Dodaj do ulubionych

Kobiety o aborcji

IP: 217.96.29.* 04.11.04, 12:57
Pomagać w cudzie narodzin

Wspomnienia położnej



Pani Bożena Trzaskowska ponad dwadzieścia lat temu zdecydowała się na zawód
położnej. - Pociągała mnie tajemnica życia, chciałam uczestniczyć w cudzie
narodzin. Pragnęłam nieść pomoc zarówno kobiecie, jak i jej dziecku - mówi.
Wcześniej nie znała problemu, który - jak się okazało - ściśle wiązał się z
tym zawodem, stawiał położną w dramatycznej sytuacji asystentki przy
zadawaniu śmierci. Chodzi o problem tzw. aborcji.



Pod koniec lat 70. nigdzie się o tym nie pisało, nie mówiło, również w
studium medycznym. Temat tzw. aborcji pojawił się po pół roku nauki, na
lekcjach pielęgniarstwa położniczego. Pozbawienie życia dziecka poczętego
włożono między inne zabiegi i nazwano "interrupcją".

- Dowiedziałyśmy się, że "interrupcja" to ważny zabieg, który wykonuje się z
szeregu wskazań życiowych. Musiałyśmy wiedzieć, jakich narzędzi się przy tym
używa i jak je należy rozłożyć. Nic więcej. Taki przekaz informacji nie robił
na nas żadnego wrażenia, nie prowokował do refleksji. Ot, przeznaczony
do "wkucia" jeszcze jeden temat lekcyjny - a skoro tego uczą i wymagają, jest
to dobre i ważne - wspomina pani Bożena.



Prawdę o tym "zabiegu" słuchaczki studium medycznego poznały w trakcie
praktyki w szpitalu. W programie praktyk znalazło się także obserwowanie tzw.
aborcji.

- Przeżyłam szok, gdy zobaczyłam wyszarpywanie z łona matki kawałków ciała 20-
tygodniowego dziecka - maleńkie rączki i nóżki spływające wraz z krwią po
rękach asystującej przy tym położnej, która trzymała wzierniki. Ale to nie
był koniec. Nam, młodym dziewczynom odbywającym praktyki, kazano "sprzątać"
rozszarpane ciałka dzieci. Gdy zapytałyśmy, co z nimi zrobić,
usłyszałyśmy: "Jak to co? Wyrzuć to do śmieci!". Wszystkie byłyśmy przerażone
i w łazience, płacząc, składałyśmy ciałko dziecka. Zastanawiałyśmy się, jak
by zareagowała jego matka na ten widok, ale nie wolno nam było niczego
pokazywać pacjentkom - opowiada położna.



Życie ludzkie nie było wówczas w cenie. Pani Bożena przekonała się o tym
podczas wspomnianych "praktyk", które odbywała w różnych szpitalach, m.in.
warszawskich. Dokonywanie tzw. aborcji było na porządku dziennym, a przed
gabinetem kobiety czekały w kolejce na tzw. zabieg. Dzieci zabijano pod byle
pretekstem - że np. ktoś ma inne plany życiowe, za małe mieszkanie, niskie
dochody itp. Wtedy na pogniecionej kartce wystarczyło nagryzmolić kilka
wyrazów, które stanowiły podanie o zabicie własnego dziecka: "Proszę o
przerwanie ciąży z powodów społecznych".



Odmowa



Po tej "praktyce" pani Bożena chciała nawet zrezygnować ze szkoły i w
przyszłości z pracy położnej. Jednak pragnienie służenia człowiekowi okazało
się silniejsze. Pozostała przy swoim wyborze, ale od tego momentu stało się
dla niej jasne, że bycie położną to nie tylko zawód, ale i powołanie.
Niestety, nikt wtedy nie mówił, jak wykonywać ten zawód w zgodzie z
sumieniem, jak się bronić przed zmuszaniem do uczestniczenia w zabijaniu
dzieci poczętych. Obecnie wraz z uprawnieniem do wykonywania zawodu położna
otrzymuje Kodeks Etyki Zawodowej Polskiej Pielęgniarki i Położnej, gdzie w
punkcie 20. czytamy: "Pielęgniarka i położna ma prawo do odmowy
uczestniczenia w zabiegach, badaniach naukowych i eksperymentach
biomedycznych, które swoją istotą przeczą uznawanym przez nią normom
etycznym". Na początku lat 80. położne i pielęgniarki nie miały takiego
prawa. Gdy kobiety miały "prawo" do zabicia własnego dziecka, problem łamania
sumień osób z personelu szpitala nie był absolutnie brany pod uwagę.

