bene_gesserit
05.12.10, 22:33
Kluzik w TP:
Joanna Kluzik-Rostkowska: Mężczyźni walczą o utrzymanie korzystnego dla nich status quo, i to jest zrozumiałe. Są rzeczy, które trzeba sobie wyrąbać siekierą, a nie czekać, aż ktoś łaskawie przyjdzie i powie: „chodźcie”.
Przemysław Wilczyński: Co Pani pomyślała, gdy prezes PiS porównał Panią do butów? Albo gdy poseł partii rządzącej pokpiwał z ubioru posłanki przed posiedzeniem komisji sejmowej?
Joanna Kluzik-Rostkowska: W jednym i drugim przypadku pomyślałam: „facet strzelił sobie w stopę”. A w przypadku wypowiedzi prezesa dodatkowo, że teraz biedny Mariusz Błaszczak znowu będzie musiał tłumaczyć szefa. No i rzeczywiście, wytłumaczył: że Jarosław Kaczyński jest tak naprawdę dżentelmenem, czy jakoś tak.
Podobne incydenty świadczą o tym, że kobietom jest trudniej w polityce?
Nie ma reguły, trzeba by pytać poszczególnych kobiet. Znałam takie, które miały złe doświadczenia. Kiedyś posłanka lewicy powiedziała poirytowana, że w SLD – który miał przecież na sztandarach wypisane hasło równouprawnienia – jak już brakowało facetów, to sobie przypominali, że istnieją kobiety. W Platformie z kolei po jednym z przesileń powołano ośmiu wiceprzewodniczących klubu. Żadnej kobiety.
A Pani było jako kobiecie trudniej?
Łatwiej. Trafiłam na moment, kiedy zdano sobie sprawę, że każda partia, która chce być postrzegana jako nowoczesna, musi po prostu mieć na swoich listach kobiety. Wystarczy spojrzeć na reprezentację kobiet w pierwszych rządach w latach 90., i porównać to do stanu obecnego. Proszę sobie przypomnieć tę licytację między rządem Kaczyńskiego a Tuska, kto miał więcej kobiet wokół siebie. W latach 90. nikt by o takiej licytacji nie pomyślał.
(...)
Skoro jest tak wspaniale, to po co walczy Pani o parytety?
To nie takie proste. Nie każda kobieta-polityk może przecież zostać pełnomocniczką do spraw kobiet. Poza tym, jeśli mówimy o kobietach, które w polityce już są – choćby na poziomie parlamentarnym – to doświadczenia są rzeczywiście różne. Ja na co dzień spotykam kobiety, które zdecydowały się na wejście do polityki i im się to udało. Ale ważny jest start. Parytety mają prowokować sytuację, w której łatwiejszy będzie ten pierwszy krok. Reszta zależy od zdolności, szczęścia, wyborców. Kilkadziesiąt lat temu kobieta-kierowca była dziwadłem, a dzisiaj to oczywistość. W polityce sytuacja się zmienia, ale mimo wszystko istnieje jeszcze pewna mentalna bariera. Parytety to kwestia pokazania możliwości i zachęcenia do pełnienia przez kobiety nowych ról. Polityka nadal jest do tego stopnia kojarzona z mężczyznami, że część kobiet w ogóle nie myśli o zaistnieniu w tej sferze.
Bardzo jestem ciekawa, jak sie potocza losy PJN.
(Na marginesie: te 'kobiety-politycy' i 'kobiety-kierowcy' sa strasznie nieporęczne).