ciekawostki ze swiata medycyny ;)

    • madziulec banki krwi żeruja na strachu rodziców 29.07.08, 21:13
      Banki krwi pępowinowej - rzekome narzędzie walki z białaczką i jeden z
      największych biznesów okołoporodowych, okazują się zwykłym sposobem na
      wyciągnięcie pieniędzy od rodziców - czytamy na łamach "Dziennika". Zachęcani do
      zapłacenia paru tysięcy złotych w zamian za wieloletnie przechowywanie krwi nie
      są informowani o jednym: prawdopodobieństwo jej użycia w jakiejkolwiek operacji
      wynosi najwyżej 1:10.000. "To zostawianie pieniędzy za nic" - mówią rozmówcy
      "Dziennika".

      "Krew pępowinowa jest nieocenionym skarbem, który w przyszłości może uratować
      życie waszemu dziecku lub jego rodzeństwu", "Zapewnij Dziecku przyszłość!" - oto
      fragmenty ulotek, które znaleźć można we wszystkich polskich porodówkach. W ten
      sposób komercyjne banki krwi pępowinowej przekonują rodziców, że korzystając z
      ich usług, w przyszłości będą mogli wyleczyć dziecko z ciężkiej choroby, a nawet
      uratować mu życie.

      Podając się za młode, oczekujące dziecka małżeństwo, "Dziennik" zgłasza się się
      do jednej z ośmiu komercyjnych placówek w Polsce: Banku Komórek Macierzystych
      S.A. w Warszawie. Na dziś ma 10 tysięcy klientów.

      - Po co mielibyśmy zachowywać własną krew pępowinową dziecka?

      - Ogólne zastosowanie to są wszelkiego rodzaju białaczki, nowotwory w
      przyszłości u dziecka. I to nie tylko u dziecka. Jeśli jest zgodność, mogą być
      też dla rodzeństwa i rodziców - mówi Ilona Bielecka z działu obsługi klienta.

      - Czy krew pomoże dziecku, gdyby zachorowało?

      - Dokładnie tak. Jeżeli np. po chemioterapii organizm jest osłabiony,
      przeszczepienie komórek macierzystych pozwala odbudować układ odpornościowy -
      wyjaśnia Bielecka.

      Argumentacja działa na wyobraźnię. Żeby skorzystać z usług banku, musimy
      najpierw wpłacić 600 zł. Kolejna opłata - za pobranie krwi pępowinowej - to 1790
      zł. Za jej przechowywanie płaci się 430 zł rocznie. Można też wykupić abonament.
      Za przechowywanie krwi przez 18 lat zapłacimy 4 tysiące złotych. Akcji na rzecz
      krwi pępowinowej, która pojawiła się w Polsce przed kilkoma laty, towarzyszyła
      niebywała reklama. Rozgłosiły ją kolorowe pisma kobiece, reklamowały znane
      kobiety, m.in. Renata Dancewicz, Martyna Wojciechowska czy Patrycja Markowska.

      Tyle reklama. A co na to nauka? Trudno spotkać lekarza hematologa, który
      broniłby zasadności składowania krwi pępowinowej. "To zwykła maszynka do
      zarabiania pieniędzy" - mówi "Dziennikowi" konsultant krajowy w dziedzinie
      hematologii prof. Wiesław Jędrzejczak. Podkreśla, że naukowych badań
      uzasadniających celowość przechowywania własnej krwi pępowinowej nie ma.

      O samym prawdopodobieństwie zastosowania krwi naukowcy mówią: znikome. "W
      najlepszym przypadku 1 na 10 tysięcy. Ale są też szacunki 1 do 100 tysięcy" -
      twierdzi krajowy konsultant. W Polsce taki przeszczep wykonano dotychczas tylko
      kilka razy i nie ma dowodów, że to akurat on uratował życie. Prof. Zbigniew
      Pojda z Centrum Onkologii w Warszawie rozmowę o przechowywaniu krwi pępowinowej
      w prywatnych bankach komentuje krótko: "Jest za mało danych naukowych, żeby w
      ogóle rozmawiać o tej sprawie".

      Dr hab. Tomasz Niemiec, wiceszef Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, który
      wspiera Polski Bank Komórek Macierzystych S.A, nie chciał przedstawić swojego
      stanowiska. "Ja mam bardzo pozytywną opinię na ten temat. Ale nie będę na ten
      temat rozmawiać. Swoim pacjentkom pozostawiam wolny wybór" - ucina
      rozmowę.("Dziennik")
    • madziulec becikowe tylko dla kontrolujących zdrowie 08.08.08, 11:18
      Jedynie matki, które co najmniej od 10 tygodnia ciąży pozostawały pod opieką
      lekarską, nabędą od przyszłego roku prawo do becikowego - informuje "Gazeta Prawna".

      Zmianę zasad udzielania becikowego i dodatku do zasiłku rodzinnego po urodzeniu
      dziecka przewidują dwa projekty nowelizacji kodeksu pracy: rządowy i poselski.
      Oba rozszerzają też krąg uprawnionych do pobierania dodatku z tytułu opieki nad
      dzieckiem w trakcie urlopu wychowawczego.

      Zgodnie z projektami zarówno becikowe, jak i zapomoga z tytułu urodzenia dziecka
      zostaną wypłacone, gdy matka co najmniej od dziesiątego tygodnia ciąży do porodu
      będzie pozostawać pod opieką lekarską. Zapomoga wynosi 1 tys. zł i przysługuje
      wszystkim rodzicom z tytułu urodzenia dziecka. Do dodatku (1 tys. zł) mają prawo
      rodzice i opiekunowie uprawnieni do zasiłku rodzinnego, których dochód netto nie
      przekracza 504 zł miesięcznie na osobę w rodzinie (583 zł, gdy w rodzinie
      wychowuje się dziecko niepełnosprawne).

      Rodzice, aby mieć prawo do tych świadczeń, będą musieli przedstawić
      zaświadczenie wystawione przez lekarza, pod którego opieką pozostawała matka,
      albo kartę ciąży. W opinii Joanny Kluzik-Rostkowskiej, byłej minister pracy i
      polityki społecznej, zwiększy to liczbę kobiet w ciąży pozostających pod opieką
      lekarską. Dzięki temu zmniejszy się odsetek niemowląt z niską masą urodzeniową i
      zostanie ograniczona ich śmiertelność.

      - To rozwiązanie powinno być powiązane z powszechnym informowaniem kobiet na
      jakie świadczenia medyczne mogą liczyć w ciąży - uważa Urszula
      Kubicka-Kraszyńska z Fundacji Rodzić po Ludzku.

      Obecnie, jak wynika z badań, tylko co dwunasta kobieta w ciąży ma lekarza
      prowadzącego ciążę i poddaje się regularnie badaniom. Z kolei, w opinii lekarzy,
      obecnie na wizytę u ginekologa, opłaconą przez NFZ, trzeba czekać nawet kilka
      miesięcy.

      Propozycje rządu i posłów przewidują ponadto, że kobiety otrzymujące dodatek do
      zasiłku rodzinnego z tytułu opieki w czasie urlopu wychowawczego będą mogły
      wykonywać pracę. Obecnie, jeśli rodzic podejmie jakąkolwiek pracę zarobkową,
      traci prawo do dodatku.

      Dodatek ten ma też przysługiwać rodzicowi korzystającemu z urlopu wychowawczego,
      który umieści w tym czasie dziecko w żłobku lub przedszkolu. Ważne, aby
      sprawował osobistą opiekę nad dzieckiem. Joanna Kluzik-Rostkowska, podkreśla, że
      jeśli dziecko w trakcie urlopu zostanie umieszczone na pięć dni w tygodniu w
      placówce opiekuńczej, jego opiekun zostanie pozbawiony dodatku.("Gazeta Prawna")
    • madziulec termometry i ciśniomierze rtęciowe wycofane 08.08.08, 11:20
      Od kwietnia przyszłego roku nie będzie można kupić na terenie Polski wyrobów
      medycznych zawierających rtęć, m.in. termometrów i ciśnieniomierzy -
      poinformowała wiceprezes Urzędu ds. Wyrobów Medycznych Joanna Kilkowska.

      Ograniczenie, które zacznie obowiązywać od 3 kwietnia 2009 r., wynika z
      konieczności dostosowania polskich przepisów dotyczących produkcji i sprzedaży
      wyrobów medycznych do dyrektywy UE z 2007 r.

      Chociaż rtęciowe termometry i aparaty do pomiaru ciśnienia krwi zostaną wycofane
      ze sprzedaży, będzie można ich nadal używać.

      Jak podkreśla Komisja Europejska, rtęć jest bardzo toksyczna dla ludzi,
      ekosystemu i środowiska. Kiedy produkty, w których jest zawarta, stają się
      odpadami, może przekształcić się w metylortęć - swoją najbardziej toksyczną formę.

      W tej postaci bardzo łatwo przenika do środowiska, szczególnie do wody i
      organizmów wodnych. KE oblicza, że rocznie w UE wykorzystuje się w produkcji
      urządzeń pomiarowych 33 tony rtęci, z czego 25-30 ton - tylko w termometrach.
      Ocenia się, że 80-90 proc. wszystkich produkowanych urządzeń z rtęcią używa się
      w domach.

      Rtęć łatwo przedostaje się do łańcucha pokarmowego. Najbardziej zagrożone
      zatruciem są dzieci, jeszcze bardziej płody, których układ nerwowy dopiero się
      rozwija. W organizmie rtęć może uszkadzać mózg i nerwy, zaburzać koordynację i
      widzenie.(PAP)
    • madziulec rusza prywatna porodówka 12.08.08, 10:56
      Od września rusza prywatna porodówka. Rocznie ma przyjmować około tysiąca
      porodów. - "Dzień dobry, kiedy będzie można u was urodzić?" Telefonów z takim
      pytaniem recepcjonistki z Salve w Łodzi odbierają codziennie co najmniej kilka.

      Najbardziej niecierpliwe są te z terminem porodu na wrzesień. Łódź jest jedynym
      dużym miastem, w którym przyszłe mamy nie miały do tej pory wyboru, czy urodzić
      w publicznym szpitalu czy też w prywatnej klinice. Sytuacja ma się zmienić już
      wkrótce, bo 12 września Salve oficjalnie otworzy pierwszą klinikę z podwyższonym
      standardem.

      - Chodzi nam o to, żeby łodzianki miały wybór - mówi dr Sławomir Sobkiewicz z
      Salve Medica. - Jeśli zdecydują, że wystarcza im opieka w publicznym szpitalu,
      to do wyboru są w Łodzi cztery porodówki. Jeśli jednak będą chciały
      podwyższonego standardu, to jesteśmy w stanie go zapewnić.

      W klinice ma być na razie 13 łóżek położniczych, dwie jednoosobowe sale porodowe
      z pełną opieką lekarską i pielęgniarską i dwie sale operacyjne do cesarskiego
      cięcia.

      - Nie chcemy być fabryką do rodzenia dzieci - mówi dr Sobkiewicz. - Założenie
      jest takie, by dziennie rodziło się u nas troje, czworo dzieci. Poza tym nie
      wiemy, jakie będzie zainteresowanie porodem w szpitalu, w którym za podwyższony
      standard trzeba jednak będzie dopłacić.

      Ile zatem zapłacą rodzice malucha, którzy zechcą, żeby ich potomek przyszedł na
      świat w klimatyzowanej sali porodowej z obecnym przez cały czas lekarzem i
      położną, a potem trafił razem z mamą do jednoosobowego pokoju z łazienką,
      urządzonego "po domowemu".

      Po porodzie nad bezpieczeństwem mamy i malucha ma przez 24 godziny na dobę
      czuwać pielęgniarka. Obsada położnicza i anestezjologiczna ma być na tyle duża,
      żeby jedną rodzącą pacjentką zajmował się cały zespół.

      - Nie może być tak, że jeden anestezjolog i jeden położnik "obskakuje"
      jednocześnie dwa cesarskie cięcia czy porody - mówi dr Sobkiewicz. - Jeden
      zespół do jednej rodzącej plus pielęgniarka, która będzie się opiekowała
      położnicą przez cały czas po porodzie.

      Ile będzie kosztował poród w takiej klinice? Według "ojców założycieli",
      wszystko zależy od tego czy NFZ będzie chciał podpisać kontrakt z prywatną placówką.

      - Jeśli dostaniemy od Funduszu za przyjęcie porodu taką stawkę, jaką dostają
      publiczne szpitale, to dopłata za całą opiekę i podwyższony standard będzie
      wynosiła od 2 do 3 tys. złotych. Jeśli jednak będziemy pracować bez kontraktu,
      to za poród i opiekę okołoporodową przyszli rodzice będą musieli zapłacić około
      5-6 tysięcy złotych.

      To i tak taniej niż w warszawskich klinikach, gdzie poród naturalny kosztuje
      około 9,5 tys. złotych, a za "cesarkę" trzeba zapłacić ponad 11 tys. złotych. Z
      zainteresowania przyszłych mam jak najszybszym terminem otwarcia porodówki
      wynika jednak, że skłonne są zapłacić dużą sumę, a nawet zaciągnąć kredyt, żeby
      tylko rodzić jak mówią w "normalnych warunkach".

      - Kiedy rok temu rodziłam Jasia rozważaliśmy z mężem wyjazd do Warszawy i poród
      w jednej z tamtejszych klinik - mówi Izabela Buczyńska, mama rocznego
      chłopczyka. - Jednak wyjazd z Łodzi do Warszawy tylko na poród rodził mnóstwo
      komplikacji, takich jak zatrzymanie się w hotelu, transport noworodka do domu
      itp. Gdyby jednak w Łodzi była prywatna porodówka, nie wahałabym się ani minuty,
      by urodzić właśnie tam.

