrybucja podatków odbywa się według
      chaotycznej mapy wpływów związkowych i politycznych. Czy ktoś pamięta publiczną
      debatę, z której wynikałoby, że musimy dać kilkadziesiąt miliardów złotych na
      wsparcie górnictwa, a nie np. włókiennictwa czy przemysłu stoczniowego? A kiedy
      przyjęliśmy, że każdy, kto pracuje na wsi, jest automatycznie zwolniony z
      podatków, składek, jeszcze należy mu się dopłata do produkcji? Może i słusznie,
      ale czy chociaż beneficjenci mają poczucie, że inne grupy społeczne okazały im
      solidarność? Jeśli się tego nie czuje, nie ma żadnej granicy dla roszczeń,
      żadnego zażenowania, jakie zwykle towarzyszy nam, gdy osobiście musimy kogoś
      prosić o pomoc. I żadnej wdzięczności.

      Drugi obrazek z ostatnich tygodni. Likwidowana Fabryka Kabli w Ożarowie.
      Minister pracy proponuje utworzenie, z pomocą państwa, w miejscu zamkniętej
      fabryki specjalnej strefy ekonomicznej. Minister i burmistrz Ożarowa mają
      nadzieję na przyciągnięcie inwestorów. Po wyjściu z rozmów przedstawiciel
      protestujących mówi do kamery: „Nie usłyszeliśmy żadnych konkretów, będziemy
      walczyć o utrzymanie w Ożarowie produkcji kabli. Jesteśmy zdeterminowani, każdy
      z nas ma rodzinę na utrzymaniu. Niech rząd nie myśli, że damy się zbyć
      obietnicami”. Czy można coś zarzucić logice tej wypowiedzi? Faktycznie,
      pracownicy, bez swojej winy, stali się ofiarami właściciela (on mówi, że
      rynku), a zamiast naprawienia krzywdy, rząd proponuje im doraźny zasiłek, a
      potem jakieś, nie wiadomo jakie i kiedy, nowe miejsca pracy. Muszą więc walczyć
      o byt swoich rodzin. Propozycje pracy w innym mieście lub innych zawodach
      protestujący uznali za obraźliwe, bo znaczyłoby to konieczność dojazdów, zmiany
      miejsca zamieszkania i kwalifikacji.

      Wobec prawdziwego dramatu bezrobocia wręcz nie uchodzi mówić o drugiej stronie
      tego zjawiska: o tym, że na propozycje pracy w regionach popegeerowskich
      zgłaszają się często ledwie jedna–dwie osoby, że młodzi ludzie nieobarczeni
      rodzinami nie chcą jechać w Polskę za pracą (nawet jeśli mają propozycje), że
      zatrudnieni rezygnują po paru tygodniach, bo praca za ciężka i za mało płatna,
      że pijaństwo i drobne złodziejstwo bywa alternatywą atrakcyjniejszą niż
      użeranie się z pracodawcą (prawda, że często chamskim). Socjologowie mają na to
      określenia: dziedziczne ubóstwo, wyuczona bezradność. Ale ponieważ każdy musi
      mieć szacunek do siebie, więc towarzyszy temu przerzucanie winy na wszystko i
      wszystkich dookoła. W Ameryce powiedzieliby: nie pytaj, co mogą zrobić dla
      ciebie inni, zapytaj, co ty zrobiłeś dla siebie? Ale nie jesteśmy w Ameryce.

    • grgkh 4. Nie bądź pasożytem - (2) 30.11.05, 01:41
      Przed kilkoma miesiącami Wojciech Markiewicz w Raporcie „Polityki”
      opisywał „Polskę na zasiłku” (tekst ten został uznany za najlepszy artykuł
      publicystyczny minionego roku). Markiewicz pracowicie wyliczył, że ponad 20 mln
      Polaków korzysta z różnego rodzaju zasiłków. Dla 10 mln są one jedynym lub
      głównym źródłem utrzymania. Podatników kosztuje to rocznie grubo ponad 50 mld
      zł, z tego suma zasiłków wyłudzonych wynosi, według różnych szacunków, od 6 do
      17 mld zł rocznie. Wytworzyła się już cała subkultura wyłudzania rent
      inwalidzkich, zwolnień lekarskich, państwowych alimentów, mniejszych lub
      większych zapomóg. Wskutek tego świadczenia społeczne dla osób rzeczywiście
      potrzebujących pomocy i opieki są niewysokie, ale za to mamy największą w
      Europie liczbę rencistów w proporcji do liczby mieszkańców (dwa razy więcej niż
      np. najbardziej opiekuńcza Szwecja). Wyłudzenie zasiłku czy świadczenia to nie
      jest żaden wstyd, przeciwnie – dowód życiowego sprytu i zaradności.

      Rozpowszechnienie postaw żebraczo-roszczeniowych (według określenia prof.
      Józefa Kozieleckiego) wielu socjologów chętnie zapisuje na karb PRL. I jest w
      tym sporo racji. Niewątpliwie jedną z cech tamtego ustroju był swoisty
      infantylizm. Według niepisanej społecznej umowy odpowiedzialność za dobrobyt
      obywateli ponosiło państwo, szafarz wszelkich dóbr i przywilejów, w zamian
      oczekując – jak dorośli od dzieci – podporządkowania, lojalności, dobrego
      zachowania. Opozycja demokratyczna, a zwłaszcza uniesienia pierwszej
      Solidarności, pozwalały żywić złudzenie, że owa ucieczka od wolności i
      odpowiedzialności jest wymuszoną mimikrą, że Polacy o niczym tak nie marzą jak
      o strząśnięciu państwowego paternalizmu, o tym, żeby ich traktować jak
      dorosłych i żeby mogli wziąć swoje sprawy w swoje ręce. Dziś wiemy, żeśmy się
      widzieli piękniejszymi.

      W sierpniu tego roku OBOP przeprowadził badanie „socjalnych oczekiwań Polaków”.
      To jeden z najbardziej wstrząsających sondaży, jakie zdarzyło mi się widzieć
      (mam jakieś resztki nadziei, że może na wynik wpłynęła metodologia, sposób
      zadawania pytań). Ale popatrzmy: otóż na pytanie, „Kto powinien troszczyć się o
      rodzinę i jej bezpieczeństwo materialne?”, aż 65 proc. ankietowanych
      odpowiedziało, że państwo. Przekonanie, że każdy sam winien troszczyć się o
      siebie i najbliższych podziela 28 proc. osób. Nawet zakładając, że ankietowani
      tak gremialnie wskazywali na obowiązki państwa, bo czemu nie zażądać pomocy,
      jeśli o to pytają – wyniki są przerażające. Ale idźmy dalej: ponad połowa
      respondentów stwierdziła, że wydatki państwa na cele socjalne są ważniejsze niż
      wspieranie rozwoju gospodarczego; tylko co czwarty uważał, że nie ma sensu
      dopłacanie do upadających fabryk, ale aż 85 proc. chciało ograniczenia zarobków
      najwyżej zarabiających. Słowem – najlepiej, aby było jak kiedyś: niewysokie
      wyrównane zarobki, socjalne zatrudnienie i świadczenia rozdzielane przez
      państwo, tak aby można było utrzymać rodzinę. Dziesięć lat doświadczenia z
      gospodarką rynkową wniosłoby zapewne nieliczne korekty: żeby było pełno towarów
      w sklepach i żeby te świadczenia były obfitsze niż za PRL. Potwierdza to inne
      badanie socjologiczne, w którym rolnicy i bezrobotni (zatem dwie kategorie
      społecznie najbardziej upośledzone) deklarowali, że „średni poziom życia
      oznacza dla nich osiągniecie takich dochodów, jakie dziś uzyskują najbardziej
      przedsiębiorczy Polacy”. Tyle by się, mianowicie, należało.

      Przed kilkoma miesiącami Wojciech Markiewicz w Raporcie „Polityki”
      opisywał „Polskę na zasiłku” (tekst ten został uznany za najlepszy artykuł
      publicystyczny minionego roku). Markiewicz pracowicie wyliczył, że ponad 20 mln
      Polaków korzysta z różnego rodzaju zasiłków. Dla 10 mln są one jedynym lub
      głównym źródłem utrzymania. Podatników kosztuje to rocznie grubo ponad 50 mld
      zł, z tego suma zasiłków wyłudzonych wynosi, według różnych szacunków, od 6 do
      17 mld zł rocznie. Wytworzyła się już cała subkultura wyłudzania rent
      inwalidzkich, zwolnień lekarskich, państwowych alimentów, mniejszych lub
      większych zapomóg. Wskutek tego świadczenia społeczne dla osób rzeczywiście
      potrzebujących pomocy i opieki są niewysokie, ale za to mamy największą w
      Europie liczbę rencistów w proporcji do liczby mieszkańców (dwa razy więcej niż
      np. najbardziej opiekuńcza Szwecja). Wyłudzenie zasiłku czy świadczenia to nie
      jest żaden wstyd, przeciwnie – dowód życiowego sprytu i zaradności.

      Rozpowszechnienie postaw żebraczo-roszczeniowych (według określenia prof.
      Józefa Kozieleckiego) wielu socjologów chętnie zapisuje na karb PRL. I jest w
      tym sporo racji. Niewątpliwie jedną z cech tamtego ustroju był swoisty
      infantylizm. Według niepisanej społecznej umowy odpowiedzialność za dobrobyt
      obywateli ponosiło państwo, szafarz wszelkich dóbr i przywilejów, w zamian
      oczekując – jak dorośli od dzieci – podporządkowania, lojalności, dobrego
      zachowania. Opozycja demokratyczna, a zwłaszcza uniesienia pierwszej
      Solidarności, pozwalały żywić złudzenie, że owa ucieczka od wolności i
      odpowiedzialności jest wymuszoną mimikrą, że Polacy o niczym tak nie marzą jak
      o strząśnięciu państwowego paternalizmu, o tym, żeby ich traktować jak
      dorosłych i żeby mogli wziąć swoje sprawy w swoje ręce. Dziś wiemy, żeśmy się
      widzieli piękniejszymi.

      W sierpniu tego roku OBOP przeprowadził badanie „socjalnych oczekiwań Polaków”.
      To jeden z najbardziej wstrząsających sondaży, jakie zdarzyło mi się widzieć
      (mam jakieś resztki nadziei, że może na wynik wpłynęła metodologia, sposób
      zadawania pytań). Ale popatrzmy: otóż na pytanie, „Kto powinien troszczyć się o
      rodzinę i jej bezpieczeństwo materialne?”, aż 65 proc. ankietowanych
      odpowiedziało, że państwo. Przekonanie, że każdy sam winien troszczyć się o
      siebie i najbliższych podziela 28 proc. osób. Nawet zakładając, że ankietowani
      tak gremialnie wskazywali na obowiązki państwa, bo czemu nie zażądać pomocy,
      jeśli o to pytają – wyniki są przerażające. Ale idźmy dalej: ponad połowa
      respondentów stwierdziła, że wydatki państwa na cele socjalne są ważniejsze niż
      wspieranie rozwoju gospodarczego; tylko co czwarty uważał, że nie ma sensu
      dopłacanie do upadających fabryk, ale aż 85 proc. chciało ograniczenia zarobków
      najwyżej zarabiających. Słowem – najlepiej, aby było jak kiedyś: niewysokie
      wyrównane zarobki, socjalne zatrudnienie i świadczenia rozdzielane przez
      państwo, tak aby można było utrzymać rodzinę. Dziesięć lat doświadczenia z
      gospodarką rynkową wniosłoby zapewne nieliczne korekty: żeby było pełno towarów
      w sklepach i żeby te świadczenia były obfitsze niż za PRL. Potwierdza to inne
      badanie socjologiczne, w którym rolnicy i bezrobotni (zatem dwie kategorie
      społecznie najbardziej upośledzone) deklarowali, że „średni poziom życia
      oznacza dla nich osiągniecie takich dochodów, jakie dziś uzyskują najbardziej
      przedsiębiorczy Polacy”. Tyle by się, mianowicie, należało.

    • grgkh 5. Kochaj - (1) 30.11.05, 01:48
      Kochaj jak chcesz, bylebyś nie krzywdził. Pozwól każdemu kochać kogo chce,
      byleby nie krzywdził. Czy tyle wystarczy na współczesne czasy?

      EWA WILK

      Kochać i być kochanym – wydawałoby się – naturalna umiejętność i powszechna
      potrzeba. Ale współczesny człowiek ma spory kłopot z miłością. Do kobiety,
      mężczyzny, do własnego dziecka, a cóż dopiero do bliźniego. Tak chętnie
      przytaczane za św. Augustynem „kochaj i rób co chcesz” brzmi efektownie, ale
      zwodniczo i nieprecyzyjnie.

      Gdy pytać Polaków o najważniejsze dla nich wartości, niezmiennie wymieniają na
      pierwszym miejscu zestaw: miłość, rodzina, dzieci. Miłość samodzielna w tych
      wykazach spraw ważnych zwykle spada nieco niżej, ale – jak dowiodły rozległe
      miłosne badania CBOS – co dziesiąty nasz rodak jest przekonany, że tylko ona
      jest w stanie nadać sens życiu, jest wręcz kwintesencją człowieczeństwa.
      Specjaliści od społecznej transformacji od lat ze sportowym napięciem wyczekują
      sensacyjnej zmiany, jakiegoś masowego odwrócenia uwagi od miłości w stronę
      pracy, wiedzy, kariery i dóbr doczesnych i niekiedy pojawia się nieśmiały
      zwiastun rewolucji; oto wielkomiejskie, młode i życiowo samodzielne
      czytelniczki miesięcznika „Elle” w ankiecie wymieniają na pierwszych miejscach
      seks i pieniądze. Ale i tak do końca im nikt nie wierzy, skoro literacką
      bohaterką, z którą owa wyemancypowana młodzież damska w dużej liczbie się
      utożsamia, jest Bridget Jones i jej niezliczone również polskie mutacje, osoby
      heroicznie poszukujące trwałego, nietoksycznego związku.

      -= % Co wiemy o miłości %=-

      Właśnie tak wypada teraz pisać do ambitniejszego czytelnika: związek, relacja,
      bliskość. Rzeczownik „miłość” i czasownik „kochać” zagarnęła prasa z niskich
      półek, ckliwe telewizyjne widowiska, mydlane seriale i reklama szpikująca
      strony czasopism, ściany budynków i ekrany telewizorów albo erotyką, albo
      rodzinną sielanką.

      Współczesna masowa kultura z jednej strony miłość zbanalizowała, oprawiła w
      nieznośny kicz z wszystkimi tymi walentynkami, serduszkami, estradową szmirą, z
      drugiej – usiłuje przekonać, że miłość to swego rodzaju chemia i technologia.
      Popularna literatura antropologiczna i psychologiczno-poradnicza (Amerykanie
      zalewają świat swoimi bestsellerami) dowodzi, że: a) miłość kobiety i
      mężczyzny, owocująca monogamicznym, trwałym związkiem, jest tylko jedną z
      możliwych strategii utrzymania naszego gatunku; b) przy odpowiedniej wiedzy
      praktycznej i zastosowaniu zestawu chwytów psychologicznych miłość da się
      budować, doskonalić, podsycać. Jak oswoić samca, jak kochać dziecko, jak
      sprawić, żeby mówiło, kiedy chcemy słuchać, a jak, żeby słuchało – w każdej
      księgarni tysiące stron instruktaży wydajnego i energooszczędnego kochania.
      Przepisy na związki nowoczesne, partnerskie, wyzwolone.

      -=% Konstrukcje niebanalne %=-

      Ale rzeczywistość wydaje się wyprzedzać uświadamiająco-ratunkowe piśmiennictwo;
      rodzina przekształca się głębiej, niż tego życzyliby sobie uczeni doradcy.
      Powstają rozmaite konstrukcje z mamą i jej nowym mężem, tatą i jego nową żoną,
      z przyrodnim rodzeństwem, babcią Krysią, która nie tyle jest babcią, co mamą
      nowej żony taty. Te zawiłości mogą wprowadzić emocjonalny zamęt w życie dziecka
      i w ogóle wszystkich jego uczestników, ale – zdarza się – tworzą ciepły,
      bezpieczny uczuciowy kokon. Powrót do rodziny – stada? Kto wie.

      W ciągu ostatnich 10 lat dwukrotnie wzrósł u nas odsetek dzieci rodzących się w
      związkach pozamałżeńskich (teraz 14 proc. wszystkich urodzeń, licząc w roku).
      Prof. Ewa Frątczak, demograf, współautorka raportu Rządowej Rady Ludnościowej,
      widzi w tym oczywisty sygnał: do podjęcia decyzji prokreacyjnej coraz rzadziej
      potrzebne będzie małżeństwo. Ludzie będą się mnożyć w coraz późniejszym wieku i
      coraz rozważniej. I sprawcą tej tendencji w Polsce nie jest jakaś moralna
      rewolta, ale ekonomiczna i społeczna kolej rzeczy: młodzi chcą studiować, nie
      mają roboty ani mieszkań.

      Rozpada się około 80 proc. małżeństw zawartych przez nieletnich, którym
      przydarzyło się dziecko. Ale też zdecydowanie częściej i śmielej rozstają się
      starsi: dziś już prawie co czwarty polski rozwód odbywa się między małżonkami,
      którzy przeżyli ze sobą co najmniej 20 lat (kilka lat temu co siódmy). W dużej
      mierze jest to efekt powtórki z życiorysu, którą zwykle podejmują mężczyźni.
      Ale trafiają się też rozwody z rozsądku: odchowane dzieci, wypalony związek,
      każde zaczyna żyć swoim życiem. Kobiet, dla których rozstanie z mężczyzną nie
      oznacza finansowej i psychicznej katastrofy, będzie przybywać.

      Prof. Maria Szyszkowska, filozof, przekonuje, że małżeństwo zostanie wkrótce
      zdefiniowane na nowo: to już nie będzie związek dwojga ludzi, którego celem
      jest posiadanie potomstwa, lecz taki, którego celem jest właśnie miłość.

      Prawo dla homoseksualistów do zawierania związków z prawnymi małżeńskimi
      konsekwencjami (i ze ślubnym sztafażem) nie jest w Polsce sprawą, która
      stawałaby dzisiaj na porządku dnia, ale stanie nieuchronnie i pewnie od razu z
      żądaniem prawa do adopcji dzieci. W aktualnym informatorze Ośrodka Środowisk
      Kobiecych znajdujemy anons, zwołujący polskie lesbijki, które „nie chcą się
      wyrzec macierzyństwa”.

      A zatem miłość do dzieci. Coś naturalnego i oczywistego? Nie, bardzo wielu
      ludzi nie potrafi kochać swoich dzieci, nawet jeśli tego chcą. – Pogląd, że
      jest dziecko, jest więc miłość, to mit – uważa dr Magdalena Środa, filozof. –
      Równie niebezpieczny jak ten, że wystarczy kochać dziecko, by je
      odpowiedzialnie wychować. To warunek konieczny, ale niewystarczający. Tysiące
      dzieci rosną bez miłości (badania prowadzone na Uniwersytecie Śląskim dowiodły,
      że ojcowie statystycznie więcej czasu poświęcają swoim samochodom niż
      dzieciom). Zasobniejsi hodują je za pomocą domowych pastuchów: telewizora i
      komputera, mniej zasobni porzucają: 18 tys. dzieciaków tkwi w domach dziecka, z
      tego tylko 4,5 tys. to sieroty i półsieroty. 90 tys. przygarnęły rodziny
      zastępcze, zwykle dziadkowie.
    • grgkh 5. Kochaj - (2) 30.11.05, 01:48
      W demokratycznym społeczeństwie z jed­nej strony poszerza się prywatna, intymna
      wolność człowieka, ale z drugiej – rodzina dostaje się pod baczniejszą
      publiczną kontrolę. Coraz rzadziej bezkarnie uchodzi maltretowanie i przemoc
      seksualna wobec dzieci, coraz więcej obrońców znajdują poniżane, gwałcone i
      bite kobiety. Przy okazji wypełza na jaw rozmiar domowej przemocy. W trakcie
      niedawnych badań Fundacji Dzieci Niczyje 14 proc. Polaków przyznało, że
      doświadczyli w dzieciństwie wykorzystywania seksualnego, a trzech na czterech
      było bitych. Teraz co czwarta rodzina represjonuje progeniturę przy użyciu
      pasa, prawie 8 proc. rodziców zdarzyło się bić dziecko w twarz, a 5,3 proc.
      pobiło dziecko na tyle poważnie, że konsekwencją był ciężki uraz fizyczny. 36
      proc. naszych rodaków trwa na stanowisku, że przemoc fizyczna wobec dziecka
      jest wychowawczą koniecznością, wyrazem troski i miłości.

      -=% Twardo przy rodzinie %=-

      Dziwna jest czasem ta polska wiara w miłość. Weźmy na przykład przekonanie, że
      rodzina z natury swej miłość gwarantuje. Twarde u nas – przynajmniej w
      deklaracjach – jak skała. Istotnie, bez rodzinnej miłości człowiek rośnie
      koślawo, tysiące razy potwierdzili to wszelcy badacze. Ale paradoksalnie,
      ilekroć z przekonaniem powracamy do naszego postulatu – takiego
      publicystycznego konika, by zmienić niehumanitarny, instytucjonalny sposób
      opieki nad sierotami społecznymi (akcja sprzed trzech lat „Zamknijmy domy
      dziecka”wink i zapewnić niekochanym dzieciakom siatkę rodzin zastępczych,
      asekurujących w miłości te naturalne, tylekroć spadają na nas gromy i to wcale
      nie racjonalne, ale moralne właśnie.

