Gość: BD
IP: 195.136.36.*
07.05.03, 14:22
Witam,
No właśnie - feminizm podobno coś wywalczył dla kobiet... Taka jest
podstawowa teza feministek. Ile to razy słyszeliśmy, że gdyby nie
sufrażystki, to kobiety by dziś nie studiowały i nie pracowały etc...
Femnistki wywalczyły prawo wyborcze, równe płace etc. Argumenty te padają
szczególnie często gdy feministka rozmawia z inną kobietą.
Z tą tezą są dwa problemy. O pierwszym pisał już tad - nie ma silnej
empirycznej zależności między aktywnością feministek a prawami kobiet w
różnych krajach. Drugi jest następujący - otóż jakoś nie wiadomo, żeby
feministki wogóle _walczyły_ w ścisłym sensie tego słowa.
By coś wywalczyć, musi dojść do _walki_ (truizm). No, ale na czym to miało
polegać? Nie znam opisów żadnych krwawych batalii zwieńczonych cmentarzyskami
konserwatywnych samców, nie przypominam sobie feministycznych zamachów
terrorystycznych, masowych strajków klasycznych bądź "łóżkowych" w celu
wymuszenia swoich racji. Bo przecież nie do obrony jest twierdzenie, że
patriarchat odda swoją ewidentnie uprzywilejowaną pozycję, jeśli się go
poprosi lub pogrozi mu kobiecym paluszkiem.
Wszystko wskazuje sięc na to, że zasługi przypisywane sobie przez feministki
są bądź dobrowolną (a nie wymuszoną) strategią dominujących i tak mężczyzn (i
opłacalną dla mężczyzn - damy prawo wyborcze kobietom i tak zagłosują na
konserwatywnych mężczyzn), bądź rezultatem ubocznym procesów cywilizacyjnych.
Podam prosty przykład takiego feministycznego artefaktu. Mówi się, że wraz z
rozwojem cywilizacyjnym przybywa odsetek kobiet wśród zgłaszających patenty,
w zarządach firm etc. Ma to być efekt emancypacji, jak i dowód na to, że nie
istnieją wrodzone predyspozycje mężczyzn w tych dziedzinach. Bardzo łatwo
można jednak wykazać, że jest to strice matematyczny efekt uboczny
zwiększenia partycypacji społecznej w tych właśnie dziedzinach.
Wyjaśnię to na liczbach: przypuśćmy, że innowacyjność - związana z
możliwością rejestracji patentu ma rozkład normalny, o średniej 110 dla M i
100 dla K, oraz odchyleniu std. 10 dla obu płci. By zostać zaliczonym do
grona wynalazców trzeba mieć innowacyjność >=130. Łapie się na to 1,2%
populacji, a wśród tej grupy wynalazów jest 5,6% kobiet. Na skutek postępu
technicznego i edukacji wymagany próg się obniżą do 120, wówczas łapie się
nań już 9,1% populacji, a odsetek kobiet wśród wynalazców wzrasta ponad
dwukrotnie do 12,5%. Jak już pisałem - efekt jest czystą podochodną własności
rozkładu statystycznego i nie wynika z żadnych aktywnych działań kobiet.
Znajdziemy zapewne wiele tego typu "zasług dzielnych feministek".
Feministki zdają się przejawiać coś, co w psychologii poznawczej
nazywamy "iluzją kontroli". Usilnie przypsują sobie sprawstwo wydarzeń, które
zależą do czynników zewnętrznych względem feminizmu. Tymczasem nie ma
obiektywnych powodów by twierdzić, że feminizm coś specjalnie ważnego
wywalczył, bo po prostu feministki nie miały odpowiedniej siły by jakąkolwiek
walkę o to wygrać. Co o tym sądzicie?
pozdrawiam,
BD