      Lekarze z Salve myślą dokładnie tak samo jak setki przyszłych mam.

      - Chcieliśmy, żeby w Łodzi była taka porodówka, w której nie wahalibyśmy się
      umieścić nasze żony czy córki - mówi dr Sobkiewicz. - One powinny czuć się
      bezpieczne.

      W innych miastach już działają

      Kilka porodówek ma Warszawa. Najsłynniejsza usytułowana jest w Centrum Medycznym
      Damiana. W Krakowie słynie Ujastek, w Gdańsku Swissmed, w Olsztynie klinika dr.
      Malarkiewicza, a w Lublinie szpital Femina.

      Większość prywatnych szpitali położniczych nie przyjmuje jednak porodów
      wcześniaków ani ciąż powikłanych. Łódzka porodówka najbardziej skomplikowane
      porody również będzie odsyłać m.in do "Matki Polki", gdzie na miejscu jest
      oddział intensywnej opieki dla noworodków.("Polska Dziennik Łódzki")
    • madziulec NFZ oszczędza na dzieciach chorych na raka 21.08.08, 21:11
      Dziecięcym klinikom onkologicznym w całym kraju grozi bankructwo, bo Narodowy
      Fundusz Zdrowia zaniżył koszty leczenia chorych na raka dzieci średnio o jedną
      trzecią. Aby móc dalej je leczyć, szefowie szpitali zaciągają długi i grożą, że
      nie podpiszą kontraktów - alarmuje "Dziennik".

      O zaniżeniu wyceny procedur o ok. 25 - 30 proc. onkolodzy dziecięcy alarmują od
      kilku tygodni. Ich zastrzeżenia budzi obowiązujący od 1 lipca nowy system
      rozliczeń szpitali z NFZ, na podstawie którego leczenie dzieci jest
      kontraktowane tak samo, jak dorosłych. "A leczenie dzieci, o czym NFZ dobrze
      wie, kosztuje 30 proc. więcej" - mówi "Dziennikowi" szefowa dziecięcej kliniki
      hematologii i onkologii we Wrocławiu prof. Alicja Chybicka. Z tego powodu
      szpital zadłużył się już na ok. 800 tys zł. Fundusz nie chce finansować leczenia
      dzieci najnowocześniejszymi lekami, których nie ujął w swoich katalogach.

      Problemy z funduszem ma szpital kliniczny w Poznaniu, jedna z nielicznych w
      Wielkopolsce placówek, gdzie leczy się dzieci chore na nowotwory. Kierownictwo
      szpitala do dziś nie podpisało nowego kontraktu z NFZ. Jego wicedyrektor Dorota
      Woźnicka tłumaczy tę decyzję tym, że fundusz nie tylko obciął stawkę za dobę
      chemioterapii z 480 do 380 zł, ale nie chce też płacić za dni, które dziecko
      spędza w szpitalu między przyjmowaniem leków. "To jakieś nieporozumienie.
      Chemioterapię podaje się w cyklach, co kilka dni. W tym samym czasie dziecko
      musi być w szpitalu na obserwacji, bo w każdej chwili mogą pojawić się
      powikłania. Nie możemy podać dziecku chemii i odesłać go do domu" - twierdzi
      Dorota Woźnicka.

      Kierownik działu organizacji pracy klinicznej w warszawskim Centrum Zdrowia
      Dziecka dr Leszek Szalak skarży się, że fundusz nie będzie płacił nawet za
      kontynuowanie leczenia pacjenta, który ukończył 18 lat. "Na całym świecie jeśli
      pacjent leczy się z powodu nowotworu typowego dla wieku dziecięcego, terapię
      kontynuuje się bez względu na wiek pacjenta. Polska jest wyjątkiem" - mówi Szalak.

      Kilka dni temu onkolodzy z całej Polski spotkali się, żeby ustalić wspólną
      strategię działania. "Jednym z postulatów był ewentualny bojkot umów z
      Funduszem" - mówi dyrektor medyczny Szpitala Wojewódzkiego w Koninie Arkadiusz
      Kubacki.

      Tymczasem, jak ustalił "Dziennik", przed zaakceptowaniem nowych zasad
      finansowania leczenia chorych na nowotwory dzieci już dwa miesiące temu NFZ i
      Ministerstwo Zdrowia ostrzegał krajowy konsultant w dziedzinie onkologii i
      hematologii dziecięcej Jerzy Kowalczyk. W piśmie, które wysłał do szefa NFZ
      Jacka Paszkiewicza i minister zdrowia Ewy Kopacz, stwierdził, że nowe zasady
      grożą "cofnięciem się do lat 60.", kiedy szanse na przeżycie miało ok. 4 proc.
      dzieci chorych na ostrą białaczkę. Dziś odsetek ten sięga prawie 90 proc. Do
      dziś ani ministerstwo, ani fundusz nie odpowiedzieli na pismo krajowego
      konsultanta. "Ktoś wreszcie musi poprawić ten dramatyczny błąd" - mówi
      "Dziennikowi" Kowalczyk.

      Ekspert rynku zdrowia w jednej z agend europejskich, dr Adam Kozierkiewicz,
      widzi tylko jedno wyjście z sytuacji. "Ministerstwo Zdrowia powinno natychmiast
      wysłać do klinik onkologicznych firmę konsultingową, która powinna przeprowadzić
      staranny audyt. Na jego podstawie NFZ raz jeszcze musi dokonać weryfikacji cen
      usług" - mówi Kozierkiewicz. W oficjalnym piśmie, jakie otrzymaliśmy z NFZ,
      czytamy, że płatnik "jest gotów do rozmów i ewentualnych korekt" w płaceniu za
      leczenie chorych na raka dzieci.("Dziennik")
    • madziulec "Kobieta to nie jest walizka..." 21.08.08, 21:12
      Cesarskie cięcie na życzenie - możliwość, którą co roku wybierają tysiące
      polskich matek - może wkrótce zostać zakazana i wręcz uznana za błąd w sztuce
      medycznej - straszy swoje czytelniczki "Dziennik". Według naszych informacji,
      zakaz takich zabiegów znajdzie się w wytycznych, które opracowuje specjalny
      zespół działający przy Ministerstwie Zdrowia. Rekomendację w tej sprawie
      przygotowało Polskie Towarzystwo Ginekologiczne.

      "Cesarskie cięcia mają się odbywać tylko wtedy, kiedy będą ku temu wskazania
      medyczne. Te zabiegi nie są obojętne dla zdrowia kobiety - mówi "Dziennikowi"
      minister zdrowia Ewa Kopacz.

      Debata przyspieszyła kilka dni temu, kiedy Polskie Towarzystwo Ginekologiczne
      (PTG) wydało lekarzom zalecenia, w których napisano: "Nie rekomenduje się
      wykonywania cesarskich cięć na życzenie pacjentki bez wskazań medycznych".
      "Kobieta to nie jest walizka, którą można sobie dowolnie otwierać i zamykać" -
      mówi "Dziennikowi" wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego (PTG)
      Tomasz Niemiec.

      Już wcześniej departament prawny ministerstwa Zdrowia ogłosił, że cesarka na
      życzenie należy do zabiegów, które mogą być uznane za błąd w sztuce lekarskiej.
      O tym, czy tak się stanie, zadecyduje opublikowana jesienią wersja standardów
      opieki okołoporodowej.

      Racje przeciwko cesarkom na żądanie są jasne: lekarz podejmujący się
      nieuzasadnionego zabiegu medycznego porusza się na granicy etyki zawodowej, tym
      bardziej jeżeli bierze za to pieniądze. Racje na rzecz zabiegów są również
      mocne: ich zwolennicy mówią, że to matka powinna mieć prawo do decydowania, czy
      ból porodowy przeraża ją na tyle, by mogła wybrać zabieg pod narkozą.

      Konsultant krajowy w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologicznego i położniczego
      Leokadia Jędrzejewska przypomina, że minimalizowanie liczby cesarskich cięć
      zaleca Światowa Organizacja Zdrowia. "Sama mam dwie córki i nie polecałabym
      cesarskiego cięcia, kiedy nie ma wyraźnych wskazań" - mówi.

      Ale głosy w obronie prawa pacjentek do decydowania o samych sobie są równie
      słyszalne.

      "Jestem zdania, że kobieta powinna mieć możliwość decydowania o sobie" - mówi
      ekspert od prawa medycznego Eleonora Zielińska z Uniwersytetu Warszawskiego.
      Jeszcze ostrzej sprawę komentuje Joanna Piotrowska z Feminoteki. "To
      ubezwłasnowolnienie kobiet. Przyszła matka powinna decydować samodzielnie" - mówi.

      W ubiegłym roku na dobrowolne cięcie bez żadnych wskazań medycznych zdecydowało
      się od 8 do 12 tys. polskich kobiet.("Dziennik")
    • madziulec Zgoda pacjenta - wiek pacjenta, zgoda zastępcza, o 28.08.08, 18:59
      Świadome wyrażenie woli - zgoda pacjenta - jest podstawą dla działania lekarza.
      Zgoda jest warunkiem legalności leczenia.

      Kim zatem jest pacjent podejmujący decyzję w zakresie leczenia, w rozumieniu
      ustawy o zawodzie lekarza i zawodzie lekarza dentysty?

      Zasadą jest, iż pacjent obok obowiązku podejmowania decyzji świadomie, z
      należytym rozeznaniem w oparciu o informacje dostarczone przez lekarza
      samodzielnie, podejmuje ją samodzielnie.
      Dotyczy to jednak tylko osób pełnoletnich tj. tych które ukończyły 18 rok życia
      i nie są dotknięte dysfunkcją np. chorobą umysłową lub niedorozwojem, które to
      okoliczności powodowałyby ograniczenie zdolności dysponowania swoimi prawami
      tzw. ograniczenie zdolności do czynności prawnych.

      Należy zatem pamiętać, iż osoby nie pełnoletnie i dotknięte dysfunkcjami
      umysłowymi, samodzielnie nie mogą rozporządzać przysługującymi im prawami, w tym
      prawem do samostanowienia - o leczeniu bądź odmowie leczenia.

      Przesłanka wieku pacjenta.

      Jeśli osoba nie ukończyła 16 roku życia dla podjęcia działań leczniczych
      wymagana jest zgoda przedstawiciela ustawowego, którym to zazwyczaj będą rodzice.
      Zgoda osoby poniżej 16 roku życia nie jest wymagana, a lekarz zobowiązany jest
      jedynie do udzielenia informacji tej osobie w zakresie i formie niezbędnej dla
      prawidłowego przebiegu procesu leczenia i wysłuchuje jego zdania.

      Uwaga: należy pamiętać, iż zgoda przedstawiciela ustawowego lub jej brak,
      posiadają moc (są wiążące dla lekarza) tak długo jak nie ma podstaw do
      podejrzenia, iż przedstawiciel działa na niekorzyść pacjenta.
      Wyobraźmy sobie sytuację, iż przedstawiciel ustawowy nie wyraża zgody na badanie
      rentgenowskie głowy dziecka po jego silnym upadku. Działanie takie należy
      odczytywać jako nadużycie władzy rodzicielskiej przez opiekuna i działanie na
      niekorzyść pacjenta.
      W tym wypadku z punktu widzenia prawa, jeśli żadne środki werbalne i
      umiejętności przekonywania rodzica nie skutkują, lekarz powinien wystąpić do
      sądu opiekuńczego o rozstrzygniecie tego konfliktu. A po ewentualnej zgodzie
      przystąpić do badania.
      Jeśli sytuacja jest na tyle poważana, iż życie i zdrowie dziecka jest zagrożone,
      i pacjent wymaga niezwłocznej pomocy lekarskiej pomimo braku zgody lekarz po
      konsultacji z innym lekarzem w miarę możliwości tej samej specjalizacji powinien
      przystąpić do badania, odnotowując te okoliczności (brak zgody przedstawiciela,
      uraz, zagrożenie zdrowia i życia) w dokumentacji lekarskiej.

      Z chwilą ukończenia przez pacjenta 16 roku życia poza zgodą przedstawiciela –
      rodzica – niezbędnym jest uzyskanie także zgody samego małoletniego pacjenta.

      Tutaj znów mogą wystąpić problemy związane z dysonansem woli między zgodą
      małoletniego pacjenta, a jego przedstawiciela.

      Uwaga: jeśli brak jest zgodnym oświadczeń woli w zakresie procesu leczenia,
      niezbędnym jest interwencja sądu opiekuńczego.

      Wydaje się słusznym pogląd zasadniczej części doktryny prawa, iż interwencja
      sądu także jest konieczna w sytuacji zgodności negatywnej tj braku zgody na
      leczenie zarówno po stronie pacjenta jak i przedstawiciela ustawowego.
      Pogląd ten znajduje wsparcie w konstytucyjnej zasadzie ochrony życia i zdrowia
      wraz z koniecznością weryfikacji przez sąd opiekuńczy zasad sprawowania władzy
      rodzicielskiej w sytuacji tak skrajnej, jak brak zgody na proces leczenia.
      Rodzice nie są „panami życia i śmierci” swoich dzieci, a zobowiązani są do
      działania na rzecz dobra dziecka. Trudno uznać za dobro dziecka odmowę w
      procesie leczenia.

