Ciekawostki z innych stron

08.02.06, 21:41
Otwieram ten watek z myślą o uatrakcyjnieniu tego forum i zachecam do
zamieszczania ciekawych anegdot, dowcipów, historyjek z innych forów GW
i stron www. Pozdrawiam i liczę na odzew.
    • ania1022 Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:12
      To nie jest z innych stron, to jest z mojej strony i moze was zainteresuje.
      Ponizej sa linki do obrazkow ktore sluza do sparawdzenia na ile radzimy sobie
      ze stresem. Im wolniej obrazki przesuwaja sie w waszych oczach tym lepeij sobie
      z nim radzicie. Badania wykazaly, ze w oczach dzieci i osob starszych obrazki
      sa nieruchome.
      W moich oczach niestety poruszaja sie.
      img283.imageshack.us/my.php?image=pic125780gj.jpg
      img283.imageshack.us/my.php?image=pic168780ey.jpg
      img283.imageshack.us/my.php?image=pic210785hh.jpg
      • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:30
        o rety mnie latają jak wariaty
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:33
        ania1022 napisała:

        > To nie jest z innych stron, to jest z mojej strony i moze was zainteresuje.
        > Ponizej sa linki do obrazkow ktore sluza do sparawdzenia na ile radzimy sobie
        > ze stresem. Im wolniej obrazki przesuwaja sie w waszych oczach tym lepeij
        sobie
        >
        > z nim radzicie. Badania wykazaly, ze w oczach dzieci i osob starszych obrazki
        > sa nieruchome.
        > W moich oczach niestety poruszaja sie.
        > img283.imageshack.us/my.php?image=pic125780gj.jpg
        > img283.imageshack.us/my.php?image=pic168780ey.jpg
        > img283.imageshack.us/my.php?image=pic210785hh.jpg


        U mie pierwsze i trzecie obrazki troche sie ruszają, drugie nie. Czyli ze
        czasem sie stresuję ?
        • ania1022 Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:37
          To znaczy ze niezle sobie radzisz ze stresem.
          Tez bym tak chciala :)))
          • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:39
            taniu napisz bo juz mi sie po,,,,,, jak sie ruszaja to radzę sobie ze stresem
            czy jak sie nie ruszają
            • ania1022 Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:42
              Jak sie nie ruszaja to sobie radzisz...
              Ide juz do domciu, do jutra pa
              • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 08.02.06, 23:53
                Dziś to jest na porządku dziennym. Reżyser z Francji, operator Polak,
                aktorzy z Włoch albo z Moskwy, pieniądze z banku… albo z browaru.
                Lata siedemdziesiąte. Kręcimy z Bromskim Alicję, film w koprodukcji polskiej
                telewizji z belgijską firmą, w obsadzie międzynarodowej. Do Warszawy przyjeżdża
                Susannah York i Jean-Pierre Cassel. Susannah ma grać Królową Kier.
                Zamawiamy w SPATiF-ie, słynnym Klubie Aktora, powitalną kolację, chociaż
                pamiętamy wizytę Marleny Dietrich i bankiet w tym Klubie, gdy zasiadła za
                stołem i, podnosząc do góry wyszczerbiony widelec, powiedziała do Andrzeja
                Łapickiego:
                - Ustrój to może macie najlepszy na świecie, ale nakrycia marniutkie.
                Uprzedzam obsługę, że będą bardzo ważne osoby. Gwiazdor francuski z byłą żoną
                Marlona Brando! To robi wrażenie. Jedzenie, zastawa, obsługa na medal.
                Na tę okazję młody aktor Andrzej Wasylewicz wypycha sobie policzki dwoma
                pomidorami i udaje świetnie Brando z Ojca chrzestnego, potem zamawia
                siedemnaście butelek szampana, dużą część sam wypija i tańcząc z Susannah
                York, obraca ją do góry nogami, tak że spódnica opada i ukazuje się dessous.
                Trzymając gwiazdę głową w dół, odtańczył z nią kilka pas - i znów postawił na
                parkiecie.
                Myślałem, że wybuchnie skandal, ale Susannah York była zachwycona. Nie do
                pomyślenia nigdzie na świecie! (...)
                Jerzy Gruza
      • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 19.02.06, 19:35
        wikul dziekuję bardzo miłe wspomnienia , a jeszcze milsze jak sie znało
        niektore osoby osobiście. Jak masz jeszcze coś fajnego to podsyłaj
      • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 20.02.06, 21:54
        uhaha. ja byłam jubileuszowa 100-tna , a wcale tego nie zamierzałam, ale to
        był post dla Ciebie wikul.
        Cpo do spotkania to jak wiem juz jest nas troje a Wawy. tylko krysta ma jakieśc
        ważne osobiste sprawy i jak na razie nie może sie spotkac, Ja jestem do
        dyspozycji oczywiście jak wyzdrowieje, Co do całusów to nie bądz taki skromny,
        moja mama mówiła że chłop zaden nie jest brzydki ani odrażajacy wazne jakie ma
        żenidło. Oczywiście tego ostatniego nie będę sprawdzać mam tzw. swoje u mojego
        mężulka.
        • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 20.02.06, 21:59
          --------------------------------------------------------------------------------
          uhaha. ja byłam jubileuszowa 100-tna , a wcale tego nie zamierzałam, ale to
          był post dla Ciebie wikul.
          Cpo do spotkania to jak wiem juz jest nas troje a Wawy. tylko krysta ma jakieśc
          ważne osobiste sprawy i jak na razie nie może sie spotkac, Ja jestem do
          dyspozycji oczywiście jak wyzdrowieje, Co do całusów to nie bądz taki skromny,
          moja mama mówiła że chłop zaden nie jest brzydki ani odrażajacy wazne jakie ma
          żenidło. Oczywiście tego ostatniego nie będę sprawdzać mam tzw. swoje u mojego
          mężulka.

    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 12:12
      skad masz te wspomnienia Gruzy? Lubie takie rzeczy. W kolejce czeka u mnie na
      przeczytanie ksiazka Kydrynskiego. Z pewnoscia ciekawa lektura.

      Co do obrazkow: oplacilo sie jednak opanowanie przeze mnie autogennego treningu
      (?). Obrazki sa tak dlugo nieruchome, jak sie w nie nieruchomo wpatruje. Jak
      poruszam oczyma, lub mrugam, to lekko faluja. I pomyslec ze jeszcze pare lat
      temu bylam leczonym klebkiem nerwow....
      • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 14:57
        Zalezy jak patrze na te obrazki,raz biegają,a raz stoja w miejscu i na tym
        chyba to polega,jak patrzec;))
        • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 15:13
          img236.imageshack.us/img236/6284/4693wl.jpg
          Miało byc smiesznie nie?
          • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 15:21
            img236.imageshack.us/img236/5664/popisowebrowarki1ma.jpg
            i jeszcze coś,ściągnięte z internetu.
          • ania1022 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 15:34
            Ha, ha, dobra instrukcja :)))
            • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 20:04
              : Dlaczego fajnie jest być mężczyzną?


              Rozmowy telefoniczne załatwiasz w ciągu 30 sekund.
              Większość osób występujących w filmach porno to kobiety.
              Wiesz coś o czołgach.
              Możesz samodzielnie otworzyć każdy słoik.
              Starzy przyjaciele nie współczują ci, gdy przytyjesz.
              Na pewno się nie pochlastasz, gdy ktoś płacze.
              Twój tyłek nie gra żadnej roli w rozmowach kwalifikacyjnych.
              Możesz sobie sam upolować żarcie.
              W warsztacie wszystko należy do ciebie.
              Możesz wziąć prysznic i ubrać się w ciągu 10 minut.
              Nie musisz się golić poniżej głowy.
              Nie musisz spać co noc obok owłosionego tyłka.
              Możesz napisać swoje imię sikając na śnieg.
              Wszystko na twojej twarzy zachowuje naturalny kolor.
              Przez 90% czasu, którego nie przesypiasz, myślisz o seksie.
              Trzy pary butów to więcej niż dość.
              Możesz publicznie jeść banana.
              Znasz przynajmniej 20 sposobów otwierania butelki piwa.
              Możesz siedzieć z rozłożonymi nogami niezależnie od tego, co na sobie masz.
              Gówno cię obchodzi, czy ludzie rozmawiają o tobie za twoimi plecami.
              Mając do dyspozycji 400 mln plemników na "raz" możesz w piętnastu podejściach
              podwoić zaludnienie Ziemi - teoretycznie.
              Ludzie nigdy nie rzucają okiem na twoja klatkę piersiową kiedy z nimi
              rozmawiasz.
              Śmierć księżnej Diany to tylko kolejny nekrolog.
              Przygodne, mocne beknięcie, będzie zawsze tak dobre, jak oczekiwałeś.
              Filmy porno są kręcone według twoich wyobrażeń.
              Co to, do diabla, jest cellulitus ?



              • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 20:09
                >> Fanatycy to ludzie, którzy intensywniej umierają, niż żyją.

                >> Fałszywe argumenty zwalcza się najlepiej nie przeszkadzając w ich
                wykładaniu. Alec Guiness.

                >> Film, który można opowiedzieć, to nie jest udany film. Michelangelo
                Antonioni.

                >> Filozofia nie ma bezcennych wyników, lecz studiowanie filozofii daje wyniki
                bezcenne.

                >> Filozofowie rozmaicie interpretowali świat. Idzie jednak o to, aby go nie
                zmieniać.

                >> Formuła sztuki nowoczesnej stała się bardzo prosta: prowokacja plus reklama.
                Giorgio di Chirico.

                >> Francja - kraj, w którym strych nazywa się mansardą.

                >> Frazes - skrzyżowanie małego człowieka z wielką sprawą.
                • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 20:18
                  Do dyrektora lunaparku przychodzi kościotrup.
                  - Słyszałem, że potrzebuje pan chętnych do pracy w tunelu duchów.
                  - Owszem. Czy ma pan jakieś zaświadczenie z poprzedniego miejsca pracy?
                  - A nie wystarczy akt zgonu?


                  Wystarczy na dzisiaj co?:)))
              • framberg Re: Ciekawostki z innych stron 19.02.06, 01:11
                del.wa.57 napisała:
                > : Dlaczego fajnie jest być mężczyzną?
                > Możesz wziąć prysznic i ubrać się w ciągu 10 minut.

                Normalnie tak ale jeśli się spieszę... ;-)
          • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 21:49
            del.wa.57 napisała:

            > img236.imageshack.us/img236/6284/4693wl.jpg
            > Miało byc smiesznie nie?


            W pierwszej chwili myslałem ze to kaczka.
            • grenka1 Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 22:23
              "wikul napisał:
              W pierwszej chwili myslałem ze to kaczka".

              .Taaaaak kaczka i może jeszcze z jabłkami???
              Och "wikulu"!!! Czy ty tak zawsze o żarciu?
              • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 23:15
                grenka1 napisała:

                > "wikul napisał:
                > W pierwszej chwili myslałem ze to kaczka".
                >
                > .Taaaaak kaczka i może jeszcze z jabłkami???
                > Och "wikulu"!!! Czy ty tak zawsze o żarciu?


                Ja o tej prawdziwej kaczce myslałem, nie do jedzenia.
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 23:09
      del.wa ale sie uśmiałam wiecej takich
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 09.02.06, 23:18
        Zasiadałem kiedyś w jury telewizyjnego festiwalu Rose d'Or w Montreux. Byłem w
        bardzo dobrej formie, celowałem zgrabnymi pointami i kpiłem z idiotyzmu takich
        spotkań, gdzie trzydziestu facetów z różnych krajów ma się jednocześnie
        zgadzać, jaki jest najlepszy dla telewidza program rozrywkowy.
        Tylko powstaje pytanie: jakiego telewidza? Z Afryki czy z Paryża? Młodego czy
        starego? Profesora uniwersytetu czy szwedzkiego drwala spod bieguna?
        Bzdura!
        Ale Montreux jest piękne wiosną, ośnieżone szczyty na górze, a kwitnące kwiaty
        na dole. Tylko niestety ja musiałem siedzieć po dziesięć godzin dziennie
        zamknięty w ciemnej sali projekcyjnej.
        Do zwariowania!
        I pewnego dnia, po szczególnie wyczerpującej nasiadówce, komunikat: Szwajcarska
        Agencja Turystyczna przygotowała dla każdego z jurorów prezent, który jest do
        odebrania w sekretariacie na dole. Ma być to rodzaj podziękowania za pracę i
        trud festiwalowy.
        Podekscytowani odbieramy masywne koperty z naszymi nazwiskami. Już widzę oczyma
        wyobraźni, co tam może być… Przecież Szwajcaria to zegarki! Macam przez papier,
        coś twardego… to etui! A w nim może nawet… Patek! Rozrywam kopertę. Sięgam do
        środka i wyjmuję duży reklamowy papier z życzeniami i owinięty elegancko…
        kawałek wybornej mlecznej czekolady. Z nadrukiem, że jest specjalnie
        wyprodukowana z okazji festiwalu, z kolejnym numerem, i że jest świetna i
        niepowtarzalna. Zapomniałem, że oprócz zegarków Szwajcarzy mają jeszcze krowy.
        Przemysł turystyczny najbogatszego państwa Europy, który ciąg-nie z turystyki
        miliony dolarów, daje nam w prezencie… po kawałku czekolady!
        Niewiele myśląc, zdejmuję z ręki i wkładam do koperty swojego złotego tissota.
        Potem wyciągam go w obecności dyrektora BBC z Londynu.
        - Nie wiem jak ty, ale ja dostałem złotego tissota, ty też?
        Zaczyna grzebać w kopercie. Poza czekoladką nic nie znajduje. Rozgląda się
        wokół siebie, czy coś na ziemię mu nie wypadło.
        - Mam tylko piece of chocolate.
        - Poszukaj dobrze - mówię zimno.
        Znów grzebie w kopercie. Zainteresował się ktoś stojący z boku, nerwowo rozrywa
        kopertę.
        - Patrzcie, co Jerry dostał!
        Gromadzą się inni jurorzy i już wszyscy szukają. Niektórzy pytają recepcjonistę
        o jeszcze jedną kopertę, bo myślą, że dostaną tę z zegarkiem. Wygląda to
        wszystko cholernie śmiesznie, ale logicznie.
        Mogli dać nam po zegarku.
        Dyrektor z BBC pociesza się słabo.
        - This is a fake! To jest atrapa.
        - Mylisz się - mówię spokojnie i podaję mu mojego tissota.
        Ogląda, a w jego oczach nienawiść i zazdrość: biednemu Polaczkowi to dali, bo
        Solidarność, bo Walesa, bo ze Wschodu, bo gnębiony przez Sowiety, a nam kawałek
        pieprzonej czekoladki!
        Gdy widzę tych trzydziestu bonzów telewizyjnych z całego świata, grzebiących w
        kopertach w poszukiwaniu złotego zegarka, nie wytrzymuję i wybucham śmiechem.
        - Zrobiłem wam głupi kawał! - wołam, bo trochę się tego zamieszania
        przestraszyłem.
        Od tego czasu stałem się najpopularniejszym facetem festiwalu. Pokazywano mnie
        sobie palcami:
        - To ten gość z Polski, co nabrał tak zabawnie jurorów.
        Szwajcarska Agencja Turystyczna nie zrozumiała aluzji. Jedynie dyrekcja
        festiwalu w następnym roku zaproponowała mi funkcję wiceprzewodniczącego Rose
        d'Or, ale było już mniej zabawnie.
        Prawdę mówiąc, ten żart z nagrodą nie ja wymyśliłem. Podobny dowcip zrobił
        przed laty Adolf Dymsza w Belwederze, kiedy któryś z "gospodarzy" przypinał mu
        Order Zasługi. Dodek włożył wtedy do czerwonej legitymacji dwa tysiące złotych
        i pokazał je stojącmu obok staruszkowi, który był wybitnym profesorem.
        - Nie wiem, jak panu, profesorze, ale mnie dali tylko dwójkę.
        Profesor zaczął sprawdzać w legitymacji, nic nie znalazł, ale powiedział o tym
        koledze, ten drugiemu i wtedy wszyscy zaczęli szukać, myśląc, że może pieniądze
        im gdzieś wypadły. W trakcie przemówienia "gospodarza" i podziękowań
        za "łaskawość" zrobiło się straszne zamieszanie. Staruszkowie, szurając nogami,
        zawzięcie szukali na posadzce pogubionych banknotów.
        Przypomniałem sobie tę anegdotę, gdy widziałem odznaczanie przez prezydenta
        Krzysztofa Zanussiego i Jurka Hoffmana. Oni by nie zgubili niczego.
        J.Gruza
    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 10.02.06, 09:05
      kurcze, wikul, gdzie jest ten Gruza????? No, chyba ze przytoczysz cale jego
      wspomnienia...
      • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 10.02.06, 14:35
        img141.imageshack.us/img141/6751/lepper7aa.jpg
        Jak Wam sie podoba?
        • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 10.02.06, 14:36
          img151.imageshack.us/img151/9583/kwasniew1jf.jpg
          metamorfoza:)))
          • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 10.02.06, 14:38
            img151.imageshack.us/img151/456/gierek1ox.jpg
            Pamiętacie tego Pana?...pomożecie??:))))
            • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 10.02.06, 14:42
              img151.imageshack.us/img151/6440/swiety7jy.jpg
              Ładnie sie prezentuje nie?a jaki pokorny!!
              • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 12.02.06, 01:17
                (...)Na Dworcu Głównym, przy ulicy Towarowej, gdzie teraz jest Muzeum
                Kolejnictwa, bar czynny był całą dobę. Nad ranem ściągały tam "niedopitki" z
                całej Warszawy.
                Po Klubie Aktora, Melodii, Bristolu, wylądowaliśmy na Dworcu Głównym.
                Stoimy przy wysokim stoliku do tak zwanej "konsumpcji stojącej". Przysiada się,
                a raczej "dostaje się" do nas jakiś kolejarz w kompletnym rynsztunku
                konduktora. Świeżo wrócił z trasy. Ma ze sobą torbę, przecinacz do biletów i
                latarkę, karbidówkę, o ostrym, rażącym oczy świetle.
                Rozmowa o życiu.
                Nad ranem Janusz zaprasza nas, razem z konduktorem, do siebie. Lądujemy na
                Starym Mieście. Wchodzimy po cichu do mieszkania. W sypialni żona Janusza, w
                łóżku.
                Kolejarz pochyla się nad śpiącą, świeci latarką.
                - Proszę bilety do kontroli.
                Kobieta zrywa się, zaczyna szukać dookoła siebie biletu.
                - Nie mam. Co to za stacja?
                - Koluszki. Wysiadać!
                Żona Janusza (święta za życia), zbudzona gwałtownie, była przekonana, że jedzie
                pociągiem i przysnęła. Ale po chwili wstaje i robi nam śniadanie.
                Mieszka teraz w Nowym Jorku.
                Śpi spokojnie do rana.
                K - kolejarze. Dużo było wtedy na świecie kolejarzy. Jakoś teraz dziwnie
                zniknęli z pejzażu miasta.
                Bar piwny Baryłeczka. Róg Wilczej i Marszałkowskiej. Wyraz pewnego luzu w
                polityce. Komuna popuściła nam od strony… piwa. Nie w bramie, nie w krzakach,
