Gość: Hjena
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
20.04.04, 23:54
Kiedy natknąłem się na „Spacer...”, pomyślałem (nie ja jeden) o trudnościach
takiego rozumienia tematu – w domyśle zawarte było pytanie o całość tego, co
nas obchodzi. – Tak się nie da, – oto dlaczego proponuję skromniejsze
przedsięwzięcie.
W przypadku pojedynczej książki, czy filmu często można w miarę wyczerpująco
powiedzieć wszystko, co się ma do powiedzenia. – Nie wiem, czy wypada mi
występować w roli innej, niż podstawowa, dlatego na początek przedstawię
komentarz do Matrixa, który jakiś czas temu dostałem od koleżanki. Autorka
chce zachować anonimowość, dlatego ograniczę się do jednego: ten tekstu nie
powstał w umyśle feministki!
Cokolwiek myślimy na temat sporu o istnienie świata, lubimy te książki, które
pozwalają się uśmiechnąć, albo w ogóle poczuć lepiej. Z pewnością taką
książką jest „Spór o istnienie człowieka” ks. prof. Józefa Tischnera. Polecam.
Od siebie przygotuję Wam wyciąg z enuncjacji feministycznych, co bardziej
celne wypowiedzi z Forum oraz prasy kobiecej – będzie zawierał mnóstwo prawdy
o tym, co feminizm. Czy „spór o istnienie feminizmu” ma sens, czy to efekt
uboczny igraszek znieprawionych umysłów... lubiących rozprawiać o niczym.
Nawet Wittgenstein...
Ale... to później. – Teraz...
Matrix. Pierwsze wrażenie ogromne, oszałamiające popisy zręcznościowe prze-
kraczające granice ludzkich możliwości, a chwilę później przychodzi kolejna
myśl: fabuła prościutka, aktorstwo żadne. Lecz coś człowieka rusza.
Słabością, której nie sposób od razu nie zauważyć, są bijące w oczy nonsensy.
Zacznę od komputerów. Na to, by w sposób wiarygodny i bez ograniczeń ze
wszystkimi szczegółami symulować otaczający świat, żeby żaden z ludzi nie do-
strzegł luki w obrazie fikcji, należy w każdej chwili (załóżmy, że mamy
potrzebne algorytmy) opisać położenie dowolnego atomu symulowanej części
świata, co nie jest możliwe już w przypadku pojedynczego liścia. Żeby liścia!
Pojedynczej komórki! A mamy do czynienia z całym otaczającym światem, z tym
wszystkim, co człowiek może wziąć do ręki, badać etc. Szaleństwo! Ale to
jeszcze nic! – Na to, żeby ten udawany świat prawidłowo działał, należy
opisać wszystkie możliwe interakcje istniejących struktur. No to (nie chce mi
się nawet tego szacować, a nawet nie sądzę, by ktoś wiedział, jak się do tego
zabrać) myślę, że samo wymienienie tych relacji wymaga mocy obliczeniowych
daleko większych, niż w przy opisie położenia. A [samo] skatalogowanie
relacji, to jak nalepienie etykietek na pudełka, które trzeba wypełnić
treścią. – Szkoda mówić o absurdach.
Intencja pomysłu przypomina sny logików o potędze umysłu (program Hilberta),
rozwiane przez tw. Goedla. Niewielu widzów posiada fachowe przygotowanie i
wiedzę wyniesioną z wykładów logiki, dlatego najprawdopodobniej większość nie
zdaje sobie sprawy z opisanego nonsensu. Natomiast przed świadomymi trudności
staje kolejna przeszkoda.
Jak już kto wpadł na pomysł, że ludzki metabolizm dostarcza mnóstwo ciepła, a
niech będzie, że i prądu, powinien powiedzieć, dlaczego nie wykorzystano w
tym celu krów, koni, kóz, czy innych organizmów w rodzaju choćby dżdżownicy,
czy bakterii. Wtedy wystarczyłoby tylko zadawać paszę. Ale, rozumiem, nie
byłoby na czym oprzeć fabuły. Można przypomnieć i to, że aby dostarczyć
człowiekowi surowce niezbędne do utrzymania metabolizmu, trzeba zużyć
znacznie więcej energii, niż można otrzymać w wyniku tegoż metabolizmu – mówi
o tym druga zasada termodynamiki. A ile energii w jednostce czasu (czyli
mocy) trzeba przeznaczyć na zasilanie komputera symulującego procesy
zachodzące w pojedynczym człowieku? – Nie wiem, ale jestem pewna, że więcej,
niż dostarczają wszyscy ludzie i wszystkie elektrownie razem wzięte. Nie
próbowałam oszacować masy takiego komputera, ale przypuszczam, że i w tej
kwestii można dojść do podobnych wniosków.
