dagmama
29.07.07, 18:42
Pojechaliśmy na weekend do rodziny męża.
W niedzielę rano spacer na kaca... Senne miasteczko, w którym przemysł padł
ze 20 lat temu, 15 000 mieszkańców, parę ładnych miejsc.
Na głównym placu kościół, część ludzi stoi przed kościołem, a głos księdza
rozlega się z głośnika. Naokoło są kamieniczki i w oknach tych kamieniczek
sterczą starsze panie i też słuchają mszy.
Chcemy przejść przez ulicę, więc biorę dziecko za rękę.
Syn, trzylatek, co wiele wyjaśnia, zaczyna mi się wyrywać. A ja go twardo
trzymam.
- Dlaczego za rękę?
- Bo to jest ulica. Kiedy przechodzimy przez ulicę, masz dać mi rękę.
- Dlaczego?
- Bo może jechać jakiś samochód.
- Dlaczego?
- Marek, to jest ulica, przez ulicę chodzimy za rękę.
- Dlaczego?!
- Marek, nie krzycz. Tu jest msza, ludzie przyszli posłuchać księdza, a nie
ciebie.
Ludzie słuchający mszy zaczynają się nam przyglądać.
- Dlaczego?! Ja chcę krzyczeć!!!
- Marek, nie krzycz, ludzie przyszli do kościola, chcą posłuchać mszy...
- A ja chcę krzyczeć!!!
- Marek, niektórzy ludzie chodzą do kościoła i chcą...
- A NIEKTÓRZY LUDZIE NIE CHODZĄ DO KOŚCIOŁA!!!
No to już byliśmy odprowadzeni spojrzeniami. Może mały będzie bardziej
wojującym ateistą?