Gość: Anka
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
17.04.04, 02:00
"Strajk okupacyjny u ginekologa
Koniec wielkich słów. Dziś nie mówi się kobietom o życiu poczętym, o "nie
zabijaj" i klauzuli sumienia. Odmawiając, lekarze nie powołują się na
wartości i przykazania. Oceniają pacjentkę. Jeśli chce płacić, to bez
zbędnych pouczeń może umówić się na prywatną wizytę, jeśli nie da zarobić,
jest traktowana jak natręt, którego trzeba się pozbyć. Na pewno nie dostanie
skierowania na dodatkowe badania, nikt nie powie, do czego ma prawo, gdy
ciąża zagraża jej życiu. Poczuje się jak śmieć. Bez względu na wykształcenie
i miejsce zamieszkania.
Oto historie trzech kobiet, którym odmówiono ich praw.
Iwona Babicz pewnym krokiem weszła do swojej przychodni rejonowej przy ulicy
Solec. 35-letnia warszawianka, audytor w dobrej firmie, wykształcona,
świetnie zorientowana i w prawie, i w medycynie wiedziała, że po jej
poprzednich ciążowych kłopotach i w jej wieku powinna dostać skierowanie na
badania prenatalne. Po godzinie była już tylko zdesperowaną kobietą, która
histerycznie powtarzała, że nie opuści gabinetu kierownika przychodni, jeśli
nie dostanie tego, co jej się należy. Przed chwilą dowiedziała się, że
badanie powinna zrobić prywatnie, że jakby tak każdemu z ulicy dawali
skierowanie, że odmówić skierowania każdy lekarz może, ale na piśmie to już
nie...
Czy dlatego, że słownej odmowy zawsze łatwiej można się wyprzeć? Przed chwilą
ginekolog (w ogóle nie był jej ciążą zainteresowany) chciał ją spławić. Iwona
przeniosła się wtedy do kierownika przychodni, który postanowił wezwać
policję. Widocznie kobieta w ciąży jest w rejonie intruzem, którego trzeba
usunąć siłą. Przez następną godzinę Iwona dzwoniła do męża, płakała i się
upierała, kierownik zaś odbierał telefony i opowiadał, jaką tu ma wariatkę.
Badań prenatalnych jej się zachciało.
Sprawa znajdzie się w sądzie lekarskim. Dziś Iwona Babicz (piąty miesiąc
ciąży) jest po badaniach, spokojnie czeka na poród. Zapytana o tamtą sytuację
odpowiada krótko: - To było nieludzkie. Poza tym podejrzewam, że inna
pacjentka na moim miejscu dałaby się poniżyć i spławić, nie mogłaby się
dowiedzieć, czy jej ciąża jest bezpieczna, nie mogłaby zadecydować o swoim
macierzyństwie.
Tak została potraktowana Krystyna Rodowicz spod Tarnowa. Sytuacja wyjściowa:
dwoje dzieci - ośmioletni syn i trzyletnia córka, ona nie pracuje, mąż
prowadzi warsztat samochodowy. Nagle szok - trzecia ciąża, niechciana.
Emocje - przerwać czy nie. Wreszcie zapada wspólna decyzja - jakoś damy radę.
Kobieta dba o siebie, regularnie odwiedza ginekologa. Wszystko się wywraca,
gdy w 18. tygodniu USG wykazuje torbiele. Lekarz mówi, że może to być zespół
Turnera. Krystyna nie wie, co to jest, szuka w Internecie, bo miejscowy
ginekolog bagatelizuje jej pytania.
I tak już będzie przez następne tygodnie. Lekarze w Tarnowie, Łodzi i
Krakowie rzucają hermetyczne półsłówka, potem wypisują pacjentkę z
informacjami, że być może jest wada genetyczna, a być może nie, że potrzebna
jest kolejna konsultacja, ale ktoś jest na urlopie, a ktoś inny sam musi się
skonsultować, żeby podjąć decyzję. Wreszcie gdy ludzie nie chcą mówić,
Rodowiczowie w Internecie znajdują kolejne informacje - zespół Turnera
oznacza wadę genetyczną - urodzi się dziewczynka bardzo niskiego wzrostu,
która nigdy nie będzie mieć własnych dzieci, być może upośledzona umysłowo, z
chorobami krążenia i nerek.
Domestosem ciążę usunę
Krystyna wiedziała już, czego chce - domaga się badań prenatalnych, a jeśli
wynik wskaże na zespół Turnera, prosi (zgodnie z prawem) o przerwanie ciąży.
Zmieniali się lekarze, rósł stos opinii, odsyłano ją z jednego krańca Polski
na drugi. Jedynym konkretem była informacja, że dzieci z zespołem Turnera
żyją i "to nie jest nic takiego". - Od czasu do czasu jakiś postronny lekarz
się dziwił, co tak się szwendam z tą ciążą po kraju - wspomina. - Podróże
kosztowały, dzieci siedziały w domu. Syn nie chodził do szkoły, bo córka
tylko przy nim przestawała płakać za mamą.