                nie na klatce schodowej, ale kulturalnie, w piwiarni!
                Stoimy wokół wysokich stolików, bez stołków, krzeseł. Można tylko stać. I
                opróżniamy wielkie kufle. Problem tkwił nie w piwie, tylko w kuflach. Tych
                stale brakowało. Jak z szynką - to blachy na puszki brakowało, nie szynki! Tak
                pisali w gazetach. Nigdy nie byłem namiętnym piwoszem. Zaprosił mnie Zdzisław
                Maklakiewicz. Chciał opowiedzieć jeszcze jeden początek filmu, który wymyślił.
                Zazwyczaj miewał tylko początki.
                - Ale co dalej, Zdzisiu?
                Rozkładał bezradnie ręce, marszczył brwi i wywracał oczyma.
                - To jest właśnie problem…
                Nagle do rozmowy wtrącił się stojący przy ścianie kolejarz w pełnym rynsztunku.
                Lampa, torba, jakieś tablice. Prosto ze służby.
                - Słucham tak panów, bardzo przepraszam, ale chciałem wam powiedzieć, że ja też
                raz w życiu byłem pederastą…
                Nie wiadomo, dlaczego mówił, że "on też". W opowiadaniu Zdziśka nie było ani
                słowa na ten temat, mimo to grzecznie słuchamy. Jest jakaś tolerancja dla osób
                stojących niżej w hierarchii społecznej, znosimy wtedy więcej, pozwalamy sobie
                jeździć po głowie, wpieprzać się do rozmowy, podszczypywać nasze kobiety,
                wypijać naszą wódkę…
                - Tak? - pytam uprzejmie.
                - Tak, proszę panów. Raz byłem w życiu pederastą. Raz! A członka mam proszę
                panów bardzo… bardzo… Raz w życiu. Powiedziałem sobie: Stasiu, raz w życiu
                byłeś, wystarczy… A mówiłem panom, że te sprawy mam bardzo słusznych rozmiarów?
                - Tak, mówił pan!
                - Ale na pewno panowie chcecie wysłuchać od prostego kolejarza, jak raz w życiu
                był pederastą?
                - Oczywiście, bardzo prosimy, niech pan nam opowie.
                - A napijecie się panowie ze mną?
                - Nie, bardzo dziękujemy.
                - Tak więc, mówiłem panom już, że członka mam…
                - To już był pan łaskaw opisać.
                - A więc, raz w życiu byłem pederastą. Orientujecie się panowie, kim jestem?
                Kolejarzem. A ściśle konduktorem. Jeżdżę w bardzo dalekie trasy. Czasem nie ma
                mnie dobę, dwie w domu. A członka…
                - To już pan mówił.
                - Aha, mówiłem? Zdarzyło mi się pewnego dnia, proszę panów, że spakowany, tak
                jak teraz, pożegnałem się z żoną i miałem wracać po dwóch dobach. Jechałem do
                Szczecina osobowym i z powrotem. A tu nagle pociąg odwołany. Jakaś awaria na
                trasie, wracam zatem wcześniej do domu. I co widzę? Na łóżku porusza się, na
                mojej żonie, jakiś mężczyzna… O, tak…! O, tak… tak… Tyłek obnażony i widzę te
                jego pośladki, jak mu tak rytmicznie w górę i w dół. Proszę panów… - kolejarz
                nabrał powietrza w płuca - a rozmiar mojego… Już wspomniałem chyba… jest
                bardzo, bardzo! Tym bardziej w stanie erekcji. Jak nie wskoczę na łóżko! Jak
                nie zwalę się na niego! Jak mu, proszę panów, za karę… dam, a rozmiar mam po
                byku…
                - Znaczy po ojcu? - spróbowałem wtrącić.
                - I tylko usłyszałem jego krzyk… O rany! I tak zostałem raz w życiu pederastą,
                proszę panów. O, członka mam… Pokażę go panom przy okazji. Nie napijecie się,
                naprawdę? Ja stawiam, wziąłem właśnie rodzinne.
                Nie skorzystaliśmy.
                J.Gruza
                • luiza.z Re: Ciekawostki z innych stron 12.02.06, 02:22
                  Ale wam sie swiatowy wikul trafil. O holiwodzie jak o wlasnym sraniu
                  prawi.Rozdziawiajta gemby.
                  • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 12.02.06, 10:01
                    dalej wikul, dalej! Wlasnie jestem po lekturze wspomnien Glowackiego wiec Twoj
                    Gruza pasuje jak ulal:))))
                  • margo.pf luizo.z, glupota jest wybaczalna, wulgarnosc nie ! 13.02.06, 03:58
                    Nie podoba sie tobie? Nie czytaj. Nikt cie nie zmusza.
                  • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 20:33
                    luiza.z napisała:

                    > Ale wam sie swiatowy wikul trafil. O holiwodzie jak o wlasnym sraniu
                    > prawi.Rozdziawiajta gemby.


                    Wypuscili cie jednak ? Przedterminowo ? Musisz teraz odreagować.
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 12.02.06, 11:27
      wikul kochanie jeszcze, jeszcze.
      • wikul Trochę na smutno 13.02.06, 00:06
        Nieco obyci z kinem pamiętają go z Popiołu i diamentu, gdy razem z Cybulskim, w
        słynnej scenie przy barze, zapalając kieliszki z wódką, wymieniają imiona tych,
        co zginęli.
        Jako amator grywał siebie. Zwykle obok aktorów znanych i popularnych, sam nieco
        zostając w cieniu, mimo że czasami był lepszy od nich. Brano go typologicznie
        do epizodów, głównie zagubionych polskich inteligentów. Bo tak wyglądał. I był.
        Adam głównie realizował się w życiu towarzyskim. Tu był niepokonany. Ale nie w
        tym hałaśliwym, płytkim otumanianiu się wódką i dupami. Rozsnuwał wokół siebie
        pewną tajemnicę, co mu przysparzało wielbicielek, i trudno było z nim
        konkurować na tym polu.
        Wychudły, z książką w ręku, zawsze dziwną i niespotykaną, gdy wszyscy czytali
        to samo… Kiedy wyszedł Ulisses w tłumaczeniu Słomczyńskiego, wszyscy znajomi
        mieli go na półkach.
        Wsiadłem kiedyś do taksówki i chciałem, spiesząc się, aby kierowca szybko
        ruszył… Ten z dużym ociąganiem odłożył gruby tom w niebieskiej okładce, gdzie
        opisane były przygody Blooma z Molly i erotyczna obserwacja małej dziewczynki
        nad rzeką. Może pedofil, pomyślałem. Ale nie. Po prostu czytał to, co wszyscy,
        co aktualnie wychodziło. Wydali Ulissesa Joyce'a, kupił i czytał. A, że
        kierowca taksówki? Na taksówkach jeździli różni, a poza tym książki były
        półdarmo.
        Adam zawsze zadziwiał własnym wyborem. Nie poddawał się gustowi ogółu. W jakimś
        sensie protestował. Spotykam go w kawiarni literatów. Przysiada się do stolika.
        Ma w ręku grubą, oprawioną w skórę książkę o czarnej okładce: Reguła klasztorna
        zakonu jezuitów. Cytuje mi z pamięci całe fragmenty.
        Gdy wszyscy ubiegali się o coraz lepsze samochody, jeździł po Warszawie na
        rowerze. Oczywiście, dobrej angielskiej marki. Uczył się japońskiego.
        Powiedział mi, że studiować powinno się tylko to, co nie ma praktycznego
        zastosowania w życiu i nie przekłada się na pieniądze. Tych nie miał za wiele,
        żył skromnie, od epizodów w filmach do małych rólek. Z biegiem lat coraz
        mniejszych, uwikłany w jakieś podłe sprawy, pod koniec życia wyglądał jak
        zdyszany, zagubiony chart, który szuka swego pana.
        Tylko jego kochała piękna Lolita, słynna panienka z lat sześćdziesiątych, która
        wyjechała do Stanów, gdy zorientowała się, że już miała prawie wszystkich w
        Warszawie. Kochała go aż do śmierci. Jego.
        Wyskoczył z okna, na ulicę. Po trzech dniach z tego samego okna, na ten sam
        bruk, skoczył jego przyjaciel, tajemnicza postać: "Wuj Rzeszotarski". Albo było
        odwrotnie, on jako drugi. Co ich łączyło? Nie wiadomo, ale chyba samotność.
        Wykruszyli im się koledzy…
        Tak jak u Wajdy w Popiele i diamencie… Tylko nie w walce na steny i pepesze,
        ale o… sens życia. Jedni tragicznie zginęli, inni wyjechali z Polski, jeszcze
        inni odeszli do problemów "zlewozmywakowych". M-3, mały fiat, wkładka niebieska
        do Jugosławii, etacik… telewizyjna chałtura, Zachód…
        Lśni blat baru, suną kieliszki jak znicze… Zbyszek Cybulski, Marek Hłasko,
        Komeda, Bobek Kobiela… dziewczyny, koledzy… książki.
        Życie zawsze chce naśladować sztukę.
        J.Gruza
        • gabidd Re: Trochę na smutno 13.02.06, 00:29
          Wszystko to prawda ,mój mąż znał i kolegował sie z Adasiem. Dla Ciebie Adasiu
          dzisiaj wylałam z kieliszka na ziemię troche wina zawsze to robie za
          wszystkich którzy już nie mogą wypić. Do zobaczenia tam gdzieś [']
          • wikul Teraz trochę o seksie na małym ekranie 13.02.06, 00:44
            gabidd napisała:

            > Wszystko to prawda ,mój mąż znał i kolegował sie z Adasiem. Dla Ciebie Adasiu
            > dzisiaj wylałam z kieliszka na ziemię troche wina zawsze to robie za
            > wszystkich którzy już nie mogą wypić. Do zobaczenia tam gdzieś [']


            O, jak trafilem. Teraz troche o seksie na małym ekranie


            Zwykle zaczyna się bardzo skromnie. Od fragmentu gołego biustu. Stopniowo
            realizatorzy telewizyjni ośmielają się… i dzisiaj możemy już oglądać Różową
            landrynkę w Polsacie, gdy ktoś cierpi na bezsenność albo pracuje jako nocny
            portier.
            Tę drogę przechodziły wszystkie telewizje. Nie tylko w Polsce. W Stanach
            Zjednoczonych w głównych sieciach obowiązuje kodeks, który ściśle określa, co
            można i czego nie wolno pokazywać…
            Stopniowo coraz więcej. W Polsce zaczęło się dramatycznie.
            Włodzimierz Sokorski zaprosił pierwszego sekretarza do oglądania
            Poniedziałkowego Teatru. Gomułka usiadł z żoną Zofią przed telewizorem, a tam
            sztuka partyjnego, Kazimierza Korcelego - Asfaltowa droga. Rzecz o budowaniu
            asfaltowej drogi na plażę, dla partyjnego ministra.
            Główną rolę sekretarki grała aktorka w skąpym kostiumie kąpielowym, o
            największych chyba piersiach w Polsce. Rzecz dzieje się przede wszystkim na
            plaży.
            Nie wiadomo, czy ten fascynujący biust, czy sam fakt pokazania ludowego
            ministra, który zużywa reglamentowany cement dla osobistej wygody, tak rozeźlił
            pierwszego sekretarza, że walnął z całej
            siły szklanką herbaty w kineskop telewizora, który, jak to się kiedyś często
            zdarzało, mógł wybuchnąć i spowodować śmiertelne zejście Pierwszego Telewidza.
            Na szczęście nic takiego się nie stało. Gomułka złapał za czerwony telefon,
            opieprzył Sokorskiego, Korcelego i zakazał na małym ekranie kobiecych piersi,
            asfaltu i komedii o ministrach.
            W miarę upływu czasu pierwsi sekretarze coraz bardziej zajęci byli innymi
            sprawami, a ich żony sprawunkami za granicą. Na małym ekranie coraz bardziej
            się rozluźniało.
            Pewną rolę odegrały tu asystentki prestidigitatorów, zawsze sexy, zawsze w
            kostiumie bardzo wyciętym - zapełniały lukę delikatnej erotyki, chociażby w
            skąpym ubiorze. Podejrzewam, że chodziło o odwrócenie uwagi od trików mistrzów
            magii. Cyrk miał specjalne prawa.
            Ale prawdziwe trzęsienie ziemi w telewizji spowodowała dopiero Kalina Jędrusik,
            która do swego efektownie wyeksponowanego biustu (ale nie gołego) dołożyła
            jeszcze krzyżyk na łańcuszku. Pornografia plus klerykalizm! Tego było już za
            wiele. Ukazana w dużym zbliżeniu aktorka dostała zakaz… grania, śpiewania,
            pokazywania się i bywania w telewizji. Chyba po raz pierwszy erotyzm i tak
            zwane wartości stanęły po jednej stronie barykady w walce z totalitaryzmem.
            Kalina przez długi czas robiła za seksbombę, wywołując w latach
            sześćdziesiątych furię u dewotek i bonzów partyjnych. Krążyły o niej dziesiątki
            anegdot, pikantnych powiedzonek, cytatów z jej niewyparzonego języka,
            zaprawionego swobodnym operowaniem słowami na ka… cha… i pe. Wypowiadanych
            jednak z niezaprzeczalnym wdziękiem.
            Jedna z anegdot dotyczyła przygotowań do roli w filmie Lalka. Aktorka zmęczona,
            ale szczęśliwa wraca do domu po treningu jeździeckim.
            Jest zachwycona instruktorem.
            - Słuchaj - mówi do męża, którym był znany pisarz Stanisław Dygat - ten
            rotmistrz, który mnie uczy, jest wspaniały! Ja muszę robić tak i tak, potem on
            mi pokazuje, że tak, a ja mu wtedy tak, a on mi mówi, że nie tak… tylko każe
            tak…
            Kalina wyginała się, jechała na koniu, galopowała, imitując ruchy z tej lekcji.
            Dygat długo to obserwował, a później, pięknie graserując, zapytał spokojnie:
            - Kalinko, czy jesteś pewna, że ten rrrotmistrz cię przypadkiem nie… (w tym
            miejscu też zagraserował).
            - Pewna nie jestem, ale jazda konna jest czymś wspaniałym!
            Czy ta anegdota jest prawdziwa? Chyba nie, ale oddaje w skrócie atmosferę życia
            bohemy, którą w socjalizmie nazywano spatifowską degrengoladą. A na małym
            ekranie było ciągle skromnie i siermiężnie.
            I sporo czasu musiało upłynąć, wiele murów musiało runąć, dziesiątki zakazów
            trzeba było sforsować… aby w Różowej landrynce usłyszeć takie zachęcające
            wezwanie narratora:
            "Niech pracuje wyobraźnia…".
            Po czym ukazuje się w dużym zbliżeniu wydepilowany organ płciowy rosłej
            blondynki.
            Panowie, wyobraźnia nie ma tu nic do roboty!
            J.Gruza
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 09:39
      Jak słucham tv czytam gazety to chyba juz niedługo będziemy się cieszyć taką
      wolnością bo chyba niedługo znów bedzie cenzura i to bardzościsła w dodatku ,że
      po tej lustracji dziennikarzy którą kaczory wprowadzic to chyba dziennikarze
      nie będą chcieli w takim państwie pracować.
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 20:31
        gabidd napisała:

        > Jak słucham tv czytam gazety to chyba juz niedługo będziemy się cieszyć taką
        > wolnością bo chyba niedługo znów bedzie cenzura i to bardzościsła w
        dodatku ,że
        >
        > po tej lustracji dziennikarzy którą kaczory wprowadzic to chyba dziennikarze
        > nie będą chcieli w takim państwie pracować.


        Miejmy nadzieję ze do tego nie dojdzie. Na razie czekamy na 21.10. Ciagle
        przesuwają.
    • wikul Tresowane zwierzeta 13.02.06, 20:55
      Programy ze zwierzętami zawsze cieszyły się powodzeniem u publiczności.
      Stara to prawda, że żaden aktor nie wygra na ekranie z psem, kotem czy
      innym czworonogiem.
      W zamierzchłych czasach telewizji realizowałem nowelę dla młodzieży pt.
      Wiewiórczak. Występował tam w głównej roli Stanisław Śródka. Obok niego
      oczywiście oswojona, żywa wiewiórka.
      W telewizji na żywo nie było możliwości powtórzenia czegokolwiek i musiało
      się być przygotowanym na każdą ewentualność. Mieliśmy w zapasie drugą żywą
      wiewiórkę i trzecią wypchaną, na wszelki wypadek.
      Podczas prób wszystko szło idealnie. Wieczorem w trakcie programu na oczach
      miliona telewidzów wiewiórka w najważniejszym momencie akcji czmychnęła na
      lampy, między kable… i tam się schowała.
      Śródka nie stracił refleksu i próbował ją zwabić proszącym wołaniem i kuszeniem
      orzechami. Nic, żadnej reakcji. Inspicjentka czołga się po podłodze, trzymając
      w ręku następną wiewiórkę, która kąsa ją w palec, ale dzielnie dociera do
      aktora i podaje mu dublerkę… Akcja ruszyła dalej, ale tylko na chwilę… Następna
      daje dyla.
      Podano mu wreszcie spokojną, bo martwą, wiewiórkę i scena potoczyła się gładko.
      Aktor tak manewrował wypchaną, że wyglądała jak żywa. Wszystko by się dobrze
      skończyło, gdyby, zwabiona orzechami, nie wróciła na plan ta pierwsza. Po
      chwili zjawiła się druga… Trzech wiewiórek równocześnie już ani scenariusz, ani
      sens całego przedstawienia nie wytrzymał. Aktor opuścił plan. Zwierzęta
      wygrały. A był to miły, uroczy człowiek, serdeczny i nad wyraz cierpliwy.
      W Czterdziestolatku inżynier Karwowski miał strzelać do tzw. dewizowego dzika.
      Potrzebny był śnieg, myśliwi - dla bezpieczeństwa i dzik. Śnieg spadł,
      warszawskie koło myśliwych stawiło się w komplecie, dzik razem z treserem
      jechał przez tydzień z krakowskiego zoo.
      W Lesie Kabackim spotykamy się o oznaczonej porze. Dzik czeka w klatce, a my
      ustalamy, kto na które drzewo będzie wdrapywać się w razie ataku dzikiej
      bestii. Wiadomo z literatury, że Polacy od wieków chronili się wysoko na
      gałęziach drzew przed rozjuszonym dzikiem. Treser żąda usunięcia myśliwych.
      - Misio nie lubi widoku myśliwych, może się zdenerwować i wtedy ja za nic nie
      odpowiadam.
      Myśliwi oddalają się do samochodu z bigosem i wódeczką, a my zostajemy z
      weterynarzem z gazem usypiającym w ręku i kamerą gotową do filmowania Misia,
      czyli dzika.
      Podnoszą klapę skrzyni, w której przywieziono zwierzę.
      Nie chce wyjść. Treser prosi go pieszczotliwym szeptem:
      - Misiu! Misiu… wychodź.
      Potężny samiec powoli wysuwa się z klatki. Chwilę rozgląda się dookoła i nagle
      rusza przecinką leśną przed siebie, przyspieszając w kilka sekund: od zera do
      stu kilometrów na godzinę. Operator nawet nie zdążył włączyć kamery.
      - Misiu! - woła błagalnie treser.
      Weterynarz ze strzykawką biegnie za Misiem, ja za weterynarzem, za mną
      kierownik produkcji, za kierownikiem operator z kamerą.
      Misio daje susy czterometrowe. Rezygnujemy po kilkunastu minutach. Weterynarz
      nie daje za wygraną, dopada go po godzinie, gdy Misio, śmiertelnie zmęczony
      gonitwą, zasypia na progu domu kierownika PGR-u. Strzela mu w tyłek nabój z
      gazem usypiającym, na co Misio zrywa się na cztery nogi i daje nura w gęstwinę
      leśną w Kabatach. Znika.
      Dobrze, że nie było przy tym policji, jak przy łapaniu tygrysów ostatnio w
      Warszawie. Dzięki temu weterynarz żyje do dzisiaj, a dzik też, dokarmiany
      przez warszawiaków, przyjeżdżających tam w niedzielę na świeże powietrze.
      Potrzebną scenę polowania do Czterdziestolatka nakręciliśmy już z innym
      osobnikiem, w parku otaczającym dawną willę towarzