grgkh
28.11.07, 13:14
W moim mieście miała miejsce pewna impreza. Tak się złożyło, że
zobaczyłem się na niej z kilkuosobowym gronem dawno nie widzianych
znajomych. Właściwie to powinienem napisać przyjaciół, ale teraz, od
momentu weekendowego spotkania, już nie jestem pewien, czy to dobra
kwalifikacja. Są to moi rówieśnicy, osoby ustatkowane, dobrze
życiowo urządzone, wykształcone, od dawna bywające za granicą,
mające dzieci. Wydawałoby się, że nic z tzw. moherów, a jednak...
Zaczęło się od prowadzonej przy obiedzie pogawędki. Początkowo jej
się tylko przysłuchiwałem nie mając chęci na angażowanie się w
rozmowę o polityce. W końcu, gdy ilość nonsensów przekroczyła
granice przyzwoitosci i dobrego smaku, zadałem kilka prowokacyjnych
pytań. Chciałem wysondować, jakie mają w ogóle poglądy. Była to
dominacja jedynie słusznej opcji, tylko propisowskiej, w typie RM.
Po krótkiej wymianie zdań, w której starałem się wyciągnąć od nich
uzasadnienie wygłaszanych poglądów zorientowałem się, że zaliczyli
mnie do "wrogiego obozu". Cóż mi przyszło? Powiedziałem, że jestem
ateistą.
I czegoś takiego jak to, co potem nastąpiło, nigdy jeszcze w realu
nie doświadczyłem. Pierwsze skojarzenie miałem analogiczne jak w
oglądanej na YouTube scenie, w której słuchacze RM atakowali
jakiegoś redaktora TVN z kamerą.
Ateista... TO WSZYSTKO WYJAŚNIA!!! No tak... a czegóż, na pewno nie
dobrego, można się po takim spodziewać?!

Trochę mnie to
rozbawiło, ale też poczułem dreszczyk emocji - no, w końcu z kimś
sobie pogadam, a nie tylko pisanina i pisanina na forum. Niestety,
ich było stado (chyba ośmioro) i wciąż się przekrzykiwali. Tak, nie
mówili, ale wyrzucali z siebie niechęć do inności. Nie nadążałem,
nie dawałem rady odpowiadać, bo wciąż wygłaszali jakieś nowe
brednie, wśród których znalazła się oczywiście opowiastka o dwóch
rozmawiających w jednym łożysku płodach, zakład Pascala i żebym się
zamknął, bo jestem malutki i gdzież mi tam do mądrości, których
żaden ludzki umysł, z założenia, nie jest w stanie pojąć. Na koniec
usłyszałem "wiem, że nic nie wiem"... Ufff...
Sprawa jest o tyle ciekawa, że przeglądając ostatni numer "FiM"
znalazłem kolejny tekst o znanej sprawie terenu parkowego na
warszawskim Ursynowie, a w nim personalia jednego z rozmawiających
ze mną wtedy kolegów. Występował on tam w niejednoznacznej, także
moralnie, roli orędownika budowy w wymienionym miejscu "świątyni". I
tu sprawa się domknęła. Po naszej rozmowie jestem niemal pewien, że
chodzi o tę samą osobę, bo widziałem na własne oczy poziom jego
zaanażowania religijnego.
Moher? Dotąd kojarzyłem takiego osobnika z emerytem, człowiekiem
słabiej wykształconym, a tu taka niespodzianka. Moi znajomi stanowią
zwartą grupę - kościelne chóry, pielgrzymki, chyba jakaś oaza czy
coś podobnego. O ile dobrze pamiętam, zawsze byli religijni, ale nie
przypuszczałem, ze może się to przerodzić w tak ekstremalną formę
traktowania rzeczywistości.
I jeszcze coś mnie zaskoczyło. To, w jaki sposób widziani są przez
nich ateiści. Dotknąłem tego problemu "tymi ręcami" i stwierdziłem,
ze takich ludzi można się naprawdę bać. Jest to niesłychanie bliskie
fundamentalizmowi islamskiemu.
Ku czemu zmierza Polska, jeśli opiera się na takich obywatelach? Co
się stało z naszą, tak w literarturze kiedyś opiewaną tolerancją z
czasów arian i społeczeństwa, w którym było tak duzo żydów, a na
kresach wschodnich prawosławia?
Przy okazji przypomnienia o moralności w aspekcie ateizmu trafiłem
na stary tekst o tym, na pewno wart przeczytania przez tych, co go
nie znają:
Gramatyka_moralności