wolna_galicja
19.01.04, 16:04
Roman Konik
"SABAT NA UNIWERSYTECIE WROCŁAWSKIM
czyli rzecz o prura... pluralizmie"
12 grudnia na moim macierzystym Uniwersytecie Wrocławskim odbyła się
konferencja Wolność i pluralizm światopoglądowy we współczesnym
społeczeństwie polskim. Sam tytuł tzw. konferencji był już zagadkowy – bo
wiem, co zwykle za takim pluralizmem światopoglądowym się kryje.
Zachęcony tytułem konferencji postanowiłem zajrzeć w listę prelegentów i
zaproszonych gości. No i tutaj już lepszej zachęty nie było trzeba, by zejść
piętro niżej, z filozofii na socjologię i całą tę zabawę zobaczyć. Swój
kunszt intelektualny przedstawiał polski Czapajew – Piotr Ikonowicz, Maria
Szyszkowska – intelektualna chluba SLD, "błyskotliwa" oberfeministka Zuzanna
Dąbrowska, autorytet moralny – Kinga Dunin, by wymienić tylko tych
najznakomitszych. Byli też goście honorowi: honorowy członek Unii Pracy na
Dolny Śląsk Mikołaj Kamiński, który w swym wystąpieniu o "kurwach i
prostytutkach", przerywanym deklamowaniem wierszy z broszurki "Twórczość
robotników", dał dowód tego, że można pobić rekord wypadkowej inteligencji
Marka Pola i Aleksandra Małachowskiego, zaproszona była też Polska Partia
Komunistyczna, Antyklerykalna Partia Postępu Racja. Byłem i ja – nieproszony
gość, jak się potem okazało: element wywrotowy – burżuj, kołtun,
ciemnogrodzianin, element reakcyjny, "głąb" czy na końcu wyzwisk – "postać
nierealna" (taka lewicowa wersja Matriksa...). Jako że i charakter mam
zadziorny i szyderczy, zapowiadało się ciekawie.
Początek konferencji był swoistym wprowadzeniem w dalszą problematykę. Pani
Szyszkowska grzmiała, że nie ma wolności w kraju, gdzie chrześcijański terror
medialny tłamsi wolną myśl, nie ma wolności badań naukowych, co przejawia się
w tym, że państwo nie chce sponsorować np. feministycznych badań naukowych
(he, he...). Pani profesor ubolewała nad tym, że największą bolączką XXI
wieku w Polsce jest brak pluralizmu w nauce, światopoglądzie, obyczajowości.
Dziwne, że nie zauważyła, że sam fakt, iż pozwala jej się wygłaszać ewidentne
brednie na Uniwersytecie, jest właśnie przejawem pluralizmu i jego ceną – w
średniowieczu za pokutę obierałaby kartofle i odmawiała publicznie różaniec,
miast nawoływać młodzież do buntu! Po rzęsistych oklaskach młodzieży w
czegewarkach na mównicę wstąpił polski Czapajew.
Przyznać trzeba, że p. Ikonowicz jest zręcznym graczem – nauczonym na
najlepszych wzorcach socjalizmu w wersji hard – wie, kiedy uderzyć pięścią w
stół, kiedy podnieść głos, jak grać na emocjach zasłuchanej w nim
anarchistycznej młodzieżówki. Niestety, socjotechniczny kunszt Ikonowicza
jest jedynym, co imponuje. Wystąpienie było, najdelikatniej mówiąc, żałosne i
bardzo niebezpieczne. Takie tezy jak: nierówność ekonomiczna źródłem
zniewolenia, własność prywatna jako źródło cierpień i ucisku, wielkie
korporacje mordujące uciskaną większość, gospodarka kierowana przez
społeczeństwo – przerobiliśmy nie tylko na lekcji historii ale i na żywym
organizmie naszego narodu. Ale jak p. Ikonowicz zauważa, te niepowodzenia
(niepowodzenia: kilkadziesiąt milionów ofiar na świecie z rąk komunistów!)
nie dyskredytują rewolucji. Chciało się krzyknąć: Panie Piotrze, to już
było!!!
O ile ta część wystąpienia była żałosna, to część druga była już groźna.
Ikonowicz, przyjmując postawę bojownika, grzmiał, że każda wolność,
zdefiniowana jako prawo do decydowania o sobie, jest barbarzyństwem – bo
żyjemy w społeczeństwie i powinniśmy ponosić skutki społecznego życia.
Wolność może funkcjonować tylko w obrębie wspólnoty – nie jednostki. To
sprowadzenie wolności do samodecydowania rodzi w społeczeństwie strach,
którego nie ma we wspólnocie socjalnej (oczywiście, w socjalizmie nikt nie
wiedział, co to strach!). Jak mówimy, że jakaś rzecz jest kogoś,
sakralizujemy zwykłą grabież. Ten, kto po raz pierwszy ogrodził pole i
napisał na płocie "własność prywatna", był złodziejem (ciekawe, czy Ikonowicz
ma wizytówkę na drzwiach własnego mieszkania). Teza końcowa była już
porażająca: nie ma wolności, gdy są bogaci i biedni, gdy są choćby minimalne
różnice ekonomiczne (socjalizm faktycznie był tym, o czym mówił Ikonowicz –
sprowadził wszystkich do jednego poziomu: nędzy!). Dlatego obowiązkiem nas,
świadomych klasowego rozwarstwienia, jest bunt! Walka z bogatymi! (i cały
pluralizm wylazł z lewicowych pieleszy...).
Wedle Ikonowicza mamy trzy możliwości zajęcia stanowiska wobec współczesnego
świata: albo będziemy niewolnikami, albo panami niewolników, albo
buntownikami. Buntownicza myśl da szeroki oddech. Dalej już szły obelgi pod
adresem wielkich korporacji – wyzyskujących kraje biedne, nieświadome tego,
że są wyzyskiwane. Podobnie polski kapitalizm (ciekawe, gdzie on go widzi?),
z rozwarstwianiem ekonomicznym, rodzi terror. Powołując się na swoją
przedmówczynię, p. Szyszkowską, jeszcze raz podkreślił, że ten wyzysk odbywa
się na każdym poziomie – nawet naukowym. Oni nam nie zabronią prowadzić badań
naukowych – oni nas nie dyskryminują – oni nam po prostu nie dadzą pieniędzy!
I tu cały klucz do zrozumienia tej czerwonej nostalgii. Na Boga: a jak tu
dawać pieniądze na galwanizowanie Marksa! Ot, po prostu skończyło się
czerwone koryto dotacji, stypendiów na rewolucyjne mrzonki towarzyszy i stąd
ten cały zgiełk. Jak zwykle, w lewicowym krzyku o dyskryminacji chodzi o
kasę.
P. Piotr mówił jeszcze o tym, że współcześnie towar może po świecie wędrować
bez ograniczeń (jasne – nie ma ceł, akcyz, deklaracji), a człowiek musi mieć
paszport, wizę. Więcej – zabrania się, na przykład, wstępu w rejony, gdzie
mieszkają bogaci – chronią ich rezydencji firmy ochroniarskie. A to skandal i
dyskryminacja (a więc hasło na dziś: wszystkie żule pod dach p.
Ikonowicza!!!).
By zakończyć w stylu najbardziej sprawdzonym przez braci rewolucjonistów,
Ikonowicz przywołał przykład swojego kolegi – Bronka, który stracił pracę
jako górnik, wyjechał do Warszawy za chlebem, stracił dom, rodzinę i mieszka
w kanale: ale jest wolny, bo nie pójdzie do przytułku prowadzonego przez
księży, którzy wszyscy bez wyjątku uważają, że bezdomni nie mają praw – bo
nie pozwalają, by pan Bronek mógł pić w przytułku. Ja mogę w domu, a pan
Bronek nie. Gdzie tu równość praw! – oburzał się Ikonowicz (ciekawe, dlaczego
sam pana Bronka na bańce nie przyjmie do domu, dając mu równość praw...).
Wniosek (dialektyczny, rzecz jasna) jest taki: katolicka wizja walki z
alkoholizmem sprowadza się do bezdusznego "niech zamarznie"! Jednego pijaka
mniej. Podobnie wygląda, wedle Ikonowicza, katolicka resocjalizacja kobiet,
które bije mąż – resocjalizują je tak długo, aż wrócą do bijącego męża...
Nie byłbym sobą, gdybym nie zabrał głosu. Poprosiłem na początek, by p.
Ikonowicz, jako przeciwnik własności prywatnej – narzędzia zniewolenia – dał
mi swoją kraciastą marynarkę. Ja takiej nie mam, a do twarzy mi będzie
(wykręcił się: "Już ją chciałem panu dać, ale przypomniałem sobie, że to nie
moja, a Stefana" – zrobił błąd, bo gdyby mi publicznie dał, za cenę
wyszmelcowanego wdzianka zyskałby podziw zebranych anarchistów, a tak
pokazał, ile jest wyjątków od tego, co głosi). Spytałem też, jakim autem
przyjechał: czy nie aby wielkiej korporacji, która wyzyskuje nieświadomych
konsumentów? Czy sam nie bierze udziału w wyścigu szczurów – tu znów się
wykręcił: Mam auto, jak pan sobie wyobraża, że będę pracował, jeździł na
wiece? Spłacam je, pisząc artykuły do Hustlera (Trafił kulą w płot, bo
Hustler właśnie jest oskarżony o stręczenie do zdjęć nieletnich dziewcząt).
Jak widać, wyjątki od rewolucji mogą być i to wcale nie takie małe. Spytany o
to, czy Kuba jest modelowym krajem demokracji (jego rewolucyjne chłopaki
stawiają