Gość: Monika
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
13.03.05, 19:16
było tak:
z powodu kłopotów z czytaniem bez okularów decyduję się na wizytę u okulisty
z prośbą o dobranie szkieł do czytania,
1. pod koniec grudnia wizyta w prywatnym gabinecie w centrum Warszawy.
lekarz X bada oczy, stwierdza niewielką wadę wzroku +1, +1,5, przepisuje
szkła do czytania, żegnamy się życząc sobie wszystkiego dobrego, koszt wizyty
umiarkowany - 70 zł,
2. w domu opowiadam rodzinie o przebiegu wizyty, pytaniach X o jaskrę u taty
i mamy, o prawdopodobieństwie wystąpienia jej u mnie, zaniepokojona rodzina
namawia mnie na szczegółowe badania w tym kierunku, "wstrzymaj się z
realizacją recepty, wybulisz na ramki, skonsultuj się z lekarzem od jaskry",
3. na początku lutego trafiam do prywatnej kliniki okulistycznej w centrum
Warszawy, tu gwarancję usług zapewnia nazwisko autorytetu medycznego, ta
marka łagodzi też żal rozstania z 200 złotowym banknotem (cena konsultacji),
w gabinecie profesorskim doktor X prowadzi wstępne badania i wywiad, udaję,
że nie poznaję i vice versa, Profesor poleca asystentowi wypisać receptę +2,
+3,5. To już prawie koniec, fakty są następujące: obie recepty wypisał dr X,
na obu widnieje pieczątka X, recepty wystawione w odstępie miesiąca, w obu
przypadkach chodzi o okulary do czytania, żadnej recepty nie zrealizuję, bo
nie wierzę, co Państwo o tym myślicie?