Znowu pomocny okazał się Internet. Tam Krystyna znalazła informację o
Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Zadzwoniła do Warszawy.
Wreszcie ktoś z nią rozmawiał po ludzku. Już nie była popychanym przedmiotem.
Ale czas płynął. Wreszcie Krystyna Rodowicz dostała konkretną odpowiedź: 26.
tydzień ciąży i bez względu na wadę genetyczną płód jest zdolny do życia poza
organizmem matki. O żadnej aborcji nie ma mowy.
Dziś trzecie dziecko, Karolina, ma rok. Urodziła się z zespołem Turnera.
Rodzice starają się zapewnić jej jak najlepszą opiekę, ale jeśli o swoim
poprzednim życiu mówią: skromne, to teraz używają określenia: bardzo złe.
Upokorzenia, proszenie, strach przed nieznanym najgorzej zniósł mąż Krystyny.
Już nie prowadzi warsztatu samochodowego, leczy serce. Rodzina utrzymuje się
z dorywczej pracy, od pożyczki do pożyczki. Każdy grosz wydawany jest na
leczenie Karoliny. - Nikt nie dał mi prawa wyboru. Opędzano się ode mnie jak
od intruza, a przecież potrzebowałam pomocy - mówi Krystyna Rodowicz.
Pomocy nie otrzymała też Anna. Chce pozostać anonimowa. Mówi już tylko
urywanymi zdaniami, płacze. I nie będzie po raz kolejny pokazywać nóg. Z
daleka wyglądają jak poczerniałe, z bliska widać, że to plątanina
nabrzmiałych żył. Anna nie chce już z nikim rozmawiać. O Annie opowiadają w
Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, bo kobieta też złapała się
tej deski ratunku. Ma 28 lat, cierpi na ostrą niewydolność żylną, nie może
stosować ani tabletek hormonalnych, ani spirali. Inne metody zawiodły.
Anna sądziła, że aborcja jest w Polsce absolutnie zakazana, więc kiedy się
zorientowała, że jest w ciąży, od razu poszła do prywatnego gabinetu. Tam
spotkała jedynego lekarza, który był dla niej serdeczny, tyle że zażądał 2,5
tys. zł za zabieg. Nie chciał rozłożyć na raty. W banku nie dostała pożyczki.
Dopiero w federacji powiedziano jej, że zakrzepica zagraża zdrowiu i zabieg
aborcji powinna mieć wykonany za darmo. Jednak lekarze, do których się
zwracała, albo wmawiali, że ryzyko jest małe, albo kręcili i wypychali z
gabinetu. Wstrzyknęła sobie płyn do mycia szyb. Nic się nie stało. Teraz
żałuje, że nie pożyczyła paru groszy na droższy domestos, który zawiera chlor.
Jedyną konkretną propozycję Anna usłyszała w szpitalu, w którym będzie
rodzić: może oddać dziecko do adopcji.
Bez żebrania o podpisy
Dziś Anna boi się, czy przeżyje poród. Żaden lekarz nie wytłumaczył jej, jak
ciąża zaostrza to schorzenie, jak ma spędzić ostatnie tygodnie, co jej grozi.
Poza tym Anna oddała już jedno dziecko do adopcji. Cierpiała tak strasznie,
że znalazła się w szpitalu psychiatrycznym. Nie wie, jak dalej żyć.
- Lekarze zapominają albo udają niewiedzę - komentuje Aleksandra Solik z
federacji. - A przecież aborcja ze względu na stan zdrowia jest dopuszczalna.
Wanda Nowicka dodaje, że kobiety, którym odmówiono zabiegu przerwania ciąży,
winny otrzymać pomoc medyczną i psychologiczną. Nie można wymagać tylko
heroicznego macierzyństwa, nie dając żadnego wsparcia.
Jest jeszcze historia upośledzonej, zgwałconej Marty spod Wrocławia, której
powiedziano, że powinna urodzić, bo tyle osób czeka na adopcję. Jest
małżeństwo z Łomży, które od dwóch lat procesuje się o odmowę wykonania badań
prenatalnych. Jest warszawska sprawa Anny Kleczkowskiej, która z
zaświadczeniem o wadzie genetycznej płodu nie mogła doprosić się zgodnej z
dzisiejszym prawem aborcji. Lekarze potrzymali ją przez dzień w szpitalu i
wypisali "w stanie ogólnym dobrym". Aborcja? Nie wiedzieli, o co jej chodzi.
Są publiczne wypowiedzi konsultantów regionalnych, którzy zapewniają, że na
ich terenie nikt się nie skarżył na ginekologów.
- Wszystkie te sprawy łączy bezkarność lekarzy, którzy łamią prawo -
komentuje prof. Joanna Senyszyn, posłanka SLD. To ona zbierała podpisy pod
projektem ustawy "O świadomym rodzicielstwie". (...)
Tymczasem podsumowanie