Dodaj do ulubionych

Chemioterapia - czy warto?

23.10.20, 23:49
Witam! Chciałbym zasięgnąć porady i wysłuchać profesjonalnej opinii na temat chemioterapii oraz leczenia i profilaktyki w przypadku nowotworu jądra. W lipcu bieżącego roku zdiagnozowano u mnie guz na prawym jądrze, co zakończyło się jego kompletnym usunięciem. Był to nienasieniakowaty guz zarodkowy i po jego usunięciu nie stwierdzono u mnie żadnych przerzutów - dlatego nieco się zdziwiłem, gdy dostałem skierowanie na chemioterapię.

Zanim poszedłem na pierwszy zabieg, zasięgnąłem prywatnie opinii u specjalisty. Po przejrzeniu dokumentacji stwierdził on, że podstawą do przeprowadzenia chemioterapii jest u mnie podwyższony poziom markera AFP - na dzień przed operacją usunięcia jądra poziom ten wynosił aż 8226,58 ng/ml, a miesiąc po operacji spadł do 76,67 ng/ml. Ponieważ norma u zdrowego dorosłego mężczyzny powinna mieścić się w przedziale 0,89 - 8,78 ng/ml, moje wyniki dawały podstawy do przeprowadzenia trzech cykli chemioterapii...

Chcąc nie chcąc, zgodziłem się więc na ten zabieg. W szpitalu poinformowano mnie, że jeszcze przed pierwszym cyklem pobierze się mi krew do kolejnego badania, ale zdziwiłem się słysząc słowa pani doktor z NFZ, która stwierdziła, że te wyniki i tak nie będą miały na to wszystko wpływu - no bo przecież to chyba właśnie od tych wyników powinno zależeć, czy pacjenta podda się chemioterapii, czy też nie... No ale co ja tam wiem...

W każdym razie krew pobrano mi tuż przed podaniem pierwszej dawki chemii, około 2 miesięcy po usunięciu jądra i ok. miesiąc po ostatnim badaniu krwi (które wykazało poziom markera AFP na 76,67 ng/ml), a jego wyniki miały przyjść 2 dni później. W sumie pierwszy cykl chemioterapii składał się z 3 dni podawania chemii i 4 dnia "płukania" krwi czystą solą fizjologiczną. Wyniki badania krwi poznałem więc dopiero trzeciego dnia pierwszego cyklu - gdy już wpompowano we mnie praktycznie całą chemię. Cały szkopuł tkwi jednak w tym, że wyniki wyszły mi idealne: marker AFP, który miał być niby główną podstawą do przeprowadzenia chemioterapii, spadł do poziomu 2,17 ng/ml - czyli zgodnego z ogólnie przyjętą normą. Zaznaczę na wszelki wypadek, że taki wynik był JESZCZE PRZED PODANIEM MI JAKIEJKOLWIEK CHEMII...

A jednak specjaliści z NFZ wydają się zupełnie nie interesować jakimikolwiek wynikami badania krwi i nadal chcą przeprowadzić pozostałe dwa cykle chemioterapii - następny cykl mam mieć 28.10. Wychodzi więc na to, że całą tą chemioterapię aplikuje się mi czysto profilaktycznie - od tak dla pewności...

Tyle tylko, że do teraz odczuwam efekty uboczne - mdliło mnie przez cały następny tydzień, a od kilku dni wypadają mi włosy. Czy w takim wypadku tego typu profilaktyka nie przyniesie mi więcej szkody, niż pożytku? Od zawsze wydawało mi się że, chemioterapia jest dość drastycznym środkiem, który stosuje się u pacjenta dopiero w ostateczności i gdy istnieją do tego jakieś konkretne powody...

Przed rozpoczęciem 2 cyklu mam mieć ponownie przebadaną krew - czy nie byłoby lepiej, gdybym poczekał na wyniki, zanim zgodzę się na to, by wpompowano we mnie kilka litrów chemii? Przecież jeśli i tym razem okaże síę, że wszystkie markery są w normie, to dlaczego mam się dawać truć i całkiem stracić włosy?

Uprzejmie proszę o opinię oraz radę kogoś z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem. Pozdrawiam!
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka