ola.m78
29.03.11, 20:35
Witam...Mój Tatuś odszedł 03.03.2011-miał 72 lata...Nie mieszkam w Polsce-2 lutego przyleciałam do Polski na urlop,wszystko było w jak najlepszym porzadku.Zawsze wybieram luty na czas urlopu w Polsce ponieważ moja starsza córka również mieszka w Polsce z dziadkami(w tej chwili juz tylko z Babcia...) i 3 lutego ma urodzinki.Tak jak mówiłam wszystko było super aż do 7 lutego...W te własnie dzień Tata nagle rano bardzo źle sie poczuł i z silnym bólem i bardzo wysokim cisnieniem został odwieziony do kliniki kardiologii...Wten sam dzień gdy dotarłam do szpitala dowiedziałam się od lekarza rzeczy strasznej.Diagnoza brzmiała okropnie-tętniak aorty brzusznej o wielkosci 7,5 cm...U Taty stwierdzono tetniaka!!!Nie dowierzałam-u człowieka który żył pełnia życia i nic nigdy nie wskazywało że jest w tak powaznym stanie...Potem było troszke lepiej-był pod doskonałą opieka lekarska i pielegniarską,powoli przygotowywany do operacji.W niedziele 13 lutego tryskał humorem...Śmiał się że ja 15 wylatuję do domu a on jak na złosc musi być w szpitalu...A w poniedziałek...Nie mogłam od rana dodzwonić sie na Jego komórke,byłam pełna złych przeczuć-o 15 odebrała jego komórke pielegniarka informując że Tata jest po operacji i jest w tej chwili na oddziale intensywnej terapii...Byłyśmy akurat z moją Mamą i moimi córeczkami w drodze do szpitala.Lekarz prowadzący pozwolił mi wejść na mała chwilę do Taty informujac jednoczesnie że stan jest bardzo cieżki-został poddany operacji tak nagle ponieważ tetniak uległ rozwarstwieni i pęknieciu...Do końca życia nie zapomne tego widoku-tej całej aparaturty która podtrzymywała Tatę przy życiu...Wyszeptałam mu tylko do ucha "Trzymaj się Tatku..."Następnego dnia musiałam wracać do domu.Przez następne dwa tygodnie był tylko strach,lęk przed telefonem i NADZIEJA...A stan Taty sie nie zmieniał.Nie oddychał samodzielnie,przestawały pracować najwazniejsze organy...I nadszedł czwartek 03.03.2011.06:36ano...Szykowalismy sie z meżem do wyjscia do pracy i nagle telefon.Na wyświetlaczu napis -"Mami i Papi dzwoni"..Bałam się odebrac ale musiałam i usłyszałam z tamtej strony wiielki lament i płacz-nie musiałam o nic pytać...Rozłaczyłam sie i kompletnie nie wiedziałam co teraz...W piątek byłam w Polsce-w sobotę pogrzeb i jeszcze dzieki mojej szefowej mogłam zostać z Mamą przez dwa tygodnie...Dalej nie wierzę w to ze to się stało.Myślę ze to wszystko to sen,ze zadzwonie do Mamy i Tatko mi odbierze że porozmawiamy tak jak zawsze.Ale Jego już nie ma...Zostały tylko zdjęcia i wspomnienia.I NADZIEJA że kiedys się spotkamy..Czas nie leczy ran-czas przyzwyczaja do smutku...Mam huśtawki nastrojów,czesto płaczę.Czy ktoś z Was stracił bliską osobe i tez jest mu tak bardzo ciężko.Jak sobie z tym radzicie?Pozdrawiam Ola