zly_wilk
14.04.04, 21:11
Marsjanie atakują!
Tygodnik "Wprost", Nr 1090 (19 października 2003)
Z partią Zieloni 2004 będzie głupiej, ale za to szykowniej
-----------------------------------------------------------------
Ryszard Legutko
Filozof polityki, profesor na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor m.in.
książek "O czasach chytrych i prawdach pozornych", "Złośliwe demony", "I kto
tu jest ciemniakiem", "Frywolny Prometeusz", "Spory o kapitalizm", "Nie lubię
tolerancji"
-----------------------------------------------------------------
Powstanie partii feministek, homoseksualnych aktywistów oraz ekologów jest
wydarzeniem politycznie błahym, lecz obyczajowo znamiennym. Owe trzy grupy
łączy to, że są agresywne i uzurpatorskie. Feministki uzurpują sobie prawo do
reprezentowania wszystkich kobiet, i to nie tylko obecnie żyjących, ale także
tych z przeszłości oraz tych, które dopiero się narodzą. Homoseksualni
aktywiści oraz lesbijki z kolei uzurpują sobie prawo do reprezentowania
wszystkich kobiet i mężczyzn (także z przeszłości i przyszłości), którzy
czują pociąg fizyczny do osób tej samej płci. Wreszcie ekolodzy uzurpują
sobie prawo do bycia jedyną grupą dbającą o środowisko przyrodnicze.
Imperium obskurantyzmu
Grupy tworzące partię Zieloni 2004 przyjmują założenie, iż we współczesnym
świecie istnieją złowrogie struktury władzy, represywne obyczaje,
konserwatywne nawyki oraz obskuranckie idee. Marzy więc im się zdecydowane
przebudowanie naszej świadomości, a także skrupulatne sprawdzanie tego, co
robimy w sypialni i w kuchni, jak się wyrażamy i co myślimy. Stąd w ich
hasłach nieustająca histeria, bojowość i ciągłe zagrzewanie towarzyszy do
walki o obalenie kolejnych placówek konserwatyzmu.
Współzałożyciele partii Zieloni 2004 - w każdym razie odnosi się to do
feministek i homoseksualnych aktywistów - głoszą koncepcje porażające swoim
prymitywizmem. Na ich tle program Samoobrony wyróżnia się całkiem korzystnie.
Praktycznie ich idee sprowadzają się do jednej myśli - mężczyźni represjonują
kobiety, a heteroseksualiści homoseksualistów. Myśl tę odwracają na kolejne
strony, stosując do kolejnych aspektów rzeczywistości. Ekologia została
częściowo uleczona z tego prymitywizmu, głównie dlatego, iż odebrano ją
radykalnym ekologom oraz dlatego, że da się wiele z jej haseł zweryfikować
lub sklasyfikować w oparciu o badania, doświadczenie, a nawet naukę.
Podejrzewam jednak, niestety, iż akces do partii Zieloni 2004 zgłosili
ekologiczni radykałowie.
Kompleks prowincji
Małe jest prawdopodobieństwo, by partia odniosła sukces polityczny. Nie
znaczy to wcale, iż jej pojawienie się to fakt bez znaczenia. Można się
spodziewać, że stanie się ona częstym bywalcem programów radiowych i
telewizyjnych oraz bohaterem relacji prasowych. Żyjemy w czasach niezmiernie
zideologizowanych. Jeśli pojawia się grupa wystarczająco ekscentryczna i
wystarczająco hałaśliwa, która podnosi hasła wyzwoleńcze, zawsze znajduje
drogę do sfery publicznej i medialnej. Współczesna wrażliwość jest tego
rodzaju, iż wystarczy pomachać transparentem dyskryminacji, a już zewsząd
słychać pełne zatroskania głosy solidarności. Nad faktem tym należy ubolewać,
ponieważ żyjemy w czasach ogólnie poczciwych, niezmiernie szczodrych wobec
wszelkiego rodzaju dziwnych aspiracji. Jeśli więc ktoś dzisiaj zamiast się
cieszyć z istniejących swobód, prowadzi histeryczną walkę z coraz
potężniejszymi i coraz bardziej ukrytymi wrogami, tak jak to robią feministki
i aktywiści homoseksualni, to adekwatną reakcją na to powinno być
lekceważenie, a nie lękliwe zatroskanie. Jeśli nie nauczymy się rozróżniać
tego, co politycznie i moralnie istotne od obyczajowych i ideologicznych
fanaberii, stracimy wyczucie proporcji, konieczne do rzetelnej oceny sceny
politycznej.
W Polsce dodatkowym czynnikiem jest nasz prowincjonalizm, który każe się
rozcmokiwać nad wszystkim, co upodobnia nas do Zachodu. A ponieważ aktywistki
feministyczne i aktywiści homoseksualni stanowią element politycznego pejzażu
Zachodu, już to samo wystarczy, by wzbudzać życzliwe zainteresowanie. Pod
tymi wszak hasłami wtargnęły feministki na polskie uczelnie. "Chcemy, aby u
nas było tak jak w Harvardzie, a przecież w Harvardzie uczą feminizmu" -
mówili polscy naukowcy w uczelniach, w których brakuje pieniędzy na zakup
kredy do tablicy, a profesorowie zarabiają gorzej niż sprzątaczki w
Harvardzie. Pieniędzy na kredę jeszcze nie ma, pensje są nadal głodowe, ale
przecież wprowadzając feminizm, zrobiliśmy już krok ku temu, by stać się
Harvardem.
Podobnie jest w polityce: szerzy się korupcja, prawo funkcjonuje fatalnie,
politycy stają się najmniej szanowaną grupą w kraju, partie osłabiane są
walkami wewnętrznymi, scena jest niestabilna, lecz za to sprawiając sobie
partię feministek i lesbijek, czujemy się, jakbyśmy byli bliżej Ameryki.
Będzie z pewnością głupiej, ale za to szykowniej.
Ryszard Legutko