ciekawostki ze swiata medycyny ;)

    • madziulec Niekłańska bez pediatrów 29.12.07, 10:09
      Już za trzy miesiące oddział pediatryczny najważniejszego szpitala dziecięcego w stolicy może przestać istnieć. Powód? Pediatrzy złożyli wypowiedzenia z pracy - informuje "Życie Warszawy"

      - Czterech pediatrów z największym doświadczeniem postanowiło odejść. Bez nich ten oddział nie może funkcjonować i zostanie zlikwidowany - mówi "Życiu Warszawy" Wojciech Pawłowski, dyrektor ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego przy Niekłańskiej.

      Kolejni lekarze ze stołecznej placówki grożą, że jeśli nie dostaną podwyżek, to masowo złożą następne wypowiedzenia.

      Pomóc ma rzecznik

      Dyrekcja szpitala jest bezradna. Wie, że lekarze powinni zarabiać więcej, ale nie ma na to pieniędzy.- Narodowy Fundusz Zdrowia proponuje nam na przyszły rok jedynie o dziewięć proc. więcej środków na zakontraktowane usługi. Nie mam z czego spełnić oczekiwań moich lekarzy - tłumaczy "Życiu Warszawy" dyrektor naczelny szpitala Paweł Chęciński.

      Dlatego sprawą Niekłańskiej i szpitali dziecięcych zainteresował się Rzecznik Praw Dziecka.

      W Wigilię z kierownictwem placówki spotkali się prof. Janusz Szymborski, pełnomocnik rzecznika, i wicemarszałek woj. mazowieckiego Waldemar Roszkiewicz, któremu podlega szpital. Zapewnili, że będą rozmawiać o podwyższeniu „kontraktu dla Niekłańskiej” z szefem NFZ Jackiem Paszkiewiczem i z minister zdrowia Ewą Kopacz.

      - Liczę na ich pomoc. Bo nie chodzi wyłącznie o mój szpital, ale także o inne placówki, które leczą najmłodszych pacjentów - przyznaje dyrektor Chęciński. - Boję się też wzrostu zadłużenia szpitala i protestu pracowników, który może się odbić na pacjentach. Dlatego muszę zrobić wszystko, żeby zapobiec paraliżowi szpitala, póki jeszcze mam na to czas - dodaje.

      Strategiczny szpital

      Nikt nie potrafi sobie wyobrazić opieki nad małymi pacjentami na Mazowszu, gdyby zabrakło placówki przy ul. Niekłańskiej.

      Udziela ona pomocy ponad 150 tys. dzieci rocznie. To tu działa jedyny w województwie pediatryczny oddział ratunkowy, a ponad połowa dzieci z Mazowsza leczy się tutaj laryngologicznie i ortopedycznie.("Życie Warszawy")
    • madziulec Łykałeś tabletki, nie jedź 22.01.08, 09:31
      Rośnie w Polsce liczba wypadków spowodowanych przez kierowców
      odurzonych lekami. Lekarze i policja ostrzegają: - Podczas walki z
      grypą nie wsiadajmy do samochodu!

      Już co 13. z ok. 50 tys. wypadków, jakie wydarzyły się na polskich
      drogach w zeszłym roku, był spowodowany z winy kierowcy pod wpływem
      leków. Oczywiście to nadal mniej niż liczba katastrof drogowych z
      udziałem pijanych czy tych, których główną przyczyną jest brawura i
      szalona prędkość. Jednak już dziś można mówić o dość nowym,
      niepokojącym zjawisku.

      Powszechne staje się farmakologiczne wspomaganie organizmu w walce
      ze zmęczeniem. Gdy pojawia się ból głowy, kierowca często zjeżdża na
      stację, kupuje "procha", zapija napojem tzw. energetycznym i przez
      chwilę czuje się dobrze. - To krótkie pobudzenie bywa zabójcze -
      ostrzegali na niedawnej konferencji specjaliści z Urzędu Rejestracji
      Produktów Leczniczych.

      Z danych małopolskiej komendy wojewódzkiej policji wynika, że w
      ciągu ostatnich dziesięciu lat sześciokrotnie wzrosła liczba
      wypadków spowodowanych przez osobę pod wpływem środków
      psychoaktywnych, w tym leków. Kierowcy wiedzą o upośledzających
      właściwościach alkoholu czy narkotyków, kompletnie ignorując to, że
      tak samo mogą działać niektóre medykamenty.

      - Jeśli chodzi o ilość zażywanie leków, jesteśmy w światowej
      czołówce, ale ulotek czytać nam się nie chce. Nie robi tego 90 proc.
      pacjentów! - twierdzi dr Leszek Borkowski z URPL. - A poza tym wiele
      firm farmaceutycznych nie informuje o zagrożeniu, jakim może być
      prowadzenie auta po połknięciu leku ich produkcji.

      Tymczasem wiele popularnych specyfików poprawia samopoczucie kosztem
      sprawności układu nerwowego. Senność, spowolnienie reakcji,
      zawężenie pola widzenia to tylko niektóre przykłady działań leków. I
      wbrew powszechnej opinii nie są to tylko np. proszki nasenne,
      uspokajające czy przeciwdepresyjne, ale też popularne tabletki na
      przeziębienie: - Pamiętajmy, że leki wpływają na organizm kierowcy
      podobnie jak alkohol, ale działają dużo dłużej. Po Relanium nie
      powinniśmy prowadzić nawet przez trzy dni, popularny Gripex czy Apap
      zażyty wieczorem, rano jest wciąż w organizmie i - choć tego nie
      czujemy - upośledza zdolność kierowania pojazdami - przekonuje dr
      Jarosław Woroń z krakowskiego Ośrodka Monitorowania i Badania
      Działań Niepożądanych Leków.

      W Polsce problem kierowców-lekomanów już jest poważny, ale wciąż
      mało monitorowany. Badania krwi u kierowców przeprowadza się rzadko,
      nikt nie może nikomu zabronić prowadzenia po lekach. Policja próbuje
      działać: - Zaczęliśmy przeprowadzać anonimowe ankiety wśród
      kierowców, by dowiedzieć się, jakie leki i w jakich ilościach
      przyjmują. Szykujemy też specjalne ulotki z opisem leków, które mogą
      być dla nich groźne - mówi nadkomisarz Krzysztof Dymura z Wydziału
      Ruchu Drogowego komendy policji w Krakowie.("Metro")
    • madziulec )bez)cenne zdrowie 31.01.08, 18:09
      Od 300 do 1.500 zł miesięcznie ma kosztować dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne,
      które zapewni Ci lepszy standard pobytu w państwowym szpitalu. Rząd przygotował
      już ustawę, która wprowadzi takie stawki w 2009 roku. Najbiedniejsi będą płacić
      mniej, ale prawie nic za to nie dostaną. Za 50 złotych miesięcznie nawet nie
      skrócą sobie kolejki do lekarza - pisze "Gazeta Prawna".

      Od przyszłego roku każdy, kto chce leczyć się w cywilizowanych warunkach, musi
      płacić nie tylko składki do Narodowego Funduszu Zdrowia, ale też do kasy
      prywatnej firmy ubezpieczeniowej. Jeśli nie chcesz czekać w kolejkach do
      specjalisty, a w szpitalu mieć lepszy pokój, leki i opiekę pielęgniarską, musisz
      wykupić dodatkową polisę, która miesięcznie zabierze ci od 300 do 1,5 tysiąca
      złotych.

      Im więcej zapłacisz, tym więcej potencjalnych chorób będziesz mógł leczyć w
      ludzkich warunkach. Płacąc najwyższą stawkę, wstawisz sobie nawet nowe plomby w
      zębach.

      Ci, których nie będzie stać na taki wydatek, mają problem. Wprawdzie będą mogli
      wykupić sobie najtańszą polisę za 50 złotych, ale prawie nic za nią nie dostaną.
      Najtańsza polisa ani nie skróci kolejki do specjalisty, ani nie zagwarantuje
      lepszej opieki w szpitalu.

      Takie ubezpieczenie da Ci jedynie możliwość dokonania wyboru, w jaki sposób ma
      Cię leczyć lekarz. Jeśli np. będziesz miał guza, a NFZ powie, że bez dodatkowego
      ubezpieczenia może zapłacić jedynie za wycięcie go skalpelem, najtańsza polisa
      da Ci wybór wypalenia guza laserem.

      Wiceminister zdrowia Andrzej Włodarczyk pokazuje na łamach "Gazety Prawnej"
      dobre strony tej ustawy. Zapewnia, że dzięki dodatkowym ubezpieczeniom
      skorzystają wszyscy. Zarówno bogaci, których na dodatkowe ubezpieczenie stać,
      jak i szpitale, które będą miały więcej pieniędzy i wreszcie najbiedniejsi,
      którzy odczują ulgę z powodu poprawy sytuacji finansowej w służbie zdrowia.

      Przeciwnicy tego pomysłu twierdzą jednak, że ci, którzy wykupią polisę, będą
      leczyć się w normalnych warunkach tylko dlatego, że pogorszy się standard opieki
      dla tych, których na dodatkowe ubezpieczenie nie stać.("Gazeta Prawna")
    • madziulec w szpitalach ubywa miejsc dla chorych dzieci 19.02.08, 10:00
      Warszawa ma poważne problemy z leczeniem chorych dzieci. Szpital
      przy Niekłańskiej wstrzymał przyjęcia, przy Kopernika brakuje
      lekarzy. Za dwa miesiące zamkną pediatrię na Bielanach... -
      wylicza "Rzeczpospolita".

      Na trzech oddziałach pediatrycznych w lecznicy przy ul.
      Niekłańskiej - tam trafiają maluchy z zapaleniem płuc lub zarażone
      rotawirusem - było wczoraj ponad 120 pacjentów.

      - To więcej niż mamy miejsc. Część łóżek trzeba było pożyczyć z
      innych oddziałów - mówi dyrektor ds. lecznictwa dr Wojciech
      Pawłowski.

      Z powodu tłoku dyrekcja wstrzymała przyjęcia nowych pacjentów na
      patologię noworodka, na której są leczone dzieci do pierwszego roku
      życia. Tam jest 36 łóżek, w momencie podjęcia decyzji o
      nieprzyjmowaniu maluchów było 40 pacjentów.

      Dyrekcja nie wyklucza, że w ciągu kilku następnych dni będzie
      musiała wstrzymać przyjęcia na kolejnych oddziałach pediatrycznych. -
      Jest jak na froncie, cały czas trzeba przegrupowywać łóżka dla
      kolejnych dzieci z jednego oddziału na drugi - opisuje sytuację dr
      Pawłowski.

      Pracownicy placówki przy ul. Niekłańskiej mówią o czarnym
      scenariuszu, boją się, że powtórzą się wypadki z ubiegłego roku.
      Wtedy dzieci przez kilka dni leżały nie tylko na salach, ale też na
      korytarzach oraz w świetlicy szpitalnej.

      Jak twierdzi prof. Andrzej Radzikowski, wojewódzki konsultant ds.
      pediatrii, sytuację w szpitalu przy ul. Niekłańskiej mogłoby
      uratować uruchomienie oddziału w placówce przy Kopernika. Chociaż
      już dwa tygodnie temu utworzono tam 20 nowych miejsc dla dzieci (w
      miejscu przeniesionego do Dziekanowa oddziału neurologicznego), to
      jeszcze żaden maluch tam nie trafił.

      Dlaczego?

      - Z powodu braku personelu. Szpital nie ma ani lekarzy, ani
      pielęgniarek - mówi prof. Radzikowski.

      Poszukiwania pracowników, czterech lekarzy i ośmiu pielęgniarek, jak
      przyznaje szefowa miejskiego Biura Polityki Zdrowotnej Elżbieta
      Wierzchowska, trwają już od kilku miesięcy. Na razie bez skutku.

      - Informacja o wolnych miejscach jest zamieszczona nie tylko na
      stronie internetowej szpitala. Ofertę wysłaliśmy też do izby
      lekarskiej. Cały czas rozpuszczamy własnymi kanałami wici o wolnych
      etatach - mówi dyrektor Wierzchowska.

