zly_wilk
19.08.05, 11:19
Chciałby zająć się feministycznym hasłem: "Mój brzuch - moja sprawa".
Feministki szermują tym hasłem w obronie prawa kobiet do aborcji na życzenie.
Pomińmy zasadniczy problem, w którym momencie zaczyna się ludzkie życie - na
ten temat było tu już wiele wątków. Potraktujmy to hasło serio. Konsekwentnie
do końca.
Jeśli brzuch kobiety jest jej "prywatną sprawą", jak chcą feministki, to
powinny one konsekwentnie żądać likwidajci przywilejów ciężarnych kobiet, np.
w kodeksie pracy. Dlaczego pracodawca i ZUS mają płacić za "prywatne sprawy"
kobiet?
Jeśli wyłacznie kobieta ma prawo decydować o "swoim brzuchu", to dlaczego
odpowiedzialność za jej samodzielną decyzję miałby ponosić mężczyzna - ojciec
dziecka? Jeśli feministki chcą być konsekwentne, powinny uzać prawo mężczyzny
do odmowy uznania dziecka. Skoro ona ma prawo zdecydować, czy chce, czy nie
chce zostać matką (pomimo ciąży), to on, niezależnie od jej decyzji, powinien
mieć analogiczne prawo, czy chce zostać ojcem (i podjąć związane z tym
obowiązki - np. obowiązek alimentacyjny), czy nie.
Przykład ten dobitne pokazuje, że feministki nie walczą o żadne tam
równouprawnienie. Chcą, by kobieta miała wyłączny przywilej decydowania, co
zrobić z ciążą, a zarazem chcą, by odpowiedzialność konsekwencje jej decyzji
o urodzeniu ponosili wszyscy - mężczyzna, pracodawca, ZUS, podatnicy. Otóż,
jeśli ktoś chce pełnej władzy, to powinien ponosić pełną odpowiedzialnośc za
swoją decyzję, a nie oczekiwać: "ja sama zdecyduję, jak mi wygodnie, a
odpowiedzialność za moje decyzje poniesiemy wszyscy".
Pozdrawiam -