Gość: zula
IP: diak:* / 10.2.12.*
24.08.03, 09:19
na poczatek cytatcik z wywiadu z kayah (dodatek telewizyjny do
rzeczpospolitej), w ktorym k. mówi: "podobno mężczyzna tak dlugo kocha swoje
dzieci, jak długo kocha ich matkę. okropność."
jak traktujecie to stwierdzenie?
z jednej strony - ogromne rzesze meżczyzn za wszelką cenę uciekający od
płacenia alimentów, zakładając nową rodzinę - wymazują poprzednia.
z drugiej - mężczyźni, którzy cierpią z powodu prawa rodzinnego, motywowanego
stereotypem kobiecości, u podstaw którego najepszym rodzicem jest matka, i to
jej zazwyczaj przyznaje się prawo do decydowania o losie dziecka (dziecko
nieślubne), bądź jej przyznaje prawo do opieki nad dzieckiem (dziecko ślubne
i nieslubne), często nawet jeśli matka jest nieodpowiedzialna.
z trzeciej - krytyczne i zdystansowane spojrzenie na
męzczyznę/utylitaryzm/możliwość rezygnacji z tatusiowania - jak w
książce "something about a boy" (po polsku zdajsie "był sobie chlopiec"?)
nick'a hornby'ego. w polsce natomiast mamy "tatę" m.slesickiego, którego to
reżysera wielokrotnie już opluwałam na tym forum, więc dziś sobie daruję,
uznając, że forumowicze zdają sobie sprawę z tego, że rodzajowi żeńskiemu
prócz ról czarownicy, morderczyni, psychopatki itp przypadły też inne,
mniej "romantycze" role.
co myślicie o cytacie z kayah? kultura czy natura? czy natura spotęgowana
przez kulturę (kutura przyzwala ojcu na porzucanie rodziny)?
czy dziecko mimo wszystko jest "bardziej' matki niż ojca?