naimad.dangel
26.08.09, 18:48
Pozycja kobiet w polityce, biznesie, domu jest odziweciedleniem niesparawiedliwości i nierówności - dyskryminacji.
O ile w pracy pętami są często patriarchalne struktury, polityka firmy, lęk pracodawcy przed ciążą. Trudnością bywa to, że mężczyna ma przypisane role związane z pracą, a kobieta z domem i przez ten pryzmat są postrzegane kobiety tak przez partnerów jak przez pracodawców. Sytuacja w domu może być wariacją nad odpowiedzialnością kobiety za ów dom. Bezsprzecznie jest to sytuacja, która wymaga zmiany mentalności i zmiany prostych schematów myślowych, reakcji, pracy u podstaw ... .
W tym duchu jak mniemam powstał pomysł parytetów. Wymuszenie reprezetnacji obu płci w tym samym stopniu na listach, miało być walką z tą strukturalną maszyną partyjną, która jak niemal wszędzie indziej jest patriarchalna.
Uderzenie (wymuszenie) idzie w jedną z niewielu struktur, która nie jest patriarchalna, bo dziadek , ojciec, teraz ja, po mnie syn, a kobiety wychowują dzieci i dbają o dom, tylko jeśli jakaś jest to dlatego, żeby zwiększyć szansę na sukces wyborczy. Gdyby kobiety na listach zwiększały szasnę na sukces to by to chyba ktoś zauważył, gdyby zmniejszały również- nikogo nie stać na oddawanie poparcia przeciwnikom w atmosferze seksizmu. Tak wiem, że właśnie na tym chcecie wzlecieć do gwiazd, ale nawet bez poprawiania świadomości mechanizmy reprezentacji społeczeństwa w partiach działają. Bardzo podobny procent udziału kobiet w sejmie wśród 3 nietypowo wiejskich partii jest dość znamienny 20-23%. LiD (cytuję z www.sejm.gov.pl VI kadencja) (SLD ma podobno kwoty 30%) wcale prymu w rankingu kobiecości nie wiedzie. Równie znamienna jest liczba posłanek PSL-u - 1. Że 100% kobiet nie daje sukcesu to już wiemy. Seksizm ani w formie autotematycznej ani w klasycznej nie jest atrakcyjny. Dziwne w kraju, który jak Wisła długa i jak jej dorzecze rozległe jest jej kwintesencją, ale jednak.
Można więc przypuszczać, że Polacy nie preferują kobiet ze względu na płeć. Pewnie możnaby łatwo udowodnić tezę, że nie preferują ze względu na brak wykształcenia i że są wyjątkowo tolerancyjni dla kłamstwa. Nie wiem jaki zawód wiedzie prym w polsce, ale pewnie sprzedawców jest sporo. Wydaje się, że są niedoreprezentowani. Generalnie nie ma wprost korelacji między liczebnością jakiejś grupy społeczenej bez względu na kryterium klasyfikacji, a jej poselską reprezentacją. Rozumiem, że relatywnie większa liczba prawników, lekarzy czy ekonomistów jest uzasadniona. Ale już obecnosć historyków czy politologów wiąże się chyba tylko z szeroko pojętym obyciem w temacie. Generalnie przełożenie interesów wyborców na ich wybory i dokonanego wyboru na interes wyborcy jest dość niejednoznaczne i chyba nieweryfikowane.
Wyborcy nie dokonują wyborów pseudolosowo. Mimo zniekształcenia informacji, szumu informacyjnego, intencjonalnego wprowadzania w błąd, uczestnictwa w manipulacji ludzie dokonują wolnych wyborów (jeśli nie to możemy sobie darować całą szopkę i na podstawie rankingów CBOS-u i parytetów miejsca w sejmie rozdawać). Kandydaci mieli obowiązek zrzeszania się w komitety wyborcze i prawo układania list według swego uznania - zgodnie z reprezentacją interesów swoich wyborców. Owszem ostatnio nastąpiła oligarchizacja polityki, ale ma to więcej wspólnego z sposobem finansowania partii niż rolą kobiet w polityce. Pomysł na zasadzie: skoro już się tak wszystko zabetonowało, to zróbmy tak, żeby chociaż w tym betonie było maksymalnie dużo kobiet jest pragmatyczny, ale i cyniczny zarazem. Polityka jest cyniczna i nie byłoby się co puszyć, gdyby nie warunki konieczne do skuteczności tej metody ulepszania demokracji.
