dokowski
07.12.04, 17:08
Teraz, kiedy równouprawnienie kobiet stało się w naszej cywilizacji
rzeczywistością, najważniejszym problemem prawnym jest prawna podmiotowość
dziecka. W dzisiejszym społeczeństwie to dzieci są najbardziej upośledzoną
prawnie mniejszością.
Nie twierdzę, że feministki nie mają już o co walczyć. Przeciwnie, stale
twierdzę, że feministki są bardzo potrzebne, gdyż równouprawnieniu kobiet
wciąż sprzeciwia się wiele środowisk konserwatywnych i walka z ciemnogrodem
musi trwać. Kobiety jako słabsze fizycznie i z natury mniej agresywne nadal
są zastraszane, molestowane i bite przez mężczyzn, trudniej im więc na co
dzień egzekwować swoje prawa, szczególnie w domu i w pracy w męskim
otoczeniu. Aktywność feministek jest więc nadal bardzo potrzebna.
Ale sytuacja kobiet jest już o niebo lepsza niż sytuacja dzieci.
Paradoksalnie emancypacja kobiet w pewnych aspektach pogorszyła jeszcze
sytuację dzieci. Dawniej matki były naturalnymi sojuszniczkami dziecka,
często broniły ich przed surowym ojcem, same biorąc na siebie część kary za
jakieś np. głupie nieposłuszeństwo. Teraz zdarza się, że partnerski związek
ojca i matki solidarnie występuje przeciwko dziecku jednym frontem, a ono w
kompletnej samotności musi radzić sobie jakoś z okrucieństwem kar, z
poniżeniem i uprzedmiotowieniem. I wcale nie mam tu na myśli jakiegoś
szczególnego znęcania się czy maltretowania, ale myślę o takim zwyczajnym
wychowaniu dziecka w warunkach tradycyjnego odmówienia mu jakichkolwiek praw.
Myślę o wzajemnym wspieraniu się rodziców, o trosce, aby jedno nie
podkopywało autorytetu drugiego jakimś przypadkowym okazaniem współczucia
wtedy, gdy dziecko zostało ukarane „słusznie” – kiedy rodzice umawiają się,
że muszą wspólnie i konsekwentnie dać dziecku odczuć swoją dezaprobatę „dla
jego dobra”.
Na temat dzieci molestowanych i maltretowanych napisałem już tyle postów, że
tylko wspomnę o tej największej hańbie naszej cywilizacji – fakt, że tyle
dzieci jest bitych i gwałconych przez ojczymów (a nawet ojców), a ich matki
udają, że o tym nie wiedzą i jeszcze potrafią bić po twarzy swoje córeczki za
to, że takie straszne oszczerstwa wygadują o ojcu, który gdyby się
dowiedział, co ona wygaduje ... Istnienie takich rodzin w naszym sąsiedztwie
jest największą hańbą zachodniej cywilizacji – cywilizacji prawa i praw
człowieka, tylko że dzieci tych praw nie mają.
Wracam do tego tematu, bo ostatnio na tym forum uderzyło mnie, jak bardzo
tutejsi dyskutanci i dyskutantki przedmiotowo traktują dzieci. Wybrałem
nieliczne wypowiedzi z jednego wątku:
„dlaczego sądy tak rzadko przyznają prawo do opieki nad dzieckiem ojcom?
czyżby uznawaly że ich kompetencje są niższe
czy feministki byłyby sklonne poprzec walkę o równouprawnienie meżczyzn?”
„w Holandii ojcowie maja równiejsze szanse”
Jak widać naszym dyskutantom chodzi o "prawa ojca", a nie o dobro dziecka.
To jest podstawowa wada naszego prawa rodzinnego i opiekuńczego, że zamiast
uwzględniać dobro dziecka, sędziowie ważą racje obu dorosłych stron,
zapominając, że opieka nad dzieckiem nie jest zabawą dla satysfakcji
dorosłych, ale jest poświęceniem dorosłych dla dobra dziecka.
Podobnie podczas dyskusjach o wychowaniu i edukacji zapominamy o tym, że to
dziecko jest podmiotem prawa do edukacji, a my tradycyjnie traktujemy dziecko
jak bezwolny przedmiot będący we władzy rodziców. Ciemniaki "obowiązek
szkolny" interpretują jak relikt władzy totalitarnej, podczas gdy jest to w
rzeczywistości realizacja prawa dziecka do edukacji, prawa, którego rodzice
nie wolno dziecku odebrać. Istotą "obowiązku szkolnego" jest to, że to
rodzice mają ten obowiązek (wykształcić dzieci), a nie, że dzieci mają
obowiązek chodzić do szkoły.
