senta.fa
16.06.08, 14:09
Postanowiłem założyć nowy temat, trochę w konsekwencji dyskusji o wywiadzie z antropologiem. Najwyższa pora moim zdaniem, by pewne rzeczy sobie - że się tak wyrażę - naprostować.
A więc tak. Zarówno feministki, jak i Korwin-Mikke, uważają, że opisywanie różnic między płciami ma coś wspólnego z dyskryminacją. Nawiasem mówiąc, ciekawe w czym jeszcze feminizm się zgadza z panem Januszem. A ponieważ sądzą tak feministki, ponieważ sądzi tak Korwin-Mikke, mamy podwójną przesłankę ku temu, by spodziewać się jakichś nieścisłości logicznych. ;)
Zrozumcie zatem wszyscy jedno: o różnicach między płciami możemy mówić jedynie w ujęciu statystycznym. W związku z tym stanowi to sensowną informację JEDYNIE w odniesieniu do reprezentatywnej grupy ludzi. Tak działa statystyka.
W odniesieniu do jednostki nie ma większego znaczenia, co mówi statystyka, ponieważ różnice między jednostkami są tak duże, że te wynikające ze statystyk dla płci niemal całkowicie tracą na znaczeniu.
Przykład (żeby nie wzbudzać emocji - męski). Jak wiadomo, mężczyźni częściej mają problemy z rozróżnianiem kolorów. Rozmaitymi rodzajami daltonizmu (od bardzo lekkich do ciężkich) jest dotknięty 1 mężczyzna na 12 oraz 1 kobieta na coś koło 250. No i teraz tak: stoi przed nami pojedynczy człowiek: artysta, malarz, mężczyzna. Jakie ma znaczenie ta statystyka? W tym konkretnym przypadku - żadne.
I tak samo jest z kobietami i naukami ścisłymi. Jeżeli nawet (czego nie wiem tak naprawdę) jakieś różnice pozakulturowe powodują to, że kobiety rzadziej niż mężczyźni mają smykałkę do przedmiotów ścisłych, to nie mogą i nie powinny się one odbijać na poszczególnych kobietach.
Czyli, oczywiście, dostrzeganie statystycznych różnic między płciami ani nie usprawiedliwia dyskryminacji, ani jej nie tłumaczy. A to, że ktoś istnienia tych różnic nie neguje, nie czyni z niego seksisty.
Koniec wypowiedzi.