      W naszym kraju niechęć wobec tych, którzy wykraczają poza tradycyjny wzorzec
      rodzinno-miłosny, rośnie. Prof. Henryk Domański, socjolog, ogłosił właśnie w
      książce „Polska klasa średnia” swoje wieloletnie obserwacje: wbrew oczekiwaniom
      lata 90. nie przyniosły liberalizacji poglądów obyczajowych. Hipoteza, że
      powstająca klasa średnia (wzorem tej zachodniej, naznaczonej ideami rewolty
      1968 r.) stanie się nośnikiem łagodnych moralnie poglądów, nie sprawdziła się.
      Prof. Domański prześledził, jak między 1992 a 1998 r. zmieniała się ocena
      trzech zjawisk: zdrady małżeńskiej, seksu przedmałżeńskiego i homoseksualizmu.
      Zdradę jako zachowanie „zawsze lub prawie zawsze niewłaściwe” w 1992 r.
      oceniało 75 proc. Polaków, a po 6 latach – prawie 86 proc. Stosunki seksualne
      przed ślubem potępiało w 1992 r. 19 proc., 6 lat później – 28 proc.
      Homoseksualiści mieli 66 proc. wrogów, po 6 latach – 73 proc. „Zwiększył się
      nawet odsetek przeciwników homoseksualizmu wśród inteligencji nietechnicznej,
      będącej kategorią o najbardziej tolerancyjnych poglądach” – zauważa prof.
      Domański (55 proc. inteligentów odnosi się do homoseksualistów wrogo).

      Jedynym zjawiskiem, na które Polacy zaczęli ostatnio patrzeć łaskawszym okiem,
      to obfitość dzieci ze związków pozamałżeńskich.

      -=% Z wyrozumieniem %=-

      Być może zatem tak to już jest, że samo życie powolutku wrogość zamienia w
      niechęć, a niechęć w akceptację. I stopniowo buduję coś w rodzaju bazy
      etycznej, respektującej i rozmaitość światopoglądową, i nieuchronność zmian
      społecznych. Do poszukiwań wzorca przyzwoitości codziennego użytku niezwykle
      użyteczna wydaje się podpowiedź dr Magdaleny Środy. Klasyczne platońskie
      rozróżnienie rozmaitych rodzajów miłości porządkuje sprawę. Czym innym jest
      bowiem „eros” – miłość między dwojgiem ludzi, czym innym „filia” – przyjaźń i
      miłość rodowa, czym innym jeszcze „caritas” – miłość bliźniego. („Agape” –
      miłość boską zostawmy metafizykom). I różne niosą one niebezpieczeństwa,
      zamieniające dobro w krzywdę i zło.

      „Kochaj i rób co chcesz”, ale...

      Kochaj kobietę lub mężczyznę, ale nie krzywdź. Nie tylko nie bij, nie
      upokarzaj, nie gwałć, nie sięgaj po to, co zakazane prawem. Nigdy nie sięgaj po
      dziecko, to zawsze zbrodnia. Ale także nie traktuj tej miłości instrumentalnie,
      nie zabieraj drugiemu wolności.

      Kochaj brata, siostrę, przyjaciół, ale pamiętaj, że w rodzinnej i
      przyjacielskiej solidarności czai się niebezpieczeństwo nepotyzmu, korupcji,
      klikowości (o tym szerzej Jacek Żakowski w „Bądź obywatelem”wink.

      Kochaj swoje dziecko, ale rozumnie, miej je odpowiedzialnie.

      A kochaj bliźniego? Tu sprawa jest najbardziej problematyczna. (Już z nią
      próbowali się mierzyć i Marek Ostrowski, i Zdzisław Pietrasik kilka stron
      wcześniej). Dla jednych to wezwanie jest filarem światopoglądu, dla innych –
      przeciwnie – brzmi obłudnie, dla jeszcze innych jest postulatem tolerancji. Czy
      da się zatem kochać bliźniego, który kocha inaczej niż my, który poza naszą
      normę wykracza?

      W „Etyce w działaniu”, książce pomyślanej jako podręcznik dla studentów, prof.
      Jacek Hołówka z punktu widzenia sześciu rozmaitych teorii etycznych przygląda
      się prostytucji, pornografii, homoseksualizmowi. Poszczególne systemy etyczne
      nie nakazują obojętności, ale też zalecają raczej ubolewanie niż potępienie –
      na przykład wobec prostytucji, raczej neutralną wyrozumiałość niż obrzydzenie –
      na przykład wobec homoseksualizmu. Jesteśmy wszak wyrozumiali wobec tych,
      którzy kochają grubych, brzydkich, starych.

      Pewien mądry malarz i nauczyciel spod Sejn – gdzie każdy dla każdego jest
      odmieńcem, tyle tam wyznań i narodowości – na tam stosowaną miłość bliźniego
      używa słowa wyrozumienie. Mówi, że to coś więcej niż tolerancja (czyli
      znoszenie kogoś), więcej niż zrozumienie (czyli racjonalna akceptacja) i coś
      innego niż wyrozumiałość (czyli pobłażanie). Może ma rację, że miłość w takim
      zwyczajnym, ludzkim wymiarze to wyrozumienie?

    • grgkh 6. Żyj na jawie - (1) 30.11.05, 01:56
      Tabletki, prochy eliminują przykrą rzeczywistość, znoszą dotkliwość życia. Ale
      wirtualną rzeczywistość też można przedawkować.

      EDWIN BENDYK, JOANNA PODGÓRSKA

      Zamiast starać się o uznanie poprzez mozolne tworzenie sprawiedliwego porządku
      społecznego, zamiast próbować przezwyciężać jaźń ze wszystkimi jej niepokojami
      i ograniczeniami, jak czyniły to wszystkie poprzednie pokolenia, możemy teraz
      po prostu połknąć tabletkę! W pewnym sensie stajemy w obliczu nietzscheańskiego
      Ostatniego Człowieka z fiolki!” – ten cytat z eseju Francisa Fukuyamy nie jest
      recenzją „Nowego Wspaniałego Świata”; nie dotyczy somy – narkotyku, który
      mieszkańców tego świata przenosi w stan euforycznej i bezrefleksyjnej
      wegetacji. Fukuyama pisze o Ritalinie (podawanym na uspokojenie głównie
      nadaktywnym chłopcom, by łatwiej dostosowali się do wymagań szkoły) i Prozaku
      (branym jak się okazuje głównie przez kobiety, który nie tylko likwiduje
      depresję, ale pomaga podnieść samoocenę).

      Mamy tabletki na ból, na stres, na tremę, smutek, otyłość, zmęczenie, na
      niepokoje, tęsknoty i natrętne myśli. Problem w tym, że aby uzyskać pożądany
      efekt, z czasem trzeba ich brać więcej i więcej. Leki przeciwbólowe, nasenne i
      uspokajające niemal w 100 proc. powodują uzależnienie. Lekomania, obok
      alkoholizmu i narkomanii, to najpoważniejsze dziś uzależnienie.

      -=% Ucieczka od tożsamości %=-

      Ale uzależniać mogą nie tylko substancje chemiczne i zdarza się, że
      przedawkować można także wirtualną przestrzeń. Kilka tygodni temu
      dwudziestoczteroletni Koreańczyk Kim po 86 godzinach nieustannej gry na
      komputerze (bez picia, jedzenia, bez zaspokajania podstawowych potrzeb
      fizjologicznych) oderwał się od klawiatury, a chwilę potem runął martwy na
      ziemię. To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia ofiara nałogu epoki cyfrowej. A
      przecież w istocie komputer to urządzenie całkowicie bezmyślne. Jest jednak
      obdarzony szczególną mocą otwierania wirtualnych światów nieograniczonych z
      pozoru możliwości. Zwłaszcza gdy podłączony jest do Internetu. Umożliwia
      wówczas aktywne uczestnictwo w debatach, grach i zabawach, uwalniając przy tym
      od uciążliwości realnego życia. Gwarantuje anonimowość, przez co uwalnia od
      poczucia wstydu. Podczas audycji w radiowej Trójce jedna ze słuchaczek,
      nauczycielka w niewielkim miasteczku, opowiadała, jak w kafejce
      internetowej „czatowała” z osobą z początku zupełnie nieznaną. Nagle okazało
      się, że partnerem w dyskusji jest sąsiad siedzący przy komputerze obok. Czar
      prysnął, rzeczywistość brutalnie zniszczyła intymność stwarzaną przez świat
      wirtualny.

      Nieśmiały, zakompleksiony na co dzień człowiek, przy klawiaturze potrafi
      zamienić się w elokwentnego dyskutanta. Osobom niezadowolonym z ról, jakie
      muszą odgrywać w „realu”, daje możliwość przeistoczenia się i przybrania innych
      tożsamości. Znowu wymiar wirtualny daje każdemu Kopciuszkowi możliwość
      przemiany w zaczarowaną księżniczkę lub księcia (płeć nie gra roli, podszywanie
      się pod inną płciowość jest zjawiskiem w sieci nagminnym).

      Możliwościom nieskrępowanej kreacji samego siebie i otaczającego (choć tylko
      wirtualnego) świata towarzyszy odkrycie braku odpowiedzialności za swoje czyny
      (przynajmniej dopóty, dopóki nie naruszają prawa). Śmierć zadana w internetowej
      grze akcji nikogo nie boli. Zawarte w sieci przyjaźni, namiętne nieraz flirty,
      podjęte zobowiązania można unieważnić kliknięciem na guzik log-off (wyloguj
      się).

      Komputer to także symbol skrajnej efektywności, urządzenie zapewniające, że
      wszystko można zrobić szybciej, sprawniej, lepiej. Ta bezwzględna sprawność i
      łatwość dokonywania różnych operacji, np. liczenia skomplikowanych formuł za
      pomocą arkusza kalkulacyjnego, potrafi fascynować równie silnie jak
      najciekawsza gra lub pogawędka (czat) w Internecie.

      W efekcie łatwo zapomnieć, że komputer nawet z dostępem do Internetu jest
      tylko, jak już powiedziano, urządzeniem bezmyślnym. Staje się symbolem lepszego
      świata, tym bardziej atrakcyjnego, im codzienność sprawia więcej kłopotów:
      klienci nie chcą podpisywać kontraktów, szef pastwi się za najdrobniejsze
      niedociągnięcia, z dawnej miłości pozostaje tylko proza życia i zniechęcenie do
      partnera, który chrapie w nocy, każda akcja w miejscu publicznym wywołuje
      niepokój i obawy. Przynoszące ulgę wyprawy do świata wirtualnego stają się
      coraz częstsze, stają się w końcu samym życiem. Podczas wspomnianej już audycji
      radiowej wypowiadał się nadsyłając e-maila trzynastolatek przyznający się do
      uzależnienia od sieci. Dramatycznie wyznał, że doskonale zdaje sobie sprawę z
      zagrożeń, ale nałóg jest od niego silniejszy. Po prostu musi być „zalogowany”.
    • grgkh 6. Żyj na jawie - (2) 30.11.05, 01:56
      Czy już Cię z nami nie ma?
      Kiedy niebezpiecznie zbliżamy się do granicy uzależnienia od komputera?
      Patricia Wallace, amerykańska uczona, autorka książki „Psychologia Internetu”,
      proponuje następujący kwestionariusz (pod słowo Internet można równie dobrze
      wpisać komputer lub gra komputerowa):

      • czy nie możesz przestać myśleć o Internecie (stale myślisz o tym, co robiłeś
      ostatnio w sieci, lub o tym, co będziesz robił, gdy znów się do niej
      zalogujesz)?
      • czy czujesz potrzebę zwiększania ilości czasu spędzanego w Internecie, aby
      osiągnąć satysfakcję z tego, że korzystasz z sieci?
      • czy podejmowałeś nieudane próby kontrolowania, ograniczania bądź zaprzestania
      korzystania z Internetu?
      • czy czujesz się niespokojny, markotny, przygnębiony, poirytowany, gdy
      próbujesz ograniczyć korzystanie lub przestać korzystać z Internetu?
      • czy zdarza ci się przesiadywać w sieci dłużej, niż pierwotnie zamierzałeś?
      • czy z powodu Internetu zdarzyło ci się narazić na szwank ważną znajomość,
      zaryzykować utratę pracy lub zrezygnować z szansy na zrobienie kariery?
      • czy zdarzyło ci się okłamać rodzinę, terapeutę lub inne osoby, by ukryć, jak
      bardzo pochłania cię Internet?
      • czy Internet służy ci jako ucieczka od problemów lub jako sposób na
      uśmierzanie nastrojów dysforycznych (np. uczucia beznadziejności, poczucia
      winy, lęków, depresji)?

