bene_gesserit
27.09.10, 16:22
Nic dodac, nic ujac:
Art. 4 mówi: "Państwa członkowskie mogą uznać, że odmienne traktowanie ze względu na [religię, przekonania, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną] nie stanowi dyskryminacji w przypadku, gdy ze względu na rodzaj działalności zawodowej lub warunki jej wykonywania dane cechy są istotnym i determinującym wymogiem zawodowym, pod warunkiem że cel jest zgodny z prawem, a wymóg jest proporcjonalny".
Jest też zastrzeżenie: "Pod warunkiem że jej przepisy są przestrzegane, niniejsza dyrektywa nie narusza prawa Kościołów i innych organizacji publicznych lub prywatnych, których etyka opiera się na religii lub przekonaniach, działających zgodnie z krajowymi przepisami konstytucyjnymi i ustawodawczymi, do wymagania od osób pracujących dla nich działania w dobrej wierze i lojalności wobec etyki organizacji".
Można by więc dowodzić, że w szczególnych okolicznościach odmowa zatrudnienia "zdeklarowanej lesbijki" w szkole katolickiej jest zgodna z duchem tej dyrektywy. Np. gdy istnieje uzasadniona obawa, że lesbijka będzie przekazywać uczniom treści sprzeczne z nauczaniem Kościoła bądź "obnosić się" ze swoją orientacją, dezorganizując życie szkoły.
Nadużyciem natomiast byłaby odmowa zatrudnienia tylko dlatego, że wiadomo, iż jest lesbijką. Gdyby doszło do procesu, sąd musiałby rozważyć różne interpretacje i konkretną sytuację.
Jednak pani minister nie niuansowała. Kategorycznie stanęła po stronie instytucji religijnej, a nie po stronie zasady niedyskryminacji, od której bywają wąsko określone wyjątki. Nie wspomniała o polskim kodeksie pracy, w którym żadnych wyjątków nie ma. Przewiduje je dopiero projekt ustawy wdrażającej unijne przepisy antydyskryminacyjne (czeka w Sejmie). Sąd zatem oparłby się na kodeksie pracy w kontekście Konstytucji RP i dyrektywy UE.
Minister ds. równego traktowania, która szuka najpierw uzasadnienia dla dyskryminacji, to kuriozum. W wywiadzie dla "Gościa Niedzielnego" powiedziała, że zasadę równości rozumie inaczej niż "środowiska laickie", które "zawłaszczyły" pojęcia dyskryminacji i równości.
I tu jest pies pogrzebany. Pani Radziszewska ma prawo rozumieć te pojęcia, jak chce. Ale Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania (działalność tego urzędu zresztą w olbrzymiej części finansują pieniądze z UE) tej dowolności nie ma. Polska współtworzy prawo Unii i mu podlega. Urzędnicy polskiego rządu muszą więc te pojęcia rozumieć zgodnie z tym prawem. A Unia przywiązuje do zasady równości wielką wagę; ma się ona odnosić nie tylko do podmiotów państwowych, ale i prywatnych.
Elżbieta Radziszewska kontestująca równościową politykę Unii nie może być pełnomocnikiem rządu do spraw równości. A minister do spraw równości, która poniża ludzi z powodu ich orientacji seksualnej, to już wstyd i hańba.
Więcej... wyborcza.pl/1,76842,8418875,Ta_wstretna_rownosc_laicka.html#ixzz10juKit3W
Dla jasnosci: jesli ktos ma watpliwosci, jak w wywiadzie dla GN ministra sformulowala odpowiedz na pytanie o katolicka szkole, ktora ma kandydatke-lesbijke do pracy, to niech sobie poczyta. Wywiad byl autoryzowany, wiec nie ma mowy o przeoczeniu, pomylce, przejezyczeniu, zlym dniu i ze bolala glowka.
Dopiero kiedy wybuchla afera (ktora to juz z kolei!), ministra zaczela opowiadac o tym, ze wlasciwie to nie jest tak, albo nie do konca tak, w zasadzie to jest inaczej, oczywiscie prawo jest prawem i kazdy przypadek powinien byc rozstrzygany indywidualnie i ze ona przeciez to wlasnie miala na mysli. Tylko nie wiedziec czemu, powiedziala zupelnie cos innego.