      Opiekun faktyczny a przedstawiciel ustawowy

      Przedstawicielem ustawowym zdolnym do podjęcia decyzji w sprawie procesu
      leczenia jest osoba uprawniona (predestynowana) na mocy aktu prawnego rangi
      ustawowej - kodeksu rodzinnego i opiekuńczego tj. rodzice lub na mocy orzeczenia
      sądu opiekuńczego w sytuacjach szczególnych (pozbawienia praw rodzicielskich,
      choroby psychicznej osób pełnoletnich, itd.) osoby wskazane przez tenże sąd.

      Opiekunem faktycznym jest zaś osoba, która zwyczajowo sprawuje pieczę nad osobą
      małoletnią np. babcia przychodzi z wnuczkiem do lekarza, siostra opiekuje się
      bratem.
      Ta osoba ze względu na szczególną więź łączącą ją z małoletnim uprawniona jest
      do wyrażenia zgody na „badanie pacjenta” w myśl ustawy o zawodzie lekarza i
      zawodzie lekarza dentysty.
      W ustawie brak jest legalnej definicji czym jest badanie, lecz pojęcie to należy
      wiązać z najbardziej podstawowymi czynnościami lekarza tj. oględziny ciała,
      badanie fizykalne.

      Opiekun faktyczny może decydować jedynie o badaniu pacjenta, nie jest natomiast
      uprawniony do podejmowania decyzji w zakresie „innych świadczeń zdrowotnych”,
      jak również nie może decydować o zabiegu operacyjnym lub diagnostyce
      stwarzającej podwyższone ryzyko.

      O formie zgody, o autonomii woli pacjenta i o odpowiedzialności lekarskiej za
      naruszenie autonomii woli pacjenta w cz. II.

      Łukasz Siudak
      Doktorant Wydziału Prawa i Administracji UŚ
      • madziulec Re: Zgoda pacjenta - wiek pacjenta, zgoda zastępc 28.08.08, 19:00
        Co do zasady zgoda pacjenta może być wyrażona w dowolnej formie, także przez
        czynności dorozumiane tj. np. poprzez sam fakt przyjścia do gabinetu
        lekarskiego, poddanie się podstawowym procedurom medycznym.

        Jedynie w sytuacji zabiegu operacyjnego lub konieczności zastosowania metody
        leczenia/diagnostyki o podwyższonym ryzyku dla pacjenta zgoda powinna być
        wyrażona w formie pisemnej.
        Nie zachowanie tej formy wbrew niektórym poglądom, nie powoduje „nieważności
        oświadczenia”, a w związku z tym działania bez zgody pacjenta, lecz stanowi
        problem dowodowy dla lekarza lub zoz-u, którzy nie potrafią udowodnić, iż zgoda
        taka została złożona.

        W ewentualnym procesie odszkodowawczym dla wykazania, iż zgoda rzeczywiście
        miała miejsce i była prawnie skuteczna tj. została podjęta ze świadomością i
        dostatecznym rozeznaniem, niezbędnym będzie wykazanie poprzez inne środki
        dowodowe (z wyłączeniem co do zasady dowodu ze świadków i z przesłuchania
        stron), iż zgoda była wyrażona.

        Należy jednak pamiętać, iż forma pisemna jest najlepszym zabezpieczeniem w
        ewentualnym procesie w sprawie przekroczenia zakresu zgody pacjenta lub
        podważania jej prawidłowego wyrażenia.

        Ustawa o zawodzie lekarza nie precyzuje czym są metody leczenia lub diagnostyki
        stwarzające podwyższone ryzyko, a zatem w każdym przypadku należy indywidualnie
        ocenić, czy dana procedura stanowi już ryzyko podwyższone, czy też znajduje się
        jeszcze w obrębie ryzyka przeciętnego.
        Ocena tego typu spoczywa na lekarzu, a prawo może jedynie udzielić pewnych
        wskazań jakie procedury zawierają się w pojęciu „podwyższonego ryzyka” i tak np.
        można wskazać na cystoskopię, odmę czaszkową, koronografie, biopsje nerek,
        wątroby, nakłucia szpiku kostnego czy arteriografię.

        Zgoda dla swej skuteczności musi być poprzedzona pełną informacją ze strony
        lekarza o wszelkim możliwym ryzyku związanym z daną procedurą leczniczą.


        Nie dopuszczalnym jest uznanie za prawnie skuteczną tzw. zgody blankietowej,
        wyrażanej poprzez podpisanie formularza zgody przy przyjęciu do szpitala –
        „zgadzam się na proponowane leczenie i zabiegi operacyjne”.
        Zgoda przy przyjęciu do szpitala obejmuje jedynie standardowe procedury medyczne
        np. pobieranie krwi, mierzenie temperatury, poddawanie się nie zagrażającym
        życiu zabiegom terapeutycznym.
        Dla skuteczności zgody na inne procedury medyczne w trakcie pobytu w szpitalu
        niezbędnym jest odebranie stosowanego oświadczenia przed przystąpieniem do
        zbiegu ze wskazaniem jego zakresu.

        Zgoda pacjenta musi nastąpić ex ante, przed przystąpieniem przez lekarza do
        danego zabiegu.

        Wyrażenie woli poddania się zabiegowi w jego trakcie lub jego „zatwierdzenie” po
        przeprowadzeniu, nie ma żadnych skutków prawnych tj. nie chroni lekarza przed
        odpowiedzialnością wskazaną w art. 192 kodeksu karnego.

        A należy pamiętać, iż na podstawie w/w art. 192 kodeksu karnego:

        § 1. Kto wykonuje zabieg leczniczy bez zgody pacjenta,
        podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

        § 2. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.


        Jedynie w sytuacji wyjątkowej prawo pozwala na działanie bez uzyskania zgody
        pacjenta albo sądu opiekuńczego:
        a) jeżeli pacjent wymaga niezwłocznej pomocy lekarskiej, a ze względy na stan
        zdrowia lub wieku nie może wyrazić zgody i nie można porozumieć się z jego
        przedstawicielem ustawowym bądź opiekunem faktycznym (tylko w zakresie badania).
        Wtedy decyzja lekarska o podjęciu działania powinna zostać skonsultowana z innym
        lekarzem i należy cały stan faktyczny opisać w dokumentacji medycznej pacjenta.

        W procesie uzyskiwania zgody należy pamiętać o szczególnych sytuacjach leczenia
        świadków Jehowy lub ratowania życia i zdrowia samobójców, ale o tym w kolejnych
        publikacjach.
    • madziulec Opieka nad bliskim w szpitalu 28.08.08, 19:01
      Szpital nie może zabronić nocnej opieki nad bliskim

      Zabranianie osobom bliskim - najczęściej rodzicom małoletnich dzieci -
      pozostawania z nimi w porze nocnej w szpitalu z powodu zakończenia pory
      odwiedzin jest sprzeczne z prawem - informuje Mariusz Żelichowski, sędzia Sądu
      Rejonowego w Kielcach.

      Za pielęgnację i opiekę nad chorym w szpitalu odpowiada jego personel medyczny.
      Dla wielu jednak pacjentów taka sytuacja prowadzi do dyskomfortu psychicznego.
      Postrzegają ją bowiem jako naruszenie ich intymności i prywatności. Mimo pobytu
      w placówce medycznej chcą oni nadal, aby opiekowali się nimi ich bliscy.

      Jedno z praw pacjenta

      W tym zakresie prawo medyczne jest zgodne z oczekiwaniami pacjentów. W ustawie z
      30 sierpnia 1991 r. o zakładach opieki zdrowotnej (tj. Dz.U. z 2007 r. nr 14,
      poz. 89 z późn. zm.) umożliwia sprawowanie opieki pielęgnacyjnej nad pacjentem
      przez osobę bliską. Możliwość ta została uznana za jedno z praw pacjenta.
      Zgodnie bowiem z art. 19 ust. 3 pkt 1 tej ustawy w ZOZ przeznaczonych dla osób
      wymagających całodobowych lub całodziennych świadczeń zdrowotnych pacjent ma
      również prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej sprawowanej przez osobę bliską
      lub inną osobę wskazaną przez siebie.

      W konsekwencji pobyt pacjenta w szpitalu jest jedynie zmianą miejsca jego
      leczenia. Nie może być on jednak postrzegany jako rodzaj odosobnienia od
      bliskich, w szczególności zaś porównywany do pobytu w więzieniu. W ten sposób
      naturalne więzy pacjenta, jak np. rodzinne, małżeńskie, przyjaźni itd. nie
      zostają poza szpitalem. Pacjent ma prawo je utrzymywać także podczas pobytu w
      placówce medycznej.

      Obowiązek szpitala

      Oznacza to, że szpital nie przyznaje pacjentom żadnych przywilejów w tym
      zakresie. Nie jest to gest dobrej woli jego kierownictwa, ale wymóg prawny.
      Szpital ma obowiązek respektować te więzy i prawo pacjenta do opieki
      pielęgnacyjnej ze strony jego bliskich. Jest to szczególnie ważne w przypadku
      pacjentów małoletnich, w tym noworodków i niemowląt. W tej bowiem sytuacji prawo
      do sprawowania opieki pielęgnacyjnej przez osobę bliską uzasadnione jest nie
      tylko chorobą, ale wiekiem takiego pacjenta i związaną z nim potrzebą bliskości
      rodziców. Wszelkie zaniedbania szpitala w tym zakresie godzą zatem w wiele
      istotnych dóbr osobistych pacjenta.

      Prawo, nie obowiązek

      Wspomniany przepis gwarantuje pacjentowi prawo do dodatkowej opieki
      pielęgnacyjnej. Oznacza to, że z jego strony opieka ta jest uprawnieniem a nie
      obowiązkiem. W konsekwencji szpital musi liczyć się z wolą pacjenta w tym
      zakresie. Z jednej strony, nie może mu narzucać, wbrew jego woli, tej dodatkowej
      opieki, z drugiej zaś zabraniać jej wykonywania, gdy pacjent tego chce.
      Rozstrzygające znaczenie ma więc wola pacjenta, a nie zgłaszających się do
      opieki osób lub personelu medycznego.

      Nie na etacie

      Ustawa o ZOZ podkreśla, że prawo do opieki ma charakter dodatkowy i
      pielęgnacyjny. Oznacza to, że personel szpitala nie jest zwolniony ze swoich
      obowiązków w zakresie opieki pielęgnacyjnej nad chorym. Personel nie może więc
      być wyręczany przez osoby bliskie pacjenta na zasadzie: przecież zrobi to
      rodzina. Powinien wcześniej uzgodnić z pacjentem, jakie czynności pielęgnacyjne
      będzie wykonywała osoba bliska, a jakie sam personel.

      Dodatkowa opieka

      Z prawem pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby bliskiej -
      w praktyce medycznej niektórych szpitali - związane jest pewne nieporozumienie.
      Dochodzi bowiem do nieuzasadnionego prawnie utożsamiania prawa pacjenta do
      dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby bliskiej (art. 19 ust. 3 pkt 1
      ustawy) z prawem do kontaktów osobistych z osobami z zewnątrz (art. 19 ust. 3
      pkt 2 ustawy). Trzeba podkreślić, że są to dwa odrębne prawa pacjenta. Ich
      utożsamianie jest ograniczaniem katalogu praw pacjenta gwarantowanych ustawą o ZOZ.

      Prawo do opieki pielęgnacyjnej ma charakter szerszy i nie wyczerpuje się w samym
      osobistym kontakcie z pacjentem. Z tego powodu bezprawne są praktyki tych
      szpitali, w których osobom bliskim - najczęściej rodzicom małoletnich dzieci -
      zabrania się pozostawania z pacjentem w szpitalu w porze nocnej z tego powodu,
      że czas odwiedzin już się skończył. Z reguły prawnym uzasadnieniem takiego
      zakazu jest regulamin szpitala określający godziny odwiedzin pacjentów w porze
      dziennej. Brak jest podstaw prawnych do tego typu praktyk. Ustawa o ZOZ nie
      zawęża prawa pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby
      bliskiej do jakiejkolwiek pory dnia, w szczególności nie wyklucza z jego zakresu
      pory nocnej.

      Pacjent ma prawo do takiej opieki o każdej porze, w tym w nocy. Osoba sprawująca
      nad nim dodatkowa opiekę pielęgnacyjną nie ma obowiązku wykonania polecenia
      opuszczenia szpitala wydanego przez personel medyczny. Jej pobyt na terenie
      oddziału szpitalnego umożliwia wspomniana ustawa, która ma - co należy
      podkreślić - pierwszeństwo przed regulaminem szpitalnym.

      Szpital nie płaci

      Zgodnie z art. 19 ust. 4 ustawy o ZOZ, koszt realizacji prawa pacjenta do
      dodatkowej opieki pielęgnacyjnej nie może obciążać szpitala.

      Osoba sprawująca taką opiekę nie może więc żądać od placówki medycznej
      wynagrodzenia za jej sprawowanie, zwrotu kosztów dojazdu, diety, noclegu itd. Z
      drugiej jednak strony, szpital nie może obciążać takiej osoby opłatami za jej
      pobyt na terenie szpitala. Również niedopuszczalna jest praktyka tych szpitali,
      którzy zabraniają chorym korzystania z dodatkowej opieki pielęgnacyjnej z uwagi
      na to, że nie są w stanie zapewnić ich osobom bliskim np. krzesła obok łóżka.

      Autor: Mariusz Żelichowski, sędzia Sądu Rejonowego w Kielcach ("Gazeta
      Prawna")
    • madziulec szpitale zamykają oddziały dziecięce 09.09.08, 17:57
      Od 2005 roku zlikwidowano w Polsce 45 z 437 oddziałów pediatrycznych.
      Specjaliści domagają się, aby świadczenia wykonywane przez oddziały dziecięce
      były lepiej wyceniane niż dla dorosłych. Dostęp dzieci do świadczeń zdrowotnych
      jest utrudniony, bo w szpitalach brakuje lekarzy pediatrów.

