facet123
18.04.08, 09:20
Po lekturze książki "płeć mózgu" doszedłem do wniosku, że temat
równouprawnienia jest trudniejszy niż się wydaje i to dotyczy obu stron
sporu. Z jednej strony spotkałem się z opiniami, że książka "płeć mózgu" to
oręże dane szowinistom i w ogóle tendencyjna pozycja, przestarzała i niezgodna
z duchem czasu. Uważam, jednak, że warunkiem szczerego i pozytywnego feminizmu
(lub szerzej - tolerancji) jest zaakceptowanie pewnych niepodważalnych faktów
naukowo dowiedzionych przez autorów wspomnianej książki. W ogólności trzeba
zaakceptować fakt iż na całość psychiki składa się szereg różnych skłonności
które mózg bardziej lub mniej faworyzuje. To które skłonności (cechy/atrybuty)
będą w umyśle silniej osadzone nie zależy w takim stopniu od wychowania i
kultury jak od efektów działań pewnych hormonów którym człowiek jest poddawany
w stadium płodowym, oraz (czy się to komuś podoba czy nie) od płci. Cechy te
są (bardziej lub mniej, ale są) skorelowane z płcią. Korelacja nigdy nie jest
zupełna, ale statystycznie nie pozostawiająca wątpliwości.
Zresztą takie biologiczne uwarunkowania są koniecznością z punktu widzenia
ewolucji. Samo powstanie płci miało na celu właśnie zróżnicowanie pewnych
zachowań na dwie grupy ponieważ taka strategia daje lepsze efekty niż izogamia
(co można dowieść matematycznie na podstawie analizy strategii w teorii gier).
Gdyby płcie miały być zupełnie identyczne nigdy by nie powstały, ciągle
rozmnażalibyśmy się izogamicznie.
Nie dziwie się, że takie naukowo potwierdzone wyniki chętnie zostały
zaakceptowane przez różnego rodzaju prawicowych konserwatystów aby
uprawomocnić za ich pomocą jawną dyskryminację kobiet, ślepe uwielbienie
patriarchatu, a kościół chętnie temu przyklasnął.
Rozumowanie jakie tutaj zadziałało brzmi:
"Skoro biologiczną rolą kobiety jest rodzenie i wychowywanie dzieci i jest ona
do tego mentalnie i biologicznie uwarunkowana to najlepiej będzie gdy
przyjmiemy patriarchat, ograniczymy kobiety do prowadzenia domu i
wyeliminujemy je z życia zawodowego i politycznego"
Rozumowanie tego typu mogło by równie dobrze brzmieć następująco:
"Skoro ewolucyjnym przystosowaniem każdego osobnika jest konkurowanie z innymi
o zasoby i rozplenienie swoich genów na jak największą liczbę potomków, to
zlikwidujmy prawo, małżeństwo i państwowość i żyjmy w pierwotnej wspólnocie
anarchistycznej z prawem dżungli i bez mechanizmów pomocy słabszym"
Z pierwszą wersją konserwatyści zgadzają się chętnie, natomiast druga wzbudzi
ich uzasadniony sprzeciw. Nie widzą, że jedno i drugie wynika z tego samego
ślepego uwielbienia natury i uznania założenia, że rozwiązania jakie stworzyła
ewolucja i biologia mają stanowić podstawę tworzenia społeczeństw. Nikt o
zdrowych zmysłach nie jest w stanie zaakceptować takiego uwielbienia natury w
całości. Takie założenie jest po prostu fałszywe i niespójne. Nie sposób
formować ładu społecznego tylko w oparciu o naturę. Dlatego wrogowie feminizmu
zwykle dokonują zgrabnej selekcji i wybierają z biologii tylko to co akurat im
odpowiada.
A jakie wnioski wypływają z tego dla feminizmu? Wg mnie najważniejszy wniosek
jest taki, że nie prawdą jest iż każda, albo nawet że połowa kobiet będzie
szczęśliwa i spełniona wykonując zawody powszechnie uznane za męskie. Walka o
równouprawnienie dotyczy (jak walka o wszystkie inne równouprawnienia)
mniejszości. Mniejszość tę stanowią te kobiety które same z siebie, świadomie
nie chcą wpadać w schemat matki-kury domowej która świata nie widzi poza swoim
domem,a karierę zawodową, nawet jeśli jakąś ma, marginalizuje.
Mniejszość stanowią też mężczyźni. Tacy którzy świadomie nie czują się w roli
samców alfa utrzymujących stadło, ale godzących się chętnie na odwrócenie
typowego modelu.
Stawiam niebezpieczną tezę, że jedni i drudzy stanowią mniejszość i że jest to
wynikiem biologii. Nie wiem czy będzie to 20% czy 35%, ale ze statystyk
wynika, że jest to mniejszość. I to o prawa tej mniejszości należy walczyć.
Tak naprawdę, to jedyne prawo o jakie tutaj chodzi to prawo do organizowania
swojego życia wedle swoich upodobań i nie ponoszenia szkód z tego powodu. W
cywilizowanych społecznościach kobieta robiąca karierę i mąż prowadzący dom
nie będą budzili żadnych kontrowersji i głupich żartów - u nas taki model musi
liczyć się nawet z wrogością. Z drugiej strony, taki model prawdopodobnie
zawsze będzie mniej liczny niż ten odwrotny więc nie wolno też głosić
demagogicznych tez, że któryś z tych modeli jest gorszy. Że kobieta która
wychowuje dzieci i rezygnuje z pracy ma się czuć winna i frustrować się tym że
coś ją omija.
Może to wszystko jest oczywiste dla bywalców tego forum, ale spotkałem się z
teoriami, że wszystkie te "cechy męskie" i "cechy kobiece" to tylko i
wyłącznie wytwór kultury. To jest po prostu nie prawda i szerzenie takich
teorii robi więcej szkód w walce o równouprawnienie niż pożytku.