      Pozytywna odpowiedź przynajmniej na pięć pytań kwestionariusza oznacza: jesteś
      uzależniony, należysz bardziej do świata wirtualnego niż rzeczywistego.
      Leczenie, podobnie jak w przypadku innych nałogów, jest trudne.

      -=% Ilu jeszcze -holików? %=-

      – Podaż uzależniających ofert jest dziś niemal nieskończona, jak w Sodomie i
      Gomorze – mówi psychoterapeutka Lubomira Szawdyn, która miała pacjentów
      uzależnionych od zakupów, hazardu, szybkiej jazdy, skoków na bungie,
      astrologów, wróżek, feng shui, filmów akcji, zappingu, siecioholików, którzy
      całkowicie zatracali się w Internecie, pracoholików i seksoholików.
      Uzależnienie to stała ucieczka z rzeczywistości do świata emocjonalnego
      dreszczu; do wirtualnej rzeczywistości, w której zapomina się o obowiązkach i
      odpowiedzialności. A w konsekwencji zapomina się o drugim człowieku i przede
      wszystkim o samym sobie. Nałogowiec przestaje być członkiem rodziny,
      przyjacielem. Uzależnienie pustoszy osobowość, sprawia, że człowiek koncentruje
      się tylko na tym, jak zdobyć swoją używkę – bilet do innego świata.

      – Mechanizm powstawania uzależnienia da się prosto opisać – mówi Lubomira
      Szawdyn kładąc łyżeczkę na drewnianym brzegu stołu. – To jest rzeczywistość, a
      to wizyta w innym świecie – łyżeczka wędruje na szklany blat. – Człowiek pali
      trawkę, upija się, gra w kasynie czy skacze na bungie. Zdarza się, wszystko
      jest dla ludzi. Problem zaczyna się, gdy wizyty w tamtym świecie stają się zbyt
      częste – łyżeczka krąży między drewnianym brzegiem a szklanym blatem. – Pokusa
      jest coraz trudniejsza do przezwyciężenia, wreszcie pojawia się przymus
      niezależny od woli i człowiek znajduje się po drugiej stronie – łyżeczka leży
      na szklanym blacie. Gdy odcięcie od tamtego świata powoduje depresje i
      cierpienie, gdy życie w realu bez możliwości ucieczki staje się piekłem, to
      znaczy, że uzależnienie zwyciężyło.

      Ludzie Nowego Wspaniałego Świata odbywali nakręcane somą podróże, gdy cokolwiek
      zakłócało ich błogostan: gniew, wątpliwości, melancholia czy nuda. Coś, co w
      starym świecie wymagało wysiłku, cierpliwości, pracy nad sobą, załatwiała
      tabletka. Mechanizm współczesnych ucieczek z realu w uzależnienie jest w
      gruncie rzeczy podobny. Najczęściej uzależniają się ludzie nieprzygotowani na
      znoszenie trudności, jakie niesie życie. Zdaniem psychologów ta skłonność do
      ucieczki ma związek z wychowaniem; dzieci przyzwyczajone do natychmiastowej
      gratyfikacji, nieuczone obowiązków, nieświadome odpowiedzialności za siebie i
      innych, gdy dorosną i napotkają pierwsze problemy, nie mają ochoty się z nimi
      mierzyć. Będą szukać rozwiązań alternatywnych. Ale rozwiązania alternatywne
      także coraz natrętniej podsuwa współczesny świat. Tendencja, by wszelkie
      problemy rozwiązywać w prosty chemiczny lub wirtualny sposób, zmienia
      człowieka, wpływa na jego osobowość. Dlatego ucieczka od bólu, lęku, niepokoju
      musi mieć granice. „Mamy emocje pozytywne i negatywne i one tworzą całość.
      Gdybyśmy nie mieli emocji negatywnych, to nie moglibyśmy również odczuwać
      pozytywnych” – mówi Fukuyama. Jak można doznać współczucia i litości, gdy
      samemu nie doświadczyło się cierpienia.

    • grgkh 7. Szanuj zieleń - (1) 30.11.05, 02:02
      Kiedyś mówiono o konieczności walki z przyrodą. Dziś zrozumieliśmy, co się może
      stać, gdybyśmy nie daj Boże tę walkę wygrali.

      JOANNA PODGÓRSKA

      Nie ma biznesmena, który widząc, że jego firma w błyskawicznym tempie pochłania
      swój własny kapitał, powiedziałby, iż problem podaży jest rozwiązany, a firma
      świetnie prosperuje. Jak więc mogliśmy przeoczyć ten fakt wielkiej wagi w
      przypadku tak dużej firmy, jaką jest Statek Kosmiczny – Ziemia” – pisał Ernst
      Friedrich Schumacher w wydanej w 1973 r. książce: „Małe jest piękne”. Była to
      jedna z tych książek, które wpłynęły na przemianę świadomości współczesnego
      człowieka.

      Uświadomiliśmy sobie, że Ziemia nie jest magazynem surowców i śmieci, ale
      ekosystemem, którego nie można bezkarnie eksploatować w nieskończoność.
      Człowiek musi znowu nauczyć się postrzegać siebie jako cząstkę przyrody, a nie
      zewnętrzną siłę, która ma ją zdominować i ujarzmić.

      Co nam do dżungli?

      Same książki pewnie niewiele by zdziałały. Jednak przyroda dostarcza coraz
      więcej dowodów na to, że źle się bawimy. Ginięcie gatunków roślin i zwierząt,
      efekt cieplarniany, erozja gleby powodowana intensywną uprawą, zanieczyszczenie
      powietrza i wody sprawiły, że zagrożenia ekologiczne przestają być postrzegane
      jak gruba przesada czy idée fixe lewicowych oszołomów.

      Co robimy z Ziemią

      • Dziennie znika z powierzchni Ziemi 137 gatunków zwierząt. Wymieranie gatunków
      jest procesem naturalnym, ale obecne jego tempo można porównać z wielkim
      wymieraniem dinozaurów. Z tą różnicą, że obecne spowodowane jest działalnością
      człowieka.
      • Co minutę wycinany jest fragment puszczy amazońskiej wielkości siedmiu boisk
      do piłki nożnej. W latach 1995–2000 wycinano średnio 2 mln hektarów rocznie.
      • Duża część populacji ma problemy z dostępem do wody pitnej. W Afryce łatwego
      dostępu do wody pitnej nie ma jedna trzecia mieszkańców kontynentu. Dla
      porównania, mieszkaniec Afryki zużywa około 300 m sześc. wody, podczas gdy
      Europejczyk ponad 2,5 raza tyle, a mieszkaniec Ameryki Północnej niemal
      ośmiokrotnie więcej.
      • W krajach Unii Europejskiej, które są najbardziej zaawansowane w
      przetwarzaniu wtórnym szkła i papieru, nadal więcej tego typu śmieci przybywa,
      niż ubywa. Rocznie góra odpadów w krajach Piętnastki powiększa się o 1,3 mld
      ton.
      • Co roku do mórz i oceanów trafia 6 mln ton ropy naftowej. Co jakiś czas
      obserwujemy spektakularne katastrofy morskie tankowców transportujących ropę
      naftową. Zagrożone są wybrzeża, giną ptaki morskie, ryby, całe podwodne życie.
      Za każdym razem po takiej katastrofie do wód trafia od kilkudziesięciu do
      kilkuset ton ropy (rozbity ostatnio u wybrzeży Hiszpanii „Prestige” miał na
      pokładzie 70 tys. ton). Ale katastrofy to nie jedyne źródło tego typu
      zanieczyszczeń, kolejnym są wycieki z platform wiertniczych. Samo mycie ładowni
      tankowców powoduje, że do wód co roku wpływa 8 do 20 mln baryłek ropy.

      Wiele zmieniło się na lepsze; powstają czyste, mniej energochłonne technologie,
      przemysł stara się ograniczać emisję zanieczyszczeń, na coraz większą skalę
      wykorzystuje się alternatywne źródła energii. Mimo to wielu niebezpiecznych
      procesów nie udało się powstrzymać. Jednym z najbardziej zapalnych – dosłownie
      i w przenośni – punktów na naszym globie jest wyrąb i wypalanie tropikalnych
      lasów Amazonii.

      – Dżungla topnieje jak śnieg. Dewastacja nadal postępuje w bardzo szybkim
      tempie i jeśli nie uda się tego powstrzymać, skutki będą dramatyczne – mówi
      prof. Maciej Zalewski, dyrektor Międzynarodowego Centrum Ekologii Polskiej
      Akademii Nauk, pokazując komputerową symulację globalnych zjawisk, które
      nastąpią, gdy dżungla amazońska zostanie całkowicie wycięta. Według
      pesymistycznych prognoz, jeśli tempo wyrębu się nie zmieni, nastąpi to już w
      tym stuleciu. – Bardzo poważnie zaburzy to cykl krążenia wody w atmosferze,
      który jest warunkiem życia człowieka na ziemi, pozbawiona osłony w postaci
      biomasy ziemia zacznie zachowywać się jak kaflowy piec kumulując ciepło, zmieni
      się cyrkulacja powietrza nad Ameryką Północną, czego początki dają się
      obserwować już dziś w postaci coraz częstszych i gwałtowniejszych huraganów.
      Skutki odczuje także Europa, bo ciepły prąd Golfstrom zmieni bieg i będzie
      zawracał na południe na wysokości Hiszpanii, a na kontynencie średnia roczna
      temperatura może spaść do 8 st. C – wylicza.

