madziulec Niekłańska bez pediatrów 29.12.07, 10:09 Już za trzy miesiące oddział pediatryczny najważniejszego szpitala dziecięcego w stolicy może przestać istnieć. Powód? Pediatrzy złożyli wypowiedzenia z pracy - informuje "Życie Warszawy" - Czterech pediatrów z największym doświadczeniem postanowiło odejść. Bez nich ten oddział nie może funkcjonować i zostanie zlikwidowany - mówi "Życiu Warszawy" Wojciech Pawłowski, dyrektor ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego przy Niekłańskiej. Kolejni lekarze ze stołecznej placówki grożą, że jeśli nie dostaną podwyżek, to masowo złożą następne wypowiedzenia. Pomóc ma rzecznik Dyrekcja szpitala jest bezradna. Wie, że lekarze powinni zarabiać więcej, ale nie ma na to pieniędzy.- Narodowy Fundusz Zdrowia proponuje nam na przyszły rok jedynie o dziewięć proc. więcej środków na zakontraktowane usługi. Nie mam z czego spełnić oczekiwań moich lekarzy - tłumaczy "Życiu Warszawy" dyrektor naczelny szpitala Paweł Chęciński. Dlatego sprawą Niekłańskiej i szpitali dziecięcych zainteresował się Rzecznik Praw Dziecka. W Wigilię z kierownictwem placówki spotkali się prof. Janusz Szymborski, pełnomocnik rzecznika, i wicemarszałek woj. mazowieckiego Waldemar Roszkiewicz, któremu podlega szpital. Zapewnili, że będą rozmawiać o podwyższeniu „kontraktu dla Niekłańskiej” z szefem NFZ Jackiem Paszkiewiczem i z minister zdrowia Ewą Kopacz. - Liczę na ich pomoc. Bo nie chodzi wyłącznie o mój szpital, ale także o inne placówki, które leczą najmłodszych pacjentów - przyznaje dyrektor Chęciński. - Boję się też wzrostu zadłużenia szpitala i protestu pracowników, który może się odbić na pacjentach. Dlatego muszę zrobić wszystko, żeby zapobiec paraliżowi szpitala, póki jeszcze mam na to czas - dodaje. Strategiczny szpital Nikt nie potrafi sobie wyobrazić opieki nad małymi pacjentami na Mazowszu, gdyby zabrakło placówki przy ul. Niekłańskiej. Udziela ona pomocy ponad 150 tys. dzieci rocznie. To tu działa jedyny w województwie pediatryczny oddział ratunkowy, a ponad połowa dzieci z Mazowsza leczy się tutaj laryngologicznie i ortopedycznie.("Życie Warszawy") Odpowiedz Link
madziulec Łykałeś tabletki, nie jedź 22.01.08, 09:31 Rośnie w Polsce liczba wypadków spowodowanych przez kierowców odurzonych lekami. Lekarze i policja ostrzegają: - Podczas walki z grypą nie wsiadajmy do samochodu! Już co 13. z ok. 50 tys. wypadków, jakie wydarzyły się na polskich drogach w zeszłym roku, był spowodowany z winy kierowcy pod wpływem leków. Oczywiście to nadal mniej niż liczba katastrof drogowych z udziałem pijanych czy tych, których główną przyczyną jest brawura i szalona prędkość. Jednak już dziś można mówić o dość nowym, niepokojącym zjawisku. Powszechne staje się farmakologiczne wspomaganie organizmu w walce ze zmęczeniem. Gdy pojawia się ból głowy, kierowca często zjeżdża na stację, kupuje "procha", zapija napojem tzw. energetycznym i przez chwilę czuje się dobrze. - To krótkie pobudzenie bywa zabójcze - ostrzegali na niedawnej konferencji specjaliści z Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. Z danych małopolskiej komendy wojewódzkiej policji wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat sześciokrotnie wzrosła liczba wypadków spowodowanych przez osobę pod wpływem środków psychoaktywnych, w tym leków. Kierowcy wiedzą o upośledzających właściwościach alkoholu czy narkotyków, kompletnie ignorując to, że tak samo mogą działać niektóre medykamenty. - Jeśli chodzi o ilość zażywanie leków, jesteśmy w światowej czołówce, ale ulotek czytać nam się nie chce. Nie robi tego 90 proc. pacjentów! - twierdzi dr Leszek Borkowski z URPL. - A poza tym wiele firm farmaceutycznych nie informuje o zagrożeniu, jakim może być prowadzenie auta po połknięciu leku ich produkcji. Tymczasem wiele popularnych specyfików poprawia samopoczucie kosztem sprawności układu nerwowego. Senność, spowolnienie reakcji, zawężenie pola widzenia to tylko niektóre przykłady działań leków. I wbrew powszechnej opinii nie są to tylko np. proszki nasenne, uspokajające czy przeciwdepresyjne, ale też popularne tabletki na przeziębienie: - Pamiętajmy, że leki wpływają na organizm kierowcy podobnie jak alkohol, ale działają dużo dłużej. Po Relanium nie powinniśmy prowadzić nawet przez trzy dni, popularny Gripex czy Apap zażyty wieczorem, rano jest wciąż w organizmie i - choć tego nie czujemy - upośledza zdolność kierowania pojazdami - przekonuje dr Jarosław Woroń z krakowskiego Ośrodka Monitorowania i Badania Działań Niepożądanych Leków. W Polsce problem kierowców-lekomanów już jest poważny, ale wciąż mało monitorowany. Badania krwi u kierowców przeprowadza się rzadko, nikt nie może nikomu zabronić prowadzenia po lekach. Policja próbuje działać: - Zaczęliśmy przeprowadzać anonimowe ankiety wśród kierowców, by dowiedzieć się, jakie leki i w jakich ilościach przyjmują. Szykujemy też specjalne ulotki z opisem leków, które mogą być dla nich groźne - mówi nadkomisarz Krzysztof Dymura z Wydziału Ruchu Drogowego komendy policji w Krakowie.("Metro") Odpowiedz Link
madziulec )bez)cenne zdrowie 31.01.08, 18:09 Od 300 do 1.500 zł miesięcznie ma kosztować dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, które zapewni Ci lepszy standard pobytu w państwowym szpitalu. Rząd przygotował już ustawę, która wprowadzi takie stawki w 2009 roku. Najbiedniejsi będą płacić mniej, ale prawie nic za to nie dostaną. Za 50 złotych miesięcznie nawet nie skrócą sobie kolejki do lekarza - pisze "Gazeta Prawna". Od przyszłego roku każdy, kto chce leczyć się w cywilizowanych warunkach, musi płacić nie tylko składki do Narodowego Funduszu Zdrowia, ale też do kasy prywatnej firmy ubezpieczeniowej. Jeśli nie chcesz czekać w kolejkach do specjalisty, a w szpitalu mieć lepszy pokój, leki i opiekę pielęgniarską, musisz wykupić dodatkową polisę, która miesięcznie zabierze ci od 300 do 1,5 tysiąca złotych. Im więcej zapłacisz, tym więcej potencjalnych chorób będziesz mógł leczyć w ludzkich warunkach. Płacąc najwyższą stawkę, wstawisz sobie nawet nowe plomby w zębach. Ci, których nie będzie stać na taki wydatek, mają problem. Wprawdzie będą mogli wykupić sobie najtańszą polisę za 50 złotych, ale prawie nic za nią nie dostaną. Najtańsza polisa ani nie skróci kolejki do specjalisty, ani nie zagwarantuje lepszej opieki w szpitalu. Takie ubezpieczenie da Ci jedynie możliwość dokonania wyboru, w jaki sposób ma Cię leczyć lekarz. Jeśli np. będziesz miał guza, a NFZ powie, że bez dodatkowego ubezpieczenia może zapłacić jedynie za wycięcie go skalpelem, najtańsza polisa da Ci wybór wypalenia guza laserem. Wiceminister zdrowia Andrzej Włodarczyk pokazuje na łamach "Gazety Prawnej" dobre strony tej ustawy. Zapewnia, że dzięki dodatkowym ubezpieczeniom skorzystają wszyscy. Zarówno bogaci, których na dodatkowe ubezpieczenie stać, jak i szpitale, które będą miały więcej pieniędzy i wreszcie najbiedniejsi, którzy odczują ulgę z powodu poprawy sytuacji finansowej w służbie zdrowia. Przeciwnicy tego pomysłu twierdzą jednak, że ci, którzy wykupią polisę, będą leczyć się w normalnych warunkach tylko dlatego, że pogorszy się standard opieki dla tych, których na dodatkowe ubezpieczenie nie stać.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec w szpitalach ubywa miejsc dla chorych dzieci 19.02.08, 10:00 Warszawa ma poważne problemy z leczeniem chorych dzieci. Szpital przy Niekłańskiej wstrzymał przyjęcia, przy Kopernika brakuje lekarzy. Za dwa miesiące zamkną pediatrię na Bielanach... - wylicza "Rzeczpospolita". Na trzech oddziałach pediatrycznych w lecznicy przy ul. Niekłańskiej - tam trafiają maluchy z zapaleniem płuc lub zarażone rotawirusem - było wczoraj ponad 120 pacjentów. - To więcej niż mamy miejsc. Część łóżek trzeba było pożyczyć z innych oddziałów - mówi dyrektor ds. lecznictwa dr Wojciech Pawłowski. Z powodu tłoku dyrekcja wstrzymała przyjęcia nowych pacjentów na patologię noworodka, na której są leczone dzieci do pierwszego roku życia. Tam jest 36 łóżek, w momencie podjęcia decyzji o nieprzyjmowaniu maluchów było 40 pacjentów. Dyrekcja nie wyklucza, że w ciągu kilku następnych dni będzie musiała wstrzymać przyjęcia na kolejnych oddziałach pediatrycznych. - Jest jak na froncie, cały czas trzeba przegrupowywać łóżka dla kolejnych dzieci z jednego oddziału na drugi - opisuje sytuację dr Pawłowski. Pracownicy placówki przy ul. Niekłańskiej mówią o czarnym scenariuszu, boją się, że powtórzą się wypadki z ubiegłego roku. Wtedy dzieci przez kilka dni leżały nie tylko na salach, ale też na korytarzach oraz w świetlicy szpitalnej. Jak twierdzi prof. Andrzej Radzikowski, wojewódzki konsultant ds. pediatrii, sytuację w szpitalu przy ul. Niekłańskiej mogłoby uratować uruchomienie oddziału w placówce przy Kopernika. Chociaż już dwa tygodnie temu utworzono tam 20 nowych miejsc dla dzieci (w miejscu przeniesionego do Dziekanowa oddziału neurologicznego), to jeszcze żaden maluch tam nie trafił. Dlaczego? - Z powodu braku personelu. Szpital nie ma ani lekarzy, ani pielęgniarek - mówi prof. Radzikowski. Poszukiwania pracowników, czterech lekarzy i ośmiu pielęgniarek, jak przyznaje szefowa miejskiego Biura Polityki Zdrowotnej Elżbieta Wierzchowska, trwają już od kilku miesięcy. Na razie bez skutku. - Informacja o wolnych miejscach jest zamieszczona nie tylko na stronie internetowej szpitala. Ofertę wysłaliśmy też do izby lekarskiej. Cały czas rozpuszczamy własnymi kanałami wici o wolnych etatach - mówi dyrektor Wierzchowska. Jak się dowiedzieliśmy, nie pomogło nawet kuszenie personelu wyższymi niż w innych szpitalach pensjami. Profesor Radzikowski chce odsyłać część stażystów i rezydentów ze swojego oddziału z lecznicy przy ul. Działdowskiej do pracy na Kopernika. - Jeśli szybko nie zaczną tam przyjmować chorych, czeka nas katastrofa. Dzieci nie znajdą pomocy - mówi prof. Radzikowski. Tym bardziej że za dwa miesiące Szpital Bielański zamknie swój oddział pediatryczny z 32 łóżkami. Powód: remont, który potrwa co najmniej do końca roku. Dyrekcja planuje jego otwarcie dopiero na początek 2009 roku. - To oznacza, że jesień minie nam pod znakiem przewożenia dzieci z północnych dzielnic do lecznic poza Warszawą. W stolicy nie będzie dla nich miejsc - mówi prof. Andrzej Radzikowski. Miejscy urzędnicy nie mają jeszcze opracowanego planu działania na czas remontu w Bielańskim. Dopiero dzisiaj pracownicy ratusza mają się nad tym zastanowić. W stołecznych szpitalach jest teraz ok. 500 łóżek pediatrycznych. Specjaliści szacują, że brakuje co najmniej 100. ("Rzeczpospolita") Odpowiedz Link