      Jak się dowiedzieliśmy, nie pomogło nawet kuszenie personelu
      wyższymi niż w innych szpitalach pensjami.

      Profesor Radzikowski chce odsyłać część stażystów i rezydentów ze
      swojego oddziału z lecznicy przy ul. Działdowskiej do pracy na
      Kopernika.

      - Jeśli szybko nie zaczną tam przyjmować chorych, czeka nas
      katastrofa. Dzieci nie znajdą pomocy - mówi prof. Radzikowski.

      Tym bardziej że za dwa miesiące Szpital Bielański zamknie swój
      oddział pediatryczny z 32 łóżkami. Powód: remont, który potrwa co
      najmniej do końca roku. Dyrekcja planuje jego otwarcie dopiero na
      początek 2009 roku.

      - To oznacza, że jesień minie nam pod znakiem przewożenia dzieci z
      północnych dzielnic do lecznic poza Warszawą. W stolicy nie będzie
      dla nich miejsc - mówi prof. Andrzej Radzikowski.

      Miejscy urzędnicy nie mają jeszcze opracowanego planu działania na
      czas remontu w Bielańskim. Dopiero dzisiaj pracownicy ratusza mają
      się nad tym zastanowić.

      W stołecznych szpitalach jest teraz ok. 500 łóżek pediatrycznych.
      Specjaliści szacują, że brakuje co najmniej 100. ("Rzeczpospolita")
    • madziulec lekarze przepisuja dzieciom niebezpieczne leki 28.02.08, 09:33
      Nieprawidłowe stosowanie leków naraża maluchy na poważne powikłania,
      a nawet śmierć - alarmują specjaliści na łamach "Życia Warszawy".

      Popularna polopiryna, aspiryna i pyralgina to często nadużywane
      medykamenty w leczeniu dzieci poniżej 12. roku życia - wynika z
      raportu Ośrodka Monitorowania Niepożądanych Działań Leków w
      Krakowie.

      Kwas acetylosalicylowy (aspiryna, polopiryna) i metamizol
      (pyralgina) to powszechnie stosowane leki przeciwbólowe i
      przeciwgorączkowe. Nie można ich jednak podawać pacjentom poniżej
      12. roku życia, o czym informują załączone do preparatów ulotki.
      Okazuje się jednak, że nie zawsze zwracają na to uwagę lekarze, a
      często nie wiedzą też o tym rodzice i narażają dzieci na poważne
      powikłania.

      Działania niepożądane

      Specjaliści ostrzegają, że stosowanie aspiryny, polopiryny i
      pyralginy u dzieci, które nie ukończyły 12. roku życia, może wywołać
      ciężkie działania niepożądane i powikłania.

      - Najpoważniejszym, które może wystąpić po zastosowania u małego
      dziecka kwasu acetylosalicylowego, jest tzw. zespół Reye"a, który w
      ponad 90 proc. kończy się śmiercią - mówi dr Jarosław Woroń,
      współautor raportu z Zakładu Farmakologii Collegium Medicum
      Uniwersytetu Jagiellońskiego. Raport powstał na podstawie zebranych
      w przychodniach i szpitalach informacji o występowaniu działań
      niepożądanych po zastosowaniu niektórych leków.

      Używanie aspiryny lub polopiryny może wywołać również drgawki,
      obrzęk warg i języka, duszność i zaburzenia oddychania. - Nie wolno
      ich stosować u dzieci z infekcjami wirusowymi grypy i ospy
      wietrznej. Te choroby zwiększają ryzyko wystąpienia powikłań -
      ostrzega dr Woroń. I dodaje: - Niedopuszczalne jest również
      stosowanie pyralginy w zwalczaniu gorączki u dzieci. To lek dla
      dorosłych. U dzieci może wywołać więcej szkód niż pożytku.

      Najgroźniejszym powikłaniem, jakie może wystąpić u dziecka po
      zastosowaniu pyralginy, jest tzw. agranulocytoza. - Jest śmiertelna
      i może nastąpić po podaniu nawet minimalnej dawki leku - dodaje
      Woroń.

      Z przyzwyczajenia

      Jak to możliwe, że lekarze zapominają o tak groźnych powikłaniach? -
      Z przyzwyczajenia - odpowiada prof. Andrzej Radzikowski, mazowiecki
      konsultant ds. pediatrii. Profesor przyznaje, że sam kiedyś stosował
      te leki u małych pacjentów. - Dzisiaj podaje się bezpieczny dla
      dzieci paracetamol i ibuprofen. Jednak są to leki, którym medycyna
      nie ufała na początku i dlatego dzieciom podawano pyralginę. Teraz
      stosuje się ją w ostateczności, kiedy inne leki nie działają -
      dodaje profesor.

      Zdaniem lekarzy, szkodliwe leki częściej podają swoim dzieciom
      rodzice. - Uważają, że skoro na nich działają, to zadziałają też na
      dziecko. Swojej decyzji nie konsultują z lekarzem, a o ewentualnych
      powikłaniach nie wiedzą - przyznaje prof. Radzikowski. Zauważa
      jednak, że działania niepożądane zdarzają się na szczęście rzadko.
      Innego zdania jest dr Jarosław Woroń.

      - To zjawiska, które rzadko są zgłaszane. Lekarze je ukrywają, bo
      boją się konsekwencji - mówi.

      Rozmowa z dr Agatą Maciejczyk, kierownikiem Wydziału Monitorowania
      Niepożądanych Działań Leków, w Urzędzie Rejestracji Produktów
      Leczniczych"


      - Jak często występują działania niepożądane w wyniku
      nieracjonalnego stosowania leków?
      - Zebrane przez nas statystyki w żaden sposób nie oddają
      rzeczywistości. Mamy niespełna tysiąc zgłoszeń rocznie na około
      osiem tys. dostępnych na rynku leków. Nie oznacza to, że działania
      niepożądane i powikłania pojawiają się w Polsce rzadko. Jednak
      przedstawienie dokładnej statystyki jest po prostu niemożliwe.

      - Dlaczego?
      - Zdecydowana większość lekarzy w ogóle nie zgłasza takich
      przypadków. Nasze dane pochodzą z regionalnych centrów monitorowania
      niepożądanych działań leków, które najczęściej współpracują z
      przychodniami, gdzie są sumienni lekarze i dokonują zgłoszeń. Szkoda
      tylko, że jest ich tak niewielu, a przez to nasza statystyka okazuje
      się dość nieprecyzyjna.

      - A zatem brakuje też etyki zawodowej.
      - Niestety, muszę się z tym zgodzić. Ale powody są różne. Niektórym
      brakuje wiedzy, innym nie zależy i obojętnie traktują swoich
      pacjentów, a jeszcze inni ulegają naciskom i reklamom firm
      farmaceutycznych. ("Życie Warszawy")
    • madziulec leczenie za granica 11.03.08, 12:58
      Zamiast czekać półtora roku na operację, od której zależy twoje
      zdrowie a nawet życie, pomocy możesz szukać za granicą Europejski
      Trybunał Sprawiedliwości już niemal dwa lata temu orzekł, że
      państwowa służba zdrowia nie może uniemożliwiać swoim pacjentom
      korzystania z opieki medycznej w innym kraju unijnym, jeśli sama nie
      jest w stanie zapewnić leczenia "w niezbędnym czasie
      niepogarszającym stanu zdrowia pacjenta". A czas, w jakim należy
      wykonać świadczenie, powinien być określany indywidualnie dla
      każdego pacjenta. - Mimo swobody świadczenia usług szpitalnych NFZ
      rzadko wydaje zgodę na wykonanie operacji poza Polską. Jest to
      sytuacja niezgodna z prawem Unii - mówi dr Adam Kozierkiewicz,
      ekspert ds. ochrony zdrowia.

      O leczenie za granicą możemy ubiegać się w dwóch przypadkach: kiedy
      w Polsce nie wykonuje się danego świadczenia albo czas oczekiwania
      na jego wykonanie jest zbyt długi i wpłynie to na pogorszenie
      naszego stanu zdrowia. Czyli jak długo musimy czekać?

      Kilka dni temu Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał
      rację pacjentowi, któremu Fundusz odmówił sfinansowania pilnej
      operacji nogi (groziła mu amputacja) w Brukseli, uzasadniając to
      tym, że taki zabieg można wykonać w Polsce. Tyle tylko, że chory
      musiałby czekać na zabieg półtora roku. Poza tym Fundusz z wydaniem
      decyzji zwlekał aż sześć miesięcy. Pacjent stracił cierpliwość i sam
      zapłacił 5,5 tys. euro za zabieg w Belgii. - Samo wskazanie przez
      prezesa NFZ możliwości leczenia w Polsce to za mało. Powinien
      określić realny termin, w którym zabieg mógłby zostać wykonany w
      kraju. Czas oczekiwania nie może być niewiadomą - uzasadniał sąd. I
      co ważne, orzekł, że wniosek o leczenie za granicą nie może być
      rozpatrywany miesiącami.

      To, że na operacje i inne zabiegi czeka się w Polsce miesiącami, nie
      przekonuje jednak NFZ do tego, by zgadzać się na opłacenie leczenia
      poza krajem. - Koszty są kilkakrotnie wyższe niż w Polsce. Jeżeli
      istnieją możliwości wykonania zabiegu w kraju, to nie mam sensu
      kierować pacjenta za granicę - tłumaczy Andrzej Troszyński z NFZ.

      Skutek? Fundusz w 2006 r. wysłał na leczenie 11 osób, a w 2007 - 13,
      chociaż przyznać trzeba, że odmów nie było dużo więcej niż
      pozytywnych odpowiedzi. Najczęściej są to zabiegi okulistyczne,
      ortopedyczne oraz onkologiczne. Jednak od stycznia do Funduszu
      wpłynęło już 20 takich wniosków. I mimo tego, że czasami sam pacjent
      musi sfinansować część pobytu (np. opłaty za wyżywienie w szpitalu),
      lada dzień wniosków może być znacznie więcej. Dlaczego?

      - Orzeczenie sądu dało pacjentom nadzieje, jednak, żeby coś mogło
      się zmienić, a NFZ nie utrudniał nam dostępu do świadczeń, niezbędne
      jest opracowanie pozytywnego i negatywnego koszyka świadczeń
      medycznych oraz wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
      Wtedy będziemy wiedzieć, na co na pewno możemy liczyć w ramach
      podstawowej składki, a koszty droższych zabiegów będzie nam pokrywał
      prywatny ubezpieczyciel - ocenia Tomasz Szelągowski, prezes
      Federacji Pacjentów Polskich.

      Na razie nie wiadomo, jak NFZ zachowa się w związku z wyrokiem.
      Urzędnicy czekają na jego uzasadnienie i dopiero wtedy zdecydują,
      czy będą odwoływać się od niekorzystnego postanowienia. Na razie
      mówią tylko tyle: - Zadaniem pracowników NFZ jest ochrona polskiego
      systemu ochrony zdrowia, nie zaś inwestowanie w systemy innych
      państw - tłumaczy Andrzej Troszyński.

      Jak uzyskać zgodę na leczenie za granicą, czytaj w eMetro.pl

      O leczenie za granicą mogą ubiegać się osoby ubezpieczone w NFZ w
      przypadku, jeżeli dane świadczenie medyczne (chodzi tu o leczenie
      planowe, czyli np. operację) w ogóle nie jest wykonywane w Polsce
      lub gdy czas oczekiwania na nie jest zbyt długi, co może mieć wpływ
      na pogorszenie stanu zdrowia.

      Aby uzyskać taką zgodę należy wypełnić odpowiedni wniosek i złożyć
      go w NFZ:

      - I część wniosku wypełnia sam pacjent (drukowanymi literami).
      Wniosek opiniuje specjalista (mający kontrakt z NFZ) z tytułem
      profesora lub doktora habilitowanego właściwej dziedziny, który
      m.in. proponuje zakres leczenia i placówkę, w której powinno być one
      udzielone oraz określa czas, w jakim powinno być przeprowadzone
      leczenie. Termin jest ustalany na podstawie stanu zdrowia pacjenta,
      dotychczasowego przebiegu choroby i rokowania co do dalszego jej
      przebiegu. Część II wniosku należy dostarczyć także w języku
      urzędowym państwa, w którym ma odbyć się leczenie bądź w języku
      angielskim. Tłumaczenie musi być zrobione przez tłumacza
      przysięgłego.