      Wobec zjawisk takich jak wyrąb Amazonii, zatonięcie tankowca czy dziura ozonowa
      pojedynczy człowiek czuje się bezradny. To prawda, ale nie do końca.
    • grgkh 7. Szanuj zieleń - (2) 30.11.05, 02:02
      Lepiej cokolwiek niż nic

      „Jednym z przejawów współczesnej sytuacji jest coraz powszechniejsza
      świadomość, że rodzaj ludzki w swoim pościgu za bogactwem, rabunkowo
      eksploatując przyrodę, szybko zmierza do zniszczenia Ziemi i samego siebie.
      Tylko uświadomienie sobie przez wszystkich mieszkańców planety, że stoją przed
      bezpośrednimi i wspólnymi niebezpieczeństwami, może zrodzić powszechną wolę
      polityczną wspólnego działania na rzecz przetrwania ludzkości” – te słowa
      raportu Rady Klubu Rzymskiego brzmią może romantycznie i patetycznie. Jednak
      świadomość ekologiczna pojedynczego człowieka przekłada się na jego wybory
      polityczne i konsumenckie, a te pomnożone przez miliony mogą przynieść efekt. I
      tu chodzi już o rzeczy prozaiczne i przyziemne. Każdy może wspierać ochronę
      środowiska głosując na polityków świadomych ekologicznych zagrożeń,
      oszczędzając wodę i energię, jeżdżąc samochodem ze sprawnym katalizatorem,
      wybierając produkty wykonane przy pomocy energooszczędnych technologii,
      segregując śmieci. Prawa rynku są proste: im mniejszy popyt, tym mniejsza
      podaż. Dlatego warto powstrzymać się od kupna przedmiotów wykonanych z drewna
      drzew tropikalnych, egzotycznych zwierząt, gdy nie ma pewności, że urodziły się
      w niewoli, naturalnych futer, których wytworzenie wiąże się nie tylko z
      cierpieniem zwierząt, ale także ze skażeniem środowiska; warto zrezygnować z
      jedzenia mięsa lub choćby starać się je ograniczyć, bo to głównie stale rosnące
      zapotrzebowanie na paszę dla zwierząt hodowlanych prowadzi do wycinania lasów.
      Zawsze lepiej zrobić cokolwiek niż nic.

      Przede wszystkim jednak warto zadbać o swój kawałek świata. W Holandii
      promowana jest właśnie akcja pod hasłem: „No more cute gardens” (koniec z
      uroczymi ogródkami). Okazało się bowiem, że eliminując w przydomowych ogródkach
      naturalną – uznawaną za chwasty – roślinność zastępowaną przez egzotyczne,
      ozdobne gatunki, wyeliminowano także ptaki oraz motyle i inne owady, które
      utraciły swoją niszę ekologiczną. W akcji chodzi o to, by choć jedną trzecią
      ogrodu pozostawić w stanie naturalnym. Drapieżne owady, które będą mogły tam
      żyć, zrewanżują się niszczeniem szkodników, co pozwoli ograniczyć stosowanie
      chemicznych środków do ich zwalczania.

      A w Polsce przynajmniej nie śmieć

      W Polsce mamy do rozwiązania o wiele bardziej podstawowe problemy; przede
      wszystkim śmieci: wyrzucane do lasu, do jezior, zostawiane przy drodze. Kwestia
      segregacji odpadów także nie jest traktowana zbyt poważnie ani przez władze
      lokalne, ani przez mieszkańców. A to jest właśnie coś, co zależy od
      indywidualnego wyboru, coś na co każdy ma wpływ. Segregować warto tym bardziej,
      że polski inżynier opracował niedawno technologię przetwarzania plastiku na
      substancję podobną do ropy naftowej; technologię, która – jak twierdzi prof.
      Zalewski – wprawiła w osłupienie amerykańskich specjalistów. Metoda ta sprawi,
      że utylizacja plastiku nie będzie pociągała za sobą kosztów, a wręcz będzie
      można na niej zarobić.

      Hasło ekologia nie zawsze budzi u nas dobre skojarzenia, a ekolodzy postrzegani
      są często jako radykałowie przykuwający się do drzew, którzy wymagają od innych
      Bóg wie jakiej ascezy. Opinię psują ekoterroryści protestujący przeciwko nowym
      inwestycjom, a odstępujący od swych żądań za opłatą finansową. Ale współczesna
      ekologia się zmienia.

      – Przeszła z fazy restrykcyjnej, gdy chciała odgrodzić człowieka od przyrody, w
      fazę kreatywną, która polega na tym, by człowiek się z przyrodą zaprzyjaźnił.
      Nie chodzi o to, by wyrzucić wszystkich z lasu, ale nauczyć, jak się w nim
      przyzwoicie zachowywać – mówi prof. Zalewski. – Opracowując nowe technologie
      staramy się nie tylko, żeby były przyjazne dla środowiska, ale żeby były
      opłacalne, żeby tworzyły nowe miejsca pracy. Przede wszystkim jednak ekologia
      XXI wieku polega na tym, że bierze pod uwagę cały ekosystem, a nie jego wycinek.

      Jako przykład zderzenia starej i nowej ekologii podaje prof. Zalewski trwający
      właśnie spór o budowę tamy na Wiśle we Włocławku. Jedni ekolodzy protestują ze
      względu na ptaki wodne, których siedliska zostaną zniszczone, drudzy wyliczają
      korzyści: 30 proc. mniej zanieczyszczeń spływających do Bałtyku (co może
      ograniczyć zjawisko toksycznych zakwitów, które są bardzo poważnym problemem
      wybrzeża), czysta ekologiczna energia wodna, podniesienie poziomu wód
      gruntowych w centrum Polski, gdzie gleby zagrożone są przesuszeniem.

      Żeby przeprowadzać takie kalkulacje, potrzebna jest solidna wiedza. Nie trzeba
      długo szukać, by znaleźć przykłady, jak zmarnowano miliony dolarów, np. budując
      oczyszczalnię ścieków nie w tym miejscu, gdzie trzeba, bo ktoś zaniedbał sprawę
      konsultacji ze specjalistami. Współczesna ekologia jest zbyt skomplikowaną i
      rozległą dziedziną nauki, a kwestia ochrony środowiska zbyt pilna, by można
      było sobie pozwolić na chaotyczne działanie na oślep.

      Dobrze jest posadzić drzewo. Ale żeby to miało sens, trzeba wiedzieć jakie,
      gdzie i kiedy. Żeby szanować zieleń, warto polubić ekologów i zacząć ich
      słuchać.

    • grgkh 8. Szanuj zdrowie - (1) 30.11.05, 02:07
      Czyż nie jest naszym moralnym obowiązkiem – wobec siebie i innych – postępować
      tak, aby nie dewastować swojego ciała i psychiki, nie prowokować chorób?

      EWA NOWAKOWSKA

      Troskę o zdrowie mierzy się w Polsce częstością kontaktów z medycyną. Potoczne
      obserwacje potwierdzają badania opinii społecznej. Ten to dba o zdrowie! Chodzi
      do lekarzy z każdą dolegliwością, ma konsultacje u najlepszych specjalistów –
      opowiada z podziwem i zazdrością jedna pani drugiej pani w kolejce do poradni.

      Czy jednak zdrowie jest naszą własnością? Jak nabyty przedmiot, który możemy
      niszczyć, a uszkodzony oddawać wielokrotnie do naprawy i jeszcze utyskiwać, że
      funkcjonuje nie tak dobrze jak nowy? Czy to sprawiedliwe, że współobywatele
      partycypują w kosztownych naprawach zdrowia tych wszystkich, którzy go
      ostentacyjnie nie szanują?

      Z jednej strony ludzie narzekają na instytucje opieki medycznej, z drugiej zaś
      właśnie stamtąd oczekują gwarancji zdrowia. Informacja, że na zdrowie trzeba
      sobie samemu zasłużyć, jest dla Polaków złą wiadomością. Dobra wiadomość – że
      szacunek i dbałość o własne zdrowie są źródłem sukcesów także w innych
      dziedzinach życia – dopiero zyskuje sobie zwolenników.

      Lista zabójców
      Wedle najnowszej publikacji WHO przyczyną trzeciej części przedwczesnych zgonów
      na całym świecie są:
      • niedożywienie
      • zanieczyszczona woda
      • brak higieny
      • niedobór żelaza
      • zanieczyszczone powietrze
      • ryzykowne praktyki seksualne
      • nieprawidłowe ciśnienie krwi
      • nieprawidłowy cholesterol
      • picie alkoholu * i palenie * papierosów
      • obżarstwo

      Po pierwsze: styl życia

      Stan zdrowia współczesnych społeczeństw (najczęściej mierzony przewidywaną
      długością życia) zależy nie tyle od osiągnięć medycyny, co od stylu życia jej
      potencjalnych pacjentów (patrz ramka). Takie jest zgodne stanowisko autorów
      badań, prowadzonych niezależnie przez kilka ostatnich dziesięcioleci w różnych
      krajach. Na podstawie wyników tych wszystkich badań odpowiedzialność za zdrowie
      aż w 50 proc. przypisano stylowi życia! Na drugim miejscu znalazło się
      środowisko (25–35 proc.). Rolę biologii, czyli naszego dziedzictwa
      genetycznego, wyceniono na 10–15 proc., podobnie rolę opieki medycznej:
      zaledwie 10–20 proc. W Polsce projekt badawczy „Styl życia a zdrowie”
      zrealizowała w latach 90. prof. dr hab. Antonina Ostrowska, socjolog medycyny.

      W krajach zamożnych, gdzie sieć usług zdrowotnych jest szeroko dostępna,
      zauważono brak oczekiwanego związku między rosnącymi inwestycjami w medycynę a
      poprawą stanu zdrowia publicznego. Źródłem rozczarowania i lęku stały się błędy
      w sztuce lekarskiej, negatywne skutki uboczne stosowanych terapii, zakażenia
      wewnątrzszpitalne, odrzucanie prostych i tanich środków na korzyść kosztownych,
      a nie zawsze uzasadnionych terapii. Największe szanse radykalnej poprawy
      zdrowia tkwią w upowszechnianiu sprzyjającego zdrowiu stylu życia – dowiedli
      Amerykanie, którym w ciągu 10 lat udało się obniżyć o jedną czwartą umieralność
      z powodu choroby wieńcowej. Japończycy osiągnęli jeszcze więcej – o trzy
      czwarte obniżyli zachorowalność i umieralność z powodu udarów mózgu.
      Zachęcające jest i to, że efekty zmiany stylu życia, a zwłaszcza sposobu
      odżywiania, widoczne są w nieodległym czasie.
    • grgkh 8. Szanuj zdrowie - (2) 30.11.05, 02:07
      Ograniczaj i porzucaj

      Czy w Polsce promocja wzorów zachowań i wyborów, składających się na
      sprzyjający zdrowiu styl życia, ma szanse wygrać z utrwaloną wiarą, że naszym
      zdrowiem powinna zajmować się medycyna, a odpowiedzialność za wszelkie
      niedostatki w tym zakresie ponosi państwo?

      Szanowanie własnego zdrowia wymaga wysiłku, ograniczeń, wyrzeczeń i
      samokontroli – a to kłóci się z miłym Polakom kulturowym wzorcem czerpania
      przyjemności z używania życia – odnotowali badacze obyczajów w latach 90. A
      jednak właśnie w minionej dekadzie nastąpiło u nas wiele korzystnych zmian,
      zwłaszcza w zakresie racjonalnego odżywiania się, zmniejszającego ryzyko chorób
      układu krążenia i nowotworów. Miało w tym swój udział „urynkowienie” zdrowia:
      wszechobecna reklama zdrowych produktów (np. wojna margaryny z masłem).

