lady_pretentious
11.08.06, 16:45
Zdegustowana tym, że znowu wzięto mnie za tada chyba tylko dlatego, że
wpisałam się na wątku założonym przez niego, mało precyzyjnie niestety, bo
wczoraj nie miałam czasu, postanowiłam założyć własny wątek na ten temat.
marcypanna twierdzi, że gdyby Chylińska była niedojrzała to oddałaby dziecko
komuś na wychowanie, albo je zaniedbywała.
Cóż marcypanno - to Twoja definicja niedojrzałości - dla mnie takie zachowanie
to byłby przejaw skrajnej niedojrzałości, a o Chylińskiej napisałam tylko, że
jest niedojrzała.
marcypanna napisała jeszcze: "Twój problem polega na tym, ze
nie znasz ani nie rozumiesz kobiet, przybranie żeńskiego nicka nic tu nie
pomoże, niestety."
Tu mnie rozśmieszyłaś, przyznam - otóż powiem Ci, że właśnie bardzo dobrze
znam się na kobietach, a zwłaszcza na macierzyństwie. Wiem co to znaczy
opiekować się niemowlęciem.
A teraz wracając do Chylińskiej - oczywiście, że ma prawo do swoich odczuć i
rzeczywiście macierzyństwo nie jest niekończącą się ekstazą. Jednak
niedojrzałe jest w jej tekście jest to, że z uniwersalnego doświadczenia
pokoleń kobiet robi męczeństwo. Męczeństwo żałosne, bo wynikające z jej
niewiedzy, z nieumiejętności skorzystania ze skarbnicy wiedzy przekazywanej
przez matki córkom. Gdyby bowiem z tej wiedzy skorzystała, zamiast użalać się
nad sobą wiedziałaby, co zrobić, kiedy pękają brodawki (lub też co zrobić,
żeby nie pękały), jak prawidłowo przystawiać dziecko do piersi, żeby karmienie
było przyjemnością, a nie cierpieniem. Wiedziałaby też jak rodzić. Jej tekst,
choć w zamyśle przesadzony i trochę żartobliwy w sposób niezamierzony ukazuje
jak bardzo zdegenerowana jest współczesna kultura, jak wiele tracimy na
odcięciu od tradycji i wspólnoty. Gdyby Chylińska miała wokół siebie grupę
kobiet, które udzieliłyby jej wsparcia i wskazówek - nie napisałaby tego
artykułu, a jakiś inny, lepszy. Nie czułaby się tak koszmarnie zmęczona. No,
ale w świecie w którym nacisk kładzie się na samorealizację i indywiduację nie
ma co liczyć na taką pomoc. Musi niestety opierać się na mężczyźnie, traktując
go jako zastępcę, czym prędko może poczuć się zmęczony, bo jego rola (i rodzaj
wsparcia jakie może udzielać) z natury jest inna.
Jednak kluczowe dla całego tego "męczeństwa" jest jej nastawienie. Infantylne
oczekiwanie, że coś przyjdzie łatwo i bez wysiłku, będzie pracowało na jej
image. Tak jakby mogła zgodzić się na macierzyństwo tylko pod warunkiem, że
oznacza ono kupowanie ładnych ubranek i idyllę z reklam pieluszek. A to
oznacza jej nieświadomą wewnętrzną niezgodę na macierzyństwo, które
najbardziej ze wszystkiego na tym świecie jest DAWANIEM. Tę właśnie wewnętrzną
niezgodę nazywam niedojrzałością. I owa niedojrzałość właśnie sprawia, że
przeżywa ona ten czas jako męczarnię - brak wewnętrznej akceptacji dla roli
matki niestety pogłębia naturalne skądinąd trudności. Wszystko wtedy jest
trudne, nie wychodzi i jest koszmarem...