      - Wypełniony wniosek przesyłamy z kopią dokumentacji medycznej w
      zakresie objętym wnioskiem do oddziału wojewódzkiego NFZ, który
      następnie przekaże go prezesowi NFZ i ten podejmie ostateczną
      decyzję.

      Jeżeli pacjentowi zależy na pokryciu kosztów transportu do miejsca
      leczenia lub zamieszkania w kraju, powinien złożyć stosowny wniosek
      do prezesa NFZ lub dyrektora oddziału wojewódzkiego Funduszu.

      Formularze wniosków można znaleźć w załącznikach do rozporządzenia
      Ministra Zdrowia z 27 grudnia 2007 r. w sprawie wniosku o leczenie
      lub badania diagnostyczne poza granicami kraju oraz pokrycie kosztów
      transportu. Rozporządzenie jest dostępne na stronie internetowej
      NFZ. ("Metro")
    • madziulec Tylko jedna piąta dzieci ma dobry wzrok 13.03.08, 13:21
      Około 80% dzieci w wieku szkolnym w Warszawie ma problemy ze
      wzrokiem - alarmują lekarze z klinicznego szpitala okulistycznego w
      Warszawie.

      W środę na konferencji prasowej w stołecznym Ratuszu przedstawiono
      wyniki badań, które lekarze przeprowadzili wśród uczniów klas II
      szkół podstawowych pod koniec 2007 r. Badaniami przeprowadzonymi w
      27 szkołach na terenie Warszawy i okolic objęto ponad 1,5 tysiąca
      dzieci.

      Jak mówiła dyrektor miejskiego biura polityki zdrowotnej Elżbieta
      Wierzchowska, dzieci przechodziły najpierw badania wstępne w
      szkołach. Następnie te, u których wykryto nieprawidłowości,
      zapraszane były do szpitali na kontrolę. Większość dzieci, u których
      wykryto wadę wzroku, ma nadwzroczność (80 proc.), a co dziesiąte
      dziecko w tej grupie jest krótkowidzem. Ponadto u pozostałych 10
      proc. dzieci stwierdzono inne wady, takie jak nieprawidłowe widzenie
      barw czy zez.

      Dr Alicja Krawczyk, jedna z osób prowadzących badania, podkreśliła,
      że u 1 proc. dzieci stwierdzono wadę "różnowzroczności z
      niedowidzeniem". Jak wyjaśniła, są to dzieci, które praktycznie
      widzą jednym okiem. "Mózg wybiera obraz oka, które dobrze widzi
      pomijając zamazany obraz z oka z nieskorygowaną wadą wzroku" -
      powiedziała Krawczyk.

      W sytuacji, kiedy dzieci coraz więcej czasu spędzają przed
      komputerem czy telewizorem, szczególnie ważną rolę odgrywają
      rodzice, którzy powinni pilnować, by najmłodsi nie siedzieli przed
      monitorem całe dnie. "Trzeba też skierować dziecko na badanie, by
      nie doprowadzić do pogłębienia się wad" - apelował do rodziców prof.
      dr hab. Jerzy Szaflik, dyrektor Klinicznego Szpitala Okulistycznego
      w Warszawie.

      W 2008 r. na programy zdrowotne skierowane zarówno do dzieci i
      młodzieży, jak i do dorosłych mieszkańców Warszawy urząd miasta
      przeznaczył ponad 28 mln zł.(PAP)
    • madziulec obniżenie ryzyka kamicy nerkowej 18.03.08, 09:52
      Niektóre bakterie mogą obniżać ryzyko kamicy nerkowej

      Jeden z gatunków bakteri naturalnie występujący w ludzkim układzie
      pokarmowym może obniżać ryzyko kamicy nerkowej nawet o 70 proc. -
      wynika z amerykańskich badań. Informację na ten temat podaje
      pismo "Journal of the American Society of Nephrology".

      Chodzi o bakterie z gatunku Oxalobacter formigenes (O. formigenes)
      powszechnie występujące w układzie pokarmowym dorosłych ludzi. Ich
      zaletą jest to, że metabolizują szczawiany, jeden z podstawowych
      składników kamieni moczow

      Kamienie moczowe są nierozpuszczalnymi złogami, które powstają w
      wyniku krystalizowania się różnych składników moczu - prawidłowych
      lub patologicznych. Lokują się w nerkach, moczowodach lub pęcherzu.
      Do wytrącania się kamieni w moczu dochodzi wówczas, gdy jest on
      zbytnio zagęszczony i stężenie niektórych jego składników jest zbyt
      wysokie.

      Według naukowców, aż 80 proc. kamieni nerkowych jest zbudowanych z
      kryształków szczawianu wapnia, a obecność dużych stężeń szczawianów
      w moczu jest głównym czynnikiem ryzyka tworzenia się kamieni.

      Kamicę nerkową leczy się farmakologicznie, a w celu zapobiegania jej
      nawrotom stosuje się też zmiany w diecie - jak picie większej ilości
      płynów, unikanie pokarmów bogatych w szczawiany - szpinaku,
      szczawiu, buraków, kawy i herbaty. Kamienie, które ulokują się w
      moczowodzie muszą być szybko usunięte, by nie doszło do zablokowania
      przepływu moczu i uszkodzenia nerki.

      Najnowsze odkrycie naukowców z Uniwersytetu w Bostonie rodzi
      nadzieję na wykorzystanie bakterii O. formigenes jako probiotyków w
      prewencji kamicy nerkowej.

      Badacze zebrali dane w grupie 247 pacjentów z odnawiającymi się
      kamieniami moczowymi złożonymi ze szczawianu wapnia. Dla porównania
      przebadano też 259 zdrowych osób, dobranych pod względem wieku,
      płci, miejsca zamieszkania i stosowania antybiotyków.

      Liczebność O. formigenes w układzie pokarmowym pacjentów oceniano na
      podstawie analizy próbek kału. Zebrano informacje na temat ich
      diety. Zmierzono też poziom szczawianów wydalanych wraz z moczem w
      ciągu 24 godzin i sprawdzono inne czynniki ryzyka kamicy.

      Okazało się, że w grupie z kamicą nerkową O. formigenes występowały
      u 17 proc. osób, podczas gdy w grupie kontrolnej - u 38 proc. osób.

      "Zaobserwowaliśmy silną odwrotną zależność między kolonizacją
      organizmu pacjenta przez bakterie O. formigenes a ryzykiem
      nawracającej kamicy nerkowej, przy czym bakterie obniżały to ryzyko
      o 70 proc." - komentuje biorący udział w badaniach epidemiolog David
      Kaufman. Jego zdaniem, odkrycie to rodzi nadzieję na opracowanie
      nowych metod prewencji tego schorzenia. (PAP)
    • madziulec bledy lekarskie - czy warto dochodzic racji 10.04.08, 19:31
      expertia.pl/medicine/question/show/15453
    • madziulec za słodka i za tłusta 17.04.08, 07:20
      Jest smaczna i kusząca, ale ma zdecydowanie za dużo tłuszczu i cukru. Mowa o
      produkowanej w Polsce czekoladzie. Inspektorzy badający jej jakość stwierdzili
      zgodnie: do smaku nie można się przyczepić, ale producenci za nic mają sobie
      normy zawartości cukru i tłuszczu. Wniosek? Czekolada ma więcej kalorii niż
      powinna - donosi "Dziennik".

      Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wzięła pod lupę
      czekoladę produkowaną w niemal połowie polskich zakładów. Z jednej strony
      sprawdzali to, na co każdy z nas zwraca uwagę - smak, zapach i wygląd. I tu nie
      było zastrzeżeń.

      Ale przyjrzeli się także składowi smakołyków. Okazało się, że jest na co
      narzekać. Producenci solidarnie naruszają wszelkie normy dotyczące zawartości
      cukru i tłuszczu. Czekolada jest za tłusta, za słodka i co za tym idzie - zbyt
      kaloryczna.

      Dlaczego tak się dzieje? Wytwórcy zastępują oryginalne składniki tańszymi, ale
      bardziej kalorycznymi odpowiednikami. Często też nie przestrzegają
      receptury.("Dziennik")
    • madziulec homeopatia jest bezwartosciowa 17.04.08, 07:21
      Naczelna Rada Lekarska negatywnie ocenia stosowanie homeopatii i pokrewnych
      nienaukowych metod przez niektórych lekarzy i lekarzy dentystów, a także
      organizowanie szkoleń w tych dziedzinach - napisano w oświadczeniu NRL.

      Homeopatia, metoda wprowadzona w XIX wieku przez Samuela Hahnemanna, polega - w
      uproszczeniu - na leczeniu chorób mikroskopijnymi dawkami silnie działających
      substancji, które w dużych dawkach wywołują objawy tychże chorób. Jej zwolennicy
      twierdzą, że im mniejsza dawka, tym większy efekt. Krytycy wskazują, że
      substancje czynne stosowane w środkach homeopatycznych bywają tak rozcieńczone,
      że ich stężenie wynosi "zero".

      NRL podkreśliła, że narasta liczba dowodów, iż homeopatię należy zaliczać do
      nienaukowych metod tzw. medycyny alternatywnej, która proponuje stosowanie
      bezwartościowych produktów o niezweryfikowanym naukowo działaniu.

      "Rada wyraża zaniepokojenie, że część lekarzy i lekarzy dentystów jak również
      niektóre organizacje lekarskie i uczelnie medyczne angażują się w popularyzację
      homeopatii i pokrewnych metod, służąc pomocą w organizacji szkoleń i działań
      mających na celu legitymizowanie oraz promocję homeopatii" - podkreślono w
      oświadczeniu. .

      Zdaniem NRL, te działania stoją w sprzeczności z Kodeksem Etyki Lekarskiej.

      Z badań przeprowadzonych przez TNS OBOP wynika, iż ponad połowa Polaków uważa,
      że homeopatia to dobra i skuteczna metoda leczenia. Najczęściej są to kobiety,
      dobrze wykształcone i mieszkające w dużych miastach.

      Jedna z teorii wyjaśniających działanie leków homeopatycznych mówi o tzw.
      potencjalizacji leku. Hahnemann zalecał, aby po każdym procesie rozcieńczenia,
      naczyniem "kilkakrotnie uderzyć w miękki materiał np. książkę". Wówczas tworzy
      się potencjał zdolny do oddziaływania na organizm. Źródłem działania leku
      miałaby być wtedy energia przechodząca z człowieka, który go przyrządza.
      Homeopaci klasyczni uważają, że lek homeopatyczny będzie działał tylko wtedy,
      jeśli przyrządza go człowiek.

      Zwolennicy homeopatii twierdzą, że lek jest naładowany promieniowaniem
      substancji i to promieniowanie oddziałuje dokładnie odwrotnie niż sama substancja.

      Hahnemann eksperymentował na sobie z mało znanym wówczas lekiem przeciwko
      malarii - chininą. W dużych dawkach chinina wykazywała działanie obniżające
      gorączkę, natomiast małe dawki leku - wywoływały ją. Na tej podstawie niemiecki
      uczony wywiódł zasadę odwracalności działania leku w zależności od jego
      stężenia. Dziś naukowcy przypuszczają, że reakcja organizmu Hahnemanna na małe
      dawki chininy mogła być efektem uczulenia.

      Niemiecki uczony twierdził, że im mniejsze stężenie leku, tym silniej działa on
      na organizm. Nie znana była jeszcze wówczas molekularna teoria materii i twórca
      homeopatii sądził, że substancje można rozcieńczać do nieskończoności.

      Dziś wiadomo, że przy kolejnych rozcieńczeniach dochodzi do tego, że w partii
      rozpuszczalnika, np. w wodzie, może nie zostać ani jednej cząsteczki
      rozpuszczanej substancji.(PAP)
    • madziulec jak przez dziurkę od klucza 25.04.08, 12:32
      W Klinice Urologii Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie po raz
      pierwszy w Polsce metodą laparoskopową pobrano nerkę od żywego
      dawcy.

      Operację pod kierunkiem prof. dr hab. n. med. Andrzeja Sikorskiego
      przeprowadził dr Marcin Słojewski w szpitalu klinicznym na
      Pomorzanach. Nerkę pobrano od 55-letniej mieszkanki woj.
      zachodniopomorskiego. W szczecińskim Ośrodku Przeszczepu Nerek w
      szpitalu wojewódzkim zespół pod kierunkiem dr Tomasza Śluzara
      wszczepił narząd 28-letniej córce dawczyni. Nerka, jak mówią
      lekarze, bez problemu rozpoczęła pracę. Obie kobiety czują się
      dobrze. Nowatorski przeszczep ma tą zaletę, że jest mało inwazyjny.
      Zazwyczaj cięcie przy pobraniu nerki ma kilkadziesiąt centymetrów
      długości, w tym przypadku miało jedynie 5 cm, co wystarczyło by
      wyjąć nerkę, która swą wielkością przypomina pięść.(PAP)
    • madziulec foliowe ochraniacze przynoszą więcej szkody 07.05.08, 07:32
      Szpital im. Sz. Starkiewicza w Dąbrowie Górniczej wycofał się właśnie z
      obowiązkowego noszenia przez odwiedzających specjalnego ochronnego obuwia.
      Chodzi o foliowe ochraniacze na buty, których większość ludzi używała niezgodnie
      z ich przeznaczeniem.

      - Większość po wizycie w szpitalu foliowe buty zwijała i chowała do torebki, czy
      do kieszeni po to, żeby mogły zostać użyte przy następnej wizycie. Takie
      zachowanie wynikało z oszczędności, bo za foliowe buty trzeba zapłacić złotówkę.
      Tymczasem razem z ochraniaczami na obuwie ze szpitala zabierano do domów również
      niebezpieczne drobnoustroje - tłumaczy Zbigniew Grzywnowicz, dyrektor
      dąbrowskiego szpitala.

      Tę opinie potwierdzają też inspektorzy sanepidu. Ich zdaniem foliowe ochraniacze
      na obuwie przynoszą więcej szkody niż pożytku. Wszystko dlatego, że są używane
      niezgodnie z ich przeznaczeniem.

      - Gdyby ochraniacze były używane tylko jeden raz, tak jak zalecają producenci,
      to nie byłoby żadnego niebezpieczeństwa, ale wiadomo, że tak nie jest. Ludzie
      odwiedzający w lecznicach swoich bliskich zazwyczaj używają ich wielokrotnie,
      narażając tym samym zdrowie swoje i swoich rodzin. Przecież to właśnie w
      szpitalach są różnego typu bakterie czy drobnoustroje, które zaburzają
      funkcjonowanie organizmu. Szpital to miejsce, gdzie z takimi sprawami się
      walczy. Moim zdaniem wszystkie szpitale powinny odejść od stosowania foliowych
      ochraniaczy. Bezpieczniej i higieniczniej byłoby po prostu częściej myć podłogi
      - podkreśla Janina Kruszakin z będzińskiego sanepidu.

      Obowiązek stosowania ochronnego obuwia na terenie konkretnej placówki to kwestia
      jej wewnętrznego regulaminu. W większości szpitali w regionie nakazuje on
      odwiedzającym noszenie obuwia ochronnego. Tak jest w lecznicach w Będzinie,
      Czeladzi, Sosnowcu czy w Jaworznie. Foliowe buty można tam za złotówkę kupić w
      specjalnych automatach. Dyrektorzy tłumaczą, że chodzi o utrzymanie czystości i
      higieny w ich placówkach.

      - Każdego dnia przechodzi tędy kilkaset osób. Gdyby nie ochraniacze na obuwie,
      to w szpitalu byłoby trudno utrzymać czystość. Jeśli chodzi o kwestie wynoszenia
      drobnoustrojów, to przecież podobne zagrożenie będzie wtedy, kiedy ktoś położy
      płaszcz na łóżku chorego, a potem pójdzie w nim do domu - przekonuje Jacek
      Kołacz, dyrektor Powiatowego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Będzinie.

      W katowickim Centralnym Szpitalu Klinicznym Śląskiego Uniwersytetu Medycznego z
      obuwia ochronnego zrezygnowano ponad pół roku temu. Powodem była obawa o
      przenoszenie drobnoustrojów. Jednak automaty z foliowym obuwiem nie zniknęły ze
      szpitalnych korytarzy.

      - Nie ma u nas obowiązku używania ochraniaczy na obuwie, ale jest zalecenie
      stosowania go na oddziałach anestezjologii, intensywnej terapii oraz
      neonatologii. Można tam dostać obuwie ochronne, ale jest ono dostępne za darmo -
      podkreśla Anna Tadla, rzeczniczka prasowa katowickiej lecznicy.("Polska")
    • madziulec jednorazowy sprzęt wielorazowego uzytku 07.05.08, 07:34
      Jak można podreperować finanse szpitali? Jedną z możliwości jest reprocesowanie
      wyrobów medycznych. Metoda kontrowersyjna i jak twierdzą niektórzy - niezgodna z
      polskim prawem.

      Reprocesowanie to nic innego, jak ponowne wykorzystywanie sprzętu medycznego,
      który teoretycznie jest jednorazowego użytku - wyjaśnia dyrektor warszawskiego
      szpitala im. prof. Witolda Orłowskiego i prezes Polskiego Towarzystwa
      Szpitalnictwa Jan Czeczot.

      Tak jest ze sterylizacją prostych narzędzi chirurgicznych. Po skończonej
      operacji są one czyszczone i mogą być ponownie użyte. Podobnie może być z
      bardziej skomplikowanymi urządzeniami jak np. cewniki używane w kardiologii. Po
      odpowiednim wyczyszczeniu i dostosowaniu mogłyby być używane wielokrotnie.
      Bardzo ważne jest jednak, żeby owo reprocesowanie odbywało się według ścisłych
      reguł. Nie może być tak, że na narzędziach pozostaną np. resztki tkanek.
      Reprocesowaniem musiałyby się zajmować wyspecjalizowane firmy.

      Dzisiaj niektóre szpitale stosują reprocesowanie - mówi były minister zdrowia,
      teraz poseł LiDu Marek Balicki. Jest to jednak nielegalne, przede wszystkim
      dlatego, że nie przestrzega się tam żadnych reguł czy przepisów, bo ich po
      prostu brakuje - dodaje Balicki.

      Po co komu reprocesowanie?

      Reprocesowanie przynosi ogromne korzyści - wyjaśnia Nikou Ghassemieh z EAMDR
      (europejskie stowarzyszenie na rzecz reprocesingu). W Europie już 8 krajów
      wprowadziło je do swoich systemów prawnych - tam szpitale stosują je z
      powodzeniem. To między innymi Niemcy, gdzie taką metodę stosuje większość
      działających szpitali. W sumie, do dnia dzisiejszego w państwach członkowskich
      EAMDR reprocesowanych zostało 6,5 miliona produktów medycznych. Według
      Ghassemieha - nie odnotowano żadnego przypadku, który zagrażałby bezpieczeństwu
      pacjenta.

      Wprowadzenie takich rozwiązań, to przede wszystkim oszczędności dla szpitala -
      dodaje Marek Balicki. Zazwyczaj urządzenia reprocesowane są o połowę tańsze niż
      nowe. Co więcej - w wielu krajach, gdzie zostało to wprowadzone okazało się, że
      producenci znacznie obniżali ceny swoich wyrobów. Często nawet tak bardzo, że
      reprocesowanie okazywało się nieopłacalne. Niemniej - producentów trzeba do tego
      zmusić, bo w chwili obecnej nie opłaca im się "schodzić z ceny".

      Problemy prawne

      Polskie prawo nie zezwala na wprowadzenie reprocesowania jako legalnej metody -
      zauważa Bożena Jakimiak, kierownik zakładu zwalczania skażeń biologicznych w
      Państwowych Zakładzie Higieny.

      Ustawa mówi wyraźnie: wyrób medyczny wprowadzony do obrotu powinien być [...]
      używany zgodnie z przewidzianym przez wytwórcę zastosowaniem.

      Na większości produktów, które można by reprocesować jest napisane: wyrób
      jednorazowego użytku. Dlatego jego ponowne używanie jest niezgodne z prawem.

      Jakimiak zaznacza jednocześnie, że jej zakład wielokrotnie zajmował się
      reprocesingiem. Pod względem merytorycznym jest to bardzo dobra metoda. Przynosi
      same korzyści - jest tania i bezpieczna. Niemniej dopóki nie zmieni się prawo,
      nie będzie możliwa do stosowania. Do tego czasu też będzie prowadziła
      reprocesing na własną rękę - to znaczy bez odpowiednich procedur. To jest
      zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów.("Gazeta Wyborcza")
    • madziulec w szpitalach lamane sa prawa pacjentow 07.05.08, 07:36
      Łamanie praw pacjentów w szpitalach psychiatrycznych, niedofinansowanie, a co za
      tym idzie, zły stan techniczny placówek; długi czas oczekiwania na przyjęcie na
      oddział - to podstawowe problemy w funkcjonowaniu opieki psychiatrycznej,
      wskazane przez Najwyższą Izbę Kontroli.

      NIK przeprowadziła kontrolę w 24 zakładach opieki psychiatrycznej (16 szpitalach
      i 8 poradniach), a także w Instytucie Psychiatrii i Neurologii oraz resorcie
      zdrowia. Kontrola objęła lata 2005, 2006 i pierwsze półrocze roku 2007. Na
      wtorkowej konferencji prasowej w Warszawie zaprezentowano jej wyniki.

      Wiceprezes NIK Jacek Kościelniak zwrócił uwagę, że w Polsce wciąż nie ma systemu
      kompleksowej opieki nad chorymi z zaburzeniami psychicznymi. Projekt nowelizacji
      ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, który ma umożliwić opracowanie i
      wdrożenie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, został przyjęty
      przez Radę Ministrów w październiku zeszłego roku, w listopadzie - przekazany do
      Sejmu, jednak wciąż jeszcze nie trafił pod obrady. Dyrektor wrocławskiej
      delegatury NIK, która przeprowadziła kontrolę, Andrzej Myrta wskazał na
      konieczność zastępowania stacjonarnej opieki zdrowotnej, modelem środowiskowym,
      w którym leczenie odbywa się w środowisku pacjenta, w formie opieki
      pozaszpitalnej (poradnie, oddziały dzienne, hostele, mieszkania chronione).
      Takie są, jak podkreśla NIK, zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

      - Trzeba odwrócić pole widzenia: jeśli nie stać nas na leczenie chorych w
      szpitalach, zamieńmy je na opiekę w środowisku chorego - przekonywał Myrta.

      Kościelniak podkreślił, że choć w 2006 roku, na wniosek NIK wprowadzono wymóg,
      by przy każdym szpitalu psychiatrycznym działał rzecznik praw pacjenta, obecnie
      taki urząd funkcjonuje jedynie w 26 proc. placówek. - Nasza kontrola pokazała,
      że jest on bardzo potrzebny. Występują liczne uchybienia w prowadzeniu
      dokumentacji, nie są respektowane procedury postępowania z chorymi, łamane są
      ich prawa, szczególnie w zakresie stosowania przymusu bezpośredniego - mówił
      Kościelniak.

      Jak wynika z kontroli, niewłaściwe są również warunki leczenia. Stan techniczny
      szpitali jest często bardzo zły - odpadają tynki, jest grzyb, od lat brakuje
      pieniędzy na remonty. Nie udaje się przestrzegać standardów realizowania
      świadczeń, sale są przepełnione, brakuje łazienek.

      Problemy są także z dostępnością do świadczeń, szczególnie jeśli chodzi o
      przyjęcia na oddziały leczenia dziennego, dzieci i młodzieży, psychiatrii
      sądowej oraz zakładów opiekuńczo- leczniczych. Przyczyny takiego stanu rzeczy to
      brak miejsc, niedobór personelu a także długość leczenia, często, w przypadku
      przewlekle chorych, powyżej roku.

      W skrajnym przypadku okres oczekiwania na przyjęcie wyniósł 330 dni, natomiast
      na umieszczenie w domach pomocy społecznej czy innych placówkach
      "nieszpitalnych" czeka się nawet 6 lat.

      - Rząd musi wreszcie zacząć poważnie traktować tę dziedzinę medycyny i podjąć
      stanowcze działania, by przede wszystkim zwiększyć nakłady finansowe na leczenie
      psychiatryczne - mówił Myrta. Podkreślił, że trzeba też położyć nacisk na
      profilaktykę i naprawdę realizować założenia zawarte w programach.(PAP)
    • madziulec pacjentom stacji dializ z Suwalk grozi smierc 07.05.08, 07:38
      Pacjentom Stacji Dializ w Suwałkach grozi śmierć - podała TVN24. Okazuje się, że
      tamtejsza stacja dializ może być zamknięta ze względu na brak lekarzy. We wtorek
      w suwalskiej stacji dializ od godziny 7.30 nie będzie ani jednego lekarza. Tym
      samym z placówki zostanie wypisanych 27 pacjentów. Do tej pory jedynymi
      pracującymi były ordynatorka i jej ciężarna asystentka, ale nie są w stanie
      dalej same opiekować się chorymi.

      Stacja dializ w Suwałkach przynajmniej trzy razy w tygodniu przyjmuje około 90
      pacjentów. Według procedur na 15 dializowanych powinien przypadać jeden lekarz.
      Do tej pory na suwalskim oddziale dializ pracowało sześciu specjalistów. Jednak
      od pewnego czasu pacjentami zajmuje się tylko ordynatorka i jej asystentka.
      Kobiety podkreślają, że są fizycznie wyczerpane. Reszta lekarzy nie przyjęła
      propozycji płacowych dyrekcji.

      - Chorym grozi śmierć - ostrzega dr Justyna Matulewicz-Gilewicz, ordynator
      stacji dializ. - Nie możemy ich umieścić w innych placówkach, bo już kiedyś była
      taka sytuacja i znalazłam miejsce jedynie dla 14 osób - dodaje. Najbliższymi
      placówkami, do których mogliby trafić chorzy są stacje w oddalonym o 70 km Ełku
      i o 120 km Białymstoku.

      O swoje życie obawiają się również pacjenci. - Dla nas to oznacza śmierć, bo nie
      ma szans żeby pojechać na dodatkowe dializy. Jeśli ten oddział zginie, to my
      zginiemy razem z nim - denerwuje się jeden z dializowanych. (TVN24)
    • madziulec antybiotykoterapia - skutecznosc i efekty uboczne 08.05.08, 15:12
      Wkrótce minie 80 lat od odkrycia przez Aleksandra Fleminga
      pierwszego antybiotyku - penicyliny. Z tej okazji naukowcy z
      Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego przypominają, że
      obserwowane w dzisiejszych czasach nadużywanie antybiotyków i, co za
      tym idzie, spadek skuteczności antybiotykoterapii mogą budzić
      niepokój.

      Współczesne antybiotyki to ogromna grupa leków, obejmująca związki o
      różnej budowie chemicznej i odmiennym spektrum działania. Według
      danych epidemiologicznych są to jedne z najczęściej stosowanych
      medykamentów. "W Polsce, na każde 1000 osób 25 łyka je codziennie, a
      wraz z nastaniem aury jesienno-zimowej ich sprzedaż wzrasta nawet
      czterokrotnie" - zwraca uwagę Grażyna Dziekan, lekarz chorób
      wewnętrznych.

      Zespół naukowców z Collegium Medicum UJ przeprowadził badania
      dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa antybiotykoterapii w
      pediatrii. Dr Jarosław Woroń, dr Dorota Starzyk-Rałowska, dr
      Krzysztof Bieroń z Zakładu Farmakologii Kliniczne oraz Grzegorz
      Porębski z Zakładu Alergologii Klinicznej i Środowiskowej CM UJ
      dokonali analizy 70 przypadków, w których antybiotykoterapia była
      nieskuteczna lub konieczne było odstawienie leków na skutek
      wystąpienia działań niepożądanych. Według naukowców, podczas
      stosowania antybiotyków w leczeniu dzieci można zaobserwować pewne
      nieprawidłowości.

      "Do najczęstszych z nich możemy zaliczyć: niewłaściwy dobór
      antybiotyku, który powoduje, że nie jest on skuteczny w konkretnym
      przypadku klinicznym, stosowanie antybiotyków w zbyt niskich
      dawkach, stosowanie antybiotyków w populacjach pacjentów, w których
      są one przeciwwskazane oraz brak uwzględnienia wcześniej
      występujących działań niepożądanych i odczynów alergicznych, jakie
      wystąpiły podczas antybiotykoterapii - mówią naukowcy. - Nie zawsze
      pamięta się także o fakcie, że stosowanie antybiotyków bez
      równoczesnego podawania probiotyków zwiększa ryzyko występowania
      działań niepożądanych ze strony przewodu pokarmowego".

      Badacze stwierdzili też, że w wyniku nieracjonalnego stosowania
      leków może dochodzić do wzrostu częstotliwości występowania
      polekowych efektów ubocznych, stanowiących zagrożenie dla zdrowia i
      życia dzieci.

      W badaniach przeprowadzonych przez naukowców z Akademii Medycznej w
      Białymstoku oszacowano natomiast sposób stosowania antybiotyków w
      ciągu ostatnich lat w Klinikach białostockiej AM. Stwierdzono, że
      zużycie antybiotyków w kolejnych latach praktycznie się nie
      zmniejszyło. Jednocześnie odnotowano wyraźne zróżnicowanie ilości
      stosowanych antybiotyków w zależności od specyfiki oddziałów
      szpitalnych. Najwięcej antybiotyków stosowano w Oddziale Intensywnej
      Terapii, Chirurgii i Onkologii Dziecięcej.

      Według badaczy, uzyskane wyniki są przesłanką do pogłębienia badań
      nad opornością bakterii izolowanych od osób hospitalizowanych.Jak
      twierdzą, tylko wprowadzenie bardziej restrykcyjnej polityki lekowej
      może przyczynić się do poprawienia skuteczności antybiotykoterapii i
      zmniejszenia powodowanych przez nią efektów ubocznych.(PAP)
    • madziulec Najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki 20.05.08, 09:41
      Najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki urologiczne

      Korupcyjny mechanizm wyłudzeń pieniędzy z Narodowego Funduszu
      Zdrowia - to ustalenie ze wstępnej wersji raportu Julii Pitery,
      minister ds. wdrażania procedur antykorupcyjnych. Jak dowiedział
      się "Dziennik", najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki
      urologiczne.

      Raport powstaje w reakcji na publikację "Dziennika" z lutego br. o
      procederze wyłudzania pieniędzy od NFZ. Mechanizm był prosty: apteka
      współpracuje z lekarzem, który wypisuje fałszywe recepty na drogie
      leki. Ta zgłasza sprzedaż leków do NFZ i uzyskuje zwrot kwoty
      refundacji. Potem właściciel dzieli się uzyskaną sumą z lekarzem. Z
      naszych informacji wynika, że pacjenci nie mieli pojęcia, że ktoś,
      wykorzystując ich numer PESEL i ich dane, wykupował jakiekolwiek
      leki.

      Mechanizm wykrył były dyrektor mazowieckiego NFZ dr Andrzej Jacyna.
      Uwagę jego kontrolerów przykuły apteki, które sprzedawały ogromne
      liczby drogich leków refundowanych. Potem okazało się, że większość
      transakcji była fikcyjna. Prawdziwe były tylko pieniądze, jakie NFZ
      oddawał aptekom. Jeden z aptekarzy potrafił wyłudzić w ten sposób
      nawet 700 tys. zł.

      Informacje te potwierdziła minister Pitera, która zbadała zjawisko
      nie tylko na Mazowszu, ale też w całym kraju. Według wstępnej wersji
      jej raportu, korupcyjne powiązania najczęściej łączyły właścicieli
      aptek ze specjalistami urologii. To leki na raka prostaty - lucrin
      depot i diphereline SR - wyłudzano najczęściej. Dlaczego akurat one?
      Na jednym opakowaniu tego drogiego leku aptekarz mógł zarobić nawet
      1000 złotych. Do tej pory dokładnie sprawdzono cztery województwa.
      Wiadomo już, że poza mazowieckim, pieniądze na pewno wyłudzano w
      warmińsko-mazurskim, pomorskim i podkarpackim.

      Wykryte przypadki pozwalają wstępnie stwierdzić, jaka jest skala
      wyłudzeń. Lekarze tylko w dwóch przychodniach, w ciągu trzech lat
      wystawili recepty na lucrin depot na łączną sumę niemal pół miliona
      złotych.

      "Stosowanie tego mechanizmu mogło nas kosztować w skali kraju
      kilkadziesiąt milionów złotych. Najgorsze jest jednak to, że z
      wykrywaniem tych przestępstw nie radzi sobie policja i prokuratura" -
      mówi "Dziennikowi" minister Pitera. Przyznaje, że choć prace nad
      raportem zaczęły się w marcu, zakończą się dopiero w połowie maja.

      Skąd opóźnienie? Okazuje się, że regionalne oddziały NFZ mają
      problemy z oszacowaniem tego procederu. Nikt dotychczas nie
      przyglądał się temu zjawisku jako całości. Minister Pitera chce to
      zmienić i doprowadzić do powstania odpowiednich procedur kontrolnych
      w NFZ i śledczych w wymiarze sprawiedliwości.("Dziennik")
    • madziulec nowy szpital dla dzieci w Warszawie 29.05.08, 19:12
      Nowoczesny szpital pediatryczny wielkością dorówna Centrum Zdrowia Dziecka. Za 7
      lat stanie przy ul. Banacha na Ochocie. W Warszawie ostatnią publiczną lecznicę
      wybudowano 30 lat temu.

      Projekt budowy szpitala zaakceptowało już Ministerstwo Zdrowia, a środki na
      inwestycję zostały zagwarantowane w budżecie państwa - mówi Jacek Łazowski,
      zastępca kanclerza Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Lecznica powstanie w
      campusie Uniwersytetu Medycznego przy ul. Trojdena. Władze uczelni wybrały już
      miejsce - tuż obok szpitala przy ul. Banacha. Grunt należy do WUM.

      Inwestycja za pół miliarda

      Uniwersytet wstępnie szacuje, że budowa i wyposażenie szpitala pochłoną co
      najmniej 530 mln zł. Prace mają rozpocząć się na przełomie lat 2009 i 2010. Mogą
      potrwać nawet pięć lat. Zakończą w 2015 r.

      Inwestycja jest porównywalna wielkością z Centrum Zdrowia Dziecka. W Międzylesiu
      jest ok. 570 miejsc, a w nowym szpitalu będzie ich ok. 530. Znajdzie tu miejsce
      15 klinik. Najwięcej łóżek - po ok. 50 - ma być na kardiologii oraz hematologii
      i onkologii. Oprócz nich będzie tam m.in. oddział otolaryngologii, chirurgii
      urazowej czy diabetologii. Nowością w placówce pediatrycznej będzie klinika
      położnictwa i ginekologii oraz klinika neonatologii z 65 miejscami.

      Uczelnia planuje także uruchomienie na Banacha oddziału ratunkowego dla dzieci.
      Byłby to pierwszy SOR pediatryczny po lewej stronie Wisły i drugi na Mazowszu.
      Obecnie oddział taki istnieje tylko w placówce przy ul. Niekłańskiej na Pradze.

      Z informacji przekazanych przez uczelnię wynika, że planowany tam jest także
      oddział intensywnej terapii dla noworodków oraz hotel dla rodziców.