madziulec lekarze przepisuja dzieciom niebezpieczne leki 28.02.08, 09:33 Nieprawidłowe stosowanie leków naraża maluchy na poważne powikłania, a nawet śmierć - alarmują specjaliści na łamach "Życia Warszawy". Popularna polopiryna, aspiryna i pyralgina to często nadużywane medykamenty w leczeniu dzieci poniżej 12. roku życia - wynika z raportu Ośrodka Monitorowania Niepożądanych Działań Leków w Krakowie. Kwas acetylosalicylowy (aspiryna, polopiryna) i metamizol (pyralgina) to powszechnie stosowane leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe. Nie można ich jednak podawać pacjentom poniżej 12. roku życia, o czym informują załączone do preparatów ulotki. Okazuje się jednak, że nie zawsze zwracają na to uwagę lekarze, a często nie wiedzą też o tym rodzice i narażają dzieci na poważne powikłania. Działania niepożądane Specjaliści ostrzegają, że stosowanie aspiryny, polopiryny i pyralginy u dzieci, które nie ukończyły 12. roku życia, może wywołać ciężkie działania niepożądane i powikłania. - Najpoważniejszym, które może wystąpić po zastosowania u małego dziecka kwasu acetylosalicylowego, jest tzw. zespół Reye"a, który w ponad 90 proc. kończy się śmiercią - mówi dr Jarosław Woroń, współautor raportu z Zakładu Farmakologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Raport powstał na podstawie zebranych w przychodniach i szpitalach informacji o występowaniu działań niepożądanych po zastosowaniu niektórych leków. Używanie aspiryny lub polopiryny może wywołać również drgawki, obrzęk warg i języka, duszność i zaburzenia oddychania. - Nie wolno ich stosować u dzieci z infekcjami wirusowymi grypy i ospy wietrznej. Te choroby zwiększają ryzyko wystąpienia powikłań - ostrzega dr Woroń. I dodaje: - Niedopuszczalne jest również stosowanie pyralginy w zwalczaniu gorączki u dzieci. To lek dla dorosłych. U dzieci może wywołać więcej szkód niż pożytku. Najgroźniejszym powikłaniem, jakie może wystąpić u dziecka po zastosowaniu pyralginy, jest tzw. agranulocytoza. - Jest śmiertelna i może nastąpić po podaniu nawet minimalnej dawki leku - dodaje Woroń. Z przyzwyczajenia Jak to możliwe, że lekarze zapominają o tak groźnych powikłaniach? - Z przyzwyczajenia - odpowiada prof. Andrzej Radzikowski, mazowiecki konsultant ds. pediatrii. Profesor przyznaje, że sam kiedyś stosował te leki u małych pacjentów. - Dzisiaj podaje się bezpieczny dla dzieci paracetamol i ibuprofen. Jednak są to leki, którym medycyna nie ufała na początku i dlatego dzieciom podawano pyralginę. Teraz stosuje się ją w ostateczności, kiedy inne leki nie działają - dodaje profesor. Zdaniem lekarzy, szkodliwe leki częściej podają swoim dzieciom rodzice. - Uważają, że skoro na nich działają, to zadziałają też na dziecko. Swojej decyzji nie konsultują z lekarzem, a o ewentualnych powikłaniach nie wiedzą - przyznaje prof. Radzikowski. Zauważa jednak, że działania niepożądane zdarzają się na szczęście rzadko. Innego zdania jest dr Jarosław Woroń. - To zjawiska, które rzadko są zgłaszane. Lekarze je ukrywają, bo boją się konsekwencji - mówi. Rozmowa z dr Agatą Maciejczyk, kierownikiem Wydziału Monitorowania Niepożądanych Działań Leków, w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych" - Jak często występują działania niepożądane w wyniku nieracjonalnego stosowania leków? - Zebrane przez nas statystyki w żaden sposób nie oddają rzeczywistości. Mamy niespełna tysiąc zgłoszeń rocznie na około osiem tys. dostępnych na rynku leków. Nie oznacza to, że działania niepożądane i powikłania pojawiają się w Polsce rzadko. Jednak przedstawienie dokładnej statystyki jest po prostu niemożliwe. - Dlaczego? - Zdecydowana większość lekarzy w ogóle nie zgłasza takich przypadków. Nasze dane pochodzą z regionalnych centrów monitorowania niepożądanych działań leków, które najczęściej współpracują z przychodniami, gdzie są sumienni lekarze i dokonują zgłoszeń. Szkoda tylko, że jest ich tak niewielu, a przez to nasza statystyka okazuje się dość nieprecyzyjna. - A zatem brakuje też etyki zawodowej. - Niestety, muszę się z tym zgodzić. Ale powody są różne. Niektórym brakuje wiedzy, innym nie zależy i obojętnie traktują swoich pacjentów, a jeszcze inni ulegają naciskom i reklamom firm farmaceutycznych. ("Życie Warszawy") Odpowiedz Link
madziulec leczenie za granica 11.03.08, 12:58 Zamiast czekać półtora roku na operację, od której zależy twoje zdrowie a nawet życie, pomocy możesz szukać za granicą Europejski Trybunał Sprawiedliwości już niemal dwa lata temu orzekł, że państwowa służba zdrowia nie może uniemożliwiać swoim pacjentom korzystania z opieki medycznej w innym kraju unijnym, jeśli sama nie jest w stanie zapewnić leczenia "w niezbędnym czasie niepogarszającym stanu zdrowia pacjenta". A czas, w jakim należy wykonać świadczenie, powinien być określany indywidualnie dla każdego pacjenta. - Mimo swobody świadczenia usług szpitalnych NFZ rzadko wydaje zgodę na wykonanie operacji poza Polską. Jest to sytuacja niezgodna z prawem Unii - mówi dr Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia. O leczenie za granicą możemy ubiegać się w dwóch przypadkach: kiedy w Polsce nie wykonuje się danego świadczenia albo czas oczekiwania na jego wykonanie jest zbyt długi i wpłynie to na pogorszenie naszego stanu zdrowia. Czyli jak długo musimy czekać? Kilka dni temu Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał rację pacjentowi, któremu Fundusz odmówił sfinansowania pilnej operacji nogi (groziła mu amputacja) w Brukseli, uzasadniając to tym, że taki zabieg można wykonać w Polsce. Tyle tylko, że chory musiałby czekać na zabieg półtora roku. Poza tym Fundusz z wydaniem decyzji zwlekał aż sześć miesięcy. Pacjent stracił cierpliwość i sam zapłacił 5,5 tys. euro za zabieg w Belgii. - Samo wskazanie przez prezesa NFZ możliwości leczenia w Polsce to za mało. Powinien określić realny termin, w którym zabieg mógłby zostać wykonany w kraju. Czas oczekiwania nie może być niewiadomą - uzasadniał sąd. I co ważne, orzekł, że wniosek o leczenie za granicą nie może być rozpatrywany miesiącami. To, że na operacje i inne zabiegi czeka się w Polsce miesiącami, nie przekonuje jednak NFZ do tego, by zgadzać się na opłacenie leczenia poza krajem. - Koszty są kilkakrotnie wyższe niż w Polsce. Jeżeli istnieją możliwości wykonania zabiegu w kraju, to nie mam sensu kierować pacjenta za granicę - tłumaczy Andrzej Troszyński z NFZ. Skutek? Fundusz w 2006 r. wysłał na leczenie 11 osób, a w 2007 - 13, chociaż przyznać trzeba, że odmów nie było dużo więcej niż pozytywnych odpowiedzi. Najczęściej są to zabiegi okulistyczne, ortopedyczne oraz onkologiczne. Jednak od stycznia do Funduszu wpłynęło już 20 takich wniosków. I mimo tego, że czasami sam pacjent musi sfinansować część pobytu (np. opłaty za wyżywienie w szpitalu), lada dzień wniosków może być znacznie więcej. Dlaczego? - Orzeczenie sądu dało pacjentom nadzieje, jednak, żeby coś mogło się zmienić, a NFZ nie utrudniał nam dostępu do świadczeń, niezbędne jest opracowanie pozytywnego i negatywnego koszyka świadczeń medycznych oraz wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Wtedy będziemy wiedzieć, na co na pewno możemy liczyć w ramach podstawowej składki, a koszty droższych zabiegów będzie nam pokrywał prywatny ubezpieczyciel - ocenia Tomasz Szelągowski, prezes Federacji Pacjentów Polskich. Na razie nie wiadomo, jak NFZ zachowa się w związku z wyrokiem. Urzędnicy czekają na jego uzasadnienie i dopiero wtedy zdecydują, czy będą odwoływać się od niekorzystnego postanowienia. Na razie mówią tylko tyle: - Zadaniem pracowników NFZ jest ochrona polskiego systemu ochrony zdrowia, nie zaś inwestowanie w systemy innych państw - tłumaczy Andrzej Troszyński. Jak uzyskać zgodę na leczenie za granicą, czytaj w eMetro.pl O leczenie za granicą mogą ubiegać się osoby ubezpieczone w NFZ w przypadku, jeżeli dane świadczenie medyczne (chodzi tu o leczenie planowe, czyli np. operację) w ogóle nie jest wykonywane w Polsce lub gdy czas oczekiwania na nie jest zbyt długi, co może mieć wpływ na pogorszenie stanu zdrowia. Aby uzyskać taką zgodę należy wypełnić odpowiedni wniosek i złożyć go w NFZ: - I część wniosku wypełnia sam pacjent (drukowanymi literami). Wniosek opiniuje specjalista (mający kontrakt z NFZ) z tytułem profesora lub doktora habilitowanego właściwej dziedziny, który m.in. proponuje zakres leczenia i placówkę, w której powinno być one udzielone oraz określa czas, w jakim powinno być przeprowadzone leczenie. Termin jest ustalany na podstawie stanu zdrowia pacjenta, dotychczasowego przebiegu choroby i rokowania co do dalszego jej przebiegu. Część II wniosku należy dostarczyć także w języku urzędowym państwa, w którym ma odbyć się leczenie bądź w języku angielskim. Tłumaczenie musi być zrobione przez tłumacza przysięgłego. - Wypełniony wniosek przesyłamy z kopią dokumentacji medycznej w zakresie objętym wnioskiem do oddziału wojewódzkiego NFZ, który następnie przekaże go prezesowi NFZ i ten podejmie ostateczną decyzję. Jeżeli pacjentowi zależy na pokryciu kosztów transportu do miejsca leczenia lub zamieszkania w kraju, powinien złożyć stosowny wniosek do prezesa NFZ lub dyrektora oddziału wojewódzkiego Funduszu. Formularze wniosków można znaleźć w załącznikach do rozporządzenia Ministra Zdrowia z 27 grudnia 2007 r. w sprawie wniosku o leczenie lub badania diagnostyczne poza granicami kraju oraz pokrycie kosztów transportu. Rozporządzenie jest dostępne na stronie internetowej NFZ. ("Metro") Odpowiedz Link
