sagan2
14.02.03, 10:58
ostatnio wiele jest szumu (a raczej medialnego
szalenstwa...) w polsce wokol zdobywania przez polska
grupe k2. ciagle przypominaja kogos, kto zginal
wdrapujac sie na jakas zdradliwa gore.
niedawno byla katastrofa columbi, wczesniej i inne
statki sie rozwalaly.
i takie mnie nachodza reflekcje...
czy to jest normalne, ze osoba, ktora ma rodzine,
dzieci, odpowiedzialnosci, wybiera jednak droge swojego
"szalenstwa", narkotyku, czy pasji? mam na mysli
rzeczy, ktore sa naprawde niebezpieczne i zabieraja
mnostwo czasu (na przyklad te wszystkie rejsy balonem
czy dookola swiata lodzia samotnie...)
ja rozumiem, ze osoby z takimi pasjami istnieja, ze
maja prawo je realizowac.
ale po co w takim razie zakladac rodziny? po co narazac
zony/mezow i dzieci na wielomiesieczne rozlaki,
zamartwianie sie, wstawanie z mysla "czy wroci? czy TO
bedzie dzis?"
nie rozumiem tego. wydaje mi sie to postawa skrajnie
nieodpowiedzialna i bardzo malo dorosla. ot, taki
wyrosniete dzieci, ktore realizuja swoje marzenia.
realizacja marzen jest piekna. powtarzam - nie mam nic
przeciwko takim "sportom", O ILE robia to osoby
samotne. nie miesci mi sie w glowie tak ryzykowne
postepowanie "czlonkow rodzuny"
co o tym myslicie?
nie jest to watek zbyt feministyczny (w zalozeniu,
zobaczymy, co sie porobi ;), ale znam tu wiele ludzi, a
problem powyzszy ostatnio mnie nurtuje.
potrafie sobie wyobrazic (choc slabo) PO CO oni to
robia.
nie potrafie zrozumiec, dlaczego zakladaja rodziny, gdy
planuja kontynuacje swojego szalenstwa.
ilekroc widze relacje z jakies wyprawy w himalaje,
dookola swiata, na orbite, to sobie mysle: WARIACI!