madziulec banki krwi żeruja na strachu rodziców 29.07.08, 21:13 Banki krwi pępowinowej - rzekome narzędzie walki z białaczką i jeden z największych biznesów okołoporodowych, okazują się zwykłym sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od rodziców - czytamy na łamach "Dziennika". Zachęcani do zapłacenia paru tysięcy złotych w zamian za wieloletnie przechowywanie krwi nie są informowani o jednym: prawdopodobieństwo jej użycia w jakiejkolwiek operacji wynosi najwyżej 1:10.000. "To zostawianie pieniędzy za nic" - mówią rozmówcy "Dziennika". "Krew pępowinowa jest nieocenionym skarbem, który w przyszłości może uratować życie waszemu dziecku lub jego rodzeństwu", "Zapewnij Dziecku przyszłość!" - oto fragmenty ulotek, które znaleźć można we wszystkich polskich porodówkach. W ten sposób komercyjne banki krwi pępowinowej przekonują rodziców, że korzystając z ich usług, w przyszłości będą mogli wyleczyć dziecko z ciężkiej choroby, a nawet uratować mu życie. Podając się za młode, oczekujące dziecka małżeństwo, "Dziennik" zgłasza się się do jednej z ośmiu komercyjnych placówek w Polsce: Banku Komórek Macierzystych S.A. w Warszawie. Na dziś ma 10 tysięcy klientów. - Po co mielibyśmy zachowywać własną krew pępowinową dziecka? - Ogólne zastosowanie to są wszelkiego rodzaju białaczki, nowotwory w przyszłości u dziecka. I to nie tylko u dziecka. Jeśli jest zgodność, mogą być też dla rodzeństwa i rodziców - mówi Ilona Bielecka z działu obsługi klienta. - Czy krew pomoże dziecku, gdyby zachorowało? - Dokładnie tak. Jeżeli np. po chemioterapii organizm jest osłabiony, przeszczepienie komórek macierzystych pozwala odbudować układ odpornościowy - wyjaśnia Bielecka. Argumentacja działa na wyobraźnię. Żeby skorzystać z usług banku, musimy najpierw wpłacić 600 zł. Kolejna opłata - za pobranie krwi pępowinowej - to 1790 zł. Za jej przechowywanie płaci się 430 zł rocznie. Można też wykupić abonament. Za przechowywanie krwi przez 18 lat zapłacimy 4 tysiące złotych. Akcji na rzecz krwi pępowinowej, która pojawiła się w Polsce przed kilkoma laty, towarzyszyła niebywała reklama. Rozgłosiły ją kolorowe pisma kobiece, reklamowały znane kobiety, m.in. Renata Dancewicz, Martyna Wojciechowska czy Patrycja Markowska. Tyle reklama. A co na to nauka? Trudno spotkać lekarza hematologa, który broniłby zasadności składowania krwi pępowinowej. "To zwykła maszynka do zarabiania pieniędzy" - mówi "Dziennikowi" konsultant krajowy w dziedzinie hematologii prof. Wiesław Jędrzejczak. Podkreśla, że naukowych badań uzasadniających celowość przechowywania własnej krwi pępowinowej nie ma. O samym prawdopodobieństwie zastosowania krwi naukowcy mówią: znikome. "W najlepszym przypadku 1 na 10 tysięcy. Ale są też szacunki 1 do 100 tysięcy" - twierdzi krajowy konsultant. W Polsce taki przeszczep wykonano dotychczas tylko kilka razy i nie ma dowodów, że to akurat on uratował życie. Prof. Zbigniew Pojda z Centrum Onkologii w Warszawie rozmowę o przechowywaniu krwi pępowinowej w prywatnych bankach komentuje krótko: "Jest za mało danych naukowych, żeby w ogóle rozmawiać o tej sprawie". Dr hab. Tomasz Niemiec, wiceszef Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, który wspiera Polski Bank Komórek Macierzystych S.A, nie chciał przedstawić swojego stanowiska. "Ja mam bardzo pozytywną opinię na ten temat. Ale nie będę na ten temat rozmawiać. Swoim pacjentkom pozostawiam wolny wybór" - ucina rozmowę.("Dziennik") Odpowiedz Link
madziulec becikowe tylko dla kontrolujących zdrowie 08.08.08, 11:18 Jedynie matki, które co najmniej od 10 tygodnia ciąży pozostawały pod opieką lekarską, nabędą od przyszłego roku prawo do becikowego - informuje "Gazeta Prawna". Zmianę zasad udzielania becikowego i dodatku do zasiłku rodzinnego po urodzeniu dziecka przewidują dwa projekty nowelizacji kodeksu pracy: rządowy i poselski. Oba rozszerzają też krąg uprawnionych do pobierania dodatku z tytułu opieki nad dzieckiem w trakcie urlopu wychowawczego. Zgodnie z projektami zarówno becikowe, jak i zapomoga z tytułu urodzenia dziecka zostaną wypłacone, gdy matka co najmniej od dziesiątego tygodnia ciąży do porodu będzie pozostawać pod opieką lekarską. Zapomoga wynosi 1 tys. zł i przysługuje wszystkim rodzicom z tytułu urodzenia dziecka. Do dodatku (1 tys. zł) mają prawo rodzice i opiekunowie uprawnieni do zasiłku rodzinnego, których dochód netto nie przekracza 504 zł miesięcznie na osobę w rodzinie (583 zł, gdy w rodzinie wychowuje się dziecko niepełnosprawne). Rodzice, aby mieć prawo do tych świadczeń, będą musieli przedstawić zaświadczenie wystawione przez lekarza, pod którego opieką pozostawała matka, albo kartę ciąży. W opinii Joanny Kluzik-Rostkowskiej, byłej minister pracy i polityki społecznej, zwiększy to liczbę kobiet w ciąży pozostających pod opieką lekarską. Dzięki temu zmniejszy się odsetek niemowląt z niską masą urodzeniową i zostanie ograniczona ich śmiertelność. - To rozwiązanie powinno być powiązane z powszechnym informowaniem kobiet na jakie świadczenia medyczne mogą liczyć w ciąży - uważa Urszula Kubicka-Kraszyńska z Fundacji Rodzić po Ludzku. Obecnie, jak wynika z badań, tylko co dwunasta kobieta w ciąży ma lekarza prowadzącego ciążę i poddaje się regularnie badaniom. Z kolei, w opinii lekarzy, obecnie na wizytę u ginekologa, opłaconą przez NFZ, trzeba czekać nawet kilka miesięcy. Propozycje rządu i posłów przewidują ponadto, że kobiety otrzymujące dodatek do zasiłku rodzinnego z tytułu opieki w czasie urlopu wychowawczego będą mogły wykonywać pracę. Obecnie, jeśli rodzic podejmie jakąkolwiek pracę zarobkową, traci prawo do dodatku. Dodatek ten ma też przysługiwać rodzicowi korzystającemu z urlopu wychowawczego, który umieści w tym czasie dziecko w żłobku lub przedszkolu. Ważne, aby sprawował osobistą opiekę nad dzieckiem. Joanna Kluzik-Rostkowska, podkreśla, że jeśli dziecko w trakcie urlopu zostanie umieszczone na pięć dni w tygodniu w placówce opiekuńczej, jego opiekun zostanie pozbawiony dodatku.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec termometry i ciśniomierze rtęciowe wycofane 08.08.08, 11:20 Od kwietnia przyszłego roku nie będzie można kupić na terenie Polski wyrobów medycznych zawierających rtęć, m.in. termometrów i ciśnieniomierzy - poinformowała wiceprezes Urzędu ds. Wyrobów Medycznych Joanna Kilkowska. Ograniczenie, które zacznie obowiązywać od 3 kwietnia 2009 r., wynika z konieczności dostosowania polskich przepisów dotyczących produkcji i sprzedaży wyrobów medycznych do dyrektywy UE z 2007 r. Chociaż rtęciowe termometry i aparaty do pomiaru ciśnienia krwi zostaną wycofane ze sprzedaży, będzie można ich nadal używać. Jak podkreśla Komisja Europejska, rtęć jest bardzo toksyczna dla ludzi, ekosystemu i środowiska. Kiedy produkty, w których jest zawarta, stają się odpadami, może przekształcić się w metylortęć - swoją najbardziej toksyczną formę. W tej postaci bardzo łatwo przenika do środowiska, szczególnie do wody i organizmów wodnych. KE oblicza, że rocznie w UE wykorzystuje się w produkcji urządzeń pomiarowych 33 tony rtęci, z czego 25-30 ton - tylko w termometrach. Ocenia się, że 80-90 proc. wszystkich produkowanych urządzeń z rtęcią używa się w domach. Rtęć łatwo przedostaje się do łańcucha pokarmowego. Najbardziej zagrożone zatruciem są dzieci, jeszcze bardziej płody, których układ nerwowy dopiero się rozwija. W organizmie rtęć może uszkadzać mózg i nerwy, zaburzać koordynację i widzenie.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec rusza prywatna porodówka 12.08.08, 10:56 Od września rusza prywatna porodówka. Rocznie ma przyjmować około tysiąca porodów. - "Dzień dobry, kiedy będzie można u was urodzić?" Telefonów z takim pytaniem recepcjonistki z Salve w Łodzi odbierają codziennie co najmniej kilka. Najbardziej niecierpliwe są te z terminem porodu na wrzesień. Łódź jest jedynym dużym miastem, w którym przyszłe mamy nie miały do tej pory wyboru, czy urodzić w publicznym szpitalu czy też w prywatnej klinice. Sytuacja ma się zmienić już wkrótce, bo 12 września Salve oficjalnie otworzy pierwszą klinikę z podwyższonym standardem. - Chodzi nam o to, żeby łodzianki miały wybór - mówi dr Sławomir Sobkiewicz z Salve Medica. - Jeśli zdecydują, że wystarcza im opieka w publicznym szpitalu, to do wyboru są w Łodzi cztery porodówki. Jeśli jednak będą chciały podwyższonego standardu, to jesteśmy w stanie go zapewnić. W klinice ma być na razie 13 łóżek położniczych, dwie jednoosobowe sale porodowe z pełną opieką lekarską i pielęgniarską i dwie sale operacyjne do cesarskiego cięcia. - Nie chcemy być fabryką do rodzenia dzieci - mówi dr Sobkiewicz. - Założenie jest takie, by dziennie rodziło się u nas troje, czworo dzieci. Poza tym nie wiemy, jakie będzie zainteresowanie porodem w szpitalu, w którym za podwyższony standard trzeba jednak będzie dopłacić. Ile zatem zapłacą rodzice malucha, którzy zechcą, żeby ich potomek przyszedł na świat w klimatyzowanej sali porodowej z obecnym przez cały czas lekarzem i położną, a potem trafił razem z mamą do jednoosobowego pokoju z łazienką, urządzonego "po domowemu". Po porodzie nad bezpieczeństwem mamy i malucha ma przez 24 godziny na dobę czuwać pielęgniarka. Obsada położnicza i anestezjologiczna ma być na tyle duża, żeby jedną rodzącą pacjentką zajmował się cały zespół. - Nie może być tak, że jeden anestezjolog i jeden położnik "obskakuje" jednocześnie dwa cesarskie cięcia czy porody - mówi dr Sobkiewicz. - Jeden zespół do jednej rodzącej plus pielęgniarka, która będzie się opiekowała położnicą przez cały czas po porodzie. Ile będzie kosztował poród w takiej klinice? Według "ojców założycieli", wszystko zależy od tego czy NFZ będzie chciał podpisać kontrakt z prywatną placówką. - Jeśli dostaniemy od Funduszu za przyjęcie porodu taką stawkę, jaką dostają publiczne szpitale, to dopłata za całą opiekę i podwyższony standard będzie wynosiła od 2 do 3 tys. złotych. Jeśli jednak będziemy pracować bez kontraktu, to za poród i opiekę okołoporodową przyszli rodzice będą musieli zapłacić około 5-6 tysięcy złotych. To i tak taniej niż w warszawskich klinikach, gdzie poród naturalny kosztuje około 9,5 tys. złotych, a za "cesarkę" trzeba zapłacić ponad 11 tys. złotych. Z zainteresowania przyszłych mam jak najszybszym terminem otwarcia porodówki wynika jednak, że skłonne są zapłacić dużą sumę, a nawet zaciągnąć kredyt, żeby tylko rodzić jak mówią w "normalnych warunkach". - Kiedy rok temu rodziłam Jasia rozważaliśmy z mężem wyjazd do Warszawy i poród w jednej z tamtejszych klinik - mówi Izabela Buczyńska, mama rocznego chłopczyka. - Jednak wyjazd z Łodzi do Warszawy tylko na poród rodził mnóstwo komplikacji, takich jak zatrzymanie się w hotelu, transport noworodka do domu itp. Gdyby jednak w Łodzi była prywatna porodówka, nie wahałabym się ani minuty, by urodzić właśnie tam. Lekarze z Salve myślą dokładnie tak samo jak setki przyszłych mam. - Chcieliśmy, żeby w Łodzi była taka porodówka, w której nie wahalibyśmy się umieścić nasze żony czy córki - mówi dr Sobkiewicz. - One powinny czuć się bezpieczne. W innych miastach już działają Kilka porodówek ma Warszawa. Najsłynniejsza usytułowana jest w Centrum Medycznym Damiana. W Krakowie słynie Ujastek, w Gdańsku Swissmed, w Olsztynie klinika dr. Malarkiewicza, a w Lublinie szpital Femina. Większość prywatnych szpitali położniczych nie przyjmuje jednak porodów wcześniaków ani ciąż powikłanych. Łódzka porodówka najbardziej skomplikowane porody również będzie odsyłać m.in do "Matki Polki", gdzie na miejscu jest oddział intensywnej opieki dla noworodków.("Polska Dziennik Łódzki") Odpowiedz Link
madziulec NFZ oszczędza na dzieciach chorych na raka 21.08.08, 21:11 Dziecięcym klinikom onkologicznym w całym kraju grozi bankructwo, bo Narodowy Fundusz Zdrowia zaniżył koszty leczenia chorych na raka dzieci średnio o jedną trzecią. Aby móc dalej je leczyć, szefowie szpitali zaciągają długi i grożą, że nie podpiszą kontraktów - alarmuje "Dziennik". O zaniżeniu wyceny procedur o ok. 25 - 30 proc. onkolodzy dziecięcy alarmują od kilku tygodni. Ich zastrzeżenia budzi obowiązujący od 1 lipca nowy system rozliczeń szpitali z NFZ, na podstawie którego leczenie dzieci jest kontraktowane tak samo, jak dorosłych. "A leczenie dzieci, o czym NFZ dobrze wie, kosztuje 30 proc. więcej" - mówi "Dziennikowi" szefowa dziecięcej kliniki hematologii i onkologii we Wrocławiu prof. Alicja Chybicka. Z tego powodu szpital zadłużył się już na ok. 800 tys zł. Fundusz nie chce finansować leczenia dzieci najnowocześniejszymi lekami, których nie ujął w swoich katalogach. Problemy z funduszem ma szpital kliniczny w Poznaniu, jedna z nielicznych w Wielkopolsce placówek, gdzie leczy się dzieci chore na nowotwory. Kierownictwo szpitala do dziś nie podpisało nowego kontraktu z NFZ. Jego wicedyrektor Dorota Woźnicka tłumaczy tę decyzję tym, że fundusz nie tylko obciął stawkę za dobę chemioterapii z 480 do 380 zł, ale nie chce też płacić za dni, które dziecko spędza w szpitalu między przyjmowaniem leków. "To jakieś nieporozumienie. Chemioterapię podaje się w cyklach, co kilka dni. W tym samym czasie dziecko musi być w szpitalu na obserwacji, bo w każdej chwili mogą pojawić się powikłania. Nie możemy podać dziecku chemii i odesłać go do domu" - twierdzi Dorota Woźnicka. Kierownik działu organizacji pracy klinicznej w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka dr Leszek Szalak skarży się, że fundusz nie będzie płacił nawet za kontynuowanie leczenia pacjenta, który ukończył 18 lat. "Na całym świecie jeśli pacjent leczy się z powodu nowotworu typowego dla wieku dziecięcego, terapię kontynuuje się bez względu na wiek pacjenta. Polska jest wyjątkiem" - mówi Szalak. Kilka dni temu onkolodzy z całej Polski spotkali się, żeby ustalić wspólną strategię działania. "Jednym z postulatów był ewentualny bojkot umów z Funduszem" - mówi dyrektor medyczny Szpitala Wojewódzkiego w Koninie Arkadiusz Kubacki. Tymczasem, jak ustalił "Dziennik", przed zaakceptowaniem nowych zasad finansowania leczenia chorych na nowotwory dzieci już dwa miesiące temu NFZ i Ministerstwo Zdrowia ostrzegał krajowy konsultant w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej Jerzy Kowalczyk. W piśmie, które wysłał do szefa NFZ Jacka Paszkiewicza i minister zdrowia Ewy Kopacz, stwierdził, że nowe zasady grożą "cofnięciem się do lat 60.", kiedy szanse na przeżycie miało ok. 4 proc. dzieci chorych na ostrą białaczkę. Dziś odsetek ten sięga prawie 90 proc. Do dziś ani ministerstwo, ani fundusz nie odpowiedzieli na pismo krajowego konsultanta. "Ktoś wreszcie musi poprawić ten dramatyczny błąd" - mówi "Dziennikowi" Kowalczyk. Ekspert rynku zdrowia w jednej z agend europejskich, dr Adam Kozierkiewicz, widzi tylko jedno wyjście z sytuacji. "Ministerstwo Zdrowia powinno natychmiast wysłać do klinik onkologicznych firmę konsultingową, która powinna przeprowadzić staranny audyt. Na jego podstawie NFZ raz jeszcze musi dokonać weryfikacji cen usług" - mówi Kozierkiewicz. W oficjalnym piśmie, jakie otrzymaliśmy z NFZ, czytamy, że płatnik "jest gotów do rozmów i ewentualnych korekt" w płaceniu za leczenie chorych na raka dzieci.("Dziennik") Odpowiedz Link
madziulec "Kobieta to nie jest walizka..." 21.08.08, 21:12 Cesarskie cięcie na życzenie - możliwość, którą co roku wybierają tysiące polskich matek - może wkrótce zostać zakazana i wręcz uznana za błąd w sztuce medycznej - straszy swoje czytelniczki "Dziennik". Według naszych informacji, zakaz takich zabiegów znajdzie się w wytycznych, które opracowuje specjalny zespół działający przy Ministerstwie Zdrowia. Rekomendację w tej sprawie przygotowało Polskie Towarzystwo Ginekologiczne. "Cesarskie cięcia mają się odbywać tylko wtedy, kiedy będą ku temu wskazania medyczne. Te zabiegi nie są obojętne dla zdrowia kobiety - mówi "Dziennikowi" minister zdrowia Ewa Kopacz. Debata przyspieszyła kilka dni temu, kiedy Polskie Towarzystwo Ginekologiczne (PTG) wydało lekarzom zalecenia, w których napisano: "Nie rekomenduje się wykonywania cesarskich cięć na życzenie pacjentki bez wskazań medycznych". "Kobieta to nie jest walizka, którą można sobie dowolnie otwierać i zamykać" - mówi "Dziennikowi" wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego (PTG) Tomasz Niemiec. Już wcześniej departament prawny ministerstwa Zdrowia ogłosił, że cesarka na życzenie należy do zabiegów, które mogą być uznane za błąd w sztuce lekarskiej. O tym, czy tak się stanie, zadecyduje opublikowana jesienią wersja standardów opieki okołoporodowej. Racje przeciwko cesarkom na żądanie są jasne: lekarz podejmujący się nieuzasadnionego zabiegu medycznego porusza się na granicy etyki zawodowej, tym bardziej jeżeli bierze za to pieniądze. Racje na rzecz zabiegów są również mocne: ich zwolennicy mówią, że to matka powinna mieć prawo do decydowania, czy ból porodowy przeraża ją na tyle, by mogła wybrać zabieg pod narkozą. Konsultant krajowy w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologicznego i położniczego Leokadia Jędrzejewska przypomina, że minimalizowanie liczby cesarskich cięć zaleca Światowa Organizacja Zdrowia. "Sama mam dwie córki i nie polecałabym cesarskiego cięcia, kiedy nie ma wyraźnych wskazań" - mówi. Ale głosy w obronie prawa pacjentek do decydowania o samych sobie są równie słyszalne. "Jestem zdania, że kobieta powinna mieć możliwość decydowania o sobie" - mówi ekspert od prawa medycznego Eleonora Zielińska z Uniwersytetu Warszawskiego. Jeszcze ostrzej sprawę komentuje Joanna Piotrowska z Feminoteki. "To ubezwłasnowolnienie kobiet. Przyszła matka powinna decydować samodzielnie" - mówi. W ubiegłym roku na dobrowolne cięcie bez żadnych wskazań medycznych zdecydowało się od 8 do 12 tys. polskich kobiet.("Dziennik") Odpowiedz Link
madziulec Zgoda pacjenta - wiek pacjenta, zgoda zastępcza, o 28.08.08, 18:59 Świadome wyrażenie woli - zgoda pacjenta - jest podstawą dla działania lekarza. Zgoda jest warunkiem legalności leczenia. Kim zatem jest pacjent podejmujący decyzję w zakresie leczenia, w rozumieniu ustawy o zawodzie lekarza i zawodzie lekarza dentysty? Zasadą jest, iż pacjent obok obowiązku podejmowania decyzji świadomie, z należytym rozeznaniem w oparciu o informacje dostarczone przez lekarza samodzielnie, podejmuje ją samodzielnie. Dotyczy to jednak tylko osób pełnoletnich tj. tych które ukończyły 18 rok życia i nie są dotknięte dysfunkcją np. chorobą umysłową lub niedorozwojem, które to okoliczności powodowałyby ograniczenie zdolności dysponowania swoimi prawami tzw. ograniczenie zdolności do czynności prawnych. Należy zatem pamiętać, iż osoby nie pełnoletnie i dotknięte dysfunkcjami umysłowymi, samodzielnie nie mogą rozporządzać przysługującymi im prawami, w tym prawem do samostanowienia - o leczeniu bądź odmowie leczenia. Przesłanka wieku pacjenta. Jeśli osoba nie ukończyła 16 roku życia dla podjęcia działań leczniczych wymagana jest zgoda przedstawiciela ustawowego, którym to zazwyczaj będą rodzice. Zgoda osoby poniżej 16 roku życia nie jest wymagana, a lekarz zobowiązany jest jedynie do udzielenia informacji tej osobie w zakresie i formie niezbędnej dla prawidłowego przebiegu procesu leczenia i wysłuchuje jego zdania. Uwaga: należy pamiętać, iż zgoda przedstawiciela ustawowego lub jej brak, posiadają moc (są wiążące dla lekarza) tak długo jak nie ma podstaw do podejrzenia, iż przedstawiciel działa na niekorzyść pacjenta. Wyobraźmy sobie sytuację, iż przedstawiciel ustawowy nie wyraża zgody na badanie rentgenowskie głowy dziecka po jego silnym upadku. Działanie takie należy odczytywać jako nadużycie władzy rodzicielskiej przez opiekuna i działanie na niekorzyść pacjenta. W tym wypadku z punktu widzenia prawa, jeśli żadne środki werbalne i umiejętności przekonywania rodzica nie skutkują, lekarz powinien wystąpić do sądu opiekuńczego o rozstrzygniecie tego konfliktu. A po ewentualnej zgodzie przystąpić do badania. Jeśli sytuacja jest na tyle poważana, iż życie i zdrowie dziecka jest zagrożone, i pacjent wymaga niezwłocznej pomocy lekarskiej pomimo braku zgody lekarz po konsultacji z innym lekarzem w miarę możliwości tej samej specjalizacji powinien przystąpić do badania, odnotowując te okoliczności (brak zgody przedstawiciela, uraz, zagrożenie zdrowia i życia) w dokumentacji lekarskiej. Z chwilą ukończenia przez pacjenta 16 roku życia poza zgodą przedstawiciela – rodzica – niezbędnym jest uzyskanie także zgody samego małoletniego pacjenta. Tutaj znów mogą wystąpić problemy związane z dysonansem woli między zgodą małoletniego pacjenta, a jego przedstawiciela. Uwaga: jeśli brak jest zgodnym oświadczeń woli w zakresie procesu leczenia, niezbędnym jest interwencja sądu opiekuńczego. Wydaje się słusznym pogląd zasadniczej części doktryny prawa, iż interwencja sądu także jest konieczna w sytuacji zgodności negatywnej tj braku zgody na leczenie zarówno po stronie pacjenta jak i przedstawiciela ustawowego. Pogląd ten znajduje wsparcie w konstytucyjnej zasadzie ochrony życia i zdrowia wraz z koniecznością weryfikacji przez sąd opiekuńczy zasad sprawowania władzy rodzicielskiej w sytuacji tak skrajnej, jak brak zgody na proces leczenia. Rodzice nie są „panami życia i śmierci” swoich dzieci, a zobowiązani są do działania na rzecz dobra dziecka. Trudno uznać za dobro dziecka odmowę w procesie leczenia. Opiekun faktyczny a przedstawiciel ustawowy Przedstawicielem ustawowym zdolnym do podjęcia decyzji w sprawie procesu leczenia jest osoba uprawniona (predestynowana) na mocy aktu prawnego rangi ustawowej - kodeksu rodzinnego i opiekuńczego tj. rodzice lub na mocy orzeczenia sądu opiekuńczego w sytuacjach szczególnych (pozbawienia praw rodzicielskich, choroby psychicznej osób pełnoletnich, itd.) osoby wskazane przez tenże sąd. Opiekunem faktycznym jest zaś osoba, która zwyczajowo sprawuje pieczę nad osobą małoletnią np. babcia przychodzi z wnuczkiem do lekarza, siostra opiekuje się bratem. Ta osoba ze względu na szczególną więź łączącą ją z małoletnim uprawniona jest do wyrażenia zgody na „badanie pacjenta” w myśl ustawy o zawodzie lekarza i zawodzie lekarza dentysty. W ustawie brak jest legalnej definicji czym jest badanie, lecz pojęcie to należy wiązać z najbardziej podstawowymi czynnościami lekarza tj. oględziny ciała, badanie fizykalne. Opiekun faktyczny może decydować jedynie o badaniu pacjenta, nie jest natomiast uprawniony do podejmowania decyzji w zakresie „innych świadczeń zdrowotnych”, jak również nie może decydować o zabiegu operacyjnym lub diagnostyce stwarzającej podwyższone ryzyko. O formie zgody, o autonomii woli pacjenta i o odpowiedzialności lekarskiej za naruszenie autonomii woli pacjenta w cz. II. Łukasz Siudak Doktorant Wydziału Prawa i Administracji UŚ Odpowiedz Link
madziulec Re: Zgoda pacjenta - wiek pacjenta, zgoda zastępc 28.08.08, 19:00 Co do zasady zgoda pacjenta może być wyrażona w dowolnej formie, także przez czynności dorozumiane tj. np. poprzez sam fakt przyjścia do gabinetu lekarskiego, poddanie się podstawowym procedurom medycznym. Jedynie w sytuacji zabiegu operacyjnego lub konieczności zastosowania metody leczenia/diagnostyki o podwyższonym ryzyku dla pacjenta zgoda powinna być wyrażona w formie pisemnej. Nie zachowanie tej formy wbrew niektórym poglądom, nie powoduje „nieważności oświadczenia”, a w związku z tym działania bez zgody pacjenta, lecz stanowi problem dowodowy dla lekarza lub zoz-u, którzy nie potrafią udowodnić, iż zgoda taka została złożona. W ewentualnym procesie odszkodowawczym dla wykazania, iż zgoda rzeczywiście miała miejsce i była prawnie skuteczna tj. została podjęta ze świadomością i dostatecznym rozeznaniem, niezbędnym będzie wykazanie poprzez inne środki dowodowe (z wyłączeniem co do zasady dowodu ze świadków i z przesłuchania stron), iż zgoda była wyrażona. Należy jednak pamiętać, iż forma pisemna jest najlepszym zabezpieczeniem w ewentualnym procesie w sprawie przekroczenia zakresu zgody pacjenta lub podważania jej prawidłowego wyrażenia. Ustawa o zawodzie lekarza nie precyzuje czym są metody leczenia lub diagnostyki stwarzające podwyższone ryzyko, a zatem w każdym przypadku należy indywidualnie ocenić, czy dana procedura stanowi już ryzyko podwyższone, czy też znajduje się jeszcze w obrębie ryzyka przeciętnego. Ocena tego typu spoczywa na lekarzu, a prawo może jedynie udzielić pewnych wskazań jakie procedury zawierają się w pojęciu „podwyższonego ryzyka” i tak np. można wskazać na cystoskopię, odmę czaszkową, koronografie, biopsje nerek, wątroby, nakłucia szpiku kostnego czy arteriografię. Zgoda dla swej skuteczności musi być poprzedzona pełną informacją ze strony lekarza o wszelkim możliwym ryzyku związanym z daną procedurą leczniczą. Nie dopuszczalnym jest uznanie za prawnie skuteczną tzw. zgody blankietowej, wyrażanej poprzez podpisanie formularza zgody przy przyjęciu do szpitala – „zgadzam się na proponowane leczenie i zabiegi operacyjne”. Zgoda przy przyjęciu do szpitala obejmuje jedynie standardowe procedury medyczne np. pobieranie krwi, mierzenie temperatury, poddawanie się nie zagrażającym życiu zabiegom terapeutycznym. Dla skuteczności zgody na inne procedury medyczne w trakcie pobytu w szpitalu niezbędnym jest odebranie stosowanego oświadczenia przed przystąpieniem do zbiegu ze wskazaniem jego zakresu. Zgoda pacjenta musi nastąpić ex ante, przed przystąpieniem przez lekarza do danego zabiegu. Wyrażenie woli poddania się zabiegowi w jego trakcie lub jego „zatwierdzenie” po przeprowadzeniu, nie ma żadnych skutków prawnych tj. nie chroni lekarza przed odpowiedzialnością wskazaną w art. 192 kodeksu karnego. A należy pamiętać, iż na podstawie w/w art. 192 kodeksu karnego: § 1. Kto wykonuje zabieg leczniczy bez zgody pacjenta, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. § 2. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego. Jedynie w sytuacji wyjątkowej prawo pozwala na działanie bez uzyskania zgody pacjenta albo sądu opiekuńczego: a) jeżeli pacjent wymaga niezwłocznej pomocy lekarskiej, a ze względy na stan zdrowia lub wieku nie może wyrazić zgody i nie można porozumieć się z jego przedstawicielem ustawowym bądź opiekunem faktycznym (tylko w zakresie badania). Wtedy decyzja lekarska o podjęciu działania powinna zostać skonsultowana z innym lekarzem i należy cały stan faktyczny opisać w dokumentacji medycznej pacjenta. W procesie uzyskiwania zgody należy pamiętać o szczególnych sytuacjach leczenia świadków Jehowy lub ratowania życia i zdrowia samobójców, ale o tym w kolejnych publikacjach. Odpowiedz Link
madziulec Opieka nad bliskim w szpitalu 28.08.08, 19:01 Szpital nie może zabronić nocnej opieki nad bliskim Zabranianie osobom bliskim - najczęściej rodzicom małoletnich dzieci - pozostawania z nimi w porze nocnej w szpitalu z powodu zakończenia pory odwiedzin jest sprzeczne z prawem - informuje Mariusz Żelichowski, sędzia Sądu Rejonowego w Kielcach. Za pielęgnację i opiekę nad chorym w szpitalu odpowiada jego personel medyczny. Dla wielu jednak pacjentów taka sytuacja prowadzi do dyskomfortu psychicznego. Postrzegają ją bowiem jako naruszenie ich intymności i prywatności. Mimo pobytu w placówce medycznej chcą oni nadal, aby opiekowali się nimi ich bliscy. Jedno z praw pacjenta W tym zakresie prawo medyczne jest zgodne z oczekiwaniami pacjentów. W ustawie z 30 sierpnia 1991 r. o zakładach opieki zdrowotnej (tj. Dz.U. z 2007 r. nr 14, poz. 89 z późn. zm.) umożliwia sprawowanie opieki pielęgnacyjnej nad pacjentem przez osobę bliską. Możliwość ta została uznana za jedno z praw pacjenta. Zgodnie bowiem z art. 19 ust. 3 pkt 1 tej ustawy w ZOZ przeznaczonych dla osób wymagających całodobowych lub całodziennych świadczeń zdrowotnych pacjent ma również prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej sprawowanej przez osobę bliską lub inną osobę wskazaną przez siebie. W konsekwencji pobyt pacjenta w szpitalu jest jedynie zmianą miejsca jego leczenia. Nie może być on jednak postrzegany jako rodzaj odosobnienia od bliskich, w szczególności zaś porównywany do pobytu w więzieniu. W ten sposób naturalne więzy pacjenta, jak np. rodzinne, małżeńskie, przyjaźni itd. nie zostają poza szpitalem. Pacjent ma prawo je utrzymywać także podczas pobytu w placówce medycznej. Obowiązek szpitala Oznacza to, że szpital nie przyznaje pacjentom żadnych przywilejów w tym zakresie. Nie jest to gest dobrej woli jego kierownictwa, ale wymóg prawny. Szpital ma obowiązek respektować te więzy i prawo pacjenta do opieki pielęgnacyjnej ze strony jego bliskich. Jest to szczególnie ważne w przypadku pacjentów małoletnich, w tym noworodków i niemowląt. W tej bowiem sytuacji prawo do sprawowania opieki pielęgnacyjnej przez osobę bliską uzasadnione jest nie tylko chorobą, ale wiekiem takiego pacjenta i związaną z nim potrzebą bliskości rodziców. Wszelkie zaniedbania szpitala w tym zakresie godzą zatem w wiele istotnych dóbr osobistych pacjenta. Prawo, nie obowiązek Wspomniany przepis gwarantuje pacjentowi prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej. Oznacza to, że z jego strony opieka ta jest uprawnieniem a nie obowiązkiem. W konsekwencji szpital musi liczyć się z wolą pacjenta w tym zakresie. Z jednej strony, nie może mu narzucać, wbrew jego woli, tej dodatkowej opieki, z drugiej zaś zabraniać jej wykonywania, gdy pacjent tego chce. Rozstrzygające znaczenie ma więc wola pacjenta, a nie zgłaszających się do opieki osób lub personelu medycznego. Nie na etacie Ustawa o ZOZ podkreśla, że prawo do opieki ma charakter dodatkowy i pielęgnacyjny. Oznacza to, że personel szpitala nie jest zwolniony ze swoich obowiązków w zakresie opieki pielęgnacyjnej nad chorym. Personel nie może więc być wyręczany przez osoby bliskie pacjenta na zasadzie: przecież zrobi to rodzina. Powinien wcześniej uzgodnić z pacjentem, jakie czynności pielęgnacyjne będzie wykonywała osoba bliska, a jakie sam personel. Dodatkowa opieka Z prawem pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby bliskiej - w praktyce medycznej niektórych szpitali - związane jest pewne nieporozumienie. Dochodzi bowiem do nieuzasadnionego prawnie utożsamiania prawa pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby bliskiej (art. 19 ust. 3 pkt 1 ustawy) z prawem do kontaktów osobistych z osobami z zewnątrz (art. 19 ust. 3 pkt 2 ustawy). Trzeba podkreślić, że są to dwa odrębne prawa pacjenta. Ich utożsamianie jest ograniczaniem katalogu praw pacjenta gwarantowanych ustawą o ZOZ. Prawo do opieki pielęgnacyjnej ma charakter szerszy i nie wyczerpuje się w samym osobistym kontakcie z pacjentem. Z tego powodu bezprawne są praktyki tych szpitali, w których osobom bliskim - najczęściej rodzicom małoletnich dzieci - zabrania się pozostawania z pacjentem w szpitalu w porze nocnej z tego powodu, że czas odwiedzin już się skończył. Z reguły prawnym uzasadnieniem takiego zakazu jest regulamin szpitala określający godziny odwiedzin pacjentów w porze dziennej. Brak jest podstaw prawnych do tego typu praktyk. Ustawa o ZOZ nie zawęża prawa pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej ze strony osoby bliskiej do jakiejkolwiek pory dnia, w szczególności nie wyklucza z jego zakresu pory nocnej. Pacjent ma prawo do takiej opieki o każdej porze, w tym w nocy. Osoba sprawująca nad nim dodatkowa opiekę pielęgnacyjną nie ma obowiązku wykonania polecenia opuszczenia szpitala wydanego przez personel medyczny. Jej pobyt na terenie oddziału szpitalnego umożliwia wspomniana ustawa, która ma - co należy podkreślić - pierwszeństwo przed regulaminem szpitalnym. Szpital nie płaci Zgodnie z art. 19 ust. 4 ustawy o ZOZ, koszt realizacji prawa pacjenta do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej nie może obciążać szpitala. Osoba sprawująca taką opiekę nie może więc żądać od placówki medycznej wynagrodzenia za jej sprawowanie, zwrotu kosztów dojazdu, diety, noclegu itd. Z drugiej jednak strony, szpital nie może obciążać takiej osoby opłatami za jej pobyt na terenie szpitala. Również niedopuszczalna jest praktyka tych szpitali, którzy zabraniają chorym korzystania z dodatkowej opieki pielęgnacyjnej z uwagi na to, że nie są w stanie zapewnić ich osobom bliskim np. krzesła obok łóżka. Autor: Mariusz Żelichowski, sędzia Sądu Rejonowego w Kielcach ("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec szpitale zamykają oddziały dziecięce 09.09.08, 17:57 Od 2005 roku zlikwidowano w Polsce 45 z 437 oddziałów pediatrycznych. Specjaliści domagają się, aby świadczenia wykonywane przez oddziały dziecięce były lepiej wyceniane niż dla dorosłych. Dostęp dzieci do świadczeń zdrowotnych jest utrudniony, bo w szpitalach brakuje lekarzy pediatrów. Jeszcze w 2005 roku w Polsce było 437 oddziałów pediatrycznych. Od tego czasu zlikwidowano co dziesiąty. W przypadku części z nich było to uzasadnione, bo nie były one w pełni wykorzystywane lub w tym samym regionie funkcjonowały dwa takie same oddziały. Jednak część z nich zniknęła ze szpitali, bo ich utrzymywanie było nieopłacalne i tylko generowało długi. Skrajnymi przypadkami było likwidowanie oddziałów dziecięcych i przenoszenie części łóżek na oddział dla dorosłych. Specjaliści alarmują, że opieka nad dziećmi pogarsza się. Czas oczekiwania na leczenie w oddziałach pediatrycznych w niektórych regionach przekracza 100 dni. To nie tylko kwestia mniejszej liczby oddziałów dziecięcych, ale również deficytu lekarzy pediatrów. Dzieci są też diagnozowane za pomocą sprzętu przeznaczonego dla dorosłych. Zdaniem lekarzy, wynika to ze zbyt niskiego poziomu finansowania świadczeń zdrowotnych udzielanych dzieciom. Mniej oddziałów pediatrycznych Jak wynika z danych resortu zdrowia, wszystkie działające oddziały pediatryczne dysponują ponad 10 tys. łóżek. Trzy lata wcześniej takich łóżek było ponad 11 tys. W tym samym czasie zlikwidowano 45 oddziałów dziecięcych. W zakładach opieki zdrowotnej podległych resortowi obrony narodowej oraz ministrowi spraw wewnętrznych i administracji również zmniejszyła się liczba oddziałów dziecięcych. O ile jeszcze w 2004 roku było ich 97, o tyle rok później już tylko 47. - Nie mamy informacji, czy oddziały te były przekształcane w inne, czy tylko likwidowane. Należy jednak zaznaczyć, że w większości przypadków likwidacje te to wynik restrukturyzacji szpitala - mówi Jakub Gołąb, rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia. Najwięcej oddziałów pediatrycznych zakończyło swoją działalność w ciągu ostatnich trzech lat w województwie dolnośląskim. Od 2005 roku zamknięto tam dziesięć oddziałów. Siedem oddziałów pediatrycznych zlikwidowano w województwie lubuskim. Obecnie jest tam 11 takich jednostek. Dzieci na oddziałach dla dorosłych Jak wskazują pediatrzy skrajną i niedopuszczalną sytuacją jest umieszczanie łóżek dla dzieci na oddziałach internistycznych, czyli tam, gdzie są leczone osoby dorosłe. Jak wynika z Danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ostatnich dziesięciu latach wzrosła liczba łóżek dziecięcych na oddziałach internistycznych dla dorosłych. O ile w 1998 roku było ich osiem, o tyle obecnie jest ich ponad 150. W szpitalach zdarza się także, że np. noworodki są diagnozowane za pomocą sprzętu wykorzystywanego przy leczeniu dorosłych. - W okresie niżu demograficznego w szpitalach zmniejszano liczbę łóżek. Teraz rodzi się więcej dzieci, ale łóżek dla nich nie przybywa - uważa profesor Alicja Chybicka, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. Takie działanie jest niezgodne z obowiązującym prawem. Zgodnie z ustawą zdrowotną oraz konstytucją dzieci mają prawo do szczególnej opieki i troski. Jest to również niezgodne z Kartą Praw Dziecka. Względy ekonomiczne Zdaniem Anny Dobrzańskiej, konsultanta krajowego w dziedzinie pediatrii, przyczyną likwidacji części oddziałów pediatrycznych było to, że są to oddziały przynoszące straty. - Utrzymanie oddziału pediatrycznego kosztuje szpital nawet dwa razy więcej niż oddziału dla dorosłych. Dyrektorzy placówek medycznych, kierując się rachunkiem ekonomicznym, decydują się więc na zmniejszenie ich liczby - podkreśla Anna Dobrzańska. Wynika to z tego, że koszty świadczeń udzielanych dzieciom są droższe niż świadczeń udzielanych dorosłym. Ich leczenie wymaga np. specjalistycznego sprzętu medycznego. Dzieci przewlekle chore są również częściej hospitalizowane niż osoby dorosłe. Potwierdzają to dyrektorzy szpitali, które mają oddziały dziecięce. - Koszty funkcjonowania oddziałów pediatrycznych, chirurgii dziecięcej, otolaryngologii są zdecydowanie wyższe, niż oddziałów dla dorosłych - mówi Katarzyna Kapuścińska, dyrektor ds. ekonomicznych Szpitala Specjalistycznego im. Marciniaka we Wrocławiu. Obecnie wrocławska placówka podjęła uchwałę, że od przyszłego roku oddział otolaryngologii zostanie połączony z oddziałem chirurgii dziecięcej. Jest to związane z tym, że oddział ten wciąż przynosi straty. Nowe rozliczenia z NFZ Sytuacja ma szanse jednak ulec poprawie, dzięki nowemu systemowi rozliczeń świadczeń zdrowotnych z NFZ, jaki obowiązuje od lipca tego roku. - Faktycznie dzięki wprowadzeniu systemu jednorodnych grup pacjentów zauważyliśmy kilkuprocentowy wzrost finansowania świadczeń wykonywanych na oddziałach np. chirurgii dziecięcej - mówi Katarzyna Kapuścińska. NFZ podkreśla, że dzięki jednorodnym grupom pacjentów płaci za dodatkowe dni pobytu pacjenta w szpitali. - Wcześniej nie było takiej możliwości. Jeszcze w czasie pilotażu nowego systemu okazało się, że to właśnie leczenie dzieci trwa najdłużej i najwięcej dodatkowych osobodni rozliczają właśnie szpitale pediatryczne - mówi Edyta Grabowska-Woźniak, rzecznik prasowy NFZ. Zwiększyć finansowanie Pediatrzy postulują zwiększenie finansowania świadczeń udzielanych dzieciom. To ma spowodować zwiększenie dostępności do specjalistów. Obecnie najdłuższy czas oczekiwania na przyjęcie na oddział pediatryczny wynosi 157 dni w województwie zachodniopomorskim, w Małopolsce - 104 dni. Poprawę finansowania pediatrii ma również spowodować zwiększenie liczby specjalistów z tej dziedziny. Obecnie w kraju jest około 6 tys. pediatrów. Jeszcze kilka lat temu było ich ponad 10 tys. - Problemy finansowe oddziałów dziecięcych powodują, że maleje zainteresowanie młodych lekarzy tą specjalizacją - podkreśla Anna Dobrzańska. Resort zdrowia podkreśla jednak, że chcąc zachęcić lekarzy do odbywania specjalizacji z zakresu pediatrii, systematycznie zwiększa liczbę miejsc specjalizacyjnych. O ile w 2006 roku było ich 321, o tyle tylko w I półroczu tego roku na lekarzy czekało 200 miejsc szkoleniowych. 100 tys. dzieci jest leczonych każdego roku na oddziałach dziecięcych. ("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec Katalog kar dla lekarzy 15.09.08, 21:10 Ginekologa, któremu sąd udowodni, że z powodu złej opieki podczas porodu dziecko stało się niepełnosprawne, będzie można pozbawić prawa do odbierania porodów. A chirurg, który podczas operacji laparoskopowej uszkodzi jakiś organ wewnętrzny pacjenta, otrzyma sądowy zakaz wykonywania zabiegów laparoskopowych. Nowa ustawa o izbach lekarskich wprowadza zupełnie nowy katalog kar dla lekarzy. Trafi do Sejmu jeszcze w tym roku. Do tej pory lekarze - sprawcy błędów medycznych - najczęściej unikali odpowiedzialności, bo sądy lekarskie rzadko orzekały dotkliwe kary: czasowy albo dożywotni zakaz wykonywania zawodu lekarza. A nagany i upomnienia nie osiągały zamierzonego celu. Z kolei procesy przed sądami cywilnymi były długotrwałe, w dodatku to na pacjencie spoczywała konieczność udowodnienia winy lekarza. Nowa ustawa przygotowywana przy współpracy Naczelnej Izby Lekarskiej wprowadza kary pośrednie między naganą a zakazem wykonywania zawodu. Sąd lekarski będzie mógł zabronić lekarzowi wykonywania określonych zabiegów. Czyli np. ginekolog będzie mógł prowadzić pacjentki w ciąży, a nie będzie mógł odbierać porodu. Ważna dla samych pacjentów zmiana jest taka, że do tej pory postępowania przed sądami lekarskimi były dla nich zamknięte. Wkrótce staną się aktywnymi uczestnikami postępowania, będą więc mogli składać wnioski dowodowe, wnosić o powołanie dodatkowych biegłych czy ustanawiać pełnomocników. Czy jednak wprowadzenie nowego prawa łamiącego nieformalną zasadę lekarskiej solidarności jest w Polsce realne? - Zmian chciało samo środowisko lekarskie i to izby lekarskie są współautorem nowego katalogu kar - podkreśla prezes Śląskiej Izby Lekarskiej dr Maciej Hamankiewicz. - Mamy dość posądzania, że zamiatamy niewygodne rzeczy pod dywan. Chcemy jawności. Dotychczasowe przepisy nie spełniły swej roli. - Upomnienia i nagany dla lekarza to kary symboliczne. Zresztą po pewnym czasie są wymazywane z akt. Z drugiej strony zawieszenie lub zakaz wykonywania zawodu są w wielu przypadkach zbyt ostre, bo pozbawiają lekarza możliwości zarabiania na życie - przekonuje dr Hamankiewicz. Prawnicy specjalizujący się w walce o odszkodowania dla pacjentów są zadowoleni z zapowiadanych zmian. Największe nadzieje wiążą z pomysłem wprowadzenia kar finansowych już na etapie postępowania w sądzie lekarskim. - To jedyna szansa na przełamanie zawodowej, źle pojętej solidarności. Lekarze muszą na własnej kieszeni poczuć konsekwencje swego błędu - mówi Marcin Marszałek ze stowarzyszenia "Wokanda", które pomaga osobom poszkodowanym w wyniku błędów lekarskich. Maksymalna kara dla medyka ma być równa sześciokrotnej wysokości średniego wynagrodzenia w gospodarce, czyli wynosiłaby ok. 20 tys. złotych. Każdorazowo grzywnę będzie ustalał sąd, w zależności od ciężaru gatunkowego sprawy. Dla pacjenta skazanie lekarza w sądzie lekarskim będzie ogromnym atutem w walce przed sądem cywilnym o odszkodowanie. Adam Sandauer, szef stowarzyszenia Primum Non Nocere, zmiany w prawie ocenia jednak jako działania czysto PR- -owskie. - Mają na celu poprawę fatalnego wizerunku lekarskiego wymiaru sprawiedliwości. Przecież już teraz na 2-3 tysiące skarg, jakie wpływają do izb lekarskich, tylko 8 proc. kończy się ukaraniem. Tymczasem skala błędów lekarskich według naszych szacunków jest dziesięciokrotnie większa, wynosi od 20 do 40 tysięcy rocznie - twierdzi Sandauer. Dla przykładu tylko w pierwszym półroczu 2008 roku do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej przy Śląskiej Izbie Lekarskiej wpłynęły 93 skargi. Do sądu zaś trafiło jedynie 14 spraw, czyli co siódma.("Polska Dziennik Zachodni") Odpowiedz Link
madziulec Kolejki i łapówki w prywatnych przychodniach 20.09.08, 20:08 Wielotygodniowe wyczekiwanie na wizytę u specjalisty, wymuszanie łapówek i opryskliwi lekarze. Codzienność w państwowej służbie zdrowia? Nie, to szara rzeczywistość w prywatnych przychodniach - pisze "Gazeta Wyborcza". Dwa tygodnie czekania do ginekologa, miesiąc do dentysty, do endokrynologa nawet pół roku. Żeby zrobić USG, trzeba się zapisać nawet dwa miesiące wcześniej. W weekend w kolejce do lekarza dyżurnego można spędzić kilka godzin. To, co było do tej pory specjalnością państwowych szpitali, teraz staje się normą w prywatnych przychodniach - podkreśla "Gazeta Wyborcza". Dziennik wskazuje, że dzieje się tak mimo wciąż drożejących polis i abonamentów medycznych. Tylko od początku roku zdrożały one średnio mniej więcej 10 proc. O problemie mówią już same firmy medyczne i ubezpieczyciele. - Chętnych do płacenia przybywa, ale nie ma ich kto leczyć - mówi Paweł Kalbarczyk odpowiedzialny za ubezpieczenia zdrowotne w PZU. Abonamenty i polisy medyczne mogą mieć już nawet 2 mln Polaków. O ile w ubiegłym roku wydali na leczenie 1,4 mld zł, o tyle w tym roku ich wydatki będą o 200-300 mln wyższe. "Gazeta Wyborcza" przypomina, że za to lekarzy jest mniej, bo wielu z nich wyjeżdża pracować za granicę, gdzie im lepiej płacą. W całej Polsce czekają na nich tysiące wakatów. Zdaniem Kalbarczyka prywatne przychodnie nie mają wyboru i zaczynają przyjmować pracowników jak leci. Tylko LuxMed i Medycyna Rodzinna przyjęły w tym roku do pracy 200 nowych lekarzy. A to dopiero początek, bo w najbliższym czasie planują otwierać kolejne przychodnie.("Gazeta Wyborcza") Odpowiedz Link
madziulec tykająca bomba biologiczna 26.09.08, 09:12 Z kraju; 25-09-2008 ["Polska" / "Polska Dziennik Bałtycki"] W ściekach ze szpitali płyną prątki gruźlicy, wirusy WZW oraz HIV Wirusy HIV oraz wirusowego zapalenia wątroby, prątki gruźlicy, bakterie coli oraz dziesiątki innych wirusów i bakterii odkryto w ściekach wypływających z Pomorskiego Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku. Szpitali, które nie mają skutecznych oczyszczalni ścieków, są w Polsce dziesiątki. Epidemiolodzy nie mają wątpliwości: to tykająca bomba biologiczna. Od początku roku nie było miesiąca, aby przynajmniej w jednej sieci wodociągowej w Polsce nie wykryto bakterii coli. Wody nie wolno było pić w Pleszewie w Wielkopolsce, Baranowie Sandomierskim, Nisku czy w Korczynie na Podkarpaciu. Ale niebezpieczeństwo, że bakterie zatrują wodę w dużych miastach - jak Warszawa, Gdańsk czy Kraków - jest ogromne. Bo drobnoustroje opuszczają szpitale w ściekach i niezabite trafiają do rzek. W Polsce nikt nie bada tego, co szpitale wypuszczają do kanalizacji. Nikt nawet nie pilnuje, czy przepisy w tej sprawie są przestrzegane. W Gdańsku skażenie odkryto przypadkowo - tylko dlatego, że Pomorskie Centrum Gruźlicy samo zleciło zbadanie swoich nieczystości. - Włos jeży się na głowie, gdy pomyśleć, że to wszystko trafiało do kanalizacji miejskiej - mówi dr Bogdan Lamparski, dyrektor gdańskiego szpitala. - Na szczęście problem mamy już za sobą. W czwartek otwieramy nowoczesną stację dezynfekcji ścieków, pierwszą taką w Polsce. Dzięki naświetlaniu lampami UV zniszczymy prawie sto procent bakterii. W 1997 r. Ministerstwo Zdrowia nakazało, aby wszystkie szpitale oczyszczały swoje ścieki. Prawo jednak - ze względu na szpitalną biedę - złagodzono. Obowiązująca w Polsce od czerwca 2001 r. ustawa ograniczyła wymagania do placówek mających oddziały zakaźne lub leczące pacjentów z chorobami zakaźnymi. Ale nikt nawet tego zliberalizowanego nakazu nie wyegzekwował. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, który powinien kontrolować szpitale, nie ma pojęcia, ile placówek ma już oczyszczalnie. - My nic nie wiemy, szczególnie że gdańskie badania są jednymi z pierwszych - mówi Katarzyna Biedrzycka, szefowa biura współpracy z zagranicą i komunikacji społecznej. Bakterie szpitalne to mutacje odporne na antybiotyki, dlatego są śmiertelnie niebezpieczne. Według Światowej Organizacji Zdrowia zdarzały się już przypadki zakażenia żółtaczką spowodowane wirusami ze ścieków. O kłopotach z przyszpitalnymi oczyszczalniami było w Polsce cicho, bo to niewygodny temat. W Łodzi chlorownię ma tylko Szpital im. Biegańskiego, jedyna zakaźna placówka w regionie. Ścieki z oddziałów zakaźnych w Bełchatowie i Piotrkowie Trybunalskim są neutralizowane podchlorynem sodu i wapnia. Na Śląsku i w Krakowie jest podobnie. Większość szpitali przyznaje, że ze ściekami nie robi nic. Epidemiolodzy twierdzą, że nie jest możliwe przeprowadzenie badań pokazujących prostą zależność liczby zachorowań, np. na żółtaczkę, od skuteczności oczyszczania ścieków przez szpitale. Bo trudno ustalić, w jaki sposób pacjent się zaraził. To tak samo jak podróż samolotem z chorym na grypę. Może on zarazić wszystkich, a może nikogo. W Polsce na wirusowe zapalenie wątroby typu B choruje ponad 75 tys. osób. Skala bakteryjnych zatruć pokarmowych, jako że nie ma obowiązku ich rejestracji, nawet nie jest znana. Gdyby dyrektorzy polskich szpitali zlecili analizę tego, co wpuszczają do kanalizacji, włosy zjeżyłyby się im na głowach: bakterie coli, enterokoki, wirusy żółtaczki, a nawet HIV i substancje radioaktywne! Drobnoustroje trafiają dooczyszczalni ścieków, ale tam nie są zabijane i w konsekwencji wpływają do rzek. Tych samych, z których bierzemy wodę pitną. Część placówek medycznych traktuje nieczystości chlorem i uważa problem za załatwiony. - Mamy osadniki i własną chlorownię, gdzie odbywa się utylizacja. Dopiero wówczas zrzucamy ścieki do miejskiej sieci - mówi Krzysztof Hornik, dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Chorzowie. Podobnie robi Wojewódzki Szpital Zespolony w Częstochowie. Ale epidemiolodzy mówią wprost: to za mało, chlor nie jest stuprocentowo skuteczny. Łukasz Supergan, koordynator Greenpeace, zajmujący się zanieczyszczeniem rzek: - Kwestią zrzucania ścieków przez szpitale powinna zająć się prokuratura. One w ogóle nie powinny trafiać do kanalizacji miejskiej - uważa Supergan. b- Najdziwniejsze jest to, że do tej pory w Polsce nie przeprowadzono żadnych kompleksowych badań, które pokazywałyby wpływ szpitalnych nieczystości na środowisko. Większość placówek medycznych w Polsce albo tylko chloruje ścieki, albo w ogóle nie zajmuje się nimi i wpuszcza do sieci kanalizacyjnej. - Na Pomorzu tylko w czterech szpitalach dezynfekuje się nieczystości z oddziałów zakaźnych, kolejnych sześć placówek dysponuje jedynie urządzeniami do podczyszczania, czyli do wstępnego procesu utylizacji - mówi dr Andrzej Jagodziński, zastępca wojewódzkiego inspektora sanitarnego w Gdańsku. Problem nie dotyczy tylko małych powiatowych szpitali. Największy szpital w Gdańsku, czyli Akademickie Centrum Kliniczne (ponad 63 tys. hospitalizacji rocznie), wpuszcza nieczystości wprost do miejskiej kanalizacji. Podobnie robi Szpital Wojewódzki w Gdańsku i Szpital Specjalistyczny św. Wojciecha na Zaspie. Pomorskie Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku wytwarza ok. siedmiu metrów sześciennych ścieków dziennie. Są w nich dziesiątki niebezpiecznych wirusów i bakterii. - Część oczywiście ginie szybko, jednak są takie, które mogą przetrwać dłużej. Prątki gruźlicy w sprzyjających warunkach żyją nawet tydzień - mówi dr Bogdan Lamparski, dyrektor szpitala. Prątki w wodzie nie są jeszcze takie groźne, ale już wirusy żółtaczki - tak. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że były na świecie przypadki zakażenia wirusowym zapaleniem wątroby spowodowane bakteriami, które wydostały się ze szpitali. Pomorskie Centrum Gruźlicy uruchamia właśnie supernowoczesną oczyszczalnię, która pozwoli zniszczyć wszystkie drobnoustroje opuszczające szpital kanałami, ale to dopiero pierwsza taka inwestycja w Polsce, choć specjalna ustawa zobowiązuje szpitale do budowy oczyszczalni już od siedmiu lat! Lecznice nie inwestują, tłumacząc się brakiem funduszy. Jednak jak się okazuje, pieniędzy wcale nie trzeba było szukać w służbie zdrowia. Ponad milion złotych wyłożył Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Pomorski Urząd Marszałkowski. Fundusz zapłacił też za analizę laboratoryjną szpitalnych ścieków. Okazało się, że stacja dezynfekcji promieniami ultrafioletowymi nie dość, że jest o wiele tańsza od tradycyjnych, to jeszcze zabija praktycznie wszystkie mikroorganizmy. - Ścieki po odpowiednim przygotowaniu trafiają do komory naświetlania - wyjaśnia Robert Zamajski z firmy UV-Eko instalującej urządzenie. - Lampy ultrafioletowe są od dawna powszechnie stosowane do dezynfekcji wody. Nie używano ich do tej pory do oczyszczania ścieków szpitalnych, choć są równie skuteczne. Jeśli szpitale nie zainwestują w oczyszczalnie w najbliższych latach, do skażenia sieci wodociągowej w dużym mieście na pewno w końcu dojdzie. To tylko kwestia czasu.("Polska") Odpowiedz Link
madziulec Re: tykająca bomba biologiczna 26.09.08, 09:12 Gruźlica, żółtaczka i HIV płyną kanałami Szpitale nie badają regularnie zawartości swoich ścieków - nie mają na to pieniędzy. A szkoda, bo wyniki tych badań mogłyby zjeżyć włosy na głowach inspektorów sanitarnych. Placówki służby zdrowia są dostarczycielami hektolitrów wody skażonej bakteriami, wirusami oraz cytostatykami, środkami do chemioterapii, antybiotykami, a nawet substancjami radioaktywnymi. W czterech szpitalach na Pomorzu dezynfekuje się ścieki z oddziałów zakaźnych, a tylko sześć placówek dysponuje urządzeniami do podczyszczania (czyli wstępnego procesu oczyszczania) ścieków. Jeszcze do niedawna ścieki wstępnie oczyszczano w Szpitalu Wojewódzkim w Słupsku. Jednak po likwidacji oddziału zakaźnego zaprzestano dezynfekcji. Teoretycznie wszyscy "zakaźni" pacjenci trafiają bowiem do oddalonego o prawie 100 kilometrów Gdańska. W samym Gdańsku największy szpital - Akademickie Centrum Kliniczne (ponad 63 tysiące hospitalizacji rocznie!) - oddaje wszystkie swoje ścieki do miejskiej kanalizacji. Podobnie jest ze Szpitalem Wojewódzkim w Gdańsku i Szpitalem Specjalistycznym św. Wojciecha na Gdańskiej Zaspie. I praktycznie z większością szpitali w Polsce. W Pomorskim Centrum Gruźlicy i Chorób Zakaźnych w Gdańsku wytwarza się ok. 7 metrów sześciennych ścieków dziennie. W ich składzie są dziesiątki niebezpiecznych wirusów i bakterii. - Także takie, które mogą wywołać zagrażającą życiu posocznicę - zaznacza z powagą dr Bogdan Lamparski, dyrektor szpitala. - Część oczywiście ginie bardzo szybko, jednak są też takie, które mogą przetrwać dłużej. Prątki gruźlicy w sprzyjających warunkach żyją nawet tydzień, chociaż ze ścieków raczej trudno się nimi zarazić, bo roznoszą się drogą kropelkową. Gorzej jest z żółtaczkami. Wiadomo też, że niektóre bakterie bardzo "lubią" wilgoć i chłód, czyli środowisko, jakie znajdą w sieci kanalizacyjnej. Przez ostatnie lata ścieki z gdańskiego szpitala zakaźnego trafiały do cuchnącego z dala odstojnika. - Traktowaliśmy je podchlorynem sodu B - mówi Jarosław Głowacki, wicedyrektor szpitala. - Środek ten nie niszczył wszystkich zarazków, w dodatku kosztował bardzo dużo. Przed trzema laty podjęliśmy starania o zbudowanie stacji oczyszczającej z prawdziwego zdarzenia. Nie mieliśmy już czasu - ustawa sprzed siedmiu lat zobowiązuje nas do skutecznej dezynfekcji ścieków. Pieniądze - łącznie ponad milion złotych - zdecydował się wyłożyć Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Pomorski Urząd Marszałkowski. - To jest nasz obowiązek - twierdzi Danuta Kozak, prezes WFOŚIGW. - Szpitale nie mają środków własnych na takie cele. Co najważniejsze, skutek może być odczuwany nie tylko przez szpitale, ale także przez miasto. Dyrekcja szpitala zakaźnego przy ul. Smoluchowskiego najpierw jednak dwa razy bezskutecznie ogłaszała przetargi. Trudno było znaleźć chętnych do podjęcia się walki z bakteriami i wirusami w ściekach. - Dopiero za trzecim razem udało się znaleźć wykonawcę, który zaproponował nam bardzo skuteczną metodę niestosowaną wcześniej w Polsce, a może i w Europie - wspomina dyr. Jarosław Głowacki. Wcześniej przeprowadzono badania pilotażowe. Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska zapłacił za analizę zawartości szpitalnych ścieków. Okazało się, że stacja dezynfekcji UV nie dość, że jest o wiele tańsza, to jeszcze niszczy praktycznie wszystkie mikroorganizmy. - Surowe ścieki są, po odpowiednim przygotowaniu, wprowadzane do komory naświetlania UV - wyjaśnia Robert Zamajski z firmy UV-Eko, instalującej urządzenie. - Lampy ultrafioletowe są powszechnie stosowane do dezynfekcji wody i ścieków oczyszczonych. Nie używano ich do tej pory do oczyszczania ścieków surowych i ścieków szpitalnych. "Moc przerobowa" stacji pozwala na dezynfekcję nawet 14 m sześc. ścieków dziennie - to na wypadek (odpukać) epidemii. I tak w Gdańsku będzie trochę bezpieczniej. Niestety, tylko trochę. I tylko w Gdańsku. Rozmowa z epidemiologiem, dr Andrzejem Jagodzińskim Czy warto chwalić się oczyszczalnią ścieków z gdańskiego szpitala zakaźnego? Warto. Jest to w końcu pierwsze tego typu rozwiązanie technologiczne w Polsce. Na dodatek jego skuteczność sięga prawie 100 procent. W wielu szpitalach ratuje się pacjentów z sepsą, rzadkością nie jest gronkowiec złocisty, a z wyizolowanych od chorych bakterii można ułożyć długą listę. Nie za mało tych oczyszczalni? Formalnie obowiązek oczyszczania ścieków spoczywa jedynie na szpitalach i oddziałach zakaźnych, stacjach krwiodawstwa i niektórych laboratoriach. Nie ma sensu oczyszczać np. ścieków z kardiologii. Nie wykluczam, że w innych placówkach są leczeni pacjenci cierpiący na choroby zakaźne, jednak do tej pory nikogo za rękę nie złapaliśmy. Razem ze ściekami płyną też np. antybiotyki... Z tym problemem, niestety, sobie jeszcze nie poradziliśmy. Żyją minuty, dni, miesiące, lata W ściekach płynących ze szpitalnej sieci kanalizacyjnej znajdują się m.in. - wirusy HBV (żółtaczka typu B) - kilka miesięcy, a nawet lat mogą prze-trwać poza organizmem człowieka - wirusy HCV (żółtaczka typu C) - nie giną podczas zwykłej sterylizacji, zabija je temperatura 130 st. C - gronkowiec złocisty - jest bardzo odporny na wysoką temperaturę, ginie dopiero po półgodzinnym gotowaniu- wirus HIV - ginie szybko poza organizmem.("Polska Dziennik Bałtycki") Odpowiedz Link
madziulec leki dla dorosłych moga zabijac dzieci 26.09.08, 09:14 Aspiryna, pyralgina, thiocodin to specyfiki, które są bardzo groźne dla dzieci. Mogą nawet zabijać. Niestety, rodzice bardzo często podają te leki swoim pociechom, gdy te zachorują. W poprzednim "sezonie grypowym" w Krakowie z tego powodu zmarło dwoje dzieci. Od października 2007 roku do kwietnia 2008 roku uniwersytecki Ośrodek Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków w Krakowie zanotował aż 142 przypadki groźnych skutków ubocznych po podaniu dzieciom popularnych leków, które można kupić bez recepty. Dwoje dzieci zmarło - pisze "Dziennik Polski". Niestety, bardzo dużo rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że leki, które oni sami mogą zażywać, są niezwykle niebezpieczne dla ich pociech. Aż 26 procent osób z wyższym wykształceniem nie zawahałoby się przed podaniem swojemu dziecku aspiryny, żeby zbić mu gorączkę - wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS na zlecenie pisma "Readers Digest". A może to być bardzo groźne. Preparaty kwasu acetylosalicylowego mogą wywołać u dziecka zespół Reyea - rzadką, ale niebezpieczną chorobę, powodującą nieodwracalne zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym i wątrobie. Ale to jeszcze nie wszystkie zagrożenia. "Aspiryna u dzieci poniżej 12. roku życia może wywołać też drgawki, obrzęk warg i języka, duszność i zaburzenia oddychania" - wymienia doktor Jarosław Woroń z krakowskiego Ośrodka Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków. ("Dziennik Polski") Odpowiedz Link
madziulec nerkom i sercu mleka nie żałuj 26.09.08, 09:15 Picie szklanki chudego mleka dziennie korzystnie wpływa na stan nerek, a przez to obniża ryzyko chorób serca - wynika z amerykańsko-norweskich badań, które publikuje pismo "American Journal of Clinical Nutrition". Naukowcy z Uniwersytetu w Oslo i trzech amerykańskich uczelni sprawdzali czynność nerek u ponad 5 tys. osób w wieku od 45 do 84 lat. W tym celu obliczyli stosunek dwóch białek - albuminy i kreatyniny - w próbkach ich moczu. Obecność albumin w moczu jest uważana za wskaźnik uszkodzenia nerek. Podwyższony stosunek albuminy do kreatyniny (tzw. mikroalbuminuria) świadczy ponadto o wysokim ryzyku chorób układu krążenia u pacjenta. Dodatkowo naukowcy zebrali dane na temat diety badanych osób. Okazało się, że osoby, które dziennie wypijały przynajmniej jedną szklankę chudego mleka lub zjadały inne mleczne produkty miały o 37 proc. niższe ryzyko zaburzeń funkcji nerek, a co za tym idzie chorób serca, w porównaniu z niepijącymi mleka lub pijącymi go mniej. Jak podkreślają autorzy pracy, mleko i przetwory mleczne stanowiły jedyną grupę produktów, która była silnie związana z niższym ryzykiem mikroalbuminurii. Osoby, których dieta była ogólnie zdrowa - tj. oprócz nabiału, zawierała produkty z pełnego ziarna, warzywa i owoce - miały o 20 proc. niższy stosunek albuminy do kreatyniny i zdrowsze nerki. Zdaniem autorów pracy, korzystny wpływ mleka na funkcjonowanie nerek i serca może mieć związek z obecnymi w nim minerałami, takimi jak wapń, potas, magnez oraz witaminą D. Statystyki wskazują, że na przewlekłą chorobę nerek cierpi co dziesiąty człowiek na świecie. W Polsce liczbę osób z tymi schorzeniami ocenia się na ponad 4,2 mln. Zaburzenia funkcji nerek mogą być zarówno przyczyną, jak i skutkiem chorób układu sercowo-naczyniowego, które ciągle są głównym powodem zgonów w krajach wysoko rozwiniętych.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec USA: Nieszczepione dziecko nie wejdzie do szkoły 30.09.08, 18:05 o najmniej kilkaset dzieci może być zawieszonych w prawach ucznia w Północnej Karolinie, bo nie przyjęły obowiązkowej szczepionki - informuje gazeta "The News Observer". Niedawno wprowadzony w tym amerykańskim stanie kalendarz szczepień przewiduje, że uczniowie przed rozpoczęciem szóstej klasy muszą przyjąć szczepionkę na krztusiec, tężec i błonicę. Jednak nie wszyscy rodzice zdążyli wysłać dzieci na te obowiązkowe szczepienia. Teraz ich dzieci mogą nie zostać wpuszczone na lekcje. Co prawda trudno powiedzieć, czy uczniowie byliby tą przymusową przerwą w nauce szczególnie zmartwieni, może im to jednak przysporzyć kłopotów. Jak tłumaczy immunolog, dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków, amerykańskie szkoły wprowadzają takie restrykcje, bo nie ma tam innego systemu, który zmuszałby rodziców do zaszczepienia swych dzieci na groźne choroby zakaźne. "Teoretycznie obowiązku szczepień nie ma, ale np. niezaszczepione dziecko nie zostanie przyjęte do żłobka" - mówi dr Grzesiowski. "W Polsce odpowiedzialność przerzuca się na rodzica, nie na dziecko" - wyjaśnia. Jeśli rodzice uchylają się od obowiązkowych szczepień, grozi im mandat. Sanepid może też wysłać inspektorów do takiego domu. Ale przed szkołą dziecko i tak nie ucieknie.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec Odpowiedzialność lekarza a odpowiedzialność.. 08.10.08, 15:07 Artykuł 120 § 1 kodeksu pracy w brzmieniu „W razie wyrządzenia przez pracownika przy wykonywaniu przez niego obowiązków pracowniczych szkody osobie trzeciej, zobowiązany do naprawienia szkody jest wyłącznie pracodawca”, określa co do zasady, iż lekarz nie jest zobowiązany do naprawienia szkody wyrządzonej pacjentowi podczas procesu leczenia. Dyspozycja w/w przepisu dotyczy (pracownika, pracodawcy) zakładu leczniczego bez wględu na formę prawną. Nie ma zatem znaczenia czy jest to zoz, n-zoz, spółdzielnia lekarska czy prywatna klinika/praktyka prowadząca działalność w przewidzianej przez prawo formie. W związku z tym, w chwili powstania szkody po stronie pacjenta powstaje roszczenie z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania świadczeń (usług medycznych), którego nie może podnieść bezpośrednio do pracownika (lekarza, pielęgniarki) pomimo, iż najprawdopodobniej swym działaniem lub zaniechaniem szkodę wyrządził. Jeśli jednak szkoda powstała w wyniku umyślnego działania/zaniechania personelu medycznego, zakład pracy stał się niewypłacalny lub szkoda została wyrządzona „nie przy leczeniu”, ale przy okazji wykonywania obowiązków pracowniczych, wtedy domaganie się odszkodowania i zadośćuczynienia za doznaną krzywdę bezpośrednio względem lekarza, będzie uzasadnione. Wyłączenie odpowiedzialności (lekarza, pielęgniarki) w stosunku do pacjenta rozciąga się również na tzw. roszczenie regresowe z tytułu wypłaty odszkodowania przez ubezpieczyciela. Jeśli zatem za wyrządzoną szkodę ubezpieczyciel zakładu opieki spełni świadczenie, nie może dochodzić od lekarza zwrotu wypłaconych świadczeń na podstawie art. 828 § 1 kodeksu cywilnego; tak też uchwała Sądu Najwyższego z dnia 7.11.1977r., OSN 5-6/1978, poz. 84, co jest podstawową zasadą prawa ubezpieczeń. Regres wynikający z odpowiedzialności pracowniczej jest ograniczony do trzymiesięcznego wynagrodzenia pracownika. Zatem w chwili spełnienia roszczenia przez zakład opieki medycznej lub ubezpieczyciela, powstaje roszczenie o zapłatę jedynie trzykrotności wynagrodzenia, oczywiście za działanie lub zaniechanie które jest zawinione w postaci niedbalstwa lub lekkomyślności. Jeśli jednak szkoda została wyrządzona umyślne np. lekarz odmówił przyjęcia do szpitala pacjenta, któremu groziło bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia, z chwilą spełnienia roszczenia przez zakład opieki zdrowotnej, ma on (zakład) prawo dochodzić odszkodowania w pełnej wysokości. Należy pamiętać, iż ograniczenie odpowiedzialności personelu medycznego do trzykrotności wynagrodzenia (lekarza, pielęgniarki) jest prawem - co do zasady - tylko i wyłącznie pracownika w rozumieniu art. 2 kodeksu pracy, czyli osoby zatrudnionej na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub spółdzielczej umowy o pracę. W związku z tym, jeśli lekarz świadczy pracę na podstawie kontraktu menadżerskiego (szczególnej umowy cywilnoprawnej o charakterze quasi-zlecenia) i wyrządzi szkodę, ponosi pełną odpowiedzialność odszkodowawczą na podstawie art. 415 kodeksu cywilnego. Odpowiedzialność odszkodowawcza lekarza opiera się na ogólnych zasadach przypisania winy za działanie lub zaniechanie, które musi pozostawać w adekwatnym związku przyczynowym z powstałą szkodą. Zasadą prawa cywilnego jest ponoszenie odpowiedzialności tylko za normalne następstwa działania lub zaniechania. Jeśli zatem do szkody przyczynił się zakład opieki zdrowotnej np. w związku z niewłaściwym zarządzaniem personelem lub osoba trzecia, w tym zakresie (odpowiedzialności samodzielniej zakładu/osoby trzeciej) pracownik odpowiedzialności nie będzie ponosił. Łukasz Siudak Prawnik, Doktorant Wydziału Prawa i Administracji UŚ Data: 2008-10-07 Odpowiedz Link
madziulec Uprawianie sportu będzie poprzedzone badaniami lek 08.10.08, 15:08 Dzieci i młodzież do ukończenia 21 roku życia nie będą musiały ubiegać się o licencję uprawniającą do uprawiania określonej dyscypliny sportu. Ministerstwo Zdrowia przesłało do konsultacji społecznych projekt w sprawie koniecznych badań lekarskich, częstotliwości ich przeprowadzania oraz trybu orzekania o zdolności do uprawiania określonej dyscypliny sportu przez dzieci i młodzież do ukończenia 21 roku życia oraz przez zawodników od 21 do 23 roku życia. Zgodnie z nim dzieci i osoby do 21 roku życia, ubiegające się o wydanie orzeczenia uprawniającego do uprawiania określonej dyscypliny sportu, będą musiały mieć wykonane badania wstępne m.in. z zakresu ortopedii, stomatologii czy laryngologii. Konsultacjom neurologicznym i badaniom elektroencefalografem dodatkowo zostaną poddane dzieci i młodzież, które zamierzają uprawiać boks, kick-boxing, dalekowschodnie sztuki walki oraz nurkowanie. Muszą one być powtarzane co dwa lata. Koszty tych badań i orzeczeń lekarskich związanych z dopuszczeniem do uprawiania sportu będzie pokrywał Narodowy Fundusz Zdrowia. Ministerstwo Zdrowia szacuje, że na ten cel Fundusz wyda 20,2 mln zł rocznie. Ponadto w projekcie zrezygnowano z wymogu posiadania licencji do uprawiania określonej dyscypliny sportu przez dzieci i młodzież do ukończenia 21 lat.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec Powstanie urząd Rzecznika Praw Pacjenta 08.10.08, 15:10 Obrona pacjentów przed sądem, zwracanie się do rządu, prezydenta czy posłów z propozycją podjęcia inicjatywy ustawodawczej i analiza skarg - to najważniejsze uprawnienia, które dostanie Rzecznik Praw Pacjenta. Projekt ustawy wprowadzającej tę instytucję jest już w Sejmie. W połowie października odbędzie się jego drugie czytanie. Do tej pory w Polsce nie było nikogo, kto by występował w imieniu poszkodowanych pacjentów. Co prawda przy każdym oddziale NFZ był regionalny rzecznik praw pacjenta, ale nie miał on żadnych szczególnych uprawnień. RPP będzie przyjmował skargi od poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Jeżeli okaże się, ze skarga jest zasadna, sprawa pójdzie do sądu. Będzie miał też prawo występować przed sądem jako oskarżyciel posiłkowy. To uregulowanie nie podoba się stowarzyszeniom broniącym praw pacjenta. - Dojdzie do tego, że pracownicy biura rzecznika będą jeździć po całej Polsce, żeby brać udział w rozprawach sądowych - denerwuje się Adam Sandauer, prezes Primum Non Nocere, organizacji zajmującej się pomocą poszkodowanym w wyniku błędów lekarskich. Jego zdaniem zamiast możliwości dochodzenia swoich praw przed sądem powinien zostać stworzony realny system pomocy poszkodowanym: obok ubezpieczeń zdrowotnych dodatkowe ubezpieczenia dla osób poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich oraz konkretne programy pomocy dla nich. - Nie powinno się wymagać od ciężko chorych ludzi, żeby walczyli o pieniądze na leczenie przed sądem - tłumaczy Sandauer. Rzecznik ma zajmować się monitorowaniem działalności poszczególnych szpitali. Jeśli okaże się, że w danym szpitalu wypadki np. zarażenia się gronkowcem zdarzają się częściej niż w innych szpitalach, taka placówka trafi na czarną listę szpitali. Te analizy będą pomocne w sądzie, aby uprawdopodobnić, że do wypadku doszło jednak w szpitalu. Projekt ustawy o RPP precyzuje także, jakie prawa przysługują osobie leczonej. Nie ma w tym nic nowego - prawa pacjenta znane są od dawna. Tyle że ich szczegółowe spisanie będzie podstawą dochodzenia swoich roszczeń przed sądem. I tak każda ustawa gwarantuje każdemu pacjentowi prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej. Ma także prawo do pełnej informacji o stanie swojego zdrowia. Może także nie zgodzić się z diagnozą postawioną przez lekarza i żądać zwołania konsylium lekarskiego. Niestety, ten przepis będzie martwy, bo lekarz prowadzący ma prawo mu tego odmówić bez podania konkretnej przyczyny. - Ustawa ta nie jest idealna i jeśli wejdzie w życie w takim kształcie jak obecnie, będzie musiała być nowelizowana. Ale dobrze, że w ogóle powstała. Bo obecna instytucja rzecznika nie gwarantuje żadnej ochrony pacjentom - podsumowuje Sandauer. Odpowiedz Link
madziulec Piekło polskich dzieci w Wielkiej Brytanii 08.10.08, 15:22 Na Wyspach Brytyjskich rośnie liczba polskich zaniedbanych dzieci oraz ofiar przemocy w rodzinie. Miejscowe służby socjalne odbierają je patologicznym rodzicom. Już ponad sto maluchów znajduje się pod opieką brytyjskich służb socjalnych. Problem narasta. Tylko w tym roku służby konsularne interweniowały w tego typu sprawach 10 razy. Scenariusz dramatu zwykle jest taki sam. Maluchy wyjeżdżają z rodzicami w nadziei na lepsze życie. Po kilku miesiącach bezowocnego poszukiwania stałego zajęcia okazuje się, że Wyspy to nie eldorado. Wówczas - nierzadko - gorzki smak porażki rodzice topią w alkoholu czy narkotykach. W Londynie 6-letni Tomek został odebrany Polakom, bo sąsiedzi zgłosili policji, że jest zaniedbywany. Matka pół roku wcześniej wróciła do rodzinnej miejscowości w Wielkopolsce, chłopiec został z ojcem. Mężczyzna nie mógł znaleźć stałej pracy. Rozpił się. Tomek, choć prawie nie zna słowa po angielsku, trafił do rodziny zastępczej. Przepłakał wiele nocy. Brytyjskie służby szukają rodziny chłopca w Polsce, która mogłaby przejąć nad nim opiekę. Jeśli nie znajdą - zostanie na Wyspach. Problem przemocy w polskich rodzinach zna nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych. - Kłopoty z alkoholem i narkotykami emigranci zabrali ze sobą z Polski - mówi Wojciech Biliński z MSZ. Placówki dyplomatyczne zawiadamiane są przez brytyjskie władze, gdy w grę wchodzi pozbawienie lub ograniczenie praw rodzicielskich. Według szacunków organizacji polonijnych problem jest dużo poważniejszy. Przemocą w rodzinie dotkniętych jest co najmniej pół tysiąca dzieci z polskim paszportem. Konsulat w Londynie robi, co może, np. pożycza pieniądze na powrót do Polski. A rzecznik praw dziecka Marek Michalak zapowiada, że powoła specjalny zespół interwencyjny. Zaniedbane i bite cierpią W Wielkiej Brytanii liczba polskich zaniedbanych dzieci oraz ofiar przemocy w rodzinie wzrasta. Tamtejsze organizacje społeczne twierdzą na dodatek, że na tle innych grup emigrantów w polskich rodzinach jest najwięcej przypadków patologii. Co gorsze, Wyspy zaczyna ogarniać recesja. Wzrasta bezrobocie, coraz trudniej znaleźć pracę. A to rodzi rozżalenie i agresję. - O bitych i pozbawionych opieki dzieciach coraz częściej informują nas brytyjskie sądy - mówi Michał Mazurek, konsul RP w Londynie. Zanim dojdzie do procesu, dziecko diagnozuje lekarz. Jeśli stwierdzi jakiekolwiek obrażenia lub sińce mogące świadczyć o biciu, powiadamia służby socjalne, a te kierują sprawę do sądu. Sędzia zazwyczaj decyduje o odebraniu rodzicom praw rodzicielskich. O interwencję proszony jest konsulat. - Ponad rok byliśmy w Londynie sąsiadami polskiej patologicznej rodziny - opowiada Katarzyna Majewska z Łodzi, która od trzech lat mieszka na Wyspach. Pani Katarzyna prawie co noc musiała wysłuchiwać awantur, które odbywały się za ścianą. Jej sąsiedzi byli zatrudnieni w fabryce tylko doraźnie. Gdy nie pracowali, pili. Ich syn Patryk chodził głodny i zaniedbany. - Po nocnych awanturach widziałam na jego buzi siniaki - relacjonuje. - Którejś nocy nie wytrzymałam i zapukałam do sąsiadów. Na podłodze leżały butelki, a chłopczyk spał w kącie. Powiedziałam, że zadzwonię po policję. Usłyszałam, że tego pożałuję - przyznaje. Wystraszyła się. W efekcie o dramacie chłopca nikt się nie dowiedział. Problem przemocy w polskich rodzinach dobrze zna nasz MSZ. - Konsulat w Edynburgu dostał sygnał o bezdomnej rodzinie polskich alkoholików, która nie zajmowała się dzieckiem - mówi Wojciech Biliński z MSZ. - Sąd pozbawił rodziców opieki nad chłopcem. Zaraz po tym wrócili do Polski. Zostawili syna. Dziecko trafiło do szkockiej rodziny zastępczej. Tego typu sytuacje można też interpretować w taki sposób, że w dłuższej perspektywie dziecko zyskuje, bo trafia do kochających dorosłych, a nie do bezdusznej placówki opiekuńczej. Ale już sam fakt, że traci rodzinę, pokazuje, że konsulaty muszą zdwoić wysiłki, aby zwiększyć opiekę nad polską emigracją. Aby pomagać w powrotach do kraju. Najbliższe miesiące na Wyspach ogarnianych recesją będą swoistym testem dla naszych placówek dyplomatycznych. Odpowiedz Link
madziulec Krytyka przez Internet dopuszczalna, kłamstwo 12.01.09, 21:03 Na forach internetowych klienci nie zostawiają suchej nitki na sklepach i usługodawcach. Gdy jednak zmyślimy opowieści o swoich kłopotach, możemy za to słono zapłacić. Nasza czytelniczka z Bydgoszczy kupiła telewizor w sklepie Certus Media. Sprzęt się jej nie spodobał i odesłała go, korzystając z możliwości swobodnego zwrotu w ciągu dziesięciu dni od dostawy, ale sklep zarzucił jej, że towar był uszkodzony. - Gdy opisałam swoje perturbacje na portalu Ceneo.pl, dostałam wezwanie do usunięcia wpisu. Najpierw przyszedł e-mail, a następnie list polecony - opowiada pani Beata. Monika Wira, współwłaścicielka e-sklepu, podkreśla, że nie zgadza się z faktami podanymi przez klientkę ani jej interpretacją zdarzenia. W związku z tym żąda, aby usunęła negatywny wpis. Podobne wezwania dostają internetowi krytycy innych sklepów. Jak wolno krytykować Podstawą ochrony dla firmy są art. 23-24 i 43 kodeksu cywilnego. W razie sporu sądowego to krytykujący musi udowodnić, że powołane przez niego fakty są prawdziwe. "Oszust, nie kupujcie u niego" - napisał jeden z klientów e-sklepu handlującego poprzez Allegro i teraz za to będzie musiał opublikować przeprosiny w gazecie. Dlaczego? Bo oceny formułowane przez konsumentów powinny być rzeczowe, a krytyka konstruktywna. Wypowiedź wartościująca może bowiem prowadzić do naruszenia dóbr osobistych, jeśli nie znajduje oparcia w prawdziwym zdarzeniu. Naruszają reputację firmy wypowiedzi, które w sposób nieuzasadniony zarzucają niewłaściwe postępowanie w prowadzonej przez nią działalności, wskutek czego zostaje ona narażona na utratę potrzebnego jej zaufania. Co istotne, Sąd Najwyższy w wyroku z 10 maja 2007 r. (sygn. III CSK 73/07) podkreślił, że przekonanie naruszającego cudze dobra osobiste, że korzysta z wolności wypowiedzi, nie jest wystarczającą podstawą, aby jego działanie uznać za uprawnione. Nie wszystko napiszesz Portale z reguły dopuszczają umieszczanie w serwisie opinii użytkowników bez dokonywania wcześniejszej weryfikacji ich treści przez administratorów. Dzięki temu mogą skorzystać z wyłączenia odpowiedzialności cywilnej i karnej, gdyby się okazało, że komentarz pochodzący od użytkownika ma charakter bezprawny. Możliwość taką daje im art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (DzU z 2002 r. nr 144, poz. 1204 ze zm.). - Wyłączenie to obowiązuje jednak tylko do chwili otrzymania przez administratora urzędowej lub wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze wpisu, utrzymywanie komentarza w serwisie może już bowiem skutkować odpowiedzialnością jako np. pomocnika w rozumieniu art. 422 k.c. - mówi Xawery Konarski, adwokat z kancelarii Traple Konarski Podrecki. Dlatego na stronie www.glupi-klient.pl użytkownicy zobowiązują się do umieszczania jedynie prawdziwych informacji, które mogą poświadczyć konkretnymi dowodami. Portal Opineo.pl podkreśla, że w razie bardzo niskiej oceny klient powinien wskazać numer zamówienia albo bardzo dokładnie opisać całą sytuację. Portal przekazuje krytykę e-sklepowi, a ten może się do niej ustosunkować. Do tego czasu komentarz nie jest wystawiany. Krytykowany może też replikować na stronie. Także Ceneo.pl zastrzega sobie możliwość usuwania bezprawnych wpisów. Komentuje Michał Wawrykiewicz, radca prawny prowadzący kancelarię w Warszawie: Najczęściej naruszane dobra osobiste osób prawnych to nazwa (firma), uznana renoma, marka czy prestiż. Dobra te są silnie związane ze stosunkami majątkowymi. Ich naruszenie najczęściej pociąga za sobą także uszczerbek majątkowy. Powodować może bowiem spadek zyskowności firmy i liczby klientów. Osoby prawne mają taki sam arsenał środków ochrony swoich dóbr osobistych jak osoby fizyczne - mogą żądać zaniechania bezprawnych działań, opublikowania odpowiednich oświadczeń w mediach, zasądzenia odpowiedniej kwoty na cel społeczny. Po poniesieniu straty majątkowej mogą też żądać odszkodowania. W razie sporu sąd ocenia, czy naruszenie dóbr osobistych było bezprawne. Ważne, aby nie było tylko subiektywnym odczuciem zainteresowanego, że jego dobra doznały uszczerbku. Musi być to naruszenie obiektywne. ("Rzeczpospolita") Odpowiedz Link
madziulec NFZ nie porozumiał się ze stacjami dializ 27.01.09, 22:47 Nie ma porozumienia z Narodowym Funduszem Zdrowia w sprawie wyceny dializ - informuje Sekcja Nefrologiczna Izby Gospodarczej Medycyna Polska (SNIGMP), której przedstawiciele spotkali się z reprezentantami Funduszu. - Strony nie ustaliły stawki za dializę, co oznacza, że niemal 10 tys. ciężko chorych na nerki nadal grozi odcięcie od utrzymujących ich przy życiu zabiegów. Kontrakty na dializowanie pacjentów wygasły 31 grudnia ub. roku. Od tego czasu placówki zrzeszone w SNIGMP (dializujące 63 proc. pacjentów w Polsce) obsługują pacjentów na własny koszt i bez gwarancji zwrotu pieniędzy przez NFZ - głosi oświadczenie Sekcji Nefrologicznej. SNIGMP zaznacza, że we wtorek mają się odbyć "rozmowy ostatniej szansy". Jeśli NFZ nie przedstawi konkretnej propozycji wyższej stawki za dializy, będzie musiał znaleźć miejsce na leczenie 10 tys. pacjentów w innych stacjach - czytamy w oświadczeniu. Z kolei NFZ zapewnia, że żaden chory wymagający dializoterapii nie utraci do niej dostępu. "Nie ma żadnego zagrożenia dla pacjentów. Nie będzie takiej sytuacji, by chorzy wymagający dializoterapii zostali jej pozbawieni. W zdecydowanej większości oddziałów umowy ze stacjami dializ obowiązują do końca lutego. Obecnie trwają rozmowy na temat warunków ich przedłużenia. Podobnie było w ubiegłym roku, żaden chory nie został poszkodowany" - mówiła rzeczniczka Funduszu, Edyta Grabowska-Woźniak. Z komunikatu zamieszczonego na stronie internetowej NFZ wynika, że podczas czwartkowego spotkania zaproponowano SNIGMP weryfikację wymagań dla stacji dializ i obniżenie ich w zakresie diagnostyki, co - jak twierdzi Fundusz - pozwoliłoby na zmniejszenie kosztów obsługi pacjentów. Zaproponowano także wyższą wycenę dializ wykonywanych u dzieci i w trybie ostrym, ujednolicenie metodologii rachunku kosztów dializoterapii oraz podpisanie kontraktów na pół roku do czasu wspólnego wypracowania standardów udzielania i wyceny dializ. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Dializowanych apeluje do NFZ o jak najszybsze zakończenie negocjacji w sprawie kontraktów na 2009 rok. Z danych OSOD wynika, że do tej pory NFZ nie podpisał umów zabezpieczających kontynuowanie leczenia w 15 z 16 województw (umowy są podpisane tylko w województwie podlaskim). W ocenie Stowarzyszenia, brak porozumienia wynika z niechęci Funduszu do podwyższenia stawki za każdą hemodializę. Refundacja za procedurę pozostaje na niezmienionym poziomie od czterech lat.(PAP) Odpowiedz Link
madziulec Zlikwidowali, a teraz są potrzebne 27.01.09, 22:47 Zbyt mała liczba łóżek na oddziałach pediatrycznych ogranicza dostęp do świadczeń i wydłuża kolejki dzieci oczekujących na leczenie. Likwidacja części oddziałów pediatrycznych w ciągu ostatnich trzech lat spowodowała, że np. na Mazowszu brakuje miejsc dla dzieci wymagających hospitalizacji. - Sytuacje, w których chore dzieci oczekują w długich kolejkach lub są odsyłane z jednej placówki do drugiej, powodują realne zagrożenie dla ich zdrowia - alarmuje Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. W liście do ministra zdrowia Ewy Kopacz zwraca on uwagę na konieczność podjęcia takich działań, które zagwarantują dzieciom pełną realizację ich prawa do świadczeń zdrowotnych. W 2005 roku było w Polsce 437 oddziałów pediatrycznych. Od tego czasu zlikwidowano co dziesiąty. W przypadku części z nich było to uzasadnione, bo nie były one w pełni wykorzystywane lub w tym samym regionie funkcjonowały dwa takie same oddziały. Jednak część z nich zniknęła ze szpitali, bo ich utrzymywanie generowało długi. Czas oczekiwania na leczenie w oddziałach pediatrycznych w niektórych regionach przekracza 100 dni. To nie tylko kwestia mniejszej liczby oddziałów dziecięcych, ale również deficytu lekarzy pediatrów. Dzieci są też diagnozowane za pomocą sprzętu przeznaczonego dla dorosłych. Zdaniem lekarzy wynika to ze zbyt niskiego poziomu finansowania świadczeń zdrowotnych udzielanych dzieciom.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec Ministerstwo zdrowia chce się rozprawić ze znachor 27.01.09, 22:48 Przygotowywane przez Ministerstwo Zdrowia nowe prawo ma wyeliminować z rynku ludzi, którzy działając bez odpowiednich kwalifikacji, narażają życie i zdrowie pacjentów. Ustawa ma uporządkować sytuację 23 zawodów - m.in. dietetyków, fizjoterapeutów, masażystów, psychoterapeutów. Wymienione w projekcie zawody będzie można uprawiać w ramach samodzielnej działalności gospodarczej, ale organ rejestrujący tę działalność będzie miał prawo zażądać aktualnego zaświadczenia z rejestru. Wpis do rejestru dokonywany będzie natomiast po sprawdzeniu, czy wnioskodawca spełnia wszystkie ustawowe wymagania odnośnie kwalifikacji. Nowe przepisy mogą także zablokować działalność osób, które dziś twierdzą, że nie leczą, lecz "masują", tych, które cudownie odchudzają, uwalniają od nałogów czy uzdrowicieli o wątpliwych kwalifikacjach, z dyplomami z Chin lub Mongolii. Zawody objęte regulacją ustawy wykonuje ponad 103 tys. osób. Polska jest jednym z ostatnich krajów Unii Europejskiej, w którym nie uregulowano działalności paramedycznej. Uzdrowicielem może więc zostać każdy. Aby legalnie praktykować, wystarczy jedynie założyć działalność gospodarczą.("Dziennik Polski") Odpowiedz Link
madziulec Nowe przepisy o prawach pacjenta 27.01.09, 22:48 Resort zdrowia przekazał do konsultacji społecznych projekt tzw. ustawy wprowadzającej, która na nowo określa daty wejścia trzech ustaw z pakietu zdrowotnego podpisanych w listopadzie przez prezydenta. Zdaniem rządu, wejście w życie ustaw: o prawach pacjenta, o akredytacji w ochronie zdrowia oraz o konsultantach było niemożliwe, bo prezydent Lech Kaczyński zawetował trzy inne ustawy składające się na tzw. pakiet zdrowotny (ustawę o zakładach opieki zdrowotnej, ustawę o pracownikach ZOZ oraz tzw. ustawę wprowadzającą). Ta ostatnia nie tylko ustalała zasady przekazywania środków na oddłużenie szpitali, które miały obowiązkowo przekształcać się w spółki prawa handlowego, lecz także określała daty wejścia w życie wszystkich ustaw wchodzących w skład pakietu, czyli również tych podpisanych przez prezydenta. Kiedy okazało się, że Kancelaria Premiera nie zamierza publikować podpisanych ustaw zdrowotnych w Dzienniku Ustaw, Ministerstwo Zdrowia zostało zobowiązane do przygotowania nowej ustawy wprowadzającej. W ubiegłym tygodniu rząd przyjął do niej założenia, a w tym projekt ustawy został przekazany do konsultacji społecznych. - Nowa ustawa wprowadzająca powinna zacząć obowiązywać od kwietnia - zapewnia Jakub Gołąb, rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia. Wraz z dniem jej wejścia w życie (czyli 14 dni od dnia ogłoszenia) obowiązywać zaczną również ustawa o prawach pacjenta oraz ustawy o akredytacji i konsultantach w ochronie zdrowia. Tylko w przypadku tej pierwszej przepisy dotyczące utworzenia instytucji rzecznika praw pacjenta zaczną obowiązywać z dniem publikacji ustawy wprowadzającej w Dzienniku Ustaw. Zadania rzecznika praw pacjenta ma przejąć Biuro Praw Pacjenta działające obecnie przy resorcie zdrowia. Ta nowa instytucja ma zajmować się wyłącznie sprawami chorych, których prawa są łamane. Dzięki temu poszkodowani, którzy dochodzą swoich praw przed sądami, będą mieć większe możliwości dochodzenia swoich roszczeń. Rzecznik bowiem będzie posiadał takie same uprawnienia, jakie obecnie np. rzecznik praw obywatelskich. Oznacza to, że będzie on mógł np. kierować sprawy do sądu, występować w nich jako strona, powoływać biegłych i zlecać przygotowywanie niezbędnych opinii i ekspertyz. Nie jest wykluczone, że ustawa o prawach pacjenta zostanie już niedługo znowelizowana i uzupełniona m.in. o przepisy, które umożliwią wypłacanie odszkodowań ofiarom błędów medycznych bez konieczności kierowania spraw na drogę sądową. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest samorząd lekarski.("Gazeta Prawna") Odpowiedz Link
madziulec Obowiązkowa cytologia i mammografia 27.01.09, 22:49 Ministerstwo Zdrowia wystąpiło do resortu pracy z wnioskiem o zmianę w Kodeksie pracy, która umożliwi wprowadzenie do badań wstępnych i okresowych obowiązkowej cytologii i mammografii. Poinformował o tym posłów z sejmowej komisji zdrowia wiceminister zdrowia Marek Twardowski. Jak powiedział PAP rzecznik resortu zdrowia Jakub Gołąb, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami minister Ewy Kopacz, koszt badań będzie pokrywany z budżetu państwa. "Obowiązkową mammografię i cytologię - czyli badania w kierunku raka piersi i raka szyjki macicy - mają wykonywać kobiety w wieku od 25 do 59 lat w ramach badań wstępnych koniecznych do podjęcia pracy oraz badań okresowych. Pracodawcy będzie przedstawiane jedynie zaświadczenie o odbyciu badania, a nie jego wynik" - podkreślił Gołąb. Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników umieralności na raka szyjki macicy. Co roku umiera na niego 2 tys. kobiet. Wykrycie zmian grożących rakiem szyjki lub wczesnych zmian nowotworowych w szyjce jest możliwe dzięki regularnym badaniom cytologicznym. Z danych NFZ wynika, że zdecydowana większość Polek nie korzysta z bezpłatnych badań profilaktycznych. W 2007 roku NFZ wysłał ponad 2,7 mln zaproszeń na badania wykrywające raka piersi (mammografia) oraz ponad 6 mln na badania dotyczące raka szyjki macicy (cytologia). Na pierwsze z tych badań zgłosiło się tylko 23,5 proc. zaproszonych, a na drugie - jedynie 7,5 proc. Tymczasem specjaliści podkreślają, że nowotwory szyjki macicy oraz piersi, wykryte we wczesnych stadiach, są łatwo wyleczalne - w ponad 90 proc. przypadków.(PAP) Odpowiedz Link