madziulec Tylko jedna piąta dzieci ma dobry wzrok 13.03.08, 13:21 Około 80% dzieci w wieku szkolnym w Warszawie ma problemy ze wzrokiem - alarmują lekarze z klinicznego szpitala okulistycznego w Warszawie. W środę na konferencji prasowej w stołecznym Ratuszu przedstawiono wyniki badań, które lekarze przeprowadzili wśród uczniów klas II szkół podstawowych pod koniec 2007 r. Badaniami przeprowadzonymi w 27 szkołach na terenie Warszawy i okolic objęto ponad 1,5 tysiąca dzieci. Jak mówiła dyrektor miejskiego biura polityki zdrowotnej Elżbieta Wierzchowska, dzieci przechodziły najpierw badania wstępne w szkołach. Następnie te, u których wykryto nieprawidłowości, zapraszane były do szpitali na kontrolę. Większość dzieci, u których wykryto wadę wzroku, ma nadwzroczność (80 proc.), a co dziesiąte dziecko w tej grupie jest krótkowidzem. Ponadto u pozostałych 10 proc. dzieci stwierdzono inne wady, takie jak nieprawidłowe widzenie barw czy zez. Dr Alicja Krawczyk, jedna z osób prowadzących badania, podkreśliła, że u 1 proc. dzieci stwierdzono wadę "różnowzroczności z niedowidzeniem". Jak wyjaśniła, są to dzieci, które praktycznie widzą jednym okiem. "Mózg wybiera obraz oka, które dobrze widzi pomijając zamazany obraz z oka z nieskorygowaną wadą wzroku" - powiedziała Krawczyk. W sytuacji, kiedy dzieci coraz więcej czasu spędzają przed komputerem czy telewizorem, szczególnie ważną rolę odgrywają rodzice, którzy powinni pilnować, by najmłodsi nie siedzieli przed monitorem całe dnie. "Trzeba też skierować dziecko na badanie, by nie doprowadzić do pogłębienia się wad" - apelował do rodziców prof. dr hab. Jerzy Szaflik, dyrektor Klinicznego Szpitala Okulistycznego w Warszawie. W 2008 r. na programy zdrowotne skierowane zarówno do dzieci i młodzieży, jak i do dorosłych mieszkańców Warszawy urząd miasta przeznaczył ponad 28 mln zł.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec obniżenie ryzyka kamicy nerkowej 18.03.08, 09:52 Niektóre bakterie mogą obniżać ryzyko kamicy nerkowej Jeden z gatunków bakteri naturalnie występujący w ludzkim układzie pokarmowym może obniżać ryzyko kamicy nerkowej nawet o 70 proc. - wynika z amerykańskich badań. Informację na ten temat podaje pismo "Journal of the American Society of Nephrology". Chodzi o bakterie z gatunku Oxalobacter formigenes (O. formigenes) powszechnie występujące w układzie pokarmowym dorosłych ludzi. Ich zaletą jest to, że metabolizują szczawiany, jeden z podstawowych składników kamieni moczow Kamienie moczowe są nierozpuszczalnymi złogami, które powstają w wyniku krystalizowania się różnych składników moczu - prawidłowych lub patologicznych. Lokują się w nerkach, moczowodach lub pęcherzu. Do wytrącania się kamieni w moczu dochodzi wówczas, gdy jest on zbytnio zagęszczony i stężenie niektórych jego składników jest zbyt wysokie. Według naukowców, aż 80 proc. kamieni nerkowych jest zbudowanych z kryształków szczawianu wapnia, a obecność dużych stężeń szczawianów w moczu jest głównym czynnikiem ryzyka tworzenia się kamieni. Kamicę nerkową leczy się farmakologicznie, a w celu zapobiegania jej nawrotom stosuje się też zmiany w diecie - jak picie większej ilości płynów, unikanie pokarmów bogatych w szczawiany - szpinaku, szczawiu, buraków, kawy i herbaty. Kamienie, które ulokują się w moczowodzie muszą być szybko usunięte, by nie doszło do zablokowania przepływu moczu i uszkodzenia nerki. Najnowsze odkrycie naukowców z Uniwersytetu w Bostonie rodzi nadzieję na wykorzystanie bakterii O. formigenes jako probiotyków w prewencji kamicy nerkowej. Badacze zebrali dane w grupie 247 pacjentów z odnawiającymi się kamieniami moczowymi złożonymi ze szczawianu wapnia. Dla porównania przebadano też 259 zdrowych osób, dobranych pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania i stosowania antybiotyków. Liczebność O. formigenes w układzie pokarmowym pacjentów oceniano na podstawie analizy próbek kału. Zebrano informacje na temat ich diety. Zmierzono też poziom szczawianów wydalanych wraz z moczem w ciągu 24 godzin i sprawdzono inne czynniki ryzyka kamicy. Okazało się, że w grupie z kamicą nerkową O. formigenes występowały u 17 proc. osób, podczas gdy w grupie kontrolnej - u 38 proc. osób. "Zaobserwowaliśmy silną odwrotną zależność między kolonizacją organizmu pacjenta przez bakterie O. formigenes a ryzykiem nawracającej kamicy nerkowej, przy czym bakterie obniżały to ryzyko o 70 proc." - komentuje biorący udział w badaniach epidemiolog David Kaufman. Jego zdaniem, odkrycie to rodzi nadzieję na opracowanie nowych metod prewencji tego schorzenia. (PAP) Odpowiedz Link
madziulec bledy lekarskie - czy warto dochodzic racji 10.04.08, 19:31 expertia.pl/medicine/question/show/15453 Odpowiedz Link
madziulec za słodka i za tłusta 17.04.08, 07:20 Jest smaczna i kusząca, ale ma zdecydowanie za dużo tłuszczu i cukru. Mowa o produkowanej w Polsce czekoladzie. Inspektorzy badający jej jakość stwierdzili zgodnie: do smaku nie można się przyczepić, ale producenci za nic mają sobie normy zawartości cukru i tłuszczu. Wniosek? Czekolada ma więcej kalorii niż powinna - donosi "Dziennik". Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wzięła pod lupę czekoladę produkowaną w niemal połowie polskich zakładów. Z jednej strony sprawdzali to, na co każdy z nas zwraca uwagę - smak, zapach i wygląd. I tu nie było zastrzeżeń. Ale przyjrzeli się także składowi smakołyków. Okazało się, że jest na co narzekać. Producenci solidarnie naruszają wszelkie normy dotyczące zawartości cukru i tłuszczu. Czekolada jest za tłusta, za słodka i co za tym idzie - zbyt kaloryczna. Dlaczego tak się dzieje? Wytwórcy zastępują oryginalne składniki tańszymi, ale bardziej kalorycznymi odpowiednikami. Często też nie przestrzegają receptury.("Dziennik") Odpowiedz Link
madziulec homeopatia jest bezwartosciowa 17.04.08, 07:21 Naczelna Rada Lekarska negatywnie ocenia stosowanie homeopatii i pokrewnych nienaukowych metod przez niektórych lekarzy i lekarzy dentystów, a także organizowanie szkoleń w tych dziedzinach - napisano w oświadczeniu NRL. Homeopatia, metoda wprowadzona w XIX wieku przez Samuela Hahnemanna, polega - w uproszczeniu - na leczeniu chorób mikroskopijnymi dawkami silnie działających substancji, które w dużych dawkach wywołują objawy tychże chorób. Jej zwolennicy twierdzą, że im mniejsza dawka, tym większy efekt. Krytycy wskazują, że substancje czynne stosowane w środkach homeopatycznych bywają tak rozcieńczone, że ich stężenie wynosi "zero". NRL podkreśliła, że narasta liczba dowodów, iż homeopatię należy zaliczać do nienaukowych metod tzw. medycyny alternatywnej, która proponuje stosowanie bezwartościowych produktów o niezweryfikowanym naukowo działaniu. "Rada wyraża zaniepokojenie, że część lekarzy i lekarzy dentystów jak również niektóre organizacje lekarskie i uczelnie medyczne angażują się w popularyzację homeopatii i pokrewnych metod, służąc pomocą w organizacji szkoleń i działań mających na celu legitymizowanie oraz promocję homeopatii" - podkreślono w oświadczeniu. . Zdaniem NRL, te działania stoją w sprzeczności z Kodeksem Etyki Lekarskiej. Z badań przeprowadzonych przez TNS OBOP wynika, iż ponad połowa Polaków uważa, że homeopatia to dobra i skuteczna metoda leczenia. Najczęściej są to kobiety, dobrze wykształcone i mieszkające w dużych miastach. Jedna z teorii wyjaśniających działanie leków homeopatycznych mówi o tzw. potencjalizacji leku. Hahnemann zalecał, aby po każdym procesie rozcieńczenia, naczyniem "kilkakrotnie uderzyć w miękki materiał np. książkę". Wówczas tworzy się potencjał zdolny do oddziaływania na organizm. Źródłem działania leku miałaby być wtedy energia przechodząca z człowieka, który go przyrządza. Homeopaci klasyczni uważają, że lek homeopatyczny będzie działał tylko wtedy, jeśli przyrządza go człowiek. Zwolennicy homeopatii twierdzą, że lek jest naładowany promieniowaniem substancji i to promieniowanie oddziałuje dokładnie odwrotnie niż sama substancja. Hahnemann eksperymentował na sobie z mało znanym wówczas lekiem przeciwko malarii - chininą. W dużych dawkach chinina wykazywała działanie obniżające gorączkę, natomiast małe dawki leku - wywoływały ją. Na tej podstawie niemiecki uczony wywiódł zasadę odwracalności działania leku w zależności od jego stężenia. Dziś naukowcy przypuszczają, że reakcja organizmu Hahnemanna na małe dawki chininy mogła być efektem uczulenia. Niemiecki uczony twierdził, że im mniejsze stężenie leku, tym silniej działa on na organizm. Nie znana była jeszcze wówczas molekularna teoria materii i twórca homeopatii sądził, że substancje można rozcieńczać do nieskończoności. Dziś wiadomo, że przy kolejnych rozcieńczeniach dochodzi do tego, że w partii rozpuszczalnika, np. w wodzie, może nie zostać ani jednej cząsteczki rozpuszczanej substancji.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec jak przez dziurkę od klucza 25.04.08, 12:32 W Klinice Urologii Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie po raz pierwszy w Polsce metodą laparoskopową pobrano nerkę od żywego dawcy. Operację pod kierunkiem prof. dr hab. n. med. Andrzeja Sikorskiego przeprowadził dr Marcin Słojewski w szpitalu klinicznym na Pomorzanach. Nerkę pobrano od 55-letniej mieszkanki woj. zachodniopomorskiego. W szczecińskim Ośrodku Przeszczepu Nerek w szpitalu wojewódzkim zespół pod kierunkiem dr Tomasza Śluzara wszczepił narząd 28-letniej córce dawczyni. Nerka, jak mówią lekarze, bez problemu rozpoczęła pracę. Obie kobiety czują się dobrze. Nowatorski przeszczep ma tą zaletę, że jest mało inwazyjny. Zazwyczaj cięcie przy pobraniu nerki ma kilkadziesiąt centymetrów długości, w tym przypadku miało jedynie 5 cm, co wystarczyło by wyjąć nerkę, która swą wielkością przypomina pięść.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec foliowe ochraniacze przynoszą więcej szkody 07.05.08, 07:32 Szpital im. Sz. Starkiewicza w Dąbrowie Górniczej wycofał się właśnie z obowiązkowego noszenia przez odwiedzających specjalnego ochronnego obuwia. Chodzi o foliowe ochraniacze na buty, których większość ludzi używała niezgodnie z ich przeznaczeniem. - Większość po wizycie w szpitalu foliowe buty zwijała i chowała do torebki, czy do kieszeni po to, żeby mogły zostać użyte przy następnej wizycie. Takie zachowanie wynikało z oszczędności, bo za foliowe buty trzeba zapłacić złotówkę. Tymczasem razem z ochraniaczami na obuwie ze szpitala zabierano do domów również niebezpieczne drobnoustroje - tłumaczy Zbigniew Grzywnowicz, dyrektor dąbrowskiego szpitala. Tę opinie potwierdzają też inspektorzy sanepidu. Ich zdaniem foliowe ochraniacze na obuwie przynoszą więcej szkody niż pożytku. Wszystko dlatego, że są używane niezgodnie z ich przeznaczeniem. - Gdyby ochraniacze były używane tylko jeden raz, tak jak zalecają producenci, to nie byłoby żadnego niebezpieczeństwa, ale wiadomo, że tak nie jest. Ludzie odwiedzający w lecznicach swoich bliskich zazwyczaj używają ich wielokrotnie, narażając tym samym zdrowie swoje i swoich rodzin. Przecież to właśnie w szpitalach są różnego typu bakterie czy drobnoustroje, które zaburzają funkcjonowanie organizmu. Szpital to miejsce, gdzie z takimi sprawami się walczy. Moim zdaniem wszystkie szpitale powinny odejść od stosowania foliowych ochraniaczy. Bezpieczniej i higieniczniej byłoby po prostu częściej myć podłogi - podkreśla Janina Kruszakin z będzińskiego sanepidu. Obowiązek stosowania ochronnego obuwia na terenie konkretnej placówki to kwestia jej wewnętrznego regulaminu. W większości szpitali w regionie nakazuje on odwiedzającym noszenie obuwia ochronnego. Tak jest w lecznicach w Będzinie, Czeladzi, Sosnowcu czy w Jaworznie. Foliowe buty można tam za złotówkę kupić w specjalnych automatach. Dyrektorzy tłumaczą, że chodzi o utrzymanie czystości i higieny w ich placówkach. - Każdego dnia przechodzi tędy kilkaset osób. Gdyby nie ochraniacze na obuwie, to w szpitalu byłoby trudno utrzymać czystość. Jeśli chodzi o kwestie wynoszenia drobnoustrojów, to przecież podobne zagrożenie będzie wtedy, kiedy ktoś położy płaszcz na łóżku chorego, a potem pójdzie w nim do domu - przekonuje Jacek Kołacz, dyrektor Powiatowego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Będzinie. W katowickim Centralnym Szpitalu Klinicznym Śląskiego Uniwersytetu Medycznego z obuwia ochronnego zrezygnowano ponad pół roku temu. Powodem była obawa o przenoszenie drobnoustrojów. Jednak automaty z foliowym obuwiem nie zniknęły ze szpitalnych korytarzy. - Nie ma u nas obowiązku używania ochraniaczy na obuwie, ale jest zalecenie stosowania go na oddziałach anestezjologii, intensywnej terapii oraz neonatologii. Można tam dostać obuwie ochronne, ale jest ono dostępne za darmo - podkreśla Anna Tadla, rzeczniczka prasowa katowickiej lecznicy.("Polska") Odpowiedz Link
madziulec jednorazowy sprzęt wielorazowego uzytku 07.05.08, 07:34 Jak można podreperować finanse szpitali? Jedną z możliwości jest reprocesowanie wyrobów medycznych. Metoda kontrowersyjna i jak twierdzą niektórzy - niezgodna z polskim prawem. Reprocesowanie to nic innego, jak ponowne wykorzystywanie sprzętu medycznego, który teoretycznie jest jednorazowego użytku - wyjaśnia dyrektor warszawskiego szpitala im. prof. Witolda Orłowskiego i prezes Polskiego Towarzystwa Szpitalnictwa Jan Czeczot. Tak jest ze sterylizacją prostych narzędzi chirurgicznych. Po skończonej operacji są one czyszczone i mogą być ponownie użyte. Podobnie może być z bardziej skomplikowanymi urządzeniami jak np. cewniki używane w kardiologii. Po odpowiednim wyczyszczeniu i dostosowaniu mogłyby być używane wielokrotnie. Bardzo ważne jest jednak, żeby owo reprocesowanie odbywało się według ścisłych reguł. Nie może być tak, że na narzędziach pozostaną np. resztki tkanek. Reprocesowaniem musiałyby się zajmować wyspecjalizowane firmy. Dzisiaj niektóre szpitale stosują reprocesowanie - mówi były minister zdrowia, teraz poseł LiDu Marek Balicki. Jest to jednak nielegalne, przede wszystkim dlatego, że nie przestrzega się tam żadnych reguł czy przepisów, bo ich po prostu brakuje - dodaje Balicki. Po co komu reprocesowanie? Reprocesowanie przynosi ogromne korzyści - wyjaśnia Nikou Ghassemieh z EAMDR (europejskie stowarzyszenie na rzecz reprocesingu). W Europie już 8 krajów wprowadziło je do swoich systemów prawnych - tam szpitale stosują je z powodzeniem. To między innymi Niemcy, gdzie taką metodę stosuje większość działających szpitali. W sumie, do dnia dzisiejszego w państwach członkowskich EAMDR reprocesowanych zostało 6,5 miliona produktów medycznych. Według Ghassemieha - nie odnotowano żadnego przypadku, który zagrażałby bezpieczeństwu pacjenta. Wprowadzenie takich rozwiązań, to przede wszystkim oszczędności dla szpitala - dodaje Marek Balicki. Zazwyczaj urządzenia reprocesowane są o połowę tańsze niż nowe. Co więcej - w wielu krajach, gdzie zostało to wprowadzone okazało się, że producenci znacznie obniżali ceny swoich wyrobów. Często nawet tak bardzo, że reprocesowanie okazywało się nieopłacalne. Niemniej - producentów trzeba do tego zmusić, bo w chwili obecnej nie opłaca im się "schodzić z ceny". Problemy prawne Polskie prawo nie zezwala na wprowadzenie reprocesowania jako legalnej metody - zauważa Bożena Jakimiak, kierownik zakładu zwalczania skażeń biologicznych w Państwowych Zakładzie Higieny. Ustawa mówi wyraźnie: wyrób medyczny wprowadzony do obrotu powinien być [...] używany zgodnie z przewidzianym przez wytwórcę zastosowaniem. Na większości produktów, które można by reprocesować jest napisane: wyrób jednorazowego użytku. Dlatego jego ponowne używanie jest niezgodne z prawem. Jakimiak zaznacza jednocześnie, że jej zakład wielokrotnie zajmował się reprocesingiem. Pod względem merytorycznym jest to bardzo dobra metoda. Przynosi same korzyści - jest tania i bezpieczna. Niemniej dopóki nie zmieni się prawo, nie będzie możliwa do stosowania. Do tego czasu też będzie prowadziła reprocesing na własną rękę - to znaczy bez odpowiednich procedur. To jest zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów.("Gazeta Wyborcza") Odpowiedz Link
madziulec w szpitalach lamane sa prawa pacjentow 07.05.08, 07:36 Łamanie praw pacjentów w szpitalach psychiatrycznych, niedofinansowanie, a co za tym idzie, zły stan techniczny placówek; długi czas oczekiwania na przyjęcie na oddział - to podstawowe problemy w funkcjonowaniu opieki psychiatrycznej, wskazane przez Najwyższą Izbę Kontroli. NIK przeprowadziła kontrolę w 24 zakładach opieki psychiatrycznej (16 szpitalach i 8 poradniach), a także w Instytucie Psychiatrii i Neurologii oraz resorcie zdrowia. Kontrola objęła lata 2005, 2006 i pierwsze półrocze roku 2007. Na wtorkowej konferencji prasowej w Warszawie zaprezentowano jej wyniki. Wiceprezes NIK Jacek Kościelniak zwrócił uwagę, że w Polsce wciąż nie ma systemu kompleksowej opieki nad chorymi z zaburzeniami psychicznymi. Projekt nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, który ma umożliwić opracowanie i wdrożenie Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, został przyjęty przez Radę Ministrów w październiku zeszłego roku, w listopadzie - przekazany do Sejmu, jednak wciąż jeszcze nie trafił pod obrady. Dyrektor wrocławskiej delegatury NIK, która przeprowadziła kontrolę, Andrzej Myrta wskazał na konieczność zastępowania stacjonarnej opieki zdrowotnej, modelem środowiskowym, w którym leczenie odbywa się w środowisku pacjenta, w formie opieki pozaszpitalnej (poradnie, oddziały dzienne, hostele, mieszkania chronione). Takie są, jak podkreśla NIK, zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). - Trzeba odwrócić pole widzenia: jeśli nie stać nas na leczenie chorych w szpitalach, zamieńmy je na opiekę w środowisku chorego - przekonywał Myrta. Kościelniak podkreślił, że choć w 2006 roku, na wniosek NIK wprowadzono wymóg, by przy każdym szpitalu psychiatrycznym działał rzecznik praw pacjenta, obecnie taki urząd funkcjonuje jedynie w 26 proc. placówek. - Nasza kontrola pokazała, że jest on bardzo potrzebny. Występują liczne uchybienia w prowadzeniu dokumentacji, nie są respektowane procedury postępowania z chorymi, łamane są ich prawa, szczególnie w zakresie stosowania przymusu bezpośredniego - mówił Kościelniak. Jak wynika z kontroli, niewłaściwe są również warunki leczenia. Stan techniczny szpitali jest często bardzo zły - odpadają tynki, jest grzyb, od lat brakuje pieniędzy na remonty. Nie udaje się przestrzegać standardów realizowania świadczeń, sale są przepełnione, brakuje łazienek. Problemy są także z dostępnością do świadczeń, szczególnie jeśli chodzi o przyjęcia na oddziały leczenia dziennego, dzieci i młodzieży, psychiatrii sądowej oraz zakładów opiekuńczo- leczniczych. Przyczyny takiego stanu rzeczy to brak miejsc, niedobór personelu a także długość leczenia, często, w przypadku przewlekle chorych, powyżej roku. W skrajnym przypadku okres oczekiwania na przyjęcie wyniósł 330 dni, natomiast na umieszczenie w domach pomocy społecznej czy innych placówkach "nieszpitalnych" czeka się nawet 6 lat. - Rząd musi wreszcie zacząć poważnie traktować tę dziedzinę medycyny i podjąć stanowcze działania, by przede wszystkim zwiększyć nakłady finansowe na leczenie psychiatryczne - mówił Myrta. Podkreślił, że trzeba też położyć nacisk na profilaktykę i naprawdę realizować założenia zawarte w programach.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec pacjentom stacji dializ z Suwalk grozi smierc 07.05.08, 07:38 Pacjentom Stacji Dializ w Suwałkach grozi śmierć - podała TVN24. Okazuje się, że tamtejsza stacja dializ może być zamknięta ze względu na brak lekarzy. We wtorek w suwalskiej stacji dializ od godziny 7.30 nie będzie ani jednego lekarza. Tym samym z placówki zostanie wypisanych 27 pacjentów. Do tej pory jedynymi pracującymi były ordynatorka i jej ciężarna asystentka, ale nie są w stanie dalej same opiekować się chorymi. Stacja dializ w Suwałkach przynajmniej trzy razy w tygodniu przyjmuje około 90 pacjentów. Według procedur na 15 dializowanych powinien przypadać jeden lekarz. Do tej pory na suwalskim oddziale dializ pracowało sześciu specjalistów. Jednak od pewnego czasu pacjentami zajmuje się tylko ordynatorka i jej asystentka. Kobiety podkreślają, że są fizycznie wyczerpane. Reszta lekarzy nie przyjęła propozycji płacowych dyrekcji. - Chorym grozi śmierć - ostrzega dr Justyna Matulewicz-Gilewicz, ordynator stacji dializ. - Nie możemy ich umieścić w innych placówkach, bo już kiedyś była taka sytuacja i znalazłam miejsce jedynie dla 14 osób - dodaje. Najbliższymi placówkami, do których mogliby trafić chorzy są stacje w oddalonym o 70 km Ełku i o 120 km Białymstoku. O swoje życie obawiają się również pacjenci. - Dla nas to oznacza śmierć, bo nie ma szans żeby pojechać na dodatkowe dializy. Jeśli ten oddział zginie, to my zginiemy razem z nim - denerwuje się jeden z dializowanych. (TVN24) Odpowiedz Link
madziulec antybiotykoterapia - skutecznosc i efekty uboczne 08.05.08, 15:12 Wkrótce minie 80 lat od odkrycia przez Aleksandra Fleminga pierwszego antybiotyku - penicyliny. Z tej okazji naukowcy z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego przypominają, że obserwowane w dzisiejszych czasach nadużywanie antybiotyków i, co za tym idzie, spadek skuteczności antybiotykoterapii mogą budzić niepokój. Współczesne antybiotyki to ogromna grupa leków, obejmująca związki o różnej budowie chemicznej i odmiennym spektrum działania. Według danych epidemiologicznych są to jedne z najczęściej stosowanych medykamentów. "W Polsce, na każde 1000 osób 25 łyka je codziennie, a wraz z nastaniem aury jesienno-zimowej ich sprzedaż wzrasta nawet czterokrotnie" - zwraca uwagę Grażyna Dziekan, lekarz chorób wewnętrznych. Zespół naukowców z Collegium Medicum UJ przeprowadził badania dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa antybiotykoterapii w pediatrii. Dr Jarosław Woroń, dr Dorota Starzyk-Rałowska, dr Krzysztof Bieroń z Zakładu Farmakologii Kliniczne oraz Grzegorz Porębski z Zakładu Alergologii Klinicznej i Środowiskowej CM UJ dokonali analizy 70 przypadków, w których antybiotykoterapia była nieskuteczna lub konieczne było odstawienie leków na skutek wystąpienia działań niepożądanych. Według naukowców, podczas stosowania antybiotyków w leczeniu dzieci można zaobserwować pewne nieprawidłowości. "Do najczęstszych z nich możemy zaliczyć: niewłaściwy dobór antybiotyku, który powoduje, że nie jest on skuteczny w konkretnym przypadku klinicznym, stosowanie antybiotyków w zbyt niskich dawkach, stosowanie antybiotyków w populacjach pacjentów, w których są one przeciwwskazane oraz brak uwzględnienia wcześniej występujących działań niepożądanych i odczynów alergicznych, jakie wystąpiły podczas antybiotykoterapii - mówią naukowcy. - Nie zawsze pamięta się także o fakcie, że stosowanie antybiotyków bez równoczesnego podawania probiotyków zwiększa ryzyko występowania działań niepożądanych ze strony przewodu pokarmowego". Badacze stwierdzili też, że w wyniku nieracjonalnego stosowania leków może dochodzić do wzrostu częstotliwości występowania polekowych efektów ubocznych, stanowiących zagrożenie dla zdrowia i życia dzieci. W badaniach przeprowadzonych przez naukowców z Akademii Medycznej w Białymstoku oszacowano natomiast sposób stosowania antybiotyków w ciągu ostatnich lat w Klinikach białostockiej AM. Stwierdzono, że zużycie antybiotyków w kolejnych latach praktycznie się nie zmniejszyło. Jednocześnie odnotowano wyraźne zróżnicowanie ilości stosowanych antybiotyków w zależności od specyfiki oddziałów szpitalnych. Najwięcej antybiotyków stosowano w Oddziale Intensywnej Terapii, Chirurgii i Onkologii Dziecięcej. Według badaczy, uzyskane wyniki są przesłanką do pogłębienia badań nad opornością bakterii izolowanych od osób hospitalizowanych.Jak twierdzą, tylko wprowadzenie bardziej restrykcyjnej polityki lekowej może przyczynić się do poprawienia skuteczności antybiotykoterapii i zmniejszenia powodowanych przez nią efektów ubocznych.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec Najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki 20.05.08, 09:41 Najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki urologiczne Korupcyjny mechanizm wyłudzeń pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia - to ustalenie ze wstępnej wersji raportu Julii Pitery, minister ds. wdrażania procedur antykorupcyjnych. Jak dowiedział się "Dziennik", najczęściej wyłudzane są pieniądze za leki urologiczne. Raport powstaje w reakcji na publikację "Dziennika" z lutego br. o procederze wyłudzania pieniędzy od NFZ. Mechanizm był prosty: apteka współpracuje z lekarzem, który wypisuje fałszywe recepty na drogie leki. Ta zgłasza sprzedaż leków do NFZ i uzyskuje zwrot kwoty refundacji. Potem właściciel dzieli się uzyskaną sumą z lekarzem. Z naszych informacji wynika, że pacjenci nie mieli pojęcia, że ktoś, wykorzystując ich numer PESEL i ich dane, wykupował jakiekolwiek leki. Mechanizm wykrył były dyrektor mazowieckiego NFZ dr Andrzej Jacyna. Uwagę jego kontrolerów przykuły apteki, które sprzedawały ogromne liczby drogich leków refundowanych. Potem okazało się, że większość transakcji była fikcyjna. Prawdziwe były tylko pieniądze, jakie NFZ oddawał aptekom. Jeden z aptekarzy potrafił wyłudzić w ten sposób nawet 700 tys. zł. Informacje te potwierdziła minister Pitera, która zbadała zjawisko nie tylko na Mazowszu, ale też w całym kraju. Według wstępnej wersji jej raportu, korupcyjne powiązania najczęściej łączyły właścicieli aptek ze specjalistami urologii. To leki na raka prostaty - lucrin depot i diphereline SR - wyłudzano najczęściej. Dlaczego akurat one? Na jednym opakowaniu tego drogiego leku aptekarz mógł zarobić nawet 1000 złotych. Do tej pory dokładnie sprawdzono cztery województwa. Wiadomo już, że poza mazowieckim, pieniądze na pewno wyłudzano w warmińsko-mazurskim, pomorskim i podkarpackim. Wykryte przypadki pozwalają wstępnie stwierdzić, jaka jest skala wyłudzeń. Lekarze tylko w dwóch przychodniach, w ciągu trzech lat wystawili recepty na lucrin depot na łączną sumę niemal pół miliona złotych. "Stosowanie tego mechanizmu mogło nas kosztować w skali kraju kilkadziesiąt milionów złotych. Najgorsze jest jednak to, że z wykrywaniem tych przestępstw nie radzi sobie policja i prokuratura" - mówi "Dziennikowi" minister Pitera. Przyznaje, że choć prace nad raportem zaczęły się w marcu, zakończą się dopiero w połowie maja. Skąd opóźnienie? Okazuje się, że regionalne oddziały NFZ mają problemy z oszacowaniem tego procederu. Nikt dotychczas nie przyglądał się temu zjawisku jako całości. Minister Pitera chce to zmienić i doprowadzić do powstania odpowiednich procedur kontrolnych w NFZ i śledczych w wymiarze sprawiedliwości.("Dziennik") Odpowiedz Link
