loridan
22.07.05, 18:14
Jak widać w temacie feminizm nie oznacza walki o równouprawnienie.
Wystarczy tylko spojżeć na to co mówią i robią feministki.
Z ich ust padają szlachetne hasła takie jak: Równość płci, odejście od
zgubnego stereotypu kobiety pracującej(niewolniczej kobiety) czy walka z
przemocą i patalogią w rodzinie.
Sęk w tym, że cała winę zrzucają na męską stronę całkowicie rozgrzeszając przy
tym stronę żeńską. Uważają ,że winę za brak równouprawnienia ponoszą zawsze
bądź w większości mężczyźni. Z góry zakładają ,że w przyrodzie występuje jeden
rodzaj samca. A zwie się samiec szkodliwy.Takie pojmowanie sprawy nie prowadzi
do niczego. Wina jest po obu stronach.
Chą odejść od stereotypu nieporadnej kobiety cały czas podkreślając stereotyp
męża pastwiącego się nad żoną( często też nad dziećmi) i wykorzystującego ją.
Na prawde mnie to zadziwia. Jest tu wątek o emeryturach dla gospodyń domowych.
Spoko, należy się , chodź na obecne warunki kraju jest to nierealne.
Co więcej, starają się odejść od niesławnego stereotypu kobiety pracującej w
domu a tym przedsięwzięciem propagują dalej ten stereotyp. Takie działanie nie
wprowadza żadnych zmian na lepsze, jedynie na gorsze. Nie wówiąc już o reakcji
otoczenia na takie pomysły, które do niczego nie prowadzą.
Przemoc w rodzinie. Tu nie ma winy jedynie mężczyzn. Dla wyjasnienia o co mi
chodzi podam taki przykład:
Jest przeciętne małżeństwo. Wszystko idealnie. Oboje pracują, wspólnie zajmują
się domem i dziećmi. Niby wszystko układa się fajnie aż penego dnia Ona
poznaje jakiegoś romantycznego kawalera. Ulega chwili i zdradza męża
(większość zdrad pada ze strony żeńskiej- badania wykazały). On się o tym
dowiaduje, także ulega chwili i uderza swoją żonę pod wpływem impulsu. Nie
dziwota w takiej sytuacji.
Za pare dni siedzi w barze z kolegami i opowiada co się stało. Mówi, że teraz
jest już dobrze, żona dalej jest wierna. Wybaczył jej itd. Ale jak sprawę
interpretują koledzy: Palnął w łeb więc przestała. I w takich przypadkach
rodzi się przemoc. Takie przeświadczenie ewoluuje i wzrasta do rangi "bo zupa
była za słona". Przecież to jest logiczne , że przemoc w rodzinie nie wzięła
się od tak sobie. Coś musi być nie tak z nim , z nią lub z dzieckiem. Nie
wpada sobie facet na chate po pracy. Na dzień dobry nie kopie syna w głowe a
żony nie okłada Baseballem bo taki ma kaprys. Problem się wywodzi z
przeswiadczenia, że przemoc popłaca.
Nie raz spotkałem się z opinią, że kobiecie trzeba czasem w łeb przywalić żeby
otrzeźwiała i to wcale nie padało z ust pijaczyn , którzy nie mają się na czym
wyżyć.
Ja potrafię powiedzieć, że za przemoc w rodzinie i mniejsze prawa dla kobiet
są winą zarówno facetów jak i kobiet.
Czy feministki potrafią powiedzieć to samo???