- Miałam dużo szczęścia, ponieważ pierwszą pracę podjęłam w szpitalu zupełnie
innym niż te znane mi z praktyk. Był to też czas już po
zrywie "Solidarności", gdy pewne informacje w sprawie obrony życia zaczęły
docierać do opinii publicznej. Ale okazało się, że w tym samym czasie, przy
tej samej ustawie aborcyjnej, wiele zależało od postawy personelu szpitala, w
szczególności od ordynatora - wspomina położna.



W szpitalu, w którym pracowała pani Bożena, siostra oddziałowa nie asystowała
przy tzw. aborcjach, bo nie chciała tego robić, a kilku lekarzy - ciężko
doświadczonych przez los - również nie chciało brać w tym udziału. Jeden z
nich przeżył nawrócenie, gdy ciężko zachorował mu roczny synek. Gdy dziecko
było już w stanie beznadziejnym, leczący je profesor po wypróbowaniu
wszelkich dostępnych środków poradził ojcu, by jechał na Jasną Górę i tam
błagał o życie syna. Wcześniej ten lekarz wykonał kilka tzw. aborcji - licząc
na zyski, bo wiedział, że koledzy sporo na tym zarabiają. Gdy po gorącej
modlitwie na Jasnej Górze dziecko bardzo szybko wyzdrowiało, nie miał
wątpliwości, że Pan Bóg go upomniał na drodze kariery zawodowej.



W tym samym szpitalu zastępca ordynatora, który deklarował się jako
niewierzący, gdy zachorował na raka, nawrócił się na łóżku szpitalnym, wziął
ślub kościelny z żoną i... błagał wręcz swych kolegów z oddziału, by nie
wykonywali tzw. aborcji.



Pewnego razu na oddział przybyła kobieta, która wszystkim wokół opowiadała,
że chce dokonać zabójstwa swego poczętego dziecka. - Uprzedziłam lekarza, że
nie będę w tym uczestniczyć, i gdy kazał mi przygotować zestaw narzędzi do
tzw. aborcji, w akcie rozpaczy i bezradności rzuciłam narzędziami o ścianę,
tak że się rozsypały po gabinecie - opowiada pani Bożena.

Konsekwencjami tej pierwszej odmowy, oprócz półgodzinnych krzyków lekarza,
który miał wykonywać tzw. aborcję, były skargi wysyłane do dyrekcji szpitala,
że położna nie chce wykonywać swoich obowiązków, buntuje się przeciw
poleceniom służbowym. Były też rozmowy z ordynatorem, złośliwe uwagi,
podważanie kompetencji zawodowych. - Nieraz zresztą straszono mnie utratą
praw wykonywania zawodu za występowanie przeciw ustawie zezwalającej na
zabijanie dzieci "na życzenie" - opowiada położna.

Zdecydowana większość lekarzy poparła wtedy panią Bożenę, choć nie odbyło się
to oficjalnie, ale po cichu, w prywatnych rozmowach. Ordynator, do którego
musiała się udać na rozmowę, potraktował ją bardzo serdecznie, wręcz po
ojcowsku. Potem lekarze po kolei przychodzili do niej i mówili: - Miałaś
rację - wyszarpali zdrowego człowieka, dobrze, że się nie dałaś w to
wmanewrować.



Łamanie sumień



Żeby uniknąć udziału w zbrodni tzw. aborcji, położne szukały różnych
rozwiązań. Niektóre wybrały pracę przy noworodkach, bo tam nie było tego
problemu. Ale zdarzały się i takie pielęgniarki, które zgłaszały się do
asystowania przy tzw. aborcjach. Były to szczególnie te starsze, które
zaczynały pracę w latach 60. i 70. Być może na tyle potrafiły uśpić sumienie,
że same siebie oszukiwały. Może nie czuły się odpowiedzialne, bo to nie ich
rękami były zabijane dzieci, niektóre tłumaczyły, że to jest ich obowiązek
służbowy, takie polecenia wydają im przełożeni, więc nawet nie czuły potrzeby
spowiadania się z tego. Jednak nawet one miały granice wytrzymałości, bo
zdarzały się przypadki, które w sposób szczególny uświadamiały im, co czynią.
Jedna z położnych, która pracowała w latach 60., a więc tuż po wprowadzeniu
ustawy aborcyjnej z 1956 r., opowiedziała pani Bożenie pewną historię.
Kobieta zgłosiła się do tzw. aborcji w 20. tygodniu, lekarz przeprowadził ją
za pomocą tzw. minicięcia cesarskiego. Dziecko wydobyte z łona matki okazało
się zdrowe, nie chciało umierać. Lekarz kazał położnej przygotować wiadro z
wodą, by je utopić. Wtedy odmówiła wykonania jego polecenia.

Inna koleżanka pani Bożeny, która zrezygnowała z pracy w szpitalu, zwierzyła
się jej: "Cieszę się, że nie będę już tym nękana". Dla wielu położnych
asystowanie przy tzw. aborcjach łączyło się z łamaniem ich sumień, ponieważ
nie chciały tego robić. Cierpiały z tego powodu, ale nie miały siły i odwagi
odmawiać asystowania przy zabijaniu dzieci poczętych, bały się
Obserwuj wątek
    • nkosikazi Re: Kobiety o aborcji 04.11.04, 14:25
      Bardzo dobrze, że tak się troszczysz o sumienia lekarzy i pielęgniarek. Też
      uważam, że nie powinno się ich zmuszać by postępowali wbrew swoim poglądom w
      tak ważnej sprawie jak stosunek do aborcji. Jednak temat który poruszyłeś to
      już historia, teraz nikt nie ma takich problemów. Teraz problem mają ci spośród
      lekarzy i pielęgniarek którzy chcą pomagać kobietom w ramach obecnie
      obowiązującego prawa i którym się to uniemożliwia. Czy zdajesz sobie sprawę z
      tego w jak wielu szpitalach z decyzji ordynatora nie wykonuje się żadnych
      zabiegów przerywania ciąży, nawet tych absolutnie koniecznych? W ten sposób nie
      tylko łamie się prawa pacjentek, ale także zmusza lekarzy by postępowali wbrew
      własnemu sumieniu i wbrew prawu. Jeżeli współczujesz pani Bożenie, to współczuj
      także i im. Pamiętaj, że nie tylko przeciwnicy aborcji mają prawo postępować
      zgodnie ze swoim sumieniem i własnymi poglądami. Zwłaszcza że swój post tak
      górnolotnie zatytułowałeś "kobiety o aborcji".. Skoro chcesz opisywać poglądy
      kobiet, to rób to uczciwie.
      pzdr
    • Gość: kol.3 Re: Kobiety o aborcji IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.11.04, 12:59
      Ten pierwszy tekst jest prymityną manipulacją w stylu Radia Maryja. Do czasu
      wprowadzenia ustawy antyab.zabiegi wykonywano bez problemu na życzenie.
      Zwykle odbywało się to w 5-6 tygodniu ciąży, kiedy zarodek miał ok. 1 cm. Nie
      było powodu żeby czekać do 20 tygodnia ciąży. To raczej teraz zdarzają się
      takie sytuacje, gdyż podziemie aborcyjne kwitnie. Wcześniej mniej się mówiło o
      aborcji i traktowało się ją bardziej obojętnie gdyż nie było jeszcze USG i
      niewiele było wiadomo na temat życia płodu.Uważam, że lepiej żeby niektóre
      kobiety usuwały ciążę niż wyrzucały dzieci na ulice i poiły denaturatem w
      kołysce, co teraz jest bardzo częste.
          • Gość: Kasia Re: Kobiety o aborcji IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.11.04, 23:38
            trzeba nie mieć wyobrazni, albo sumienia, aby poddać się aborcji- takie jest
            moje zdanie. Dziwi mnie jednak sporwadzanie tego problemu do poziomu religii.
            Problemem religijnym jest czy stosujesz antykocepcję czy nie, ale nie aborcja-
            tutaj wiara nie ma nic do rzeczy. Jest to dziecko, tylko ze całkowicie
            bezbronne. Owszem całkowicie niezdolne na tym etapie do samodzielnego życia -
            tak jak noworodek. Moje poglądy to wcale nie ciemnogród -wręcz przeciwnie,
            teraz wszystkie zdobycze medycyny potwierdzają to czego moglismy się tylko
            domyślać -serce -bije od około 6 tyg. zycia, a mózg pracuje,wszystko to mozna
            zbadać i zmierzyć. Ja nie badałam, ale czułam,że mogę stracić DZIECKO a nie
            zlepek komórek, gdy w 3 tyg ciązy zaczęłam krwawić,

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka