gabidd
06.02.06, 12:35
Postanowiłam wziąć krótki urlop. Uzmysłowiłam sobie jednak, że przecież
wszystko już wykorzystałam.
Ba! chyba nawet zalegam szefowi dzień lub dwa.
Pomyślałam, że chyba najszybciej zmiękczę bossowe serce, gdy zrobię coś tak
głupiego, że ten zacznie się nade mną litować!
No, bo przemęczona jestem, przepracowana...zaczyna mi odbijać. Samo
życie...
Następnego dnia przyszłam trochę wcześniej do pracy. Rozejrzałam się
dookoła... MAM!!!
Odbiłam się od podłogi i poszybowałam w kierunku żyrandola; złapałam go
mocno... i - wiszę!
Wchodzi kolega z biurka obok - i rozdziawia gębę patrząc na mnie (on ma
taki jakiś drewniany wzrok!!!)
- Ciiiii - szepczę konspiracyjnie - rżnę psychola, bo chcę kilka dni
wolnego od starego. Gram żarówę(!!!), rozumiesz?
Kilka sekund później wchodzi szef. Już od progu huczy swoim basem, co ja
tam robię u góry.
- Ja jestem żarówka! - wypiszczałam.
- No co ty??? Chyba cię coś straszy! Weź lepiej kilka dni wolnego i jedź
się gdzieś przewitrzyć.
Wdzięcznie sfrunęłam na podłogę i zaczynam się pakować. Ale kątem oka
widzę, że kolega też zaczyna się pakować...!!!
A gdy szef zainteresowany pyta go: "a pan to dokąd????" - kolega odpowiada:
- No, do domu... przecież po ciemku nie będę tu siedział!!!!....