madziulec nowy szpital dla dzieci w Warszawie 29.05.08, 19:12 Nowoczesny szpital pediatryczny wielkością dorówna Centrum Zdrowia Dziecka. Za 7 lat stanie przy ul. Banacha na Ochocie. W Warszawie ostatnią publiczną lecznicę wybudowano 30 lat temu. Projekt budowy szpitala zaakceptowało już Ministerstwo Zdrowia, a środki na inwestycję zostały zagwarantowane w budżecie państwa - mówi Jacek Łazowski, zastępca kanclerza Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Lecznica powstanie w campusie Uniwersytetu Medycznego przy ul. Trojdena. Władze uczelni wybrały już miejsce - tuż obok szpitala przy ul. Banacha. Grunt należy do WUM. Inwestycja za pół miliarda Uniwersytet wstępnie szacuje, że budowa i wyposażenie szpitala pochłoną co najmniej 530 mln zł. Prace mają rozpocząć się na przełomie lat 2009 i 2010. Mogą potrwać nawet pięć lat. Zakończą w 2015 r. Inwestycja jest porównywalna wielkością z Centrum Zdrowia Dziecka. W Międzylesiu jest ok. 570 miejsc, a w nowym szpitalu będzie ich ok. 530. Znajdzie tu miejsce 15 klinik. Najwięcej łóżek - po ok. 50 - ma być na kardiologii oraz hematologii i onkologii. Oprócz nich będzie tam m.in. oddział otolaryngologii, chirurgii urazowej czy diabetologii. Nowością w placówce pediatrycznej będzie klinika położnictwa i ginekologii oraz klinika neonatologii z 65 miejscami. Uczelnia planuje także uruchomienie na Banacha oddziału ratunkowego dla dzieci. Byłby to pierwszy SOR pediatryczny po lewej stronie Wisły i drugi na Mazowszu. Obecnie oddział taki istnieje tylko w placówce przy ul. Niekłańskiej na Pradze. Z informacji przekazanych przez uczelnię wynika, że planowany tam jest także oddział intensywnej terapii dla noworodków oraz hotel dla rodziców. Czy potrzebny taki gigant? Do nowego budynku przeprowadzą się lecznica pediatryczna z ul. Litewskiej oraz jej filia z ul. Działdowskiej. Łącznie, w 11 klinikach jest tam teraz 360 miejsc. - W stolicy od lat mówi się o potrzebie budowy szpitala pediatrycznego - zaznacza p.o. dyrektor lecznicy przy ul. Litewskiej Robert Krawczyk. - Modernizacja dwóch naszych budynków, tak by dostosować je do wymagań resortu zdrowia, jest wręcz niewykonalna - dodaje. W zwolnionych obiektach mają powstać sale dydaktyczne dla studentów medycyny. Władze uczelni chcą, aby lecznica była połączona łącznikami ze szpitalem przy ul. Banacha. - To umożliwi nam korzystanie z nowoczesnego sprzętu, który znajduje się w szpitalu przy Banacha - wyjaśnia Jacek Łazowski. Niedługo znajdzie się tam m.in. rezonans magnetyczny i tomograf PET (do wykrywania komórek rakowych). Czy budowa szpitala molocha nie jest sprzeczna z tendencją w Europie ? - Nie, jeśli do nowej lecznicy przenosi się dwie już działające placówki - uważa Jerzy Bodzioch, prezes zarządu Grupy 3J, która specjalizuje się w budowie szpitali. - W innych krajach też realizowane są tak duże inwestycje. Trzy lata temu w Szwecji wybudowano szpital, który powstał na miejsce dwóch mniejszych lecznic. Tamtejsze władze doszły do wniosku, że utrzymanie małych placówek jest nieopłacalne - opowiada. Natomiast Andrzej Kozłowski, przedstawiciel firmy Arup, która nadzoruje budowę lecznicy Medicover, dodaje: - Szpitale kliniczne spełniają inne funkcje niż miejskie. Tam się nie tylko leczy, ale i kształci studentów. ("Życie Warszawy") Odpowiedz Link
madziulec czy dzieci powinny grac w gry komputerowe? 29.05.08, 19:13 Czy małe dzieci powinny grać w gry komputerowe? Tak, pod warunkiem że jest to zabawa dostosowana do ich wieku i zawiera elementy edukacji. Specjaliści zastanawiają się, gdzie powinna się znajdować dolna granica wieku graczy - czytamy na łamach "Życia Warszawy". Małe dziecko bawiące się grą komputerową - w powszechnym przekonaniu to nawet gorsze niż pozostawienie malucha samego na kilka godzin przed telewizorem. Czy rzeczywiście? Niektórzy psycholodzy są zdania, że nie ma nic złego w graniu na komputerze nawet przez bardzo małe dzieci. Pod jednym warunkiem: gry, z których korzystają, muszą być przeznaczone dla ich grupy wiekowej. - Obecnie jest coraz więcej gier edukacyjnych tworzonych z myślą o stymulowaniu rozwoju i wyrównywaniu szans dzieci ze specyficznymi problemami - mówi psycholog Katarzyna Majgier. Na rynek wchodzi właśnie zestaw nowatorskich gier komputerowych przeznaczonych dla maluchów. Są wśród nich skierowane już do dwuletnich dzieci gry z serii "Mały Adibu" oraz "Kubusiowe przedszkole" czy "Gdzie jest Nemo", w które może zagrać trzylatek. Wszystkie te pozycje noszą miano programów edukacyjnych. Aby na nie zasłużyć, ich poziom musi być dostosowany do dość jeszcze ograniczonych możliwości małego dziecka. Gra taka ma za zadanie po prostu pomóc mu odkrywać świat. A więc np. w "Małym Adibu" dziecko poznaje kolory, kształty i cyfry, uczy się orientować w przestrzeni. Podobnie wygląda nauka w pozostałych grach, które pomagają ćwiczyć percepcję, pamięć wzrokową i koordynację wzrokowo-ruchową. Programy edukacyjne mogą też pomóc w rozwijaniu umiejętności językowych, a nawet posłużyć jako pomoc logopedyczna. - Zanim ambitni rodzice posadzą dziecię przed komputerem z grą edukacyjną, powinni odpowiedzieć sobie na dwa pytania: czy ta gra na pewno jest dostosowana do poziomu rozwoju ich dziecka oraz czy nabyło już ono dostatecznych umiejętności, aby korzystać z tej gry i w ogóle z komputera - radzi Katarzyna Majgier. Najwięcej zastrzeżeń budzi jednak bardzo młody wiek gracza. - Dzieci w wieku poprzedzającym przedszkole powinny mieć kontakt z żywymi ludźmi, a nie z wirtualnym światem - uważa prof. Andrzej Rajewski, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży UM w Poznaniu. - Do trzeciego roku życia dziecko rozwija się przede wszystkim pod względem emocjonalnym i uczy się świata poprzez naśladowanie starszych. Prof. Rajewski uważa, że dzieci w wieku przedszkolnym można warunkowo dopuścić do komputera na kilkanaście minut dziennie pod ścisłą kontrolą rodziców, a szerszy kontakt z grami powinien nastąpić nie wcześniej niż w piątym - szóstym roku życia. Programy mogą pomóc w nauce mówienia Agnieszka Borowiec, logopeda, terapeuta głosu - Po czym poznać, że małe dziecko ma kłopoty językowe? - Agnieszka Borowiec: Trzeba zwrócić baczną uwagę na malucha, który w wieku powyżej dwóch lat wydaje wyłącznie pojedyncze, nieartykułowane dźwięki. To czas, kiedy powinien wymawiać sylaby i proste słowa. Logopedzi przyjmują, że trzyletnie dziecko powinno już mówić. To ważne, bo wraz ze zdolnością mówienia rozwija się u ludzi umiejętność myślenia. - U dzieci w jakim wieku można zacząć wykorzystywać komputerowe programy logopedyczne? - Pomoc komputera można wprowadzić w wieku pięciu lat, kiedy dziecko zaczyna współpracować, ponieważ ćwiczenia logopedyczne wymagają m.in. świadomych powtórzeń. - Jakiego typu programów edukacyjnych używa pani jako pomocy w nauce mówienia? - Nie wykorzystuję całych programów tylko niektóre wybrane ich elementy. Najbardziej cenię oprogramowanie przeznaczone dla dzieci z niedosłuchem, które wizualnie pokazuje na ekranie operacje głosowe: oddech, szumy i zwarcia towarzyszące głoskom. To stabilizuje oddech i uczy dzieci wydobywania dźwięku. Ważne, aby doboru programów dokonywał specjalista, ponieważ gry te wymagają bardzo dokładnego określenia np. liczby powtórzeń danego zadania i czasu spędzonego przed komputerem. Oprócz tego istotne jest rozwijanie u dziecka umiejętności myślenia, kojarzenia faktów, co jest również ściśle związane z nauką mówienia. Z tego punktu widzenia wartościowe będą te programy, które związane są z rozpoznawaniem kształtów czy kolorów i uczą dziecko koncentracji oraz sprawnego myślenia.("Życie Warszawy") Odpowiedz Link
madziulec 60% polskich dzieci nie ma dostępu do pediatry 05.06.08, 21:09 Nasze dzieci są w niebezpieczeństwie! - alarmuje rzecznik praw obywatelskich, który wczoraj przedstawił obszerny raport na temat zdrowia najmłodszych Polaków. Wnioski z jego lektury są zatrważające - spora część dzieci nie ma dostępu do lekarza, a szkoła, zamiast być przyjazna i bezpieczna, jest często miejscem tragicznych w skutkach wypadków - pisze "Dziennik". "Polskie dzieci w XXI wiek weszły właściwie bezbronne. Szwankuje system opieki zdrowotnej, a wielu regionach kraju nie działa również opieka społeczna" - mówi "Dziennikowi" jeden z autorów raportu Janusz Szymborski z biura RPO. Stąd jego zdaniem powtarzające się doniesienia o wykrytych zbyt późno przypadkach maltretowania najmłodszych, zaginięć czy wypadków w drodze do szkoły. "A to wszystko jedynie wierzchołek góry lodowej" - twierdzi Szymborski. Skąd wzięły się tak ponure wnioski? Z danych Głównego Urzędu Statystycznego z ostatnich kilku lat. Autorzy raportu przygotowanego na zlecenie RPO przejrzeli informacje GUS i wyłowili z nich wszystko to, co dotyczyło kondycji najmłodszych Polaków. W ten sposób wykryli, że problemy zaczynają się, nawet jeszcze zanim dziecko się urodzi. W szpitalach dramatycznie brakuje bowiem miejsc na oddziałach położniczych. "W samej Warszawie w tym roku półtora tysiąca rodzących kobiet zostanie odesłanych z kwitkiem i będzie musiało szukać miejsca na innej porodówce. W innych miastach jest podobnie" - tłumaczy Janusz Szymborski. A potem jest jeszcze gorzej. Z danych GUS wynika m.in., że w 2006 roku zmarło w Polsce 2200 noworodków. Prawie połowę z nich można by uratować, gdyby nie to, że szwankuje opieka nad kobietami w ciąży. Brakuje też sprzętu medycznego, a na dodatek w szpitalach stosowane są nielegalne opłaty za świadczenia związane z opieką nad ciężarną i niemowlęciem. Oddziały pediatryczne to zresztą kolejny problem - zdaniem autorów raportu są one straszliwie niedofinansowane, brakuje w nich łóżek, a stan sanitarny pozostawia wiele do życzenia. Stąd częste przypadki zakażeń i sepsy u najmłodszych pacjentów. Paradoksalnie polskie dzieci nie są bezpieczne nawet w szkołach. Tylko w roku szkolnym 2003-2004 w wypadkach na terenie szkoły zginęło 88 dzieci. A ponad 1200 doznało bardzo ciężkich urazów. Te tragiczne dane zna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i właśnie dlatego już 2 lata temu rozpoczęła w podstawówkach naukę pierwszej pomocy. "Dotarliśmy do ponad 6 tys. placówek Za dwa lata nasze kursy powinno ukończyć ponad półtora miliona dzieci" - mówi szef WOŚP Jerzy Owsiak. Jego inicjatywę gorąco popiera Marta Malinowska-Cieślik, krajowa koordynatorka planowania działań na rzecz bezpieczeństwa dzieci. Zastrzega jednak, że nauka pierwszej pomocy powinna być częścią obowiązkowej edukacji każdego polskiego ucznia. "Tak jest np. w Holandii i Skandynawii" - tłumaczy. Autor raportu o stanie zdrowia dzieci stawia twardą diagnozę. "Problem polega na tym, że dla dzieci mamy w Polsce deklaracje miłości, za którymi nie idą czyny. Nikt nie pomyślał, by skoordynować działania mające na celu ich ochronę" - tłumaczy Janusz Szymborski. I dodaje, że opieką należałoby obejmować już kobiety w ciąży. Bo wtedy można by wykryć, czy matka nie pochodzi ze środowiska patologicznego i zawczasu zaalarmować pomoc społeczną czy policję. Problemy polskich dzieci: 98 proc. dzieci nie korzysta ze żłobków 34 proc. dzieci nie chodzi do przedszkoli 42 proc. dzieci w Polsce przewlekle choruje 60 proc. dzieci nie ma dostępu do pediatry 22 proc. dziewczynek w wieku 15 - 19 lat cierpi na niedowagę 47 proc. chłopców w wieku 15 - 19 lat pije alkohol 44 proc. dziewczynek w wieku 15 - 19 lat pije alkohol 1.248 uczniów w ciągu roku doznało bardzo ciężkich urazów w szkole 88 uczniów w ciągu roku zginęło w wypadkach, do których doszło w szkole 300 dzieci w wieku od 8 - 19 lat co roku popełnia samobójstwo Odpowiedz Link
madziulec woda nie tylko z babelkami 24.06.08, 07:37 Wody butelkowe zawierają rad i uran - wynika z badań "Świata Konsumenta". Eksperci przekonują jednak, że nie ma powodów do niepokoju. Miesięcznik "Świat Konsumenta" zlecił przebadanie 13 wód źródlanych i mineralnych, które można kupić w polskich sklepach, m.in. Staropolankę, Dobrawę, Kryniczankę, Muszyniankę Plus, Cisowiankę i Jurajską. Zbadano je na zawartość dwóch izotopów radu: 226 i 228 (najbardziej rozpowszechnione i najbardziej radiotoksyczne) oraz uranu. We wszystkich wodach stwierdzono występowanie tych pierwiastków. Czy to jest groźne? - Zagrożenie nie wynika jednak z tego, że pierwiastki w wodzie się znajdują - tłumaczy Piotr Koluch, redaktor naczelny miesięcznika "Świat Konsumenta". - Rad i uran występują m.in. w chlebie czy ziemniakach. Problem jednak w tym, że pijąc zbyt dużo wody, możemy przekroczyć dawkę bezpieczną dla zdrowia. Przekonuje, że rad magazynuje się w naszym organizmie, głównie w kościach. Skutki uboczne mogą być widoczne dopiero po wielu latach. Osoba, która przedawkowała rad, może mieć raka kości albo nowotwór głowy. Uran natomiast jako radioaktywny metal ciężki może doprowadzić do raka lub uszkodzić nerki. Najwyższy poziom izotopu radu 226 wykryto w wodzie Staropolanka 2000 - 0,616 bekereli na litr [Bq/l] (w Dobrawie - 0.089 +/-0.063, w Kryniczance 0.040+/-0.007). - Przyjmując, że dziennie pijemy 1,5 l Staropolanki, w ciągu roku przekraczamy dozwoloną dawkę o 30 procent - ostrzega Koluch. Co mówią badania? Ostrożniej do sprawy podchodzi Antoni Mielnikow z Głównego Instytutu Górnictwa, który przeprowadził badania. - Nie wpadajmy niepotrzebnie w panikę. Nie sądzę, by przy tej ilości wody, którą pije statystyczny Polak, mogło występować jakieś zagrożenie - uspokaja. - Oczywiście nie możemy wykluczyć, że są osoby, które piją więcej niż zalecaną ilość. Ale i wówczas nie mamy pewności, czy mimo przekroczonej dawki coś im grozi. Różne organizmy reagują przecież inaczej. Zdaniem prof. Jerzego Wiktora Niewodniczańskiego, prezesa Państwowej Agencji Atomistyki, żeby zatruć się którymś z radioaktywnych pierwiastków, trzeba byłoby je przyjmować w miligramach. - A w wodzie występują one w nanogramach, czyli jednostce dużo mniejszej - mówi prof. Niewodziczański. Podkreśla, że wielu lekarzy zaleca nawet picie i kąpiele w radoczynnych wodach. - Takie wody występują m.in. w Sudetach. Stosuje się je do inhalacji, kąpieli i do picia - tłumaczy profesor. Ostrzeżenia na etykietach Argumenty te nie przekonują jednak naczelnego "Świata Konsumenta", który uważa, że na etykietach butelek powinny znaleźć się stosowne oznaczenia o występowaniu w wodzie pierwiastków promieniotwórczych.- Konsumenci powinni wiedzieć, których wód nie powinno się pić w ilości większej niż np. litr czy pół litra - mówi Piotr Koluch. Jego zdaniem, takie ostrzeżenia byłyby szczególnie ważne w przypadku małych dzieci i niemowląt, dla których rodzice przyrządzają posiłki na bazie wody butelkowej. Innego zdania jest prezes Państwowej Agencji Atomistyki. - Taka informacja nic by nie powiedziała zwykłemu laikowi, a tylko niepotrzebnie wprowadzałaby niepokój - przekonuje prof. Niewodniczański. Dodaje, że na etykietach nie ma też informacji np. o występowaniu żelaza. - Ponieważ w wodzie mineralnej występuje w śladowych ilościach, które również nam nie zagrażają - dodaje. ("Życie Warszawy") Odpowiedz Link
madziulec płacenie za pobyt przy dziecku 10.07.08, 20:21 Matki noworodków, które z powodu choroby dzieci muszą pozostać w szpitalu dłużej, prawdopodobnie będą musiały płacić za swój pobyt. Od 1 lipca zmieniły się przepisy i sposób płacenia za świadczenia przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Dotychczas za każdy dzień pobytu kobiety w szpitalu NFZ płacił 70 zł. Teraz nie da ani złotówki. Agnieszka Sielicka z Sobótki pod Wrocławiem od dwóch tygodni leży z synkiem w szpitalu na wrocławskim Brochowie. Bartek jest wcześniakiem. Cały czas jest na oddziale, bo miał zapalenie płuc, a potem kłopoty z jelitami. Maluch jest karmiony piersią. Nie może zostać bez matki. - Ale w czwartek powiedziano mi, że nie mogę dłużej być w szpitalu, bo NFZ nie zapłaci już za mój pobyt - opowiada pani Agnieszka. W podobnej sytuacji jest Ewelina Iwanicka z Milicza. Jej synek Wojtuś też jest wcześniakiem, który wymagał dłuższego leczenia. Matka i tak zapłaci Gdy młode matki usłyszały, że muszą opuścić szpital, rozpłakały się. Potem napisały podanie do dyrektora z prośbą o zmianę decyzji. - Jeśli trzeba będzie zapłacimy, żeby tylko móc zostać przy dziecku. Jedzenie i tak mamy swoje - deklarują kobiety. Janusz Wróbel, dyrektor Specjalistycznego Szpitala im. Falkiewicza na Brochowie rozkłada ręce. - Nie mam sumienia pobierać opłat, zresztą dlaczego panie mają płacić, skoro są ubezpieczone - podkreśla. Napisał pismo do centrali NFZ i Ministerstwa Zdrowia. Czeka na odpowiedź. Problemy zrodziły się, gdy z katalogu świadczeń, za które dotąd płacił NFZ skreślono tzw. doby laktacyjne, które obejmowały pobyt w szpitalu matek chorych noworodków. W kropce są też dyrektorzy innych dolnośląskich szpitali. - Na razie wszystko odbywa się po staremu. Czy NFZ zapłaci nam za pobyt matek, będziemy się martwić później - wzdycha Alicja Daleczko, dyrektor Szpitala Ginekologiczno -Położniczego w Wałbrzychu. Szpital w Legnicy wziął obciążenia za pobyt matek na siebie. Ale w jeleniogórskim szpitalu karmiące matki z chorymi dziećmi już teraz dostają rachunki za pobyt. Pierwsze dwie doby kosztują 30 zł, kolejne - 15 zł. - W zamian matka dostaje łóżko i możliwość skorzystania z prysznica. Można też wykupić wyżywienie - mówi ordynator oddziału dziecięcego, lek. med. Anna Widlińska-Podlacha. Co na to NFZ? Nie widzi w swej decyzji niczego złego. Urzędnicy tłumaczą, że pobyt matek w szpitalu nie jest świadczeniem zdrowotnym. - I nie ma podstaw, by za to płacić - twierdzi Andrzej Troszyński z biura prasowego centrali NFZ w Warszawie. Tłumaczy, że decyzja jest zgodna z opinią wydaną w tej sprawie konsultanta krajowego ds. ginekologii i położnictwa prof. Stanisława Radowickiego. Ten nie chciał z nami wczoraj rozmawiać. Prof. Mariusz Zimmer, dolnośląski konsultant ds. ginekologii i położnictwa oraz szef kliniki ginekologii, położnictwa i neonatologi wrocławskiej Akademii Medycznej przyznaje, że przedłużający się pobyt matki w szpitalu to duży problem. - Z psychologicznego punktu widzenia jest to zrozumiałe, ale nie może być tak, że zdrowa kobieta blokuje przez miesiąc lub dwa łóżko potrzebne innym pacjentkom. Ale też nie tędy droga, by kazać im płacić - uważa. ("Polska Gazeta Wrocławska") Odpowiedz Link
madziulec powszechniejsze badania DNA 10.07.08, 20:22 Badania DNA nie są już wykonywane tylko na potrzeby naukowców. Zaczęły być dostępne dla zwykłego śmiertelnika. Polacy coraz częściej i chętniej z nich korzystają - informuje "Rzeczpospolita". Wystarczy kropla krwi lub wymaz ze śluzówki policzka, by poznać wiele tajemnic, które skrywa organizm. Czy mamy skłonność do zachorowania na raka, alzheimera lub parkinsona? Czy znajdujemy się w grupie ryzyka, której grozi miażdżyca, a może zawał serca? Czy możemy spodziewać się efektów ubocznych przyjmowanych leków lub pooperacyjnych komplikacji? Geny ujawnią nie tylko prawdę dotyczącą ludzkiego zdrowia, ale i pochodzenia, a nawet uzdolnień. Rośnie w naszym kraju liczba ośrodków oferujących podobne usługi. A ceny spadają. Ale czy to naprawdę działa? Skąd te skłonności? - Diagnostyka genetyczna daje fenomenalne efekty - przekonuje prof. Jan Lubiński, genetyk-onkolog z Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, przy której działa najstarsza w Polsce onkologiczna poradnia genetyczna. Przykład? Informacja o tym, że kobieta posiada mutację w genie BRCA1 znacznie zwiększającą ryzyko zachorowania na raka piersi i jajnika, pozwala na prowadzenie odpowiedniej profilaktyki i terapii. W rezultacie zagrożenie rozwojem choroby może spaść z 80 do nawet 10 proc. Dziennie szczecińska poradnia ma ok. 200 pacjentów. Wczoraj po raz pierwszy odwiedziła ją pani Małgorzata. - W rodzinie było kilka przypadków zachorowań na nowotwory płuc i piersi. Chcę sprawdzić, czy ja i moje dzieci również jesteśmy tą chorobą zagrożeni - mówi 44-latka. Kobieta zapowiada, że jest gotowa dostosować się do wszelkich zaleceń lekarza dotyczących zmiany trybu życia czy konieczności regularnych wizyt w poradni. - W mojej rodzinie od zawsze zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego ta choroba nas dotyka. Bardzo dobrze, że badania genetyczne są dostępne - tłumaczy pani Małgorzata. Ona pierwsza wśród swoich bliskich zdecydowała się na ich przeprowadzenie. Za sprawdzenie genów wysokiego ryzyka nie będzie musiała nic płacić. Bezpłatne testy można wykonać w jednej z ponad 20 poradni genetycznych, jakie działają przy regionalnych ośrodkach onkologicznych. Ale przybywa podobnych ofert komercyjnych. Centrum Medyczne Damiana w Warszawie uruchomiło właśnie nową usługę, możliwość stworzenia osobistego profilu genetycznego. - Możemy na przykład ocenić, że w przypadku danej osoby zagrożenie rozwojem raka, cukrzycy lub innej z kilkunastu chorób jest dziesięciokrotnie wyższe, niż wynosi średnia dla populacji - opowiada Marek Płoszczyński, prezes zarządu i właściciel centrum. Pomocą w tym służy nowoczesna technologia mikromacierzy DNA, dzięki której analizuje się występowanie zmian w genomie (tzw. polimorfizmów pojedynczego nukleotydu, czyli SNP). Na podstawie jednej próbki można odkryć 620 tys. zmian (obecnie znanych jest kilkanaście milionów!). Uzyskane rezultaty porównuje się z bazą danych dla większej populacji. Analiza materiału genetycznego wykonywana jest w USA, na wynik czeka się od czterech do sześciu tygodni. Otrzymuje się go... na płycie CD. Jak podkreśla Marek Płoszczyński, badanie jest jedynie oceną prawdopodobieństwa wystąpienia choroby. Nie daje 100-procentowej pewności, że się ona pojawi. - Aby definitywnie stwierdzić, czy ktoś jest zagrożony chorobą uwarunkowaną genetycznie, potrzeba bardziej precyzyjnego testu, takiego, jakie przeprowadzają wyspecjalizowane poradnie - dodaje prof. Jan Lubiński. Do nowej usługi krytycznie nastawiony jest prof. Jerzy Bal z Zakładu Genetyki Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. - Zastosowanie polimorfizmu SNP w ocenie predyspozycji do wystąpienia różnych chorób ma ogromną przyszłość, jednak przy obecnym stanie wiedzy oferta jest zdecydowanie przedwczesna i ma charakter marketingowy - twierdzi. Jestem córką hrabiego DNA może służyć pomocą także w poznaniu prawdy o swoim pochodzeniu. - Badając mitochondrialne DNA przekazywane w linii kobiecej lub chromosom Y przekazywany w linii męskiej, jesteśmy w stanie ocenić, skąd przybyli przodkowie konkretnej osoby - mówi dr Jakub Czarny z Instytutu Genetyki Sądowej w Bydgoszczy. W jaki sposób? Wynik porównuje się do danych zgromadzonych w ogólnoświatowej bazie zawierającej ponad 50 tys. próbek z 480 populacji. - Jednemu z naszych klientów ślad historii przodków urwał się na 1860 roku. Chciał wiedzieć, co działo się z nimi wcześniej - opowiada dr Czarny. Jego laboratorium pomaga także w rozwiązywaniu bardziej współczesnych zagadek. - Zjawiła się u nas starsza pani, która utrzymywała, że jest nieślubną córką pewnego nieżyjącego już hrabiego. Domagała się przeprowadzenia badania DNA, które by to wykazało. Po co? Aby uzyskać część majątku - tłumaczy genetyk. Taniej i więcej Na popularność tego typu metod wpływa malejąca cena. W ciągu roku koszt testu na ustalenie ojcostwa spadł o połowę. W Ogólnopolskim Centrum Genetyki REX we Wrocławiu z roku na rok o ok. 20 proc. zwiększa się liczba analizowanych próbek. O ile w 2006 roku wykonano w szczecińskim ośrodku 22 tys. testów, o tyle w roku ubiegłym - 25 tys. A to może być dopiero początek boomu na badania DNA. Rośnie liczba identyfikowanych mutacji odpowiadających rozwojowi chorób. W związku z tym wyniki badań będą coraz bardziej precyzyjne. Już dzisiaj możliwa jest analiza całego genomu (powszechnie bada się tylko jego fragmenty). W USA kosztuje to 300 tys. dolarów. Gdzie zbadać swoje DNA Wybrane ośrodki i ceny: - Onkologiczne poradnie genetyczne (ponad 20 w Polsce) ich lista: www.hccp-uicc.com/genetyka/listap.htm - bezpłatne badania oceny ryzyka zachorowania na raka Centrum Medyczne Damiana w Warszawie - predyspozycje do 20 rozmaitych chorób, m.in. raka, cukrzycy, jaskry, otyłości , - ocena zagrożeń związanych ze stosowaniem leków (np. przeciwzakrzepowych), ryzyko wystąpienia powikłań operacyjnych, indywidualne cechy genetyczne, np. dotyczące uzdolnień do niektórych ćwiczeń fizycznych, analiza drzewa genealogicznego - cena pakietu: 1500 zł Instytut Genetyki Sądowej w Bydgoszczy - ustalenie ojcostwa - od 900 zł - badania genealogiczne - 750 - 1500 zł - pobranie i przechowywanie DNA (bezterminowe) - 100 zł Ogólnopolskie Centrum Genetyki REX we Wrocławiu - skłonność do zachorowania na parkinsona, alzheimera - 300 - 400 zł - obecność mutacji w genie BRCA1 zwiększającej ryzyko zachorowania na nowotwór piersi - 200 zł Źródło: "Rzeczpospolita" Odpowiedz Link
madziulec polisy zdrowotne - ani tanie ani powszechne 10.07.08, 20:23 Koszyk świadczeń zdrowotnych przedstawiony przez rząd nie zachęci do kupowania dodatkowych polis zdrowotnych. Rząd nie wyklucza, że powstanie nowy projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. Bez polis zdrowotnych do systemu lecznictwa nie wpłynie dodatkowo 3,5 mld zł. Ewa Kopacz, minister zdrowia, przyznała w rozmowie z "Gazetą Prawną", że zgłoszony do Sejmu projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych wymaga zasadniczych zmian. Niewykluczone, że zmiany będą tak duże, że powstanie całkowicie nowy projekt. - Jest to jedna z propozycji - twierdzi Ewa Kopacz. Nie chce jednak mówić o szczegółach. Także posłowie PO przyznają, że ustawa wymaga zasadniczych zmian. Jest to m.in. spowodowane tym, że wykaz świadczeń zdrowotnych niefinansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, który został przedstawiony przez rząd w czerwcu, nie ogranicza praktycznie dostępu do świadczeń zdrowotnych. Tym samym trudno będzie zachęcić Polaków do wykupienia dodatkowych polis zdrowotnych. Jednym ze sposób na to może być wprowadzenie ulgi podatkowej dla osób, które wykupią dodatkowe polisy. Na to jak na razie nie ma jednak zgody Ministerstwa Finansów. Jeżeli wprowadzenie systemu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych się nie powiedzie, to, zdaniem ekspertów, niewielkie efekty przyniesie też przekształcenie szpitali w spółki prawa handlowego. Ustawa w zamrażarce Projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych (nr druku 293), który trafił do Sejmu jako poselski, faktycznie został przygotowany przez rząd. Od kilku miesięcy leży w sejmowej zamrażarce. Posłowie zdecydowali o zawieszeniu prac nad nim do momentu przygotowania pozytywnego i negatywnego koszyka świadczeń zdrowotnych. Wykazy takie w końcu powstały, ale prace nad projektem nie ruszyły z miejsca. Przedstawiając koszyk, rząd zaproponował, aby zaledwie około 300 z ponad 8 tys. procedur medycznych nie było finansowanych przez NFZ. Nie oznacza to więc zasadniczych zmian w dostępie do świadczeń medycznych w porównaniu ze stanem obecnym. NFZ nie będzie, tak jak teraz, płacił np. za leczenie bezpłodności metodą in vitro, za operacje chirurgii plastycznej, leczenie bólu niekonwencjonalnymi metodami, za część świadczeń stomatologicznych, rehabilitacyjnych czy zaopatrzenia w sprzęt ortopedyczny. - Jeśli koszyk świadczeń zdrowotnych nie oznacza zmian w dostępie do refundowanych świadczeń zdrowotnych, to nie widzę przestrzeni na wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych - mówi Jacek Paszkiewicz, prezes NFZ. Podobnego zdania są przedstawiciele firm ubezpieczeniowych i tych, które oferują już opiekę medyczna np. w formie abonamentów. - Złożony w Sejmie projekt ustawy nie gwarantuje, że Polacy będą skłonni do wykupienia dodatkowych polis zdrowotnych. A brak takiego zainteresowania spowoduje, że cała reforma finansowania systemu lecznictwa się nie powiedzie - uważa Agnieszka Szpara, prezes Zarządu Medicover. Z takim stwierdzeniem nie zgadza się rząd. - W przypadku niektórych usług medycznych już istnieje współpłacenie. Pacjenci dopłacają do leków, usług stomatologicznych czy sanatoryjnych. To są te obszary, które powinny być objęte dodatkowymi ubezpieczeniami - uważa Ewa Kopacz. Dodaje ponadto, że aby prace nad dodatkowymi ubezpieczeniami się rozpoczęły, wcześniej musi odbyć się trzecie czytanie innych ustaw zdrowotnych, m.in. o zakładach opieki zdrowotnej czy o prawach pacjenta. To natomiast oznacza, że będzie to nie wcześniej niż po wakacjach. Mało chętnych, wysoka cena Brak wyraźnego zainteresowania pacjentów wykupieniem dodatkowych polis spowoduje, że ci, który się na to zdecydują, będą musieli płacić nawet kilkaset złotych miesięcznie. - Im mniej ubezpieczonych osób, tym większe ryzyko, które ponosi ubezpieczyciel. Tym samym cena polisy jest wyższa - mówi Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia. Rząd zakładał, że nawet 15-20 proc. Polaków będzie chciało wykupić plisy. Jednak przy zaproponowanej wersji koszyka, który nie wpłynie na ograniczenie w dostępie do świadczeń zdrowotnych, ubezpieczyciele nie przygotują interesującej oferty dla potencjalnych klientów. Sami pacjenci też nie będą widzieli większego sensu w kupowaniu polis zdrowotnych. To natomiast oznacza, że do systemu ochrony zdrowia nie wpłyną dodatkowe pieniądze. Rząd przewidywał, że będzie to około 3,5 mld zł rocznie. Zainteresowanie polisami zdrowotnymi mogłoby być na zakładanym przez rząd poziomie, jeżeli ich wykupienie wiązałoby się z możliwością skorzystania z dodatkowej ulgi podatkowej. Na to jednak nie ma zgody ministra finansów. Zagrożona reforma Brak ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych stawia pod znakiem zapytania powodzenie przeprowadzenia całej reformy systemu lecznictwa. Bez dodatkowych źródeł finansowania szpitale nie poprawią sytuacji finansowej. - Przekształcenie szpitali w spółki prawa handlowego niewiele zmieni w ich funkcjonowaniu, jeżeli w dalszym ciągu będę uzależnione od jednego płatnika - mówi Agnieszka Szpara. W większości krajów UE istnieją rozwinięte systemy dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Jest tak na przykład we Francji, Danii, Wielkiej Brytanii czy Austrii. Na przykład we Francji doubezpiecza się aż 86 proc. pacjentów. Około 12 proc. środków, jakie wpływają do systemu lecznictwa, pochodzi z tego tytułu. W Danii jest to odpowiednio 28 proc. i 1,6 proc. wpływów. Dodatkowo jest też ubezpieczonych 11,5 proc. Brytyjczyków, prawie 13 proc. Austriaków i ponad 10 proc. Hiszpanów.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link