Ten sam błąd logiczny popełniają ciemniaki walczące o "prawo do opieki",
które w rzeczywistości nie jest prawem rodziców do opieki nad dzieckiem, ale
jest prawem dziecka do otrzymywania opieki na odpowiednim poziomie. Podmiotem
tego prawa jest dziecko, a nie rodzice - dla rodziców nie jest to prawo, ale
obowiązek, czyli wg terminologii prawniczej rodzice nie są tutaj podmiotem
prawa, ale podmiotem obowiązku, czego wielu prawników nie rozumie.
Samo pojęcie: „prawo do opieki NAD DZIECKIEM” jest głęboko demoralizujące i
świadczy o hańbie naszej cywilizacji, w której mamy swój udział, bo godzimy
się z tym stanem rzeczy. Prawo DO OPIEKI jest naturalnym prawem dziecka – to
dziecko posiada przyrodzone prawo do opieki NAD SOBĄ ze strony rodziców.
Rodzice natomiast nie posiadają żadnego prawa do opieki, ale są jedynie
podmiotem obowiązku, a więc mówiąc po prostu – rodzice posiadają jedynie
obowiązek opiekowania się dziećmi. Niestety, wielu prawników tego nie
rozumie, gdyż kiedyś, podczas budowy patriarchalnego społeczeństwa mężczyźni
odebrali dzieciom ich naturalne prawa (do miłości, do opieki, do edukacji)
aby przekształcić je (głównie swoich synów) w swoich następców i
spadkobierców, bezwolnych i posłusznych wykonawców woli ojca. Odbiło się to
na całej niemal ludzkości w taki sposób, że wrażliwość moralna i uczuciowa
wielu ludzi jest w taki właśnie sposób zdegenerowana, że nie postrzegają oni
dziecka jako podmiotu prawa, nie widzą w dziecku osoby posiadającej godność i
własną wolę.
Sąd (mądry) powinien rozstrzygać, kto zapewni dziecku najlepszą opiekę
spośród dostępnych opcji, a nie zastanawiać się, które z rodziców jest
bardziej winne zaniedbań, które jest bardziej „w prawie”.
Myślę, że tradycyjny feminizm powinien teraz dostrzec osobę w dziecku i
zacząć przekształcać się w nowy feminizm, który nazwę tutaj
roboczo „infantyzm” (nie mylić z „infantylizmem”). Infantyzm powinien
koncentrować się na walce o uznanie dziecka za podmiot praw, a tylko niejako
przy okazji infantystki powinny walczyć przeciwko antyfeminizmowi, gdyż
najważniejsze idee feminizmu wynikają z infantyzmu, jeśli się dobrze
zastanowić (tylko wolna i pewna swej wartości kobieta może jako matka nauczyć
dziecko poczucia godności, odwagi i woli do walki o swoje prawa z dorosłymi).
Matka powinna być, w imię swojej naturalnej miłości do dziecka, rzeczniczką
praw dziecka. Tradycyjny feminizm dobry jest dla kobiet bezdzietnych, ale
uczciwa feministka i matka powinna zostać infantystką.
Kiedyś usiłowałem na forum Aktualności pociągnąć dyskutantów o liberalnych
poglądach ideą zrównywania praw dzieci z prawami dorosłych ... niestety mało
tam liberałów, a zbyt wielu ciemnogrodzian. Może tutaj, wśród feministek,
znajdę dla dzieci więcej zrozumienia.
Powtórzę więc najważniejszy punkt mojego programu „infantnego” (nie mylić
z „infantylnym”):
1. Prawa wyborcze powinny być powszechne. Nie może być żadnych sztucznych ani
arbitralnych barier (np. wiekowych, rasowych, wyznaniowych, zdrowotnych itp.)
w dostępie do praw dla obywateli. Każdy obywatel zdolny do samodzielnego
zarejestrowania się jako wyborca lub kandydat i zdolny do samodzielnego
oddawania głosów podczas wyborów, ma prawo wybierać i być wybieranym. Ponadto
każdy obywatel z chwilą ukończenia 18 roku życia automatycznie nabywa prawa
do wybierania bez konieczności rejestrowania się. Sama procedura rejestracji
nie może być sztuczną barierą w uzyskaniu przez dziecko praw wyborczych –
musi być tak zdefiniowana, aby przynajmniej połowa chętnych w wieku 15-17 lat
spełniała formalne wymogi rejestracji i rejestrowała się skutecznie,
uzyskując prawa wyborcze.
Żeby nie pisać tylko tego samego, co już pisałem kiedyś, dodam punkt drugi
programu:
2. Prawo do składania skargi powinno być powszechne i nieograniczone. Nawet
dzieci i osoby ubezwłasnowolnione powinny mieć prawo złożyć na policji lub w
prokuraturze skargę, która skutkowałaby rozpoczęciem śledztwa tak samo, jak
każda