      Jeszcze w 2005 roku w Polsce było 437 oddziałów pediatrycznych. Od tego czasu
      zlikwidowano co dziesiąty. W przypadku części z nich było to uzasadnione, bo nie
      były one w pełni wykorzystywane lub w tym samym regionie funkcjonowały dwa takie
      same oddziały.

      Jednak część z nich zniknęła ze szpitali, bo ich utrzymywanie było nieopłacalne
      i tylko generowało długi. Skrajnymi przypadkami było likwidowanie oddziałów
      dziecięcych i przenoszenie części łóżek na oddział dla dorosłych.

      Specjaliści alarmują, że opieka nad dziećmi pogarsza się. Czas oczekiwania na
      leczenie w oddziałach pediatrycznych w niektórych regionach przekracza 100 dni.
      To nie tylko kwestia mniejszej liczby oddziałów dziecięcych, ale również
      deficytu lekarzy pediatrów. Dzieci są też diagnozowane za pomocą sprzętu
      przeznaczonego dla dorosłych. Zdaniem lekarzy, wynika to ze zbyt niskiego
      poziomu finansowania świadczeń zdrowotnych udzielanych dzieciom.

      Mniej oddziałów pediatrycznych

      Jak wynika z danych resortu zdrowia, wszystkie działające oddziały pediatryczne
      dysponują ponad 10 tys. łóżek. Trzy lata wcześniej takich łóżek było ponad 11
      tys. W tym samym czasie zlikwidowano 45 oddziałów dziecięcych. W zakładach
      opieki zdrowotnej podległych resortowi obrony narodowej oraz ministrowi spraw
      wewnętrznych i administracji również zmniejszyła się liczba oddziałów
      dziecięcych. O ile jeszcze w 2004 roku było ich 97, o tyle rok później już tylko 47.

      - Nie mamy informacji, czy oddziały te były przekształcane w inne, czy tylko
      likwidowane. Należy jednak zaznaczyć, że w większości przypadków likwidacje te
      to wynik restrukturyzacji szpitala - mówi Jakub Gołąb, rzecznik prasowy
      Ministerstwa Zdrowia.

      Najwięcej oddziałów pediatrycznych zakończyło swoją działalność w ciągu
      ostatnich trzech lat w województwie dolnośląskim. Od 2005 roku zamknięto tam
      dziesięć oddziałów. Siedem oddziałów pediatrycznych zlikwidowano w województwie
      lubuskim. Obecnie jest tam 11 takich jednostek.

      Dzieci na oddziałach dla dorosłych

      Jak wskazują pediatrzy skrajną i niedopuszczalną sytuacją jest umieszczanie
      łóżek dla dzieci na oddziałach internistycznych, czyli tam, gdzie są leczone
      osoby dorosłe. Jak wynika z Danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ostatnich
      dziesięciu latach wzrosła liczba łóżek dziecięcych na oddziałach
      internistycznych dla dorosłych. O ile w 1998 roku było ich osiem, o tyle obecnie
      jest ich ponad 150.

      W szpitalach zdarza się także, że np. noworodki są diagnozowane za pomocą
      sprzętu wykorzystywanego przy leczeniu dorosłych.

      - W okresie niżu demograficznego w szpitalach zmniejszano liczbę łóżek. Teraz
      rodzi się więcej dzieci, ale łóżek dla nich nie przybywa - uważa profesor Alicja
      Chybicka, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

      Takie działanie jest niezgodne z obowiązującym prawem. Zgodnie z ustawą
      zdrowotną oraz konstytucją dzieci mają prawo do szczególnej opieki i troski.
      Jest to również niezgodne z Kartą Praw Dziecka.

      Względy ekonomiczne

      Zdaniem Anny Dobrzańskiej, konsultanta krajowego w dziedzinie pediatrii,
      przyczyną likwidacji części oddziałów pediatrycznych było to, że są to oddziały
      przynoszące straty.

      - Utrzymanie oddziału pediatrycznego kosztuje szpital nawet dwa razy więcej niż
      oddziału dla dorosłych. Dyrektorzy placówek medycznych, kierując się rachunkiem
      ekonomicznym, decydują się więc na zmniejszenie ich liczby - podkreśla Anna
      Dobrzańska.

      Wynika to z tego, że koszty świadczeń udzielanych dzieciom są droższe niż
      świadczeń udzielanych dorosłym. Ich leczenie wymaga np. specjalistycznego
      sprzętu medycznego. Dzieci przewlekle chore są również częściej hospitalizowane
      niż osoby dorosłe.

      Potwierdzają to dyrektorzy szpitali, które mają oddziały dziecięce.

      - Koszty funkcjonowania oddziałów pediatrycznych, chirurgii dziecięcej,
      otolaryngologii są zdecydowanie wyższe, niż oddziałów dla dorosłych - mówi
      Katarzyna Kapuścińska, dyrektor ds. ekonomicznych Szpitala Specjalistycznego im.
      Marciniaka we Wrocławiu.

      Obecnie wrocławska placówka podjęła uchwałę, że od przyszłego roku oddział
      otolaryngologii zostanie połączony z oddziałem chirurgii dziecięcej. Jest to
      związane z tym, że oddział ten wciąż przynosi straty.

      Nowe rozliczenia z NFZ

      Sytuacja ma szanse jednak ulec poprawie, dzięki nowemu systemowi rozliczeń
      świadczeń zdrowotnych z NFZ, jaki obowiązuje od lipca tego roku.

      - Faktycznie dzięki wprowadzeniu systemu jednorodnych grup pacjentów
      zauważyliśmy kilkuprocentowy wzrost finansowania świadczeń wykonywanych na
      oddziałach np. chirurgii dziecięcej - mówi Katarzyna Kapuścińska.

      NFZ podkreśla, że dzięki jednorodnym grupom pacjentów płaci za dodatkowe dni
      pobytu pacjenta w szpitali.

      - Wcześniej nie było takiej możliwości. Jeszcze w czasie pilotażu nowego systemu
      okazało się, że to właśnie leczenie dzieci trwa najdłużej i najwięcej
      dodatkowych osobodni rozliczają właśnie szpitale pediatryczne - mówi Edyta
      Grabowska-Woźniak, rzecznik prasowy NFZ.

      Zwiększyć finansowanie

      Pediatrzy postulują zwiększenie finansowania świadczeń udzielanych dzieciom. To
      ma spowodować zwiększenie dostępności do specjalistów. Obecnie najdłuższy czas
      oczekiwania na przyjęcie na oddział pediatryczny wynosi 157 dni w województwie
      zachodniopomorskim, w Małopolsce - 104 dni.

      Poprawę finansowania pediatrii ma również spowodować zwiększenie liczby
      specjalistów z tej dziedziny. Obecnie w kraju jest około 6 tys. pediatrów.
      Jeszcze kilka lat temu było ich ponad 10 tys.

      - Problemy finansowe oddziałów dziecięcych powodują, że maleje zainteresowanie
      młodych lekarzy tą specjalizacją - podkreśla Anna Dobrzańska.

      Resort zdrowia podkreśla jednak, że chcąc zachęcić lekarzy do odbywania
      specjalizacji z zakresu pediatrii, systematycznie zwiększa liczbę miejsc
      specjalizacyjnych. O ile w 2006 roku było ich 321, o tyle tylko w I półroczu
      tego roku na lekarzy czekało 200 miejsc szkoleniowych.

      100 tys. dzieci jest leczonych każdego roku na oddziałach dziecięcych. ("Gazeta
      Prawna")
    • madziulec Katalog kar dla lekarzy 15.09.08, 21:10
      Ginekologa, któremu sąd udowodni, że z powodu złej opieki podczas porodu dziecko
      stało się niepełnosprawne, będzie można pozbawić prawa do odbierania porodów. A
      chirurg, który podczas operacji laparoskopowej uszkodzi jakiś organ wewnętrzny
      pacjenta, otrzyma sądowy zakaz wykonywania zabiegów laparoskopowych.

      Nowa ustawa o izbach lekarskich wprowadza zupełnie nowy katalog kar dla lekarzy.
      Trafi do Sejmu jeszcze w tym roku.

      Do tej pory lekarze - sprawcy błędów medycznych - najczęściej unikali
      odpowiedzialności, bo sądy lekarskie rzadko orzekały dotkliwe kary: czasowy albo
      dożywotni zakaz wykonywania zawodu lekarza. A nagany i upomnienia nie osiągały
      zamierzonego celu. Z kolei procesy przed sądami cywilnymi były długotrwałe, w
      dodatku to na pacjencie spoczywała konieczność udowodnienia winy lekarza.

      Nowa ustawa przygotowywana przy współpracy Naczelnej Izby Lekarskiej wprowadza
      kary pośrednie między naganą a zakazem wykonywania zawodu. Sąd lekarski będzie
      mógł zabronić lekarzowi wykonywania określonych zabiegów. Czyli np. ginekolog
      będzie mógł prowadzić pacjentki w ciąży, a nie będzie mógł odbierać porodu.
      Ważna dla samych pacjentów zmiana jest taka, że do tej pory postępowania przed
      sądami lekarskimi były dla nich zamknięte. Wkrótce staną się aktywnymi
      uczestnikami postępowania, będą więc mogli składać wnioski dowodowe, wnosić o
      powołanie dodatkowych biegłych czy ustanawiać pełnomocników.

      Czy jednak wprowadzenie nowego prawa łamiącego nieformalną zasadę lekarskiej
      solidarności jest w Polsce realne? - Zmian chciało samo środowisko lekarskie i
      to izby lekarskie są współautorem nowego katalogu kar - podkreśla prezes
      Śląskiej Izby Lekarskiej dr Maciej Hamankiewicz. - Mamy dość posądzania, że
      zamiatamy niewygodne rzeczy pod dywan. Chcemy jawności.

      Dotychczasowe przepisy nie spełniły swej roli. - Upomnienia i nagany dla lekarza
      to kary symboliczne. Zresztą po pewnym czasie są wymazywane z akt. Z drugiej
      strony zawieszenie lub zakaz wykonywania zawodu są w wielu przypadkach zbyt
      ostre, bo pozbawiają lekarza możliwości zarabiania na życie - przekonuje dr
      Hamankiewicz.

      Prawnicy specjalizujący się w walce o odszkodowania dla pacjentów są zadowoleni
      z zapowiadanych zmian. Największe nadzieje wiążą z pomysłem wprowadzenia kar
      finansowych już na etapie postępowania w sądzie lekarskim. - To jedyna szansa na
      przełamanie zawodowej, źle pojętej solidarności. Lekarze muszą na własnej
      kieszeni poczuć konsekwencje swego błędu - mówi Marcin Marszałek ze
      stowarzyszenia "Wokanda", które pomaga osobom poszkodowanym w wyniku błędów
      lekarskich.

      Maksymalna kara dla medyka ma być równa sześciokrotnej wysokości średniego
      wynagrodzenia w gospodarce, czyli wynosiłaby ok. 20 tys. złotych. Każdorazowo
      grzywnę będzie ustalał sąd, w zależności od ciężaru gatunkowego sprawy. Dla
      pacjenta skazanie lekarza w sądzie lekarskim będzie ogromnym atutem w walce
      przed sądem cywilnym o odszkodowanie.

      Adam Sandauer, szef stowarzyszenia Primum Non Nocere, zmiany w prawie ocenia
      jednak jako działania czysto PR- -owskie. - Mają na celu poprawę fatalnego
      wizerunku lekarskiego wymiaru sprawiedliwości. Przecież już teraz na 2-3 tysiące
      skarg, jakie wpływają do izb lekarskich, tylko 8 proc. kończy się ukaraniem.
      Tymczasem skala błędów lekarskich według naszych szacunków jest
      dziesięciokrotnie większa, wynosi od 20 do 40 tysięcy rocznie - twierdzi Sandauer.

      Dla przykładu tylko w pierwszym półroczu 2008 roku do Rzecznika
      Odpowiedzialności Zawodowej przy Śląskiej Izbie Lekarskiej wpłynęły 93 skargi.
      Do sądu zaś trafiło jedynie 14 spraw, czyli co siódma.("Polska Dziennik Zachodni")
    • madziulec Kolejki i łapówki w prywatnych przychodniach 20.09.08, 20:08
      Wielotygodniowe wyczekiwanie na wizytę u specjalisty, wymuszanie łapówek i
      opryskliwi lekarze. Codzienność w państwowej służbie zdrowia? Nie, to szara
      rzeczywistość w prywatnych przychodniach - pisze "Gazeta Wyborcza".

      Dwa tygodnie czekania do ginekologa, miesiąc do dentysty, do endokrynologa nawet
      pół roku. Żeby zrobić USG, trzeba się zapisać nawet dwa miesiące wcześniej. W
      weekend w kolejce do lekarza dyżurnego można spędzić kilka godzin. To, co było
      do tej pory specjalnością państwowych szpitali, teraz staje się normą w
      prywatnych przychodniach - podkreśla "Gazeta Wyborcza".

      Dziennik wskazuje, że dzieje się tak mimo wciąż drożejących polis i abonamentów
      medycznych. Tylko od początku roku zdrożały one średnio mniej więcej 10 proc. O
      problemie mówią już same firmy medyczne i ubezpieczyciele. - Chętnych do
      płacenia przybywa, ale nie ma ich kto leczyć - mówi Paweł Kalbarczyk
      odpowiedzialny za ubezpieczenia zdrowotne w PZU. Abonamenty i polisy medyczne
      mogą mieć już nawet 2 mln Polaków. O ile w ubiegłym roku wydali na leczenie 1,4
      mld zł, o tyle w tym roku ich wydatki będą o 200-300 mln wyższe.

      "Gazeta Wyborcza" przypomina, że za to lekarzy jest mniej, bo wielu z nich
      wyjeżdża pracować za granicę, gdzie im lepiej płacą. W całej Polsce czekają na
      nich tysiące wakatów. Zdaniem Kalbarczyka prywatne przychodnie nie mają wyboru i
      zaczynają przyjmować pracowników jak leci. Tylko LuxMed i Medycyna Rodzinna
      przyjęły w tym roku do pracy 200 nowych lekarzy. A to dopiero początek, bo w
      najbliższym czasie planują otwierać kolejne przychodnie.("Gazeta Wyborcza")
    • madziulec tykająca bomba biologiczna 26.09.08, 09:12

      Z kraju; 25-09-2008 ["Polska" / "Polska Dziennik Bałtycki"]
      W ściekach ze szpitali płyną prątki gruźlicy, wirusy WZW oraz HIV
      Wirusy HIV oraz wirusowego zapalenia wątroby, prątki gruźlicy, bakterie coli
      oraz dziesiątki innych wirusów i bakterii odkryto w ściekach wypływających z
      Pomorskiego Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku. Szpitali, które nie
      mają skutecznych oczyszczalni ścieków, są w Polsce dziesiątki. Epidemiolodzy nie
      mają wątpliwości: to tykająca bomba biologiczna.

      Od początku roku nie było miesiąca, aby przynajmniej w jednej sieci wodociągowej
      w Polsce nie wykryto bakterii coli. Wody nie wolno było pić w Pleszewie w
      Wielkopolsce, Baranowie Sandomierskim, Nisku czy w Korczynie na Podkarpaciu. Ale
      niebezpieczeństwo, że bakterie zatrują wodę w dużych miastach - jak Warszawa,
      Gdańsk czy Kraków - jest ogromne. Bo drobnoustroje opuszczają szpitale w
      ściekach i niezabite trafiają do rzek.

      W Polsce nikt nie bada tego, co szpitale wypuszczają do kanalizacji. Nikt nawet
      nie pilnuje, czy przepisy w tej sprawie są przestrzegane. W Gdańsku skażenie
      odkryto przypadkowo - tylko dlatego, że Pomorskie Centrum Gruźlicy samo zleciło
      zbadanie swoich nieczystości. - Włos jeży się na głowie, gdy pomyśleć, że to
      wszystko trafiało do kanalizacji miejskiej - mówi dr Bogdan Lamparski, dyrektor
      gdańskiego szpitala. - Na szczęście problem mamy już za sobą. W czwartek
      otwieramy nowoczesną stację dezynfekcji ścieków, pierwszą taką w Polsce. Dzięki
      naświetlaniu lampami UV zniszczymy prawie sto procent bakterii.

      W 1997 r. Ministerstwo Zdrowia nakazało, aby wszystkie szpitale oczyszczały
      swoje ścieki. Prawo jednak - ze względu na szpitalną biedę - złagodzono.
      Obowiązująca w Polsce od czerwca 2001 r. ustawa ograniczyła wymagania do
      placówek mających oddziały zakaźne lub leczące pacjentów z chorobami zakaźnymi.
      Ale nikt nawet tego zliberalizowanego nakazu nie wyegzekwował.

      Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, który powinien kontrolować szpitale, nie
      ma pojęcia, ile placówek ma już oczyszczalnie. - My nic nie wiemy, szczególnie
      że gdańskie badania są jednymi z pierwszych - mówi Katarzyna Biedrzycka, szefowa
      biura współpracy z zagranicą i komunikacji społecznej.

      Bakterie szpitalne to mutacje odporne na antybiotyki, dlatego są śmiertelnie
      niebezpieczne. Według Światowej Organizacji Zdrowia zdarzały się już przypadki
      zakażenia żółtaczką spowodowane wirusami ze ścieków. O kłopotach z
      przyszpitalnymi oczyszczalniami było w Polsce cicho, bo to niewygodny temat. W
      Łodzi chlorownię ma tylko Szpital im. Biegańskiego, jedyna zakaźna placówka w
      regionie. Ścieki z oddziałów zakaźnych w Bełchatowie i Piotrkowie Trybunalskim
      są neutralizowane podchlorynem sodu i wapnia. Na Śląsku i w Krakowie jest
      podobnie. Większość szpitali przyznaje, że ze ściekami nie robi nic.

      Epidemiolodzy twierdzą, że nie jest możliwe przeprowadzenie badań pokazujących
      prostą zależność liczby zachorowań, np. na żółtaczkę, od skuteczności
      oczyszczania ścieków przez szpitale. Bo trudno ustalić, w jaki sposób pacjent
      się zaraził. To tak samo jak podróż samolotem z chorym na grypę. Może on zarazić
      wszystkich, a może nikogo.

      W Polsce na wirusowe zapalenie wątroby typu B choruje ponad 75 tys. osób. Skala
      bakteryjnych zatruć pokarmowych, jako że nie ma obowiązku ich rejestracji, nawet
      nie jest znana.

      Gdyby dyrektorzy polskich szpitali zlecili analizę tego, co wpuszczają do
      kanalizacji, włosy zjeżyłyby się im na głowach: bakterie coli, enterokoki,
      wirusy żółtaczki, a nawet HIV i substancje radioaktywne! Drobnoustroje trafiają
      dooczyszczalni ścieków, ale tam nie są zabijane i w konsekwencji wpływają do
      rzek. Tych samych, z których bierzemy wodę pitną.

      Część placówek medycznych traktuje nieczystości chlorem i uważa problem za
      załatwiony. - Mamy osadniki i własną chlorownię, gdzie odbywa się utylizacja.
      Dopiero wówczas zrzucamy ścieki do miejskiej sieci - mówi Krzysztof Hornik,
      dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Chorzowie. Podobnie robi Wojewódzki
      Szpital Zespolony w Częstochowie.

      Ale epidemiolodzy mówią wprost: to za mało, chlor nie jest stuprocentowo
      skuteczny. Łukasz Supergan, koordynator Greenpeace, zajmujący się
      zanieczyszczeniem rzek: - Kwestią zrzucania ścieków przez szpitale powinna zająć
      się prokuratura. One w ogóle nie powinny trafiać do kanalizacji miejskiej -
      uważa Supergan. b- Najdziwniejsze jest to, że do tej pory w Polsce nie
      przeprowadzono żadnych kompleksowych badań, które pokazywałyby wpływ szpitalnych
      nieczystości na środowisko.

      Większość placówek medycznych w Polsce albo tylko chloruje ścieki, albo w ogóle
      nie zajmuje się nimi i wpuszcza do sieci kanalizacyjnej.

      - Na Pomorzu tylko w czterech szpitalach dezynfekuje się nieczystości z
      oddziałów zakaźnych, kolejnych sześć placówek dysponuje jedynie urządzeniami do
      podczyszczania, czyli do wstępnego procesu utylizacji - mówi dr Andrzej
      Jagodziński, zastępca wojewódzkiego inspektora sanitarnego w Gdańsku.

      Problem nie dotyczy tylko małych powiatowych szpitali. Największy szpital w
      Gdańsku, czyli Akademickie Centrum Kliniczne (ponad 63 tys. hospitalizacji
      rocznie), wpuszcza nieczystości wprost do miejskiej kanalizacji. Podobnie robi
      Szpital Wojewódzki w Gdańsku i Szpital Specjalistyczny św. Wojciecha na Zaspie.

      Pomorskie Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku wytwarza ok. siedmiu
      metrów sześciennych ścieków dziennie. Są w nich dziesiątki niebezpiecznych
      wirusów i bakterii. - Część oczywiście ginie szybko, jednak są takie, które mogą
      przetrwać dłużej. Prątki gruźlicy w sprzyjających warunkach żyją nawet tydzień -
      mówi dr Bogdan Lamparski, dyrektor szpitala.
      Prątki w wodzie nie są jeszcze takie groźne, ale już wirusy żółtaczki - tak.
      Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że były na świecie przypadki zakażenia
      wirusowym zapaleniem wątroby spowodowane bakteriami, które wydostały się ze
      szpitali.

      Pomorskie Centrum Gruźlicy uruchamia właśnie supernowoczesną oczyszczalnię,
      która pozwoli zniszczyć wszystkie drobnoustroje opuszczające szpital kanałami,
      ale to dopiero pierwsza taka inwestycja w Polsce, choć specjalna ustawa
      zobowiązuje szpitale do budowy oczyszczalni już od siedmiu lat! Lecznice nie
      inwestują, tłumacząc się brakiem funduszy.

      Jednak jak się okazuje, pieniędzy wcale nie trzeba było szukać w służbie
      zdrowia. Ponad milion złotych wyłożył Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i
      Gospodarki Wodnej oraz Pomorski Urząd Marszałkowski.

      Fundusz zapłacił też za analizę laboratoryjną szpitalnych ścieków. Okazało się,
      że stacja dezynfekcji promieniami ultrafioletowymi nie dość, że jest o wiele
      tańsza od tradycyjnych, to jeszcze zabija praktycznie wszystkie mikroorganizmy.

      - Ścieki po odpowiednim przygotowaniu trafiają do komory naświetlania - wyjaśnia
      Robert Zamajski z firmy UV-Eko instalującej urządzenie. - Lampy ultrafioletowe
      są od dawna powszechnie stosowane do dezynfekcji wody. Nie używano ich do tej
      pory do oczyszczania ścieków szpitalnych, choć są równie skuteczne.

      Jeśli szpitale nie zainwestują w oczyszczalnie w najbliższych latach, do
      skażenia sieci wodociągowej w dużym mieście na pewno w końcu dojdzie. To tylko
      kwestia czasu.("Polska")
      • madziulec Re: tykająca bomba biologiczna 26.09.08, 09:12
        Gruźlica, żółtaczka i HIV płyną kanałami

        Szpitale nie badają regularnie zawartości swoich ścieków - nie mają na to
        pieniędzy. A szkoda, bo wyniki tych badań mogłyby zjeżyć włosy na głowach
        inspektorów sanitarnych. Placówki służby zdrowia są dostarczycielami hektolitrów
        wody skażonej bakteriami, wirusami oraz cytostatykami, środkami do
        chemioterapii, antybiotykami, a nawet substancjami radioaktywnymi.

        W czterech szpitalach na Pomorzu dezynfekuje się ścieki z oddziałów zakaźnych, a
        tylko sześć placówek dysponuje urządzeniami do podczyszczania (czyli wstępnego
        procesu oczyszczania) ścieków. Jeszcze do niedawna ścieki wstępnie oczyszczano w
        Szpitalu Wojewódzkim w Słupsku. Jednak po likwidacji oddziału zakaźnego
        zaprzestano dezynfekcji. Teoretycznie wszyscy "zakaźni" pacjenci trafiają bowiem
        do oddalonego o prawie 100 kilometrów Gdańska.

        W samym Gdańsku największy szpital - Akademickie Centrum Kliniczne (ponad 63
        tysiące hospitalizacji rocznie!) - oddaje wszystkie swoje ścieki do miejskiej
        kanalizacji. Podobnie jest ze Szpitalem Wojewódzkim w Gdańsku i Szpitalem
        Specjalistycznym św. Wojciecha na Gdańskiej Zaspie. I praktycznie z większością
        szpitali w Polsce.

        W Pomorskim Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku wytwarza się ok. 7
        metrów sześciennych ścieków dziennie. W ich składzie są dziesiątki
        niebezpiecznych wirusów i bakterii.

        - Także takie, które mogą wywołać zagrażającą życiu posocznicę - zaznacza z
        powagą dr Bogdan Lamparski, dyrektor szpitala. - Część oczywiście ginie bardzo
        szybko, jednak są też takie, które mogą przetrwać dłużej. Prątki gruźlicy w
        sprzyjających warunkach żyją nawet tydzień, chociaż ze ścieków raczej trudno się
        nimi zarazić, bo roznoszą się drogą kropelkową.

        Gorzej jest z żółtaczkami. Wiadomo też, że niektóre bakterie bardzo "lubią"
        wilgoć i chłód, czyli środowisko, jakie znajdą w sieci kanalizacyjnej.
        Przez ostatnie lata ścieki z gdańskiego szpitala zakaźnego trafiały do
        cuchnącego z dala odstojnika.

        - Traktowaliśmy je podchlorynem sodu B - mówi Jarosław Głowacki, wicedyrektor
        szpitala. - Środek ten nie niszczył wszystkich zarazków, w dodatku kosztował
        bardzo dużo. Przed trzema laty podjęliśmy starania o zbudowanie stacji
        oczyszczającej z prawdziwego zdarzenia. Nie mieliśmy już czasu - ustawa sprzed
        siedmiu lat zobowiązuje nas do skutecznej dezynfekcji ścieków.

        Pieniądze - łącznie ponad milion złotych - zdecydował się wyłożyć Wojewódzki
        Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Pomorski Urząd Marszałkowski.

        - To jest nasz obowiązek - twierdzi Danuta Kozak, prezes WFOŚIGW. - Szpitale nie
        mają środków własnych na takie cele. Co najważniejsze, skutek może być odczuwany
        nie tylko przez szpitale, ale także przez miasto.

        Dyrekcja szpitala zakaźnego przy ul. Smoluchowskiego najpierw jednak dwa razy
        bezskutecznie ogłaszała przetargi. Trudno było znaleźć chętnych do podjęcia się
        walki z bakteriami i wirusami w ściekach.

