Gość: tad
IP: *.krosno.cvx.ppp.tpnet.pl
01.09.02, 10:12
Tutejsze f. twierdzą z naciskiem, że dla niech feminizm, jest raczej "stanem
świadomości" niż ideologią. Tak więc feminizm zdaje się zaspokajac jakieś ich
potrzeby emocjonalne. Nic w tym dziwnego, bo jak każda ideologia totalna f.
stara się odziaływać na wszystkie obszary osobowości, także te, ktore wydają
się "nieupolitycznione" (dla totalistów nie ma zresztą
obszarów "nieupolitycznionych", i feministki nie są tu wyjątkiem). Dla wielu
feministek sfera emocjonalna jest ważniejsza, niż sfera "polityczna", i stąd
ich protesty, gdy ktoś nazywa feminizm ideologią. Termin "ideologia" bowiem
rozumieją - jak się wydaje - dość wąsko, jako "program polityczny"( co jest
zresztą błędem dość typowym). Czas zwrócić baczniejszą uwagę na ten
psychologiczny aspekt feminizmu. Na początek coś co nazwałem:
MASOFEMINIZM
Zadajmy pytanie: czy feministki uzależniły się od dyskryminacji? Czy
feminiskom teoretyczkom pisanie o "dyskryminacji" kobiet dostarcza jakiegoś
rodzaju satysfakcji, i czy podobnej satysfakcji doznają feministki -
czytelniczki ich prac? Wiele wskazuje na to, że na te pytania mozna
odpowiedzieć "TAK". Feministki po prostu POTRZEBUJĄ dyskryminacji. W istocie
to ona warunkuje przecież ich istnienie. Co zostanie z feminizmu, jesli
zniknie "dyskryminacja"? Niewiele. Dlatego f. mają silną potrzebę "bycia
ofiarą". Nadaje to feminizmowi osobliwego rysu masochistycznego.
Pozycja "niewinnej ofiary" jest niezwykle atrakcyjna, zwłaszcza jeśli obsadzi
się rolę "rzecznika ofiar" i "bojowniczek o wyzwolenie". Odkrywając coraz to
nowe pokłady "represji" f. krzyczą: "Oto jak cierpimy! Oto jak bardzo
jesteśmy potrzebne! Bez nas kobiety zostaną "zadyskryminowane" zupełnie!"
Byłoby to niegroźne, gdyby feministki ograniczały się do mówienia o
rzeczywistych problemach, takich jak np. przemoc w rodzinie, rzecz w tym, że
pojęcie "dyskryminacji" f. rozciągają do granic absurdu. Jeśli wierzyć
tutejszym f. życie współczesnej Polki niewiele różni się od życia niewolnicy
i składa się z serii poniżeń. W trakcie dyskusji padały zresztą takie
porównania. Jedna z pań stwierdziła, że nie mogę jej zrozumieć bo "ja jestem
biały a ona czarna" inna poszała nawet dalej i mówiła o "ofierze i kacie".
Nie pisały tego Afrykanki, którym grozi ukamienowanie za cudzołóstwo, ale
panny studiujące na dobrych uniwersytetach (jedna bodajże za granicą),
których sytuacja obecna i perspektywy są bez porównania lepsze niż sytuacja i
perspektywy ładnych paru milionów Polaków-mężczyzn(w skali świata szło by to
już w miliardy). Jak się wydaje nie widzą one absurdalności tego co piszą. I
tu wychodzi na jaw niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą masofeminizm, ale o
tym potem.