To tyle o absurdach, doprawdy! – Szkoda, że są, bo wszystko to można było wy-
myślić tak, by nie zatruwały tego, co ważne. Bo przecież, można było,
pozostając w konwencji sf, spróbować wskazać coś, czego nawet myślące maszyny
mogłyby potrzebować od zniewolonych ludzi. Pamiętacie twierdzenia Goedla o
nieroz-strzygalności i niezupełności, jak również tezę Churcha? Żeby nie
wprowadzać pozorów formalizmu, powiem tak: każdy współczesny ludzki język,
system pojęciowy niezbędny do opisu świata, zawierają w sobie arytmetykę ze
wszystkimi jej aksjomatami. Cały otaczający świat jest modelem teorii (czyli
modelem świata wirtualnego), którą jest Matrix. Maszyny myślą, zatem znają
twierdzenia Goedla oraz tezę Churcha i wiedzą, że dostępnymi im metodami
(teoria rekursji i koniec, jak mówi teza Churcha) nigdy nie będą mogły
udowodnić, a zatem i poznać zarówno wielu prawdziwych stwierdzeń o
otaczającym świecie, jak też żyją w wiecznym lęku przed możliwością
wprowadzenia do teorii (wirtualnego świata) zdań pozornie niezależnych, a w
rzeczywistości sprzecznych z systemem. Takie zdania mogą pełnić funkcję konia
trojańskiego i rozwalić system. I właśnie tu pojawia się uzasadnienie dla
pozostawienia i utrzymywania przy życiu ludzkiej populacji. Otóż zniewolonym
ludziom, jakkolwiek obciążonym rozmaitymi właściwymi im przypadłościami, od
czasu do czasu przydarzają się pomysły „nierekursywne” (zbiór twierdzeń o
świecie nie jest obliczalny!), przebłyski geniuszu, iluminacji, głębszego
wglądu w rzeczywistość (satori!), skrzętnie podpatrywane przez maszyny, które
tego jednego nigdy nie posiądą. Zresztą pewną wiedzę negatywną na ten temat
posiadły; ich naczelny agent przyznaje, że możliwe do wykonania
oprogramowanie nie daje możliwości symulowania świata idealnego, że istnieją
granice możliwości, których nie sposób przekroczyć przy użyciu dostępnych
metod (maszyny znają tezę Churcha i wiedzą (wierzą!?), że dostępne są im
tylko metody „rekursywne” – w końcu nikt, jak dotąd, nie zakwestionował tego
postulatu. Maszyny z natury posiadają „umysł” skończony (z definicji
ograniczeniom tym nie podlega umysł demoniczny, stąd pewnie znane
zainteresowania Goedla), ale głupie nie są: domyślają się, że w Matriksie
może znaleźć się człowiek, który swój dar wykorzysta w celu uwolnienia
ludzkości, innymi słowy, pojawi się Mesjasz. I stąd właśnie tak wielka
zaciekłość w tropieniu buntowników.
Ale, mimo wszelkie słabości fabuły, wszystko to, co istotne, nie traci wagi.
A powiedzieć należy, że jest tego wiele.
Mamy kolejny film na koniec tysiąclecia. I choć akcja przeniesiona została w
bardziej odległą przyszłość, pozostały liczne wątki milenijne:
eschatologiczne i soteriologiczne oraz całe mnóstwo nawiązań do postaci i
symboli różnych kultur.
Już na początku ktoś zwraca się do bohatera „Zbawco! Chrystusie!” W pierwszej
chwili można pomyśleć, że to zwyczajowy zwrot, ale w kontekście całości –
mocne wejście. Film osadzony jest w tradycji judeochrześcijańskiej, ale
korzysta z zapożyczeń pochodzących z tradycji innych kultur. Jednak
najistotniejsze, a właściwie jedynie ważne jest to, że film odwołuje się do
symboli i, jak się okazuje, przedstawiane treści archetypowe trafiają do
wyobraźni. Im mniej rozpoznane i uświadomione (całkowicie symbolu pojąć nie
da się nigdy), tym większą pozostawiają swobodę wyobraźni i każdemu pozwalają
przeżywać je na swój sposób. Tym razem mamy do czynienia z całkowicie
nieortodoksyjną mieszanką symboli, której nasi „prawdziwi” katolicy nie
wyklęli tylko dlatego, że nie rozpoznali w niej nic poza [wykorzystującym
tematy biblijne] technokratycznym urojeniem (Harry Potter też się nie podobał
i trzeba było interwencji Watykanu, żeby towarzystwo uspokoić). A przecież
już początek akcji pozwala domyślać się istotnej roli pierwiastka żeńskiego w
postaci zarówno Trójcy, jak i Wyr