        - Dopiero za trzecim razem udało się znaleźć wykonawcę, który zaproponował nam
        bardzo skuteczną metodę niestosowaną wcześniej w Polsce, a może i w Europie -
        wspomina dyr. Jarosław Głowacki.

        Wcześniej przeprowadzono badania pilotażowe. Wojewódzki Fundusz Ochrony
        Środowiska zapłacił za analizę zawartości szpitalnych ścieków. Okazało się, że
        stacja dezynfekcji UV nie dość, że jest o wiele tańsza, to jeszcze niszczy
        praktycznie wszystkie mikroorganizmy.

        - Surowe ścieki są, po odpowiednim przygotowaniu, wprowadzane do komory
        naświetlania UV - wyjaśnia Robert Zamajski z firmy UV-Eko, instalującej
        urządzenie. - Lampy ultrafioletowe są powszechnie stosowane do dezynfekcji wody
        i ścieków oczyszczonych. Nie używano ich do tej pory do oczyszczania ścieków
        surowych i ścieków szpitalnych.

        "Moc przerobowa" stacji pozwala na dezynfekcję nawet 14 m sześc. ścieków
        dziennie - to na wypadek (odpukać) epidemii. I tak w Gdańsku będzie trochę
        bezpieczniej. Niestety, tylko trochę. I tylko w Gdańsku.

        Rozmowa z epidemiologiem, dr Andrzejem Jagodzińskim

        Czy warto chwalić się oczyszczalnią ścieków z gdańskiego szpitala zakaźnego?
        Warto. Jest to w końcu pierwsze tego typu rozwiązanie technologiczne w Polsce.
        Na dodatek jego skuteczność sięga prawie 100 procent.

        W wielu szpitalach ratuje się pacjentów z sepsą, rzadkością nie jest gronkowiec
        złocisty, a z wyizolowanych od chorych bakterii można ułożyć długą listę. Nie za
        mało tych oczyszczalni?
        Formalnie obowiązek oczyszczania ścieków spoczywa jedynie na szpitalach i
        oddziałach zakaźnych, stacjach krwiodawstwa i niektórych laboratoriach. Nie ma
        sensu oczyszczać np. ścieków z kardiologii. Nie wykluczam, że w innych
        placówkach są leczeni pacjenci cierpiący na choroby zakaźne, jednak do tej pory
        nikogo za rękę nie złapaliśmy.

        Razem ze ściekami płyną też np. antybiotyki...
        Z tym problemem, niestety, sobie jeszcze nie poradziliśmy.

        Żyją minuty, dni, miesiące, lata

        W ściekach płynących ze szpitalnej sieci kanalizacyjnej znajdują się m.in.
        - wirusy HBV (żółtaczka typu B) - kilka miesięcy, a nawet lat mogą prze-trwać
        poza organizmem człowieka - wirusy HCV (żółtaczka typu C) - nie giną podczas
        zwykłej sterylizacji, zabija je temperatura 130 st. C - gronkowiec złocisty -
        jest bardzo odporny na wysoką temperaturę, ginie dopiero po półgodzinnym
        gotowaniu- wirus HIV - ginie szybko poza organizmem.("Polska Dziennik Bałtycki")
    • madziulec leki dla dorosłych moga zabijac dzieci 26.09.08, 09:14
      Aspiryna, pyralgina, thiocodin to specyfiki, które są bardzo groźne dla dzieci.
      Mogą nawet zabijać. Niestety, rodzice bardzo często podają te leki swoim
      pociechom, gdy te zachorują. W poprzednim "sezonie grypowym" w Krakowie z tego
      powodu zmarło dwoje dzieci.

      Od października 2007 roku do kwietnia 2008 roku uniwersytecki Ośrodek
      Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków w Krakowie zanotował aż 142
      przypadki groźnych skutków ubocznych po podaniu dzieciom popularnych leków,
      które można kupić bez recepty. Dwoje dzieci zmarło - pisze "Dziennik Polski".

      Niestety, bardzo dużo rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że leki, które oni
      sami mogą zażywać, są niezwykle niebezpieczne dla ich pociech. Aż 26 procent
      osób z wyższym wykształceniem nie zawahałoby się przed podaniem swojemu dziecku
      aspiryny, żeby zbić mu gorączkę - wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS na
      zlecenie pisma "Readers Digest".

      A może to być bardzo groźne. Preparaty kwasu acetylosalicylowego mogą wywołać u
      dziecka zespół Reyea - rzadką, ale niebezpieczną chorobę, powodującą
      nieodwracalne zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym i wątrobie.

      Ale to jeszcze nie wszystkie zagrożenia. "Aspiryna u dzieci poniżej 12. roku
      życia może wywołać też drgawki, obrzęk warg i języka, duszność i zaburzenia
      oddychania" - wymienia doktor Jarosław Woroń z krakowskiego Ośrodka
      Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków. ("Dziennik Polski")
    • madziulec nerkom i sercu mleka nie żałuj 26.09.08, 09:15
      Picie szklanki chudego mleka dziennie korzystnie wpływa na stan nerek, a przez
      to obniża ryzyko chorób serca - wynika z amerykańsko-norweskich badań, które
      publikuje pismo "American Journal of Clinical Nutrition".

      Naukowcy z Uniwersytetu w Oslo i trzech amerykańskich uczelni sprawdzali
      czynność nerek u ponad 5 tys. osób w wieku od 45 do 84 lat. W tym celu obliczyli
      stosunek dwóch białek - albuminy i kreatyniny - w próbkach ich moczu. Obecność
      albumin w moczu jest uważana za wskaźnik uszkodzenia nerek. Podwyższony stosunek
      albuminy do kreatyniny (tzw. mikroalbuminuria) świadczy ponadto o wysokim ryzyku
      chorób układu krążenia u pacjenta. Dodatkowo naukowcy zebrali dane na temat
      diety badanych osób.

      Okazało się, że osoby, które dziennie wypijały przynajmniej jedną szklankę
      chudego mleka lub zjadały inne mleczne produkty miały o 37 proc. niższe ryzyko
      zaburzeń funkcji nerek, a co za tym idzie chorób serca, w porównaniu z
      niepijącymi mleka lub pijącymi go mniej.

      Jak podkreślają autorzy pracy, mleko i przetwory mleczne stanowiły jedyną grupę
      produktów, która była silnie związana z niższym ryzykiem mikroalbuminurii.

      Osoby, których dieta była ogólnie zdrowa - tj. oprócz nabiału, zawierała
      produkty z pełnego ziarna, warzywa i owoce - miały o 20 proc. niższy stosunek
      albuminy do kreatyniny i zdrowsze nerki.

      Zdaniem autorów pracy, korzystny wpływ mleka na funkcjonowanie nerek i serca
      może mieć związek z obecnymi w nim minerałami, takimi jak wapń, potas, magnez
      oraz witaminą D.

      Statystyki wskazują, że na przewlekłą chorobę nerek cierpi co dziesiąty człowiek
      na świecie. W Polsce liczbę osób z tymi schorzeniami ocenia się na ponad 4,2 mln.

      Zaburzenia funkcji nerek mogą być zarówno przyczyną, jak i skutkiem chorób
      układu sercowo-naczyniowego, które ciągle są głównym powodem zgonów w krajach
      wysoko rozwiniętych.(PAP)
    • madziulec USA: Nieszczepione dziecko nie wejdzie do szkoły 30.09.08, 18:05
      o najmniej kilkaset dzieci może być zawieszonych w prawach ucznia w Północnej
      Karolinie, bo nie przyjęły obowiązkowej szczepionki - informuje gazeta "The News
      Observer".

      Niedawno wprowadzony w tym amerykańskim stanie kalendarz szczepień przewiduje,
      że uczniowie przed rozpoczęciem szóstej klasy muszą przyjąć szczepionkę na
      krztusiec, tężec i błonicę. Jednak nie wszyscy rodzice zdążyli wysłać dzieci na
      te obowiązkowe szczepienia.

      Teraz ich dzieci mogą nie zostać wpuszczone na lekcje. Co prawda trudno
      powiedzieć, czy uczniowie byliby tą przymusową przerwą w nauce szczególnie
      zmartwieni, może im to jednak przysporzyć kłopotów.

      Jak tłumaczy immunolog, dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków,
      amerykańskie szkoły wprowadzają takie restrykcje, bo nie ma tam innego systemu,
      który zmuszałby rodziców do zaszczepienia swych dzieci na groźne choroby
      zakaźne. "Teoretycznie obowiązku szczepień nie ma, ale np. niezaszczepione
      dziecko nie zostanie przyjęte do żłobka" - mówi dr Grzesiowski.

      "W Polsce odpowiedzialność przerzuca się na rodzica, nie na dziecko" - wyjaśnia.
      Jeśli rodzice uchylają się od obowiązkowych szczepień, grozi im mandat. Sanepid
      może też wysłać inspektorów do takiego domu. Ale przed szkołą dziecko i tak nie
      ucieknie.(PAP)
    • madziulec Odpowiedzialność lekarza a odpowiedzialność.. 08.10.08, 15:07
      Artykuł 120 § 1 kodeksu pracy w brzmieniu „W razie wyrządzenia przez pracownika
      przy wykonywaniu przez niego obowiązków pracowniczych szkody osobie trzeciej,
      zobowiązany do naprawienia szkody jest wyłącznie pracodawca”, określa co do
      zasady, iż lekarz nie jest zobowiązany do naprawienia szkody wyrządzonej
      pacjentowi podczas procesu leczenia.

      Dyspozycja w/w przepisu dotyczy (pracownika, pracodawcy) zakładu leczniczego bez
      wględu na formę prawną. Nie ma zatem znaczenia czy jest to zoz, n-zoz,
      spółdzielnia lekarska czy prywatna klinika/praktyka prowadząca działalność w
      przewidzianej przez prawo formie.

      W związku z tym, w chwili powstania szkody po stronie pacjenta powstaje
      roszczenie z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania świadczeń (usług
      medycznych), którego nie może podnieść bezpośrednio do pracownika (lekarza,
      pielęgniarki) pomimo, iż najprawdopodobniej swym działaniem lub zaniechaniem
      szkodę wyrządził.

      Jeśli jednak szkoda powstała w wyniku umyślnego działania/zaniechania personelu
      medycznego, zakład pracy stał się niewypłacalny lub szkoda została wyrządzona
      „nie przy leczeniu”, ale przy okazji wykonywania obowiązków pracowniczych, wtedy
      domaganie się odszkodowania i zadośćuczynienia za doznaną krzywdę bezpośrednio
      względem lekarza, będzie uzasadnione.

      Wyłączenie odpowiedzialności (lekarza, pielęgniarki) w stosunku do pacjenta
      rozciąga się również na tzw. roszczenie regresowe z tytułu wypłaty odszkodowania
      przez ubezpieczyciela. Jeśli zatem za wyrządzoną szkodę ubezpieczyciel zakładu
      opieki spełni świadczenie, nie może dochodzić od lekarza zwrotu wypłaconych
      świadczeń na podstawie art. 828 § 1 kodeksu cywilnego; tak też uchwała Sądu
      Najwyższego z dnia 7.11.1977r., OSN 5-6/1978, poz. 84, co jest podstawową zasadą
      prawa ubezpieczeń.

      Regres wynikający z odpowiedzialności pracowniczej jest ograniczony do
      trzymiesięcznego wynagrodzenia pracownika. Zatem w chwili spełnienia roszczenia
      przez zakład opieki medycznej lub ubezpieczyciela, powstaje roszczenie o zapłatę
      jedynie trzykrotności wynagrodzenia, oczywiście za działanie lub zaniechanie
      które jest zawinione w postaci niedbalstwa lub lekkomyślności.

      Jeśli jednak szkoda została wyrządzona umyślne np. lekarz odmówił przyjęcia do
      szpitala pacjenta, któremu groziło bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia
      lub zdrowia, z chwilą spełnienia roszczenia przez zakład opieki zdrowotnej, ma
      on (zakład) prawo dochodzić odszkodowania w pełnej wysokości.

      Należy pamiętać, iż ograniczenie odpowiedzialności personelu medycznego do
      trzykrotności wynagrodzenia (lekarza, pielęgniarki) jest prawem - co do zasady -
      tylko i wyłącznie pracownika w rozumieniu art. 2 kodeksu pracy, czyli osoby
      zatrudnionej na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub
      spółdzielczej umowy o pracę.

      W związku z tym, jeśli lekarz świadczy pracę na podstawie kontraktu
      menadżerskiego (szczególnej umowy cywilnoprawnej o charakterze quasi-zlecenia) i
      wyrządzi szkodę, ponosi pełną odpowiedzialność odszkodowawczą na podstawie art.
      415 kodeksu cywilnego.

      Odpowiedzialność odszkodowawcza lekarza opiera się na ogólnych zasadach
      przypisania winy za działanie lub zaniechanie, które musi pozostawać w
      adekwatnym związku przyczynowym z powstałą szkodą. Zasadą prawa cywilnego jest
      ponoszenie odpowiedzialności tylko za normalne następstwa działania lub zaniechania.

      Jeśli zatem do szkody przyczynił się zakład opieki zdrowotnej np. w związku z
      niewłaściwym zarządzaniem personelem lub osoba trzecia, w tym zakresie
      (odpowiedzialności samodzielniej zakładu/osoby trzeciej) pracownik
      odpowiedzialności nie będzie ponosił.

      Łukasz Siudak
      Prawnik, Doktorant Wydziału Prawa i Administracji UŚ
      Data: 2008-10-07
    • madziulec Uprawianie sportu będzie poprzedzone badaniami lek 08.10.08, 15:08
      Dzieci i młodzież do ukończenia 21 roku życia nie będą musiały ubiegać się o
      licencję uprawniającą do uprawiania określonej dyscypliny sportu.

      Ministerstwo Zdrowia przesłało do konsultacji społecznych projekt w sprawie
      koniecznych badań lekarskich, częstotliwości ich przeprowadzania oraz trybu
      orzekania o zdolności do uprawiania określonej dyscypliny sportu przez dzieci i
      młodzież do ukończenia 21 roku życia oraz przez zawodników od 21 do 23 roku życia.

      Zgodnie z nim dzieci i osoby do 21 roku życia, ubiegające się o wydanie
      orzeczenia uprawniającego do uprawiania określonej dyscypliny sportu, będą
      musiały mieć wykonane badania wstępne m.in. z zakresu ortopedii, stomatologii
      czy laryngologii. Konsultacjom neurologicznym i badaniom elektroencefalografem
      dodatkowo zostaną poddane dzieci i młodzież, które zamierzają uprawiać boks,
      kick-boxing, dalekowschodnie sztuki walki oraz nurkowanie. Muszą one być
      powtarzane co dwa lata.

      Koszty tych badań i orzeczeń lekarskich związanych z dopuszczeniem do uprawiania
      sportu będzie pokrywał Narodowy Fundusz Zdrowia. Ministerstwo Zdrowia szacuje,
      że na ten cel Fundusz wyda 20,2 mln zł rocznie.

      Ponadto w projekcie zrezygnowano z wymogu posiadania licencji do uprawiania
      określonej dyscypliny sportu przez dzieci i młodzież do ukończenia 21
      lat.("Gazeta Prawna")
    • madziulec Powstanie urząd Rzecznika Praw Pacjenta 08.10.08, 15:10
      Obrona pacjentów przed sądem, zwracanie się do rządu, prezydenta czy posłów z
      propozycją podjęcia inicjatywy ustawodawczej i analiza skarg - to najważniejsze
      uprawnienia, które dostanie Rzecznik Praw Pacjenta.

      Projekt ustawy wprowadzającej tę instytucję jest już w Sejmie. W połowie
      października odbędzie się jego drugie czytanie.

      Do tej pory w Polsce nie było nikogo, kto by występował w imieniu poszkodowanych
      pacjentów. Co prawda przy każdym oddziale NFZ był regionalny rzecznik praw
      pacjenta, ale nie miał on żadnych szczególnych uprawnień.

      RPP będzie przyjmował skargi od poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich.
      Jeżeli okaże się, ze skarga jest zasadna, sprawa pójdzie do sądu. Będzie miał
      też prawo występować przed sądem jako oskarżyciel posiłkowy.

      To uregulowanie nie podoba się stowarzyszeniom broniącym praw pacjenta. -
      Dojdzie do tego, że pracownicy biura rzecznika będą jeździć po całej Polsce,
      żeby brać udział w rozprawach sądowych - denerwuje się Adam Sandauer, prezes
      Primum Non Nocere, organizacji zajmującej się pomocą poszkodowanym w wyniku
      błędów lekarskich.

      Jego zdaniem zamiast możliwości dochodzenia swoich praw przed sądem powinien
      zostać stworzony realny system pomocy poszkodowanym: obok ubezpieczeń
      zdrowotnych dodatkowe ubezpieczenia dla osób poszkodowanych w wyniku błędów
      lekarskich oraz konkretne programy pomocy dla nich. - Nie powinno się wymagać od
      ciężko chorych ludzi, żeby walczyli o pieniądze na leczenie przed sądem -
      tłumaczy Sandauer.

      Rzecznik ma zajmować się monitorowaniem działalności poszczególnych szpitali.
      Jeśli okaże się, że w danym szpitalu wypadki np. zarażenia się gronkowcem
      zdarzają się częściej niż w innych szpitalach, taka placówka trafi na czarną
      listę szpitali. Te analizy będą pomocne w sądzie, aby uprawdopodobnić, że do
      wypadku doszło jednak w szpitalu.

      Projekt ustawy o RPP precyzuje także, jakie prawa przysługują osobie leczonej.
      Nie ma w tym nic nowego - prawa pacjenta znane są od dawna. Tyle że ich
      szczegółowe spisanie będzie podstawą dochodzenia swoich roszczeń przed sądem.

      I tak każda ustawa gwarantuje każdemu pacjentowi prawo do świadczeń zdrowotnych
      odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej. Ma także prawo do pełnej
      informacji o stanie swojego zdrowia. Może także nie zgodzić się z diagnozą
      postawioną przez lekarza i żądać zwołania konsylium lekarskiego.

      Niestety, ten przepis będzie martwy, bo lekarz prowadzący ma prawo mu tego
      odmówić bez podania konkretnej przyczyny.

      - Ustawa ta nie jest idealna i jeśli wejdzie w życie w takim kształcie jak
      obecnie, będzie musiała być nowelizowana. Ale dobrze, że w ogóle powstała. Bo
      obecna instytucja rzecznika nie gwarantuje żadnej ochrony pacjentom -
      podsumowuje Sandauer.
    • madziulec Piekło polskich dzieci w Wielkiej Brytanii 08.10.08, 15:22
      Na Wyspach Brytyjskich rośnie liczba polskich zaniedbanych dzieci oraz ofiar
      przemocy w rodzinie.

      Miejscowe służby socjalne odbierają je patologicznym rodzicom. Już ponad sto
      maluchów znajduje się pod opieką brytyjskich służb socjalnych. Problem narasta.

      Tylko w tym roku służby konsularne interweniowały w tego typu sprawach 10 razy.

      Scenariusz dramatu zwykle jest taki sam. Maluchy wyjeżdżają z rodzicami w
      nadziei na lepsze życie. Po kilku miesiącach bezowocnego poszukiwania stałego
      zajęcia okazuje się, że Wyspy to nie eldorado. Wówczas - nierzadko - gorzki smak
      porażki rodzice topią w alkoholu czy narkotykach.

      W Londynie 6-letni Tomek został odebrany Polakom, bo sąsiedzi zgłosili policji,
      że jest zaniedbywany. Matka pół roku wcześniej wróciła do rodzinnej miejscowości
      w Wielkopolsce, chłopiec został z ojcem. Mężczyzna nie mógł znaleźć stałej
      pracy. Rozpił się. Tomek, choć prawie nie zna słowa po angielsku, trafił do
      rodziny zastępczej. Przepłakał wiele nocy. Brytyjskie służby szukają rodziny
      chłopca w Polsce, która mogłaby przejąć nad nim opiekę. Jeśli nie znajdą -
      zostanie na Wyspach.

      Problem przemocy w polskich rodzinach zna nasze Ministerstwo Spraw
      Zagranicznych. - Kłopoty z alkoholem i narkotykami emigranci zabrali ze sobą z
      Polski - mówi Wojciech Biliński z MSZ.

      Placówki dyplomatyczne zawiadamiane są przez brytyjskie władze, gdy w grę
      wchodzi pozbawienie lub ograniczenie praw rodzicielskich. Według szacunków
      organizacji polonijnych problem jest dużo poważniejszy. Przemocą w rodzinie
      dotkniętych jest co najmniej pół tysiąca dzieci z polskim paszportem.

      Konsulat w Londynie robi, co może, np. pożycza pieniądze na powrót do Polski. A
      rzecznik praw dziecka Marek Michalak zapowiada, że powoła specjalny zespół
      interwencyjny.

      Zaniedbane i bite cierpią

      W Wielkiej Brytanii liczba polskich zaniedbanych dzieci oraz ofiar przemocy w
      rodzinie wzrasta. Tamtejsze organizacje społeczne twierdzą na dodatek, że na tle
      innych grup emigrantów w polskich rodzinach jest najwięcej przypadków patologii.
      Co gorsze, Wyspy zaczyna ogarniać recesja. Wzrasta bezrobocie, coraz trudniej
      znaleźć pracę. A to rodzi rozżalenie i agresję.

      - O bitych i pozbawionych opieki dzieciach coraz częściej informują nas
      brytyjskie sądy - mówi Michał Mazurek, konsul RP w Londynie. Zanim dojdzie do
      procesu, dziecko diagnozuje lekarz. Jeśli stwierdzi jakiekolwiek obrażenia lub
      sińce mogące świadczyć o biciu, powiadamia służby socjalne, a te kierują sprawę
      do sądu. Sędzia zazwyczaj decyduje o odebraniu rodzicom praw rodzicielskich. O
      interwencję proszony jest konsulat.

      - Ponad rok byliśmy w Londynie sąsiadami polskiej patologicznej rodziny -
      opowiada Katarzyna Majewska z Łodzi, która od trzech lat mieszka na Wyspach.
      Pani Katarzyna prawie co noc musiała wysłuchiwać awantur, które odbywały się za
      ścianą. Jej sąsiedzi byli zatrudnieni w fabryce tylko doraźnie. Gdy nie
      pracowali, pili. Ich syn Patryk chodził głodny i zaniedbany.

      - Po nocnych awanturach widziałam na jego buzi siniaki - relacjonuje. - Którejś
      nocy nie wytrzymałam i zapukałam do sąsiadów. Na podłodze leżały butelki, a
      chłopczyk spał w kącie. Powiedziałam, że zadzwonię po policję. Usłyszałam, że
      tego pożałuję - przyznaje. Wystraszyła się. W efekcie o dramacie chłopca nikt
      się nie dowiedział.

      Problem przemocy w polskich rodzinach dobrze zna nasz MSZ. - Konsulat w
      Edynburgu dostał sygnał o bezdomnej rodzinie polskich alkoholików, która nie
      zajmowała się dzieckiem - mówi Wojciech Biliński z MSZ. - Sąd pozbawił rodziców
      opieki nad chłopcem. Zaraz po tym wrócili do Polski. Zostawili syna. Dziecko
      trafiło do szkockiej rodziny zastępczej.

      Tego typu sytuacje można też interpretować w taki sposób, że w dłuższej
      perspektywie dziecko zyskuje, bo trafia do kochających dorosłych, a nie do
      bezdusznej placówki opiekuńczej. Ale już sam fakt, że traci rodzinę, pokazuje,
      że konsulaty muszą zdwoić wysiłki, aby zwiększyć opiekę nad polską emigracją.

      Aby pomagać w powrotach do kraju. Najbliższe miesiące na Wyspach ogarnianych
      recesją będą swoistym testem dla naszych placówek dyplomatycznych.
    • madziulec Krytyka przez Internet dopuszczalna, kłamstwo 12.01.09, 21:03
      Na forach internetowych klienci nie zostawiają suchej nitki na sklepach i
      usługodawcach. Gdy jednak zmyślimy opowieści o swoich kłopotach, możemy za to
      słono zapłacić.

      Nasza czytelniczka z Bydgoszczy kupiła telewizor w sklepie Certus Media. Sprzęt
      się jej nie spodobał i odesłała go, korzystając z możliwości swobodnego zwrotu w
      ciągu dziesięciu dni od dostawy, ale sklep zarzucił jej, że towar był uszkodzony.

      - Gdy opisałam swoje perturbacje na portalu Ceneo.pl, dostałam wezwanie do
      usunięcia wpisu. Najpierw przyszedł e-mail, a następnie list polecony - opowiada
      pani Beata.

      Monika Wira, współwłaścicielka e-sklepu, podkreśla, że nie zgadza się z faktami
      podanymi przez klientkę ani jej interpretacją zdarzenia. W związku z tym żąda,
      aby usunęła negatywny wpis. Podobne wezwania dostają internetowi krytycy innych
      sklepów.

      Jak wolno krytykować

      Podstawą ochrony dla firmy są art. 23-24 i 43 kodeksu cywilnego. W razie sporu
      sądowego to krytykujący musi udowodnić, że powołane przez niego fakty są prawdziwe.

      "Oszust, nie kupujcie u niego" - napisał jeden z klientów e-sklepu handlującego
      poprzez Allegro i teraz za to będzie musiał opublikować przeprosiny w gazecie.
      Dlaczego? Bo oceny formułowane przez konsumentów powinny być rzeczowe, a krytyka
      konstruktywna. Wypowiedź wartościująca może bowiem prowadzić do naruszenia dóbr
      osobistych, jeśli nie znajduje oparcia w prawdziwym zdarzeniu. Naruszają
      reputację firmy wypowiedzi, które w sposób nieuzasadniony zarzucają niewłaściwe
      postępowanie w prowadzonej przez nią działalności, wskutek czego zostaje ona
      narażona na utratę potrzebnego jej zaufania. Co istotne, Sąd Najwyższy w wyroku
      z 10 maja 2007 r. (sygn. III CSK 73/07) podkreślił, że przekonanie naruszającego
      cudze dobra osobiste, że korzysta z wolności wypowiedzi, nie jest wystarczającą
      podstawą, aby jego działanie uznać za uprawnione.

      Nie wszystko napiszesz

      Portale z reguły dopuszczają umieszczanie w serwisie opinii użytkowników bez
      dokonywania wcześniejszej weryfikacji ich treści przez administratorów. Dzięki
      temu mogą skorzystać z wyłączenia odpowiedzialności cywilnej i karnej, gdyby się
      okazało, że komentarz pochodzący od użytkownika ma charakter bezprawny.
      Możliwość taką daje im art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną
      (DzU z 2002 r. nr 144, poz. 1204 ze zm.).

      - Wyłączenie to obowiązuje jednak tylko do chwili otrzymania przez
      administratora urzędowej lub wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze
      wpisu, utrzymywanie komentarza w serwisie może już bowiem skutkować
      odpowiedzialnością jako np. pomocnika w rozumieniu art. 422 k.c. - mówi Xawery
      Konarski, adwokat z kancelarii Traple Konarski Podrecki.

      Dlatego na stronie www.glupi-klient.pl użytkownicy zobowiązują się do
      umieszczania jedynie prawdziwych informacji, które mogą poświadczyć konkretnymi
      dowodami. Portal Opineo.pl podkreśla, że w razie bardzo niskiej oceny klient
      powinien wskazać numer zamówienia albo bardzo dokładnie opisać całą sytuację.
      Portal przekazuje krytykę e-sklepowi, a ten może się do niej ustosunkować. Do
      tego czasu komentarz nie jest wystawiany. Krytykowany może też replikować na
      stronie. Także Ceneo.pl zastrzega sobie możliwość usuwania bezprawnych wpisów.

      Komentuje Michał Wawrykiewicz, radca prawny prowadzący kancelarię w Warszawie:

      Najczęściej naruszane dobra osobiste osób prawnych to nazwa (firma), uznana
      renoma, marka czy prestiż. Dobra te są silnie związane ze stosunkami
      majątkowymi. Ich naruszenie najczęściej pociąga za sobą także uszczerbek
      majątkowy. Powodować może bowiem spadek zyskowności firmy i liczby klientów.
      Osoby prawne mają taki sam arsenał środków ochrony swoich dóbr osobistych jak
      osoby fizyczne - mogą żądać zaniechania bezprawnych działań, opublikowania
      odpowiednich oświadczeń w mediach, zasądzenia odpowiedniej kwoty na cel
      społeczny. Po poniesieniu straty majątkowej mogą też żądać odszkodowania. W
      razie sporu sąd ocenia, czy naruszenie dóbr osobistych było bezprawne. Ważne,
      aby nie było tylko subiektywnym odczuciem zainteresowanego, że jego dobra
      doznały uszczerbku. Musi być to naruszenie obiektywne. ("Rzeczpospolita")
    • madziulec NFZ nie porozumiał się ze stacjami dializ 27.01.09, 22:47
      Nie ma porozumienia z Narodowym Funduszem Zdrowia w sprawie wyceny dializ -
      informuje Sekcja Nefrologiczna Izby Gospodarczej Medycyna Polska (SNIGMP),
      której przedstawiciele spotkali się z reprezentantami Funduszu.

      - Strony nie ustaliły stawki za dializę, co oznacza, że niemal 10 tys. ciężko
      chorych na nerki nadal grozi odcięcie od utrzymujących ich przy życiu zabiegów.
      Kontrakty na dializowanie pacjentów wygasły 31 grudnia ub. roku. Od tego czasu
      placówki zrzeszone w SNIGMP (dializujące 63 proc. pacjentów w Polsce) obsługują
      pacjentów na własny koszt i bez gwarancji zwrotu pieniędzy przez NFZ - głosi
      oświadczenie Sekcji Nefrologicznej.

      SNIGMP zaznacza, że we wtorek mają się odbyć "rozmowy ostatniej szansy". Jeśli
      NFZ nie przedstawi konkretnej propozycji wyższej stawki za dializy, będzie
      musiał znaleźć miejsce na leczenie 10 tys. pacjentów w innych stacjach - czytamy
      w oświadczeniu.

      Z kolei NFZ zapewnia, że żaden chory wymagający dializoterapii nie utraci do
      niej dostępu. "Nie ma żadnego zagrożenia dla pacjentów. Nie będzie takiej
      sytuacji, by chorzy wymagający dializoterapii zostali jej pozbawieni. W
      zdecydowanej większości oddziałów umowy ze stacjami dializ obowiązują do końca
      lutego. Obecnie trwają rozmowy na temat warunków ich przedłużenia. Podobnie było
      w ubiegłym roku, żaden chory nie został poszkodowany" - mówiła rzeczniczka
      Funduszu, Edyta Grabowska-Woźniak.

      Z komunikatu zamieszczonego na stronie internetowej NFZ wynika, że podczas
      czwartkowego spotkania zaproponowano SNIGMP weryfikację wymagań dla stacji
      dializ i obniżenie ich w zakresie diagnostyki, co - jak twierdzi Fundusz -
      pozwoliłoby na zmniejszenie kosztów obsługi pacjentów. Zaproponowano także
      wyższą wycenę dializ wykonywanych u dzieci i w trybie ostrym, ujednolicenie
      metodologii rachunku kosztów dializoterapii oraz podpisanie kontraktów na pół
      roku do czasu wspólnego wypracowania standardów udzielania i wyceny dializ.

      Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Dializowanych apeluje do NFZ o jak najszybsze
      zakończenie negocjacji w sprawie kontraktów na 2009 rok. Z danych OSOD wynika,
      że do tej pory NFZ nie podpisał umów zabezpieczających kontynuowanie leczenia w
      15 z 16 województw (umowy są podpisane tylko w województwie podlaskim).

      W ocenie Stowarzyszenia, brak porozumienia wynika z niechęci Funduszu do
      podwyższenia stawki za każdą hemodializę. Refundacja za procedurę pozostaje na
      niezmienionym poziomie od czterech lat.(PAP)
    • madziulec Zlikwidowali, a teraz są potrzebne 27.01.09, 22:47
      Zbyt mała liczba łóżek na oddziałach pediatrycznych ogranicza dostęp do
      świadczeń i wydłuża kolejki dzieci oczekujących na leczenie.

      Likwidacja części oddziałów pediatrycznych w ciągu ostatnich trzech lat
      spowodowała, że np. na Mazowszu brakuje miejsc dla dzieci wymagających
      hospitalizacji.

      - Sytuacje, w których chore dzieci oczekują w długich kolejkach lub są odsyłane
      z jednej placówki do drugiej, powodują realne zagrożenie dla ich zdrowia -
      alarmuje Marek Michalak, rzecznik praw dziecka.

      W liście do ministra zdrowia Ewy Kopacz zwraca on uwagę na konieczność podjęcia
      takich działań, które zagwarantują dzieciom pełną realizację ich prawa do
      świadczeń zdrowotnych.

      W 2005 roku było w Polsce 437 oddziałów pediatrycznych. Od tego czasu
      zlikwidowano co dziesiąty. W przypadku części z nich było to uzasadnione, bo nie
      były one w pełni wykorzystywane lub w tym samym regionie funkcjonowały dwa takie
      same oddziały.

      Jednak część z nich zniknęła ze szpitali, bo ich utrzymywanie generowało długi.

      Czas oczekiwania na leczenie w oddziałach pediatrycznych w niektórych regionach
      przekracza 100 dni. To nie tylko kwestia mniejszej liczby oddziałów dziecięcych,
      ale również deficytu lekarzy pediatrów. Dzieci są też diagnozowane za pomocą
      sprzętu przeznaczonego dla dorosłych. Zdaniem lekarzy wynika to ze zbyt niskiego
      poziomu finansowania świadczeń zdrowotnych udzielanych dzieciom.("Gazeta Prawna")
    • madziulec Ministerstwo zdrowia chce się rozprawić ze znachor 27.01.09, 22:48
      Przygotowywane przez Ministerstwo Zdrowia nowe prawo ma wyeliminować z rynku
      ludzi, którzy działając bez odpowiednich kwalifikacji, narażają życie i zdrowie
      pacjentów.

      Ustawa ma uporządkować sytuację 23 zawodów - m.in. dietetyków, fizjoterapeutów,
      masażystów, psychoterapeutów. Wymienione w projekcie zawody będzie można
      uprawiać w ramach samodzielnej działalności gospodarczej, ale organ rejestrujący
      tę działalność będzie miał prawo zażądać aktualnego zaświadczenia z rejestru.
      Wpis do rejestru dokonywany będzie natomiast po sprawdzeniu, czy wnioskodawca
      spełnia wszystkie ustawowe wymagania odnośnie kwalifikacji.

      Nowe przepisy mogą także zablokować działalność osób, które dziś twierdzą, że
      nie leczą, lecz "masują", tych, które cudownie odchudzają, uwalniają od nałogów
      czy uzdrowicieli o wątpliwych kwalifikacjach, z dyplomami z Chin lub Mongolii.

      Zawody objęte regulacją ustawy wykonuje ponad 103 tys. osób. Polska jest jednym
      z ostatnich krajów Unii Europejskiej, w którym nie uregulowano działalności
      paramedycznej. Uzdrowicielem może więc zostać każdy. Aby legalnie praktykować,
      wystarczy jedynie założyć działalność gospodarczą.("Dziennik Polski")
    • madziulec Nowe przepisy o prawach pacjenta 27.01.09, 22:48
      Resort zdrowia przekazał do konsultacji społecznych projekt tzw. ustawy
      wprowadzającej, która na nowo określa daty wejścia trzech ustaw z pakietu
      zdrowotnego podpisanych w listopadzie przez prezydenta.

      Zdaniem rządu, wejście w życie ustaw: o prawach pacjenta, o akredytacji w
      ochronie zdrowia oraz o konsultantach było niemożliwe, bo prezydent Lech
      Kaczyński zawetował trzy inne ustawy składające się na tzw. pakiet zdrowotny
      (ustawę o zakładach opieki zdrowotnej, ustawę o pracownikach ZOZ oraz tzw.
      ustawę wprowadzającą). Ta ostatnia nie tylko ustalała zasady przekazywania
      środków na oddłużenie szpitali, które miały obowiązkowo przekształcać się w
      spółki prawa handlowego, lecz także określała daty wejścia w życie wszystkich
      ustaw wchodzących w skład pakietu, czyli również tych podpisanych przez prezydenta.

      Kiedy okazało się, że Kancelaria Premiera nie zamierza publikować podpisanych
      ustaw zdrowotnych w Dzienniku Ustaw, Ministerstwo Zdrowia zostało zobowiązane do
      przygotowania nowej ustawy wprowadzającej. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął do
      niej założenia, a w tym projekt ustawy został przekazany do konsultacji społecznych.

      - Nowa ustawa wprowadzająca powinna zacząć obowiązywać od kwietnia - zapewnia
      Jakub Gołąb, rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia.

      Wraz z dniem jej wejścia w życie (czyli 14 dni od dnia ogłoszenia) obowiązywać
      zaczną również ustawa o prawach pacjenta oraz ustawy o akredytacji i
      konsultantach w ochronie zdrowia. Tylko w przypadku tej pierwszej przepisy
      dotyczące utworzenia instytucji rzecznika praw pacjenta zaczną obowiązywać z
      dniem publikacji ustawy wprowadzającej w Dzienniku Ustaw.

      Zadania rzecznika praw pacjenta ma przejąć Biuro Praw Pacjenta działające
      obecnie przy resorcie zdrowia. Ta nowa instytucja ma zajmować się wyłącznie
      sprawami chorych, których prawa są łamane. Dzięki temu poszkodowani, którzy
      dochodzą swoich praw przed sądami, będą mieć większe możliwości dochodzenia
      swoich roszczeń. Rzecznik bowiem będzie posiadał takie same uprawnienia, jakie
      obecnie np. rzecznik praw obywatelskich. Oznacza to, że będzie on mógł np.
      kierować sprawy do sądu, występować w nich jako strona, powoływać biegłych i
      zlecać przygotowywanie niezbędnych opinii i ekspertyz.

      Nie jest wykluczone, że ustawa o prawach pacjenta zostanie już niedługo
      znowelizowana i uzupełniona m.in. o przepisy, które umożliwią wypłacanie
      odszkodowań ofiarom błędów medycznych bez konieczności kierowania spraw na drogę
      sądową. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest samorząd lekarski.("Gazeta Prawna")
    • madziulec Obowiązkowa cytologia i mammografia 27.01.09, 22:49
      Ministerstwo Zdrowia wystąpiło do resortu pracy z wnioskiem o zmianę w Kodeksie
      pracy, która umożliwi wprowadzenie do badań wstępnych i okresowych obowiązkowej
      cytologii i mammografii.

      Poinformował o tym posłów z sejmowej komisji zdrowia wiceminister zdrowia Marek
      Twardowski.

      Jak powiedział PAP rzecznik resortu zdrowia Jakub Gołąb, zgodnie z
      wcześniejszymi zapowiedziami minister Ewy Kopacz, koszt badań będzie pokrywany z
      budżetu państwa.

      "Obowiązkową mammografię i cytologię - czyli badania w kierunku raka piersi i
      raka szyjki macicy - mają wykonywać kobiety w wieku od 25 do 59 lat w ramach
      badań wstępnych koniecznych do podjęcia pracy oraz badań okresowych. Pracodawcy
      będzie przedstawiane jedynie zaświadczenie o odbyciu badania, a nie jego wynik"
      - podkreślił Gołąb.

      Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników umieralności na raka szyjki
      macicy. Co roku umiera na niego 2 tys. kobiet. Wykrycie zmian grożących rakiem
      szyjki lub wczesnych zmian nowotworowych w szyjce jest możliwe dzięki regularnym
      badaniom cytologicznym.

      Z danych NFZ wynika, że zdecydowana większość Polek nie korzysta z bezpłatnych
      badań profilaktycznych. W 2007 roku NFZ wysłał ponad 2,7 mln zaproszeń na
      badania wykrywające raka piersi (mammografia) oraz ponad 6 mln na badania
      dotyczące raka szyjki macicy (cytologia). Na pierwsze z tych badań zgłosiło się
      tylko 23,5 proc. zaproszonych, a na drugie - jedynie 7,5 proc.

      Tymczasem specjaliści podkreślają, że nowotwory szyjki macicy oraz piersi,
      wykryte we wczesnych stadiach, są łatwo wyleczalne - w ponad 90 proc.
      przypadków.(PAP)
Pełna wersja