Jeśli kobiety mają 50% poparcie to obecna sytuacja jest marnowaniem niezagospodarowanego elektoratu i głupotą liderów. Na pewno znajdzie się jakaś partia, która tą lukę wykorzysta. SLD próbowała, wyszło średnio, a przekonanie wielu kobiet na tym forum jest takie, że kobiety nie wiedzą co dla nich dobre i trzeba je uszcześliwić wbrew zniewalającym je stereotypom, więc może założenie 50% poparcia kobiet jest faktycznie z kosmosu.
Jeśli poparcie kobiet nie jest 50% to pewnie jest mniejsze. Co się stanie jeśli weźmiemy 2 grupy o statystycznie istotnie różnym poparciu i umieścimy w liczbie nie oddającej poparcia, ale po równo na listach wyborczych ? Zwiększymy jeszcze bardziej szanse mężczyzn, którzy mają statystycznie większe szanse i zbiorą głosy wyeliminowanych partyjnie kolegów i pogrążymy kobiety, które miały by szanse, rozrzuceniem ich potencjalnych głosów na nieadekwatnie dużą liczbę koleżanek.
Ale jest jeszcze 3 opcja, której nic nie przeszkadza. Ani brak 50% poparcia kobiet, ani dyskryminacyjne poglądy wyborców, ani władza ludu. Można założyć, że Polacy mają w głębokim poważaniu całą politykę i poszczególnych polityków. Można założyć, że głosują, bo tak należy i stawiają krzyżyk na pierwszym miejscu na liście partii, która wydaje im się ich reprezentować. Można założyć, że nazwiska kandydatów są dla wyborców czarną magią. Można założyć, że wybór listy jest zgodny z rozkładem słupków w telewizorze (jedni głosują za owczym pędem, a inni prezciw), a częstotliwość wyboru kandydata jest funkcją jego pozycji na liście. Wtedy faktycznie ułożenie listy zmienia wszystko. Wtedy faktycznie parytety mają szansę zmienić świadomość społeczną - to znaczy wywołać sprzężenie zwrotne w mediach, wszak tylko o to chodzi (przy okazji wystarczy wprowadzić parytet w odwiedzaniu studia przez polityków i parytet na listach się sam utworzy). Zmiana żadnej świadomości z małą liczbą kobiet, na żadną świadomość z odpowiednio dużą liczbą kobiet. W końcu nie jest problemem to, że ludzie głosują bezmyślnie jeśli można to wykorzystać. Bezmyślny głos oddany na kobietę nabiera w końcu wymiaru antydyskryminacyjnego, antyseksistowskiego i antystereotypowego, a to już ma najgłębszy sens.
Jeśli parytet spowoduje zmianę sceny politycznej to będzie świadczyło o totalnym kryzysie życia publicznego, a jego członkowie będą fetować jego nową jakość. A jak nie spowoduje zmiany to choć będzie to świadczyło o tym, że ludzie głosują z innych powodów niż socjotechnika to będzie to tylko powód, żeby tą socjotechnikę pogłębić i wznieść władzę ludem na jeszcze wyższy poziom.
W skrócie:
a)Kobiety mają 50% poparcie, wyborcy myślą - parytety nie są potrzebne, tylko lepsza komunikacja
b)Kobiety nie mają 50% poparcia, wyborcy myślą - parytety pogroszą sytuację kobiet, które miałyby relane szanse
c)Wyborcy nie myślą - parytety zmienią polską scenę polityczną, w poczuciu powszechnego wzniesienia się narodu na wyższy poziom kultury i świadomości i nic się nie zmieni, nie licząc może dobrego samopoczucia feministek. Może to być oczywiście sygnał do rzeczywistych zmian. Tylko dlaczego robić coś dobrego dla Polski i Polaków, kiedy jedyną szansą na sukces pomysłu jest totalna klapa społeczeństwa obywatelskiego i społeczeństwo-marionetka ?
Obywatelskie społeczeństwo się nie udało i jak już musi być cyrk to niech chociaż będzie z parytetem?