      Czy potrzebny taki gigant?

      Do nowego budynku przeprowadzą się lecznica pediatryczna z ul. Litewskiej oraz
      jej filia z ul. Działdowskiej. Łącznie, w 11 klinikach jest tam teraz 360
      miejsc. - W stolicy od lat mówi się o potrzebie budowy szpitala pediatrycznego -
      zaznacza p.o. dyrektor lecznicy przy ul. Litewskiej Robert Krawczyk. -
      Modernizacja dwóch naszych budynków, tak by dostosować je do wymagań resortu
      zdrowia, jest wręcz niewykonalna - dodaje.

      W zwolnionych obiektach mają powstać sale dydaktyczne dla studentów medycyny.
      Władze uczelni chcą, aby lecznica była połączona łącznikami ze szpitalem przy
      ul. Banacha. - To umożliwi nam korzystanie z nowoczesnego sprzętu, który
      znajduje się w szpitalu przy Banacha - wyjaśnia Jacek Łazowski. Niedługo
      znajdzie się tam m.in. rezonans magnetyczny i tomograf PET (do wykrywania
      komórek rakowych).

      Czy budowa szpitala molocha nie jest sprzeczna z tendencją w Europie ? - Nie,
      jeśli do nowej lecznicy przenosi się dwie już działające placówki - uważa Jerzy
      Bodzioch, prezes zarządu Grupy 3J, która specjalizuje się w budowie szpitali. -
      W innych krajach też realizowane są tak duże inwestycje. Trzy lata temu w
      Szwecji wybudowano szpital, który powstał na miejsce dwóch mniejszych lecznic.
      Tamtejsze władze doszły do wniosku, że utrzymanie małych placówek jest
      nieopłacalne - opowiada. Natomiast Andrzej Kozłowski, przedstawiciel firmy Arup,
      która nadzoruje budowę lecznicy Medicover, dodaje: - Szpitale kliniczne
      spełniają inne funkcje niż miejskie. Tam się nie tylko leczy, ale i kształci
      studentów. ("Życie Warszawy")
    • madziulec czy dzieci powinny grac w gry komputerowe? 29.05.08, 19:13
      Czy małe dzieci powinny grać w gry komputerowe? Tak, pod warunkiem że jest to
      zabawa dostosowana do ich wieku i zawiera elementy edukacji. Specjaliści
      zastanawiają się, gdzie powinna się znajdować dolna granica wieku graczy -
      czytamy na łamach "Życia Warszawy".

      Małe dziecko bawiące się grą komputerową - w powszechnym przekonaniu to nawet
      gorsze niż pozostawienie malucha samego na kilka godzin przed telewizorem.

      Czy rzeczywiście? Niektórzy psycholodzy są zdania, że nie ma nic złego w graniu
      na komputerze nawet przez bardzo małe dzieci. Pod jednym warunkiem: gry, z
      których korzystają, muszą być przeznaczone dla ich grupy wiekowej.

      - Obecnie jest coraz więcej gier edukacyjnych tworzonych z myślą o stymulowaniu
      rozwoju i wyrównywaniu szans dzieci ze specyficznymi problemami - mówi psycholog
      Katarzyna Majgier.

      Na rynek wchodzi właśnie zestaw nowatorskich gier komputerowych przeznaczonych
      dla maluchów. Są wśród nich skierowane już do dwuletnich dzieci gry z serii
      "Mały Adibu" oraz "Kubusiowe przedszkole" czy "Gdzie jest Nemo", w które może
      zagrać trzylatek.

      Wszystkie te pozycje noszą miano programów edukacyjnych. Aby na nie zasłużyć,
      ich poziom musi być dostosowany do dość jeszcze ograniczonych możliwości małego
      dziecka. Gra taka ma za zadanie po prostu pomóc mu odkrywać świat. A więc np. w
      "Małym Adibu" dziecko poznaje kolory, kształty i cyfry, uczy się orientować w
      przestrzeni.

      Podobnie wygląda nauka w pozostałych grach, które pomagają ćwiczyć percepcję,
      pamięć wzrokową i koordynację wzrokowo-ruchową. Programy edukacyjne mogą też
      pomóc w rozwijaniu umiejętności językowych, a nawet posłużyć jako pomoc
      logopedyczna.

      - Zanim ambitni rodzice posadzą dziecię przed komputerem z grą edukacyjną,
      powinni odpowiedzieć sobie na dwa pytania: czy ta gra na pewno jest dostosowana
      do poziomu rozwoju ich dziecka oraz czy nabyło już ono dostatecznych
      umiejętności, aby korzystać z tej gry i w ogóle z komputera - radzi Katarzyna
      Majgier.

      Najwięcej zastrzeżeń budzi jednak bardzo młody wiek gracza. - Dzieci w wieku
      poprzedzającym przedszkole powinny mieć kontakt z żywymi ludźmi, a nie z
      wirtualnym światem - uważa prof. Andrzej Rajewski, kierownik Kliniki Psychiatrii
      Dzieci i Młodzieży UM w Poznaniu. - Do trzeciego roku życia dziecko rozwija się
      przede wszystkim pod względem emocjonalnym i uczy się świata poprzez
      naśladowanie starszych.

      Prof. Rajewski uważa, że dzieci w wieku przedszkolnym można warunkowo dopuścić
      do komputera na kilkanaście minut dziennie pod ścisłą kontrolą rodziców, a
      szerszy kontakt z grami powinien nastąpić nie wcześniej niż w piątym - szóstym
      roku życia.

      Programy mogą pomóc w nauce mówienia


      Agnieszka Borowiec, logopeda, terapeuta głosu

      - Po czym poznać, że małe dziecko ma kłopoty językowe?
      - Agnieszka Borowiec: Trzeba zwrócić baczną uwagę na malucha, który w wieku
      powyżej dwóch lat wydaje wyłącznie pojedyncze, nieartykułowane dźwięki. To czas,
      kiedy powinien wymawiać sylaby i proste słowa. Logopedzi przyjmują, że
      trzyletnie dziecko powinno już mówić. To ważne, bo wraz ze zdolnością mówienia
      rozwija się u ludzi umiejętność myślenia.

      - U dzieci w jakim wieku można zacząć wykorzystywać komputerowe programy
      logopedyczne?
      - Pomoc komputera można wprowadzić w wieku pięciu lat, kiedy dziecko zaczyna
      współpracować, ponieważ ćwiczenia logopedyczne wymagają m.in. świadomych powtórzeń.

      - Jakiego typu programów edukacyjnych używa pani jako pomocy w nauce mówienia?
      - Nie wykorzystuję całych programów tylko niektóre wybrane ich elementy.
      Najbardziej cenię oprogramowanie przeznaczone dla dzieci z niedosłuchem, które
      wizualnie pokazuje na ekranie operacje głosowe: oddech, szumy i zwarcia
      towarzyszące głoskom. To stabilizuje oddech i uczy dzieci wydobywania dźwięku.
      Ważne, aby doboru programów dokonywał specjalista, ponieważ gry te wymagają
      bardzo dokładnego określenia np. liczby powtórzeń danego zadania i czasu
      spędzonego przed komputerem. Oprócz tego istotne jest rozwijanie u dziecka
      umiejętności myślenia, kojarzenia faktów, co jest również ściśle związane z
      nauką mówienia. Z tego punktu widzenia wartościowe będą te programy, które
      związane są z rozpoznawaniem kształtów czy kolorów i uczą dziecko koncentracji
      oraz sprawnego myślenia.("Życie Warszawy")
    • madziulec 60% polskich dzieci nie ma dostępu do pediatry 05.06.08, 21:09
      Nasze dzieci są w niebezpieczeństwie! - alarmuje rzecznik praw obywatelskich,
      który wczoraj przedstawił obszerny raport na temat zdrowia najmłodszych Polaków.
      Wnioski z jego lektury są zatrważające - spora część dzieci nie ma dostępu do
      lekarza, a szkoła, zamiast być przyjazna i bezpieczna, jest często miejscem
      tragicznych w skutkach wypadków - pisze "Dziennik".

      "Polskie dzieci w XXI wiek weszły właściwie bezbronne. Szwankuje system opieki
      zdrowotnej, a wielu regionach kraju nie działa również opieka społeczna" - mówi
      "Dziennikowi" jeden z autorów raportu Janusz Szymborski z biura RPO.

      Stąd jego zdaniem powtarzające się doniesienia o wykrytych zbyt późno
      przypadkach maltretowania najmłodszych, zaginięć czy wypadków w drodze do
      szkoły. "A to wszystko jedynie wierzchołek góry lodowej" - twierdzi Szymborski.

      Skąd wzięły się tak ponure wnioski? Z danych Głównego Urzędu Statystycznego z
      ostatnich kilku lat. Autorzy raportu przygotowanego na zlecenie RPO przejrzeli
      informacje GUS i wyłowili z nich wszystko to, co dotyczyło kondycji najmłodszych
      Polaków. W ten sposób wykryli, że problemy zaczynają się, nawet jeszcze zanim
      dziecko się urodzi. W szpitalach dramatycznie brakuje bowiem miejsc na
      oddziałach położniczych.

      "W samej Warszawie w tym roku półtora tysiąca rodzących kobiet zostanie
      odesłanych z kwitkiem i będzie musiało szukać miejsca na innej porodówce. W
      innych miastach jest podobnie" - tłumaczy Janusz Szymborski.

      A potem jest jeszcze gorzej. Z danych GUS wynika m.in., że w 2006 roku zmarło w
      Polsce 2200 noworodków. Prawie połowę z nich można by uratować, gdyby nie to, że
      szwankuje opieka nad kobietami w ciąży. Brakuje też sprzętu medycznego, a na
      dodatek w szpitalach stosowane są nielegalne opłaty za świadczenia związane z
      opieką nad ciężarną i niemowlęciem.

      Oddziały pediatryczne to zresztą kolejny problem - zdaniem autorów raportu są
      one straszliwie niedofinansowane, brakuje w nich łóżek, a stan sanitarny
      pozostawia wiele do życzenia. Stąd częste przypadki zakażeń i sepsy u
      najmłodszych pacjentów.

      Paradoksalnie polskie dzieci nie są bezpieczne nawet w szkołach. Tylko w roku
      szkolnym 2003-2004 w wypadkach na terenie szkoły zginęło 88 dzieci. A ponad 1200
      doznało bardzo ciężkich urazów. Te tragiczne dane zna Wielka Orkiestra
      Świątecznej Pomocy i właśnie dlatego już 2 lata temu rozpoczęła w podstawówkach
      naukę pierwszej pomocy.

      "Dotarliśmy do ponad 6 tys. placówek Za dwa lata nasze kursy powinno ukończyć
      ponad półtora miliona dzieci" - mówi szef WOŚP Jerzy Owsiak.

      Jego inicjatywę gorąco popiera Marta Malinowska-Cieślik, krajowa koordynatorka
      planowania działań na rzecz bezpieczeństwa dzieci. Zastrzega jednak, że nauka
      pierwszej pomocy powinna być częścią obowiązkowej edukacji każdego polskiego
      ucznia. "Tak jest np. w Holandii i Skandynawii" - tłumaczy.

      Autor raportu o stanie zdrowia dzieci stawia twardą diagnozę. "Problem polega na
      tym, że dla dzieci mamy w Polsce deklaracje miłości, za którymi nie idą czyny.
      Nikt nie pomyślał, by skoordynować działania mające na celu ich ochronę" -
      tłumaczy Janusz Szymborski. I dodaje, że opieką należałoby obejmować już kobiety
      w ciąży. Bo wtedy można by wykryć, czy matka nie pochodzi ze środowiska
      patologicznego i zawczasu zaalarmować pomoc społeczną czy policję.

      Problemy polskich dzieci:
      98 proc. dzieci nie korzysta ze żłobków
      34 proc. dzieci nie chodzi do przedszkoli
      42 proc. dzieci w Polsce przewlekle choruje
      60 proc. dzieci nie ma dostępu do pediatry
      22 proc. dziewczynek w wieku 15 - 19 lat cierpi na niedowagę
      47 proc. chłopców w wieku 15 - 19 lat pije alkohol
      44 proc. dziewczynek w wieku 15 - 19 lat pije alkohol
      1.248 uczniów w ciągu roku doznało bardzo ciężkich urazów w szkole
      88 uczniów w ciągu roku zginęło w wypadkach, do których doszło w szkole
      300 dzieci w wieku od 8 - 19 lat co roku popełnia samobójstwo
    • madziulec woda nie tylko z babelkami 24.06.08, 07:37
      Wody butelkowe zawierają rad i uran - wynika z badań "Świata Konsumenta".
      Eksperci przekonują jednak, że nie ma powodów do niepokoju.

      Miesięcznik "Świat Konsumenta" zlecił przebadanie 13 wód źródlanych i
      mineralnych, które można kupić w polskich sklepach, m.in. Staropolankę, Dobrawę,
      Kryniczankę, Muszyniankę Plus, Cisowiankę i Jurajską. Zbadano je na zawartość
      dwóch izotopów radu: 226 i 228 (najbardziej rozpowszechnione i najbardziej
      radiotoksyczne) oraz uranu. We wszystkich wodach stwierdzono występowanie tych
      pierwiastków.

      Czy to jest groźne?

      - Zagrożenie nie wynika jednak z tego, że pierwiastki w wodzie się znajdują -
      tłumaczy Piotr Koluch, redaktor naczelny miesięcznika "Świat Konsumenta". - Rad
      i uran występują m.in. w chlebie czy ziemniakach. Problem jednak w tym, że pijąc
      zbyt dużo wody, możemy przekroczyć dawkę bezpieczną dla zdrowia.

      Przekonuje, że rad magazynuje się w naszym organizmie, głównie w kościach.
      Skutki uboczne mogą być widoczne dopiero po wielu latach. Osoba, która
      przedawkowała rad, może mieć raka kości albo nowotwór głowy. Uran natomiast jako
      radioaktywny metal ciężki może doprowadzić do raka lub uszkodzić nerki.

      Najwyższy poziom izotopu radu 226 wykryto w wodzie Staropolanka 2000 - 0,616
      bekereli na litr [Bq/l] (w Dobrawie - 0.089 +/-0.063, w Kryniczance 0.040+/-0.007).

      - Przyjmując, że dziennie pijemy 1,5 l Staropolanki, w ciągu roku przekraczamy
      dozwoloną dawkę o 30 procent - ostrzega Koluch.

      Co mówią badania?

      Ostrożniej do sprawy podchodzi Antoni Mielnikow z Głównego Instytutu Górnictwa,
      który przeprowadził badania. - Nie wpadajmy niepotrzebnie w panikę. Nie sądzę,
      by przy tej ilości wody, którą pije statystyczny Polak, mogło występować jakieś
      zagrożenie - uspokaja. - Oczywiście nie możemy wykluczyć, że są osoby, które
      piją więcej niż zalecaną ilość. Ale i wówczas nie mamy pewności, czy mimo
      przekroczonej dawki coś im grozi. Różne organizmy reagują przecież inaczej.

      Zdaniem prof. Jerzego Wiktora Niewodniczańskiego, prezesa Państwowej Agencji
      Atomistyki, żeby zatruć się którymś z radioaktywnych pierwiastków, trzeba byłoby
      je przyjmować w miligramach.

      - A w wodzie występują one w nanogramach, czyli jednostce dużo mniejszej - mówi
      prof. Niewodziczański. Podkreśla, że wielu lekarzy zaleca nawet picie i kąpiele
      w radoczynnych wodach. - Takie wody występują m.in. w Sudetach. Stosuje się je
      do inhalacji, kąpieli i do picia - tłumaczy profesor.

      Ostrzeżenia na etykietach

      Argumenty te nie przekonują jednak naczelnego "Świata Konsumenta", który uważa,
      że na etykietach butelek powinny znaleźć się stosowne oznaczenia o występowaniu
      w wodzie pierwiastków promieniotwórczych.- Konsumenci powinni wiedzieć, których
      wód nie powinno się pić w ilości większej niż np. litr czy pół litra - mówi
      Piotr Koluch. Jego zdaniem, takie ostrzeżenia byłyby szczególnie ważne w
      przypadku małych dzieci i niemowląt, dla których rodzice przyrządzają posiłki na
      bazie wody butelkowej.

      Innego zdania jest prezes Państwowej Agencji Atomistyki. - Taka informacja nic
      by nie powiedziała zwykłemu laikowi, a tylko niepotrzebnie wprowadzałaby
      niepokój - przekonuje prof. Niewodniczański.

      Dodaje, że na etykietach nie ma też informacji np. o występowaniu żelaza. -
      Ponieważ w wodzie mineralnej występuje w śladowych ilościach, które również nam
      nie zagrażają - dodaje. ("Życie Warszawy")
    • madziulec płacenie za pobyt przy dziecku 10.07.08, 20:21
      Matki noworodków, które z powodu choroby dzieci muszą pozostać w szpitalu
      dłużej, prawdopodobnie będą musiały płacić za swój pobyt.

      Od 1 lipca zmieniły się przepisy i sposób płacenia za świadczenia przez Narodowy
      Fundusz Zdrowia. Dotychczas za każdy dzień pobytu kobiety w szpitalu NFZ płacił
      70 zł. Teraz nie da ani złotówki.

      Agnieszka Sielicka z Sobótki pod Wrocławiem od dwóch tygodni leży z synkiem w
      szpitalu na wrocławskim Brochowie. Bartek jest wcześniakiem. Cały czas jest na
      oddziale, bo miał zapalenie płuc, a potem kłopoty z jelitami. Maluch jest
      karmiony piersią. Nie może zostać bez matki.

      - Ale w czwartek powiedziano mi, że nie mogę dłużej być w szpitalu, bo NFZ nie
      zapłaci już za mój pobyt - opowiada pani Agnieszka. W podobnej sytuacji jest
      Ewelina Iwanicka z Milicza. Jej synek Wojtuś też jest wcześniakiem, który
      wymagał dłuższego leczenia.

      Matka i tak zapłaci

      Gdy młode matki usłyszały, że muszą opuścić szpital, rozpłakały się. Potem
      napisały podanie do dyrektora z prośbą o zmianę decyzji.

      - Jeśli trzeba będzie zapłacimy, żeby tylko móc zostać przy dziecku. Jedzenie i
      tak mamy swoje - deklarują kobiety.

      Janusz Wróbel, dyrektor Specjalistycznego Szpitala im. Falkiewicza na Brochowie
      rozkłada ręce. - Nie mam sumienia pobierać opłat, zresztą dlaczego panie mają
      płacić, skoro są ubezpieczone - podkreśla.

      Napisał pismo do centrali NFZ i Ministerstwa Zdrowia. Czeka na odpowiedź.

      Problemy zrodziły się, gdy z katalogu świadczeń, za które dotąd płacił NFZ
      skreślono tzw. doby laktacyjne, które obejmowały pobyt w szpitalu matek chorych
      noworodków.

      W kropce są też dyrektorzy innych dolnośląskich szpitali.

      - Na razie wszystko odbywa się po staremu. Czy NFZ zapłaci nam za pobyt matek,
      będziemy się martwić później - wzdycha Alicja Daleczko, dyrektor Szpitala
      Ginekologiczno -Położniczego w Wałbrzychu.

      Szpital w Legnicy wziął obciążenia za pobyt matek na siebie. Ale w
      jeleniogórskim szpitalu karmiące matki z chorymi dziećmi już teraz dostają
      rachunki za pobyt. Pierwsze dwie doby kosztują 30 zł, kolejne - 15 zł.

      - W zamian matka dostaje łóżko i możliwość skorzystania z prysznica. Można też
      wykupić wyżywienie - mówi ordynator oddziału dziecięcego, lek. med. Anna
      Widlińska-Podlacha.

      Co na to NFZ? Nie widzi w swej decyzji niczego złego. Urzędnicy tłumaczą, że
      pobyt matek w szpitalu nie jest świadczeniem zdrowotnym.

      - I nie ma podstaw, by za to płacić - twierdzi Andrzej Troszyński z biura
      prasowego centrali NFZ w Warszawie. Tłumaczy, że decyzja jest zgodna z opinią
      wydaną w tej sprawie konsultanta krajowego ds. ginekologii i położnictwa prof.
      Stanisława Radowickiego. Ten nie chciał z nami wczoraj rozmawiać.

      Prof. Mariusz Zimmer, dolnośląski konsultant ds. ginekologii i położnictwa oraz
      szef kliniki ginekologii, położnictwa i neonatologi wrocławskiej Akademii
      Medycznej przyznaje, że przedłużający się pobyt matki w szpitalu to duży problem.

      - Z psychologicznego punktu widzenia jest to zrozumiałe, ale nie może być tak,
      że zdrowa kobieta blokuje przez miesiąc lub dwa łóżko potrzebne innym
      pacjentkom. Ale też nie tędy droga, by kazać im płacić - uważa. ("Polska Gazeta
      Wrocławska")
    • madziulec powszechniejsze badania DNA 10.07.08, 20:22
      Badania DNA nie są już wykonywane tylko na potrzeby naukowców. Zaczęły być
      dostępne dla zwykłego śmiertelnika. Polacy coraz częściej i chętniej z nich
      korzystają - informuje "Rzeczpospolita".

      Wystarczy kropla krwi lub wymaz ze śluzówki policzka, by poznać wiele tajemnic,
      które skrywa organizm. Czy mamy skłonność do zachorowania na raka, alzheimera
      lub parkinsona? Czy znajdujemy się w grupie ryzyka, której grozi miażdżyca, a
      może zawał serca? Czy możemy spodziewać się efektów ubocznych przyjmowanych
      leków lub pooperacyjnych komplikacji? Geny ujawnią nie tylko prawdę dotyczącą
      ludzkiego zdrowia, ale i pochodzenia, a nawet uzdolnień. Rośnie w naszym kraju
      liczba ośrodków oferujących podobne usługi. A ceny spadają. Ale czy to naprawdę
      działa?

      Skąd te skłonności?

      - Diagnostyka genetyczna daje fenomenalne efekty - przekonuje prof. Jan
      Lubiński, genetyk-onkolog z Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, przy
      której działa najstarsza w Polsce onkologiczna poradnia genetyczna. Przykład?
      Informacja o tym, że kobieta posiada mutację w genie BRCA1 znacznie zwiększającą
      ryzyko zachorowania na raka piersi i jajnika, pozwala na prowadzenie
      odpowiedniej profilaktyki i terapii. W rezultacie zagrożenie rozwojem choroby
      może spaść z 80 do nawet 10 proc.

      Dziennie szczecińska poradnia ma ok. 200 pacjentów. Wczoraj po raz pierwszy
      odwiedziła ją pani Małgorzata. - W rodzinie było kilka przypadków zachorowań na
      nowotwory płuc i piersi. Chcę sprawdzić, czy ja i moje dzieci również jesteśmy
      tą chorobą zagrożeni - mówi 44-latka. Kobieta zapowiada, że jest gotowa
      dostosować się do wszelkich zaleceń lekarza dotyczących zmiany trybu życia czy
      konieczności regularnych wizyt w poradni. - W mojej rodzinie od zawsze
      zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego ta choroba nas dotyka. Bardzo dobrze, że
      badania genetyczne są dostępne - tłumaczy pani Małgorzata. Ona pierwsza wśród
      swoich bliskich zdecydowała się na ich przeprowadzenie. Za sprawdzenie genów
      wysokiego ryzyka nie będzie musiała nic płacić.

      Bezpłatne testy można wykonać w jednej z ponad 20 poradni genetycznych, jakie
      działają przy regionalnych ośrodkach onkologicznych. Ale przybywa podobnych
      ofert komercyjnych.

      Centrum Medyczne Damiana w Warszawie uruchomiło właśnie nową usługę, możliwość
      stworzenia osobistego profilu genetycznego. - Możemy na przykład ocenić, że w
      przypadku danej osoby zagrożenie rozwojem raka, cukrzycy lub innej z kilkunastu
      chorób jest dziesięciokrotnie wyższe, niż wynosi średnia dla populacji -
      opowiada Marek Płoszczyński, prezes zarządu i właściciel centrum. Pomocą w tym
      służy nowoczesna technologia mikromacierzy DNA, dzięki której analizuje się
      występowanie zmian w genomie (tzw. polimorfizmów pojedynczego nukleotydu, czyli
      SNP). Na podstawie jednej próbki można odkryć 620 tys. zmian (obecnie znanych
      jest kilkanaście milionów!).

      Uzyskane rezultaty porównuje się z bazą danych dla większej populacji. Analiza
      materiału genetycznego wykonywana jest w USA, na wynik czeka się od czterech do
      sześciu tygodni. Otrzymuje się go... na płycie CD.

      Jak podkreśla Marek Płoszczyński, badanie jest jedynie oceną prawdopodobieństwa
      wystąpienia choroby. Nie daje 100-procentowej pewności, że się ona pojawi.

      - Aby definitywnie stwierdzić, czy ktoś jest zagrożony chorobą uwarunkowaną
      genetycznie, potrzeba bardziej precyzyjnego testu, takiego, jakie przeprowadzają
      wyspecjalizowane poradnie - dodaje prof. Jan Lubiński.

      Do nowej usługi krytycznie nastawiony jest prof. Jerzy Bal z Zakładu Genetyki
      Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. - Zastosowanie polimorfizmu SNP w ocenie
      predyspozycji do wystąpienia różnych chorób ma ogromną przyszłość, jednak przy
      obecnym stanie wiedzy oferta jest zdecydowanie przedwczesna i ma charakter
      marketingowy - twierdzi.

      Jestem córką hrabiego

      DNA może służyć pomocą także w poznaniu prawdy o swoim pochodzeniu. - Badając
      mitochondrialne DNA przekazywane w linii kobiecej lub chromosom Y przekazywany w
      linii męskiej, jesteśmy w stanie ocenić, skąd przybyli przodkowie konkretnej
      osoby - mówi dr Jakub Czarny z Instytutu Genetyki Sądowej w Bydgoszczy. W jaki
      sposób? Wynik porównuje się do danych zgromadzonych w ogólnoświatowej bazie
      zawierającej ponad 50 tys. próbek z 480 populacji. - Jednemu z naszych klientów
      ślad historii przodków urwał się na 1860 roku. Chciał wiedzieć, co działo się z
      nimi wcześniej - opowiada dr Czarny. Jego laboratorium pomaga także w
      rozwiązywaniu bardziej współczesnych zagadek. - Zjawiła się u nas starsza pani,
      która utrzymywała, że jest nieślubną córką pewnego nieżyjącego już hrabiego.
      Domagała się przeprowadzenia badania DNA, które by to wykazało. Po co? Aby
      uzyskać część majątku - tłumaczy genetyk.

      Taniej i więcej

      Na popularność tego typu metod wpływa malejąca cena. W ciągu roku koszt testu na
      ustalenie ojcostwa spadł o połowę. W Ogólnopolskim Centrum Genetyki REX we
      Wrocławiu z roku na rok o ok. 20 proc. zwiększa się liczba analizowanych próbek.
      O ile w 2006 roku wykonano w szczecińskim ośrodku 22 tys. testów, o tyle w roku
      ubiegłym - 25 tys. A to może być dopiero początek boomu na badania DNA.

      Rośnie liczba identyfikowanych mutacji odpowiadających rozwojowi chorób. W
      związku z tym wyniki badań będą coraz bardziej precyzyjne. Już dzisiaj możliwa
      jest analiza całego genomu (powszechnie bada się tylko jego fragmenty). W USA
      kosztuje to 300 tys. dolarów.

      Gdzie zbadać swoje DNA

      Wybrane ośrodki i ceny:

      - Onkologiczne poradnie genetyczne (ponad 20 w Polsce)
      ich lista: www.hccp-uicc.com/genetyka/listap.htm

      - bezpłatne badania oceny ryzyka zachorowania na raka
      Centrum Medyczne Damiana w Warszawie

      - predyspozycje do 20 rozmaitych chorób, m.in. raka, cukrzycy, jaskry, otyłości ,
      - ocena zagrożeń związanych ze stosowaniem leków (np. przeciwzakrzepowych),
      ryzyko wystąpienia powikłań operacyjnych, indywidualne cechy genetyczne, np.
      dotyczące uzdolnień do niektórych ćwiczeń fizycznych, analiza drzewa
      genealogicznego - cena pakietu: 1500 zł
      Instytut Genetyki Sądowej w Bydgoszczy

      - ustalenie ojcostwa - od 900 zł
      - badania genealogiczne - 750 - 1500 zł
      - pobranie i przechowywanie DNA (bezterminowe) - 100 zł
      Ogólnopolskie Centrum Genetyki REX we Wrocławiu

      - skłonność do zachorowania na parkinsona, alzheimera - 300 - 400 zł
      - obecność mutacji w genie BRCA1 zwiększającej ryzyko zachorowania na nowotwór
      piersi - 200 zł
      Źródło: "Rzeczpospolita"
    • madziulec polisy zdrowotne - ani tanie ani powszechne 10.07.08, 20:23
      Koszyk świadczeń zdrowotnych przedstawiony przez rząd nie zachęci do kupowania
      dodatkowych polis zdrowotnych. Rząd nie wyklucza, że powstanie nowy projekt
      ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. Bez polis zdrowotnych do
      systemu lecznictwa nie wpłynie dodatkowo 3,5 mld zł.

      Ewa Kopacz, minister zdrowia, przyznała w rozmowie z "Gazetą Prawną", że
      zgłoszony do Sejmu projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych
      wymaga zasadniczych zmian. Niewykluczone, że zmiany będą tak duże, że powstanie
      całkowicie nowy projekt.

      - Jest to jedna z propozycji - twierdzi Ewa Kopacz.

      Nie chce jednak mówić o szczegółach. Także posłowie PO przyznają, że ustawa
      wymaga zasadniczych zmian. Jest to m.in. spowodowane tym, że wykaz świadczeń
      zdrowotnych niefinansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, który został
      przedstawiony przez rząd w czerwcu, nie ogranicza praktycznie dostępu do
      świadczeń zdrowotnych. Tym samym trudno będzie zachęcić Polaków do wykupienia
      dodatkowych polis zdrowotnych. Jednym ze sposób na to może być wprowadzenie ulgi
      podatkowej dla osób, które wykupią dodatkowe polisy. Na to jak na razie nie ma
      jednak zgody Ministerstwa Finansów. Jeżeli wprowadzenie systemu dodatkowych
      ubezpieczeń zdrowotnych się nie powiedzie, to, zdaniem ekspertów, niewielkie
      efekty przyniesie też przekształcenie szpitali w spółki prawa handlowego.

      Ustawa w zamrażarce

      Projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych (nr druku 293), który
      trafił do Sejmu jako poselski, faktycznie został przygotowany przez rząd. Od
      kilku miesięcy leży w sejmowej zamrażarce. Posłowie zdecydowali o zawieszeniu
      prac nad nim do momentu przygotowania pozytywnego i negatywnego koszyka
      świadczeń zdrowotnych. Wykazy takie w końcu powstały, ale prace nad projektem
      nie ruszyły z miejsca. Przedstawiając koszyk, rząd zaproponował, aby zaledwie
      około 300 z ponad 8 tys. procedur medycznych nie było finansowanych przez NFZ.
      Nie oznacza to więc zasadniczych zmian w dostępie do świadczeń medycznych w
      porównaniu ze stanem obecnym. NFZ nie będzie, tak jak teraz, płacił np. za
      leczenie bezpłodności metodą in vitro, za operacje chirurgii plastycznej,
      leczenie bólu niekonwencjonalnymi metodami, za część świadczeń
      stomatologicznych, rehabilitacyjnych czy zaopatrzenia w sprzęt ortopedyczny.

      - Jeśli koszyk świadczeń zdrowotnych nie oznacza zmian w dostępie do
      refundowanych świadczeń zdrowotnych, to nie widzę przestrzeni na wprowadzenie
      dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych - mówi Jacek Paszkiewicz, prezes NFZ.

      Podobnego zdania są przedstawiciele firm ubezpieczeniowych i tych, które oferują
      już opiekę medyczna np. w formie abonamentów.

      - Złożony w Sejmie projekt ustawy nie gwarantuje, że Polacy będą skłonni do
      wykupienia dodatkowych polis zdrowotnych. A brak takiego zainteresowania
      spowoduje, że cała reforma finansowania systemu lecznictwa się nie powiedzie -
      uważa Agnieszka Szpara, prezes Zarządu Medicover.

      Z takim stwierdzeniem nie zgadza się rząd.

      - W przypadku niektórych usług medycznych już istnieje współpłacenie. Pacjenci
      dopłacają do leków, usług stomatologicznych czy sanatoryjnych. To są te obszary,
      które powinny być objęte dodatkowymi ubezpieczeniami - uważa Ewa Kopacz.

      Dodaje ponadto, że aby prace nad dodatkowymi ubezpieczeniami się rozpoczęły,
      wcześniej musi odbyć się trzecie czytanie innych ustaw zdrowotnych, m.in. o
      zakładach opieki zdrowotnej czy o prawach pacjenta. To natomiast oznacza, że
      będzie to nie wcześniej niż po wakacjach.

      Mało chętnych, wysoka cena

      Brak wyraźnego zainteresowania pacjentów wykupieniem dodatkowych polis
      spowoduje, że ci, który się na to zdecydują, będą musieli płacić nawet kilkaset
      złotych miesięcznie.

      - Im mniej ubezpieczonych osób, tym większe ryzyko, które ponosi ubezpieczyciel.
      Tym samym cena polisy jest wyższa - mówi Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ochrony
      zdrowia.

      Rząd zakładał, że nawet 15-20 proc. Polaków będzie chciało wykupić plisy. Jednak
      przy zaproponowanej wersji koszyka, który nie wpłynie na ograniczenie w dostępie
      do świadczeń zdrowotnych, ubezpieczyciele nie przygotują interesującej oferty
      dla potencjalnych klientów. Sami pacjenci też nie będą widzieli większego sensu
      w kupowaniu polis zdrowotnych. To natomiast oznacza, że do systemu ochrony
      zdrowia nie wpłyną dodatkowe pieniądze. Rząd przewidywał, że będzie to około 3,5
      mld zł rocznie.

      Zainteresowanie polisami zdrowotnymi mogłoby być na zakładanym przez rząd
      poziomie, jeżeli ich wykupienie wiązałoby się z możliwością skorzystania z
      dodatkowej ulgi podatkowej. Na to jednak nie ma zgody ministra finansów.

      Zagrożona reforma

      Brak ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych stawia pod znakiem
      zapytania powodzenie przeprowadzenia całej reformy systemu lecznictwa. Bez
      dodatkowych źródeł finansowania szpitale nie poprawią sytuacji finansowej.

      - Przekształcenie szpitali w spółki prawa handlowego niewiele zmieni w ich
      funkcjonowaniu, jeżeli w dalszym ciągu będę uzależnione od jednego płatnika -
      mówi Agnieszka Szpara.

      W większości krajów UE istnieją rozwinięte systemy dodatkowych ubezpieczeń
      zdrowotnych. Jest tak na przykład we Francji, Danii, Wielkiej Brytanii czy
      Austrii. Na przykład we Francji doubezpiecza się aż 86 proc. pacjentów. Około 12
      proc. środków, jakie wpływają do systemu lecznictwa, pochodzi z tego tytułu. W
      Danii jest to odpowiednio 28 proc. i 1,6 proc. wpływów. Dodatkowo jest też
      ubezpieczonych 11,5 proc. Brytyjczyków, prawie 13 proc. Austriaków i ponad 10
      proc. Hiszpanów.("Gazeta Prawna")
Pełna wersja