tad9
16.08.06, 20:16
Porozmawialiśmy sobie ostatnio o feminizmie i autorytetach. Wyszło na to, że
feministki nie uznają żadnych autorytetów i pod względem, że tak powiem,
światopoglądowym, są samowystarczalne. Kot-Behemot pisała, że, podobnie jak
inne feministki, "wymyśliła sobie własny feminizm", że każda feministka jest
inna, słowem, że feminizm to rodzaj osobistej filozofii, do której feministka
dochodzi siłą własnego rozumu nie oglądając się na żadne autorytety, nawet
autorytety feministyczne ("mam gdzieś feministyczne autorytety" - ujęła to
soczyście Kot-B.) Wierzę w to wszystko, ale...
...ale tak się dziwnie składa, że ta osobista filozofia, do której tutejsze
panie dochodzą siłą własnego rozumu jakoś dziwnie współgra z przekazem
współczesnej kultury popularnej lansowanej przez sporą część mediów i jeszcze
większą cześć tzw. "prasy kobiecej". O "realizowaniu siebie", "podążaniu
własną ścieżką", "autentyczności", itd, itd. rozprawiają aktorki, gwiazdki
MTV, autorki pop-poradników zalegających półki księgarń (być może się mylę -
nie mogę tego wykluczyć - ale naprawdę nie potrafię wskazać znaczących różnic
między "filozofią" prezentowaną przez bywalczynie FF, a przekazem
pop-kultury). Rzecz prosta - może to być przypadek. Wierzę szczerze, że tak
jest, że nasze panie ukuły swoją "osobistą filozofię" drogą żmudnych,
samodzielnych przemyśleń. Z drugiej jednak strony trudno oprzeć się brzydkiej
myśli, że "osobista filozofia" feministek to produkt kultury popularnej,
"kupiony" przez nasze panie. Jak to jest? Oto pytanie!