      Zmniejszyło się o ponad połowę spożycie czerwonego mięsa (na rzecz drobiu),
      tłuszczów zwierzęcych (na rzecz roślinnych) i pełnotłustego mleka. Wzrosło
      spożycie owoców, zwłaszcza cytrusowych, bogatych w przeciwutleniacze. Wedle
      najnowszego raportu Rządowej Rady Ludnościowej konsumpcja alkoholu zmalała o
      ok. 30 proc. w porównaniu z początkiem minionej dekady. Ten sam raport
      informuje także o utrzymującej się od lat 80. stałej tendencji do ograniczania
      palenia tytoniu. W 2000 r. papierosy paliło ok. 40 proc. dorosłych mężczyzn (w
      latach 70. – 82 proc.) i ok. 20 proc. kobiet.

      Gdy jesienią 2002 r. w Warszawie spotkali się wybitni przedstawiciele
      kardiologii i onkologii – czyli tych dziedzin medycyny, które zajmują się tzw.
      chorobami cywilizacyjnymi (dwie pierwsze przyczyny zgonów przed sześćdziesiątką
      stanowią choroby układu krążenia i nowotwory) – nastroje oscylowały między
      euforią a depresją. Przyczyną euforii był spadek wskaźnika śmiertelności i
      wzrost przeciętnej długości życia. Średnia wieku mężczyzn wynosi obecnie prawie
      70 lat, czyli statystycznie mężczyźni żyją o 4 lata dłużej niż na początku
      minionej dekady, średnia kobiet – 77 lat (o 3 lata dłużej). Podczas spotkania
      mówiono wręcz o „zdrowotnym cudzie nad Wisłą”. Złe nastroje miały za przyczynę
      fakt, że Polacy nadal żyją o kilka lat krócej niż mieszkańcy Unii Europejskiej,
      a dzielący nas od nich dystans możemy pokonać w najlepszym razie za 10 lat.

      Mądrzejsi żyją dłużej

      Żyją dłużej i są zdrowsi ludzie wykształceni (o wyższej pozycji społeczno-
      zawodowej, mieszkający w dużych miastach). Obecnie Polak 25-letni z wyższym
      wykształceniem ma szanse dożyć osiemdziesiątki. Jego rówieśnik po podstawówce
      może nie przekroczyć sześćdziesiątki!

      Postawy prozdrowotne przyjmują się najlepiej i stają się ważną częścią stylu
      życia nowej, tworzącej się klasy średniej, zwłaszcza jej młodszych
      przedstawicieli. Prof. Antonina Ostrowska tak identyfikuje orientacje życiowe i
      samopoczucie tej grupy: posiadanie celu w życiu, wiara we własne możliwości,
      gotowość do aktywnego budowania kariery. Dla nowej klasy średniej dobre
      zdrowie, tzw. zdrowy wygląd i sprawność fizyczna, ma wartość instrumentalną:
      poprawia pozycję społeczną, ułatwia karierę, jest wyznacznikiem przynależności
      środowiskowej. Ci ludzie jedzą jogurty, piją soki owocowe, chodzą do siłowni,
      żeby „kreować ciało”, grają w tenisa, a zimą jeżdżą na nartach.

      Powie ktoś: stać ich na to, dlatego dbają o zdrowie! Prof. Ostrowska
      postanowiła to sprawdzić, badając, jak działają rozłącznie dochody i
      wykształcenie w stosunku do zachowań prozdrowotnych. Hipoteza, że wyższe
      zarobki osób wykształconych warunkują ich lepsze odżywianie i racjonalną
      rekreację w czasie wolnym, okazała się nieprawdziwa – wykształcenie odgrywa
      zdecydowanie większą rolę niż dochody. Zróżnicowanie stanu zdrowia, związane z
      pozycją społeczną, potwierdzają też badania GUS. Osoby o niższym wykształceniu
      częściej chorują i cierpią na więcej schorzeń przewlekłych. Im wyższe
      wykształcenie, tym mniejsza kumulacja chorób.

      Stąd ważny wniosek: kształć dzieci, a będą zdrowsze! Ale przede wszystkim sam
      bądź dla nich wzorem aktywności umysłowej i fizycznej. Wyjdź z koleiny złych
      przyzwyczajeń: późny, tłusty obiad, gnuśne wylegiwanie się przed telewizorem,
      papieros na stres, ciastko na jesienną depresję. To prawda, że tenis kosztuje,
      ale jest wiele tanich form czynnej rekreacji, liczy się chęć i wytrwałość.

      Szanuj zdrowie – sam zrobisz to najskuteczniej.



    • grgkh 9. Nie używaj wiedzy przeciwko człowiekowi - (1) 30.11.05, 02:13
      Zadaniem uczonych jest odkrywanie prawdy. Ale my wszyscy mamy wpływ na to, co z
      tą prawdą zrobią politycy.

      ANDRZEJ GORZYM, KRZYSZTOF SZYMBORSKI

      Wśród intelektualistów, którzy zawsze przejawiali tendencję do przeceniania
      roli rozumu w rozwiązywaniu ludzkich problemów, szlachetny sentyment wyrażony w
      tytule rozpowszechniony był szeroko od stuleci. Kiedy, na przykład, w 1248 r.
      angielski alchemik i filozof Roger Bacon odkrył praktyczny przepis na produkcję
      prochu, nie ogłosił swego wynalazku, lecz formułę swą zaszyfrował w postaci
      kryptogramu. Leonardo da Vinci tak bardzo obawiał się wykorzystania swych
      wynalazków do destrukcyjnych celów, że kiedy opisywał wymyśloną przez siebie
      łódź podwodną, posłużył się szyfrem. „Tego nie ujawniam – pisał – z uwagi na
      zło ludzkiej natury, które sprawi, że praktykować będą zabójstwo na dnie mórz
      rozbijając okręty [przeciwnika] w ich najniższych partiach i zatapiając je wraz
      z załogą”.

      Od kuszy do atomu

      Ojciec nowoczesnej balistyki włoski matematyk Niccolo Tartaglia, który o dwa
      pokolenia poprzedził Galileusza, uważał, że „jest rzeczą karygodną,
      barbarzyńską i napawającą wstydem, godną surowej kary boskiej i ludzkiej,
      próbowanie doprowadzenia do perfekcji niszczycielskiej sztuki [wojennej]
      mogącej zniszczyć naszego sąsiada i zagrozić ludzkiemu gatunkowi”. Zdecydował
      się jednak na praktyczne zastosowanie swej wiedzy (wciąż mocno niedoskonałej)
      dopiero w obliczu zagrożenia Italii inwazją niewiernych Turków – „żarłocznych
      wilków przygotowujących się do napaści na nasze stado”. Tartaglia zawęził więc,
      rzec można, nasze moralne przykazanie do specyficznej wersji: „Nie będziesz
      używał wiedzy naukowej przeciwko innym chrześcijanom”.

      Prof. dr Konrad Fiałkowski, Rensselaer Polytechnic Institute w Troy (USA) oraz
      Uniwersytet Warszawski, informatyk i pisarz science fiction:
      – Uczeni z poczuciem swej misji z reguły świadomie nie działają „przeciw
      człowiekowi”, chyba że służą, w swym przekonaniu, misji nadrzędnej jak Einstein
      wpół­inicjujący badania nad bombą atomową. Prawdziwy problem to skutki ich
      badań, których nie są w stanie przewidzieć. Czy można winić anonimowych
      odkrywców metalowych wielożyłowych linek, że jednym z pierwszych zastosowań
      tego nowatorstwa było wiązanie czarownic na stosach tym ich wytworem odpornym
      na ogień? Ten brak możliwości przewidywań skutków własnych odkryć drastycznie
      narasta w naszych czasach. Czy badacze genomu człowieka mogą przewidzieć
      przyszłe skutki swych dokonań? A jest jeszcze inny aspekt badawczy o
      nieprzewidywalnych dziś konsekwencjach dla człowieka. Jest to świadomość. Wśród
      tematów, które skłonne są finansować rządowe (niepolskie) agencje, pojawił się
      ostatnio temat: „Świadomość automatów”. W minionej Dekadzie Mózgu prowadziłem w
      nader ograniczonym zakresie podobne badania. Wynikałoby z nich, że świadomość
      jest zapewne symulowalna na komputerze. Prościej (i z przykrością) mówiąc,
      byłaby więc łatwiejsza do technicznej realizacji, niż gdyby była wynikiem
      efektów kwantowych. Cóż, dotychczas człowiek (nie licząc protez zębowych i
      rozruszników serca) składał się z tego, co i jak urodziła mama. Niekoniecznie
      musi być tak nadal. A wtedy przykazanie o niewykorzystywaniu wiedzy przeciw
      człowiekowi trafiłoby w nowy kontekst. Być może w inwokacji: „Oto człowiek!” w
      przyszłości – i to już w przyszłości kilku pokoleń – wykrzyknik zostanie
      zastąpiony znakiem zapytania.

      Modyfikacja stanowiska Tartaglii miała godny precedens: w 1139 r. papież
      Innocenty II przekonany, że nowo wynaleziona kusza jest niehumanitarną bronią
      masowej zagłady, zakazał jej używania ogłaszając, iż „obraża ona Boga i jest
      niestosowna dla chrześcijan”. Wkrótce potem edykt jego został zmieniony,
      zezwalając na stosowanie kuszy przeciwko muzułmanom i niebawem jedni
      chrześcijanie używali jej przeciwko drugim. Od wystrzelonej z kuszy strzały
      zginął Ryszard Lwie Serce, gdy oblegał zamek w Chalus w centralnej Francji.

      Wielu spośród fizyków pracujących nad produkcją pierwszej bomby atomowej w
      Projekcie Manhattan, nie wyłączając Roberta Oppenheimera, naukowego dyrektora
      całego przedsięwzięcia, także miało poważne skrupuły moralne, które zostały
      jednak odsunięte na bok wobec śmiertelnego zagrożenia, jakie dla wyznawanych
      przez nich wartości stanowił faszyzm. Uniwersalność zasady humanitarnej
      nieszkodliwości nauki zawsze ograniczały więc „usprawiedliwione wyjątki”, co
      czyniło ją w praktyce mało efektywną.

      Nie to jednak wydaje się jej największą słabością. Ważniejsze jest chyba to, że
      długofalowe skutki jakiegokolwiek naukowego odkrycia są właściwie całkowicie
      nieprzewidywalne i groźba jego militarnego zastosowania jest częstokroć z
      nawiązką kompensowana przez jego pozytywne konsekwencje. Przykładem może być
      rozwój chemii związków azotowych, który doprowadził do wynalezienia trotylu,
      ale i nawozów sztucznych. W zamachu terrorystycznym w Oklahoma City, w którym
      zginęło 168 osób, Timothy McVeigh użył jako środka wybuchowego mieszaniny
      nawozu azotowego z paliwem Diesla.

      Gdyby wszyscy uczeni podzielali obawy Tartaglii, nigdy nie powstałaby klasyczna
      fizyka, która stała się intelektualnym fundamentem nowożytności. Z punktu
      widzenia dynamiki nie ma w końcu zasadniczej różnicy pomiędzy lotem pocisku
      artyleryjskiego i obiektu zrzucanego przez Galileusza z Krzywej Wieży w Pizie.
    • grgkh 9. Nie używaj wiedzy przeciwko człowiekowi - (2) 30.11.05, 02:13
      Zadaniem uczonych jest odkrywanie prawdy. Ale my wszyscy mamy wpływ na to, co z
      tą prawdą zrobią politycy.

      ANDRZEJ GORZYM, KRZYSZTOF SZYMBORSKI

      Wśród intelektualistów, którzy zawsze przejawiali tendencję do przeceniania
      roli rozumu w rozwiązywaniu ludzkich problemów, szlachetny sentyment wyrażony w
      tytule rozpowszechniony był szeroko od stuleci. Kiedy, na przykład, w 1248 r.
      angielski alchemik i filozof Roger Bacon odkrył praktyczny przepis na produkcję
      prochu, nie ogłosił swego wynalazku, lecz formułę swą zaszyfrował w postaci
      kryptogramu. Leonardo da Vinci tak bardzo obawiał się wykorzystania swych
      wynalazków do destrukcyjnych celów, że kiedy opisywał wymyśloną przez siebie
      łódź podwodną, posłużył się szyfrem. „Tego nie ujawniam – pisał – z uwagi na
      zło ludzkiej natury, które sprawi, że praktykować będą zabójstwo na dnie mórz
      rozbijając okręty [przeciwnika] w ich najniższych partiach i zatapiając je wraz
      z załogą”.

      Od kuszy do atomu

      Ojciec nowoczesnej balistyki włoski matematyk Niccolo Tartaglia, który o dwa
      pokolenia poprzedził Galileusza, uważał, że „jest rzeczą karygodną,
      barbarzyńską i napawającą wstydem, godną surowej kary boskiej i ludzkiej,
      próbowanie doprowadzenia do perfekcji niszczycielskiej sztuki [wojennej]
      mogącej zniszczyć naszego sąsiada i zagrozić ludzkiemu gatunkowi”. Zdecydował
      się jednak na praktyczne zastosowanie swej wiedzy (wciąż mocno niedoskonałej)
      dopiero w obliczu zagrożenia Italii inwazją niewiernych Turków – „żarłocznych
      wilków przygotowujących się do napaści na nasze stado”. Tartaglia zawęził więc,
      rzec można, nasze moralne przykazanie do specyficznej wersji: „Nie będziesz
      używał wiedzy naukowej przeciwko innym chrześcijanom”.

      Prof. dr Konrad Fiałkowski, Rensselaer Polytechnic Institute w Troy (USA) oraz
      Uniwersytet Warszawski, informatyk i pisarz science fiction:
      – Uczeni z poczuciem swej misji z reguły świadomie nie działają „przeciw
      człowiekowi”, chyba że służą, w swym przekonaniu, misji nadrzędnej jak Einstein
      wpół­inicjujący badania nad bombą atomową. Prawdziwy problem to skutki ich
      badań, których nie są w stanie przewidzieć. Czy można winić anonimowych
      odkrywców metalowych wielożyłowych linek, że jednym z pierwszych zastosowań
      tego nowatorstwa było wiązanie czarownic na stosach tym ich wytworem odpornym
      na ogień? Ten brak możliwości przewidywań skutków własnych odkryć drastycznie
      narasta w naszych czasach. Czy badacze genomu człowieka mogą przewidzieć
      przyszłe skutki swych dokonań? A jest jeszcze inny aspekt badawczy o
      nieprzewidywalnych dziś konsekwencjach dla człowieka. Jest to świadomość. Wśród
      tematów, które skłonne są finansować rządowe (niepolskie) agencje, pojawił się
      ostatnio temat: „Świadomość automatów”. W minionej Dekadzie Mózgu prowadziłem w
      nader ograniczonym zakresie podobne badania. Wynikałoby z nich, że świadomość
      jest zapewne symulowalna na komputerze. Prościej (i z przykrością) mówiąc,
      byłaby więc łatwiejsza do technicznej realizacji, niż gdyby była wynikiem
      efektów kwantowych. Cóż, dotychczas człowiek (nie licząc protez zębowych i
      rozruszników serca) składał się z tego, co i jak urodziła mama. Niekoniecznie
      musi być tak nadal. A wtedy przykazanie o niewykorzystywaniu wiedzy przeciw
      człowiekowi trafiłoby w nowy kontekst. Być może w inwokacji: „Oto człowiek!” w
      przyszłości – i to już w przyszłości kilku pokoleń – wykrzyknik zostanie
      zastąpiony znakiem zapytania.

      Modyfikacja stanowiska Tartaglii miała godny precedens: w 1139 r. papież
      Innocenty II przekonany, że nowo wynaleziona kusza jest niehumanitarną bronią
      masowej zagłady, zakazał jej używania ogłaszając, iż „obraża ona Boga i jest
      niestosowna dla chrześcijan”. Wkrótce potem edykt jego został zmieniony,
      zezwalając na stosowanie kuszy przeciwko muzułmanom i niebawem jedni
      chrześcijanie używali jej przeciwko drugim. Od wystrzelonej z kuszy strzały
      zginął Ryszard Lwie Serce, gdy oblegał zamek w Chalus w centralnej Francji.

      Wielu spośród fizyków pracujących nad produkcją pierwszej bomby atomowej w
      Projekcie Manhattan, nie wyłączając Roberta Oppenheimera, naukowego dyrektora
      całego przedsięwzięcia, także miało poważne skrupuły moralne, które zostały
      jednak odsunięte na bok wobec śmiertelnego zagrożenia, jakie dla wyznawanych
      przez nich wartości stanowił faszyzm. Uniwersalność zasady humanitarnej
      nieszkodliwości nauki zawsze ograniczały więc „usprawiedliwione wyjątki”, co
      czyniło ją w praktyce mało efektywną.

      Nie to jednak wydaje się jej największą słabością. Ważniejsze jest chyba to, że
      długofalowe skutki jakiegokolwiek naukowego odkrycia są właściwie całkowicie
      nieprzewidywalne i groźba jego militarnego zastosowania jest częstokroć z
      nawiązką kompensowana przez jego pozytywne konsekwencje. Przykładem może być
      rozwój chemii związków azotowych, który doprowadził do wynalezienia trotylu,
      ale i nawozów sztucznych. W zamachu terrorystycznym w Oklahoma City, w którym
      zginęło 168 osób, Timothy McVeigh użył jako środka wybuchowego mieszaniny
      nawozu azotowego z paliwem Diesla.

      Gdyby wszyscy uczeni podzielali obawy Tartaglii, nigdy nie powstałaby klasyczna
      fizyka, która stała się intelektualnym fundamentem nowożytności. Z punktu
      widzenia dynamiki nie ma w końcu zasadniczej różnicy pomiędzy lotem pocisku
      artyleryjskiego i obiektu zrzucanego przez Galileusza z Krzywej Wieży w Pizie.
    • grgkh 10. Wierz i wątp - (1) 30.11.05, 02:22
      Kto w nic nie wierzy, ten uwierzy w cokolwiek. Jest też inna groźba: wiary tak
      pewnej siebie, że aż nienawistnej wobec wszelkich wątpliwości.

      ADAM SZOSTKIEWICZ

      Czy można zarazem wierzyć i wątpić? Wiara nie musi być religijna. Dla
      psychologa i psychoterapeuty wiara ma wartość, gdy pomaga jednostce radzić
      sobie z życiem. Wszystko dobrze, póki wiara – wszystko jedno, jakie jest jej
      źródło – scala człowieka i daje mu siłę. Kto w nic nie wierzy, ten uwierzy w
      cokolwiek – to ostrzeżenie przed szarlatanami, którzy żerują na ludzkiej
      potrzebie wiary w czasach zamętu.

      Dziesięć przykazań tygodnika „Stern”
      1. Szanuj cudzą godność
      2. Walcz, jeśli dzieje się krzywda
      3. Odpowiadaj za własne czyny
      4. Respektuj, że ludzie są różni
      5. Nie zabijaj
      6. Bądź uczciwy
      7. Wierz, ale nie bądź fanatykiem
      8. Kochaj swoje dzieci
      9. Nie żyj cudzym kosztem
      10. Szanuj naturę

      W arcyciekawej książce „Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, wydanej (uwaga!,
      to u nas nietypowe) przez oficynę ojców jezuitów WAM w Krakowie, psychiatra
      prof. Maria Orwid opowiada o swych doświadczeniach zawodowych. Ma wśród kolegów
      wielu ludzi religijnych. Zauważa, że autentyczne doświadczenie religijne
      zachęca do otwartości na drugiego człowieka i życzliwości. Ale są też tacy –
      już poza jej środowiskiem zawodowym – u których doświadczenie religijne
      wywołuje tak głębokie poczucie misji, że uważają, iż wiedzą, jak powinien
      postępować drugi człowiek, co jest dla niego dobre, a co złe. U takich osób nie
      ma świadomości ranienia ludzi.

      Lękajmy się fanatyków

      Tego właśnie dziś lęka się wielu: że wiara zamieni się w fanatyzm
      usprawiedliwiający narzucanie innym siłą własnych przekonań. Jak nie ogniem i
      mieczem, to drogą ustaw i rozbudowanego systemu kontroli naszego życia
      prywatnego. Tej pokusie ulegali wcale nie tylko ludzie religijni. Profesor
      Leszek Kołakowski pisze: „Najstraszliwsze i najbardziej masowe prześladowania,
      masakry i ludobójcze wyprawy w XX stuleciu były dziełem zapamiętałych wrogów
      religii i chrześcijaństwa, nie zaś dziełem Kościoła czy Kościołów – te
      potworności czynili ci sami, co prześladowali religię i mordowali kapłanów w
      imię dostojeństwa rozumu”.

      Złe doświadczenia z fanatyzmem nie poszły w zapomnienie. Dotyczy to także
      fanatyzmu religijnego. Ta pamięć ludziom na Zachodzie każe szukać duchowego
      oparcia poza wszelkimi formami religii zorganizowanej. Chcą w coś wierzyć, ale
      bez pośredników. Stąd tak wielka dziś popularność nowej duchowości – takiej,
      która odpowiada na potrzebę głębszych wartości, ale nie podpiera się przy tym
      dogmatami i nie grozi piekłem. W ruchu New Age jest miejsce dla wszystkich
      poszukiwaczy takiej duchowości. Mogą być buddystami, chrześcijanami, wyznawcami
      szamanizmu, nieważne – każda ścieżka jest dobra, każda religia i wiara jest w
      istocie tym samym – próbą odkrycia głębszego sensu w pozornym chaosie
      rzeczywistości. Ale czy to na pewno jest takie proste?

      Strzeżmy się hochsztaplerów

      W praktyce bardzo trudno szuka się całkiem samemu, bez żadnej pomocy. Ci,
      którzy zrazili się do tradycyjnych religii i Kościołów, jakoś bez problemu
      poddają się władzy nowych nauczycieli duchowych. Nierzadko ci guru okazują się
      samozwańczymi hochsztaplerami. My nie chcemy łaciny, a oni namawiają nas, byśmy
      uczyli się sanskrytu, języka jeszcze bardziej martwego. Może lepiej poznać
      najpierw własną tradycję i zbadać, czy przypadkiem nie zawiera czegoś, czego
      właśnie szukamy zupełnie gdzie indziej? Wielu młodych ludzi, także w Polsce,
      studiuje z zapałem mistykę Dalekiego Wschodu. Nie wiedzą często, że
      chrześcijaństwo ma równie bogate doświadczenia mistyczne. Dominikanin Jan
      Andrzej Kłoczowski, filozof religii, mówi tak: – W obszarze religii wierzę w
      coś, bo wiarygodnym jest dla mnie świadek, który mówi. Miarą wiarygodności
      świadectwa jest to, co świadek gotów jest poświadczyć sobą, swoim życiem o
      prawdzie, którą głosi. Wierzę w to, że Jezus Chrystus zmartychwstał, bowiem
      wiarygodnymi świadkami są apostołowie, którzy Go widzieli i dali za tę prawdę
      życie. Ostatecznym świadkiem jest sam Jezus i jego ewangelia.
    • grgkh 10. Wierz i wątp - (2) 30.11.05, 02:22
      Wątpienie także dotyczy tych dwu wymiarów wiary – wątpię albo w coś, albo
      wątpię w wiarygodność świadka. Wątpić to brać na serio prawdę, z którą się
      zmagamy. Akceptacja prawdy musi przejść przez ogniową próbę zwątpienia, musi
      spłonąć dziecinne niebo naiwności, aby dojrzała wiara wydała swój owoc. Ale i
      jestem pewien słuszności tezy przeciwnej: spłonąć winna także dziecinna choroba
      nieustannego wątpienia, gdyż to także nie pozwala na osiągnięcie pełnej
      dojrzałości. Gdy staję wobec ludzkiej biedy, nie czas na wątpienie, czas na
      działanie.

      Dekalog buddyzmu zen
      1. Nie przywiązuj się bałwochwalczo do żadnej doktryny, teorii czy ideologii.
      Prawda tkwi w życiu, nie w doktrynach.
      2. Nie zmuszaj nikogo – także dzieci – do wyznawania twoich poglądów.
      3. Nie unikaj kontaktu z cierpieniem.
      4. Nie gromadź bogactw ponad miarę, gdy miliony głodują. Nie rób ze sławy,
      zysku, zamożności czy przyjemności zmysłowych głównego celu twojego życia. Żyj
      prosto, dzieląc czas, energię i dobra materialne z tymi, którzy są w potrzebie.
      5. Nie podsycaj gniewu i nienawiści.
      6. Nie rozpraszaj się.
      7. Nie mów rzeczy niezgodnych z prawdą ani dla osobistych korzyści, ani żeby
      wywrzeć wrażenie na słuchaczach. Miej odwagę zabrać głos, gdy dostrzegasz
      niesprawiedliwość.
      8. Nie wykonuj takiego zawodu, którego efekty są szkodliwe dla ludzkości bądź
      przyrody. Nie inwestuj w spółki pozbawiające innych szansy na życie.
      9. Nie przywłaszczaj sobie rzeczy, które powinny należeć do kogoś innego.
      Szanuj cudzą własność, jednak nie dopuszczaj, by inni bogacili się na
      cierpieniu ludzi czy innych istot.
      10. Szanuj własne ciało i obchodź się z nim jak najlepiej. Bądź w pełni świadom
      odpowiedzialności związanej z powołaniem nowego istnienia. Robiąc użytek z tego
      dekalogu, pamiętaj o punkcie pierwszym.

      Niewierzący pożegnali się – w imię rozumu – z wiarą religijną raz na zawsze.
      Stanisław Lem ujął to tak: „Wszystkie rodzaje ludzkiej konfesji są mi jednakowo
      obce w tym prostym sensie, że jestem na każdą wiarę dokładnie tak samo
      niekonwertowalny. Możliwe, że pewne podstawowe fragmenty moich etycznych
      dociekań lub zasad są wywodliwe z chrześcijaństwa i musiałbym upaść na głowę,
      ażeby się takich wpływów wypierać. Niemniej estetyczne atrakcje wiar mogą być
      rozmaite, ale moc ich oddziaływania na mój światopogląd utrwalony rozumowo
      równa się zeru. Żadnej tego rodzaju opoki nie potrzebuję”.

      Społeczeństwa Zachodu są prawie całkowicie zeświecczone. Ale temu procesowi
      towarzyszy podskórnie drugi. W próżnię po chrześcijaństwie katolickim i
      protestanckim wchodzą inne zorganizowane wyznania – od islamu, przez religie
      Orientu po chrześcijańskie wspólnoty „niszowe” – np. prawosławie w Wlk.
      Brytanii czy rzutkie sekty o korzeniach protestanckich w Europie
      pokomunistycznej. Lemowski racjonalizm nie wystarcza. Rodzi się postawa
      odwrotna: uwierzyć wbrew niewierzącej większości.

      Stany prawomocne

      Niewiara i wiara są tak samo prawomocne – twierdzi prof. Kołakowski. I obie są
      potrzebne naszej kulturze, bo ona, żeby żyć, zawsze potrzebuje „skłócenia
      przeciwstawnych racji, racji bowiem absolutnie pewnych nie ma”.

      Pouczenia Białego Bizona, Stwórcy świata, dla Indian Ameryki Północnej
      A. Dbajcie o Matkę Ziemię i inne rasy ludzkie.
      B. Szanujcie Matkę Ziemię i dzieło stworzenia.
      C. Czcijcie wszelkie życie i podtrzymujcie tę cześć.
      D. Bądźcie wdzięczni za wszelkie życie. To dzięki życiu możliwe jest
      przetrwanie.
      E. Kochajcie i dajcie wyraz miłości.
      F. Bądźcie skromni. Skromność jest darem mądrości i zrozumienia.
      G. Bądźcie dobrzy dla siebie i innych.
      H. Dzielcie się uczuciami, troskami i wszystkim, co wam leży na sercu.
      I. Bądźcie uczciwi wobec siebie i innych. Nie uchylajcie się od
      odpowiedzialności za te święte pouczenia i podzielcie się nimi z innymi ludami.

    • grgkh 10. Wierz i wątp - (3) 30.11.05, 02:22
      Wiara i wątpienie są sobie wzajemnie potrzebne. I nie muszą się wykluczać. Są
      dowody, że najwięksi mistycy chrześcijańscy przeżywali chwile duchowej
      ciemności. Jezuita Stanisław Obirek, redaktor tomu o dialogu z niewierzącymi,
      wie doskonale, że w potocznym mniemaniu utrata wiary: – Jest postrzegana jako
      rzecz niemożliwa dla księdza, a już nie daj Boże dla biskupa, bo przecież są od
      tego, by tej wiary nauczać. Dla mnie mistrzem delikatności jest kardynał
      mediolański Carlo Maria Martini, który dostrzega w niewierzącym swego brata i
      część siebie samego. Niewiara Stanisława Lema, Henryka Markiewicza, Michała
      Głowińskiego, Andrzeja Osęki czy Marka Edelmana jest dla mnie poważnym
      argumentem kwestionującym podstawy mojej wiary. Takich niewierzących znalazłbym
      więcej. Bywa, że obawiam się utraty wiary bardzo poważnie, zwłaszcza wtedy, gdy
      ludzie Kościoła nie biorą jej poważnie.

      Racjonaliści jakoś rzadziej gotowi są przyznać, że i im zdarza się wątpić w ich
      racjonalizm. Na czym polega wątpienie w dziedzinie wiary, mniej więcej wszyscy
      wiemy. Ale ma ono więcej warstw, niż sądzimy. Na buncie wcale się nie kończy,
      prawdziwa podróż duchowa raczej dopiero się od tego zaczyna. Potem przychodzi
      etap głębokiej niechęci do definiowania tego, czym jest Bóg i wiara. Chce się
      tym żyć, a nie dyskutować o tym i nawracać błądzących. Coraz mniej pociągają
      takiego podróżnika duchowego widzialne znaki i obrazy, bo zalatują
      bałwochwalstwem. Nadchodzi wielka cisza i w niej dopiero można usłyszeć Głos,
      który rozlega się gdzieś bliziutko, bliżej niż myślał podróżnik ruszający na
      Jego poszukiwanie.

      O zdrowie duszy

      Wątpienie oznacza tyle co dystans do wszelkich ludzkich prób pełnego
      wytłumaczenia zagadek, przed którymi stawia nas życie. Jego przeciwieństwem nie
      jest wiara, tylko próżność – pewność, że się wie. Że się zna odpowiedź na
      wszystkie pytania religii, moralności, polityki.

      Przeciwieństwem takiego zbawiennego dystansu do siebie i świata jest też brak
      poczucia humoru. To ważne kryterium zdrowia duszy. Fanatycy są zwykle ponurzy i
      zacięci, a już prawie na pewno nie umieją zażartować z siebie i swej doktryny.
      Święty Tomasz, Doktor Kościoła, ułożył siedem wieków temu modlitwę, w której
      prosi: „Panie, Ty wiesz lepiej niż ja sam, że się starzeję. Zachowaj mnie od
      zgubnego mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej
      okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu ścieżek. Wyzwól mój umysł od
      niekończącego brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził
      do rzeczy. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi doprawdy trudno
      wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jeden ze szczytów
      osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w
      nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach i daj mi łaskę
      mówienia im o tym”.

      Przesłanie Matki Teresy
      • Życie jest okazją, skorzystaj z niej.
      • Życie jest pięknem, podziwiaj je.
      • Życie jest rozkoszą, zakosztuj jej.
      • Życie jest marzeniem, spełnij je.
      • Życie jest wyzwaniem, staw mu czoło.
      • Życie to obowiązek, spełnij go.
      • Życie jest grą, prowadź ją.
      • Życie jest skarbem, troszcz się o niego.
      • Życie jest bogactwem, strzeż go.
      • Życie jest miłością, raduj się nią.
      • Życie jest tajemnicą, poznaj ją.
      • Życie to obietnica, wypełnij ją.
      • Życie jest smutkiem, pokonaj go.
      • Życie jest pieśnią, śpiewaj ją.
      • Życie jest walką, podejmij ją.
      • Życie jest tragedią, nabierz sił.
      • Życie jest przygodą, nie cofaj się.
      • Życie jest życiem, ocal je!
      • Życie jest szansą, skorzystaj z niej.
      • Życie jest zbyt cenne, nie niszcz go.

      A pewien współczesny mistrz buddyjski tak zamyka kilkudniowe spotkania
      medytacyjne ze swymi uczniami: „I tak dotarliśmy do końca. Powstańmy i pokłońmy
      się trzykrotnie Buddzie. Dziękujemy mu, bo nawet jeśli nie doznaliśmy wielkiego
      oświecenia, dostąpiliśmy małego. A jeśli nie przeżyliśmy małego oświecenia, to
      przynajmniej nie zachorowaliśmy. A jeśli zachorowaliśmy, to przynajmniej nie
      umarliśmy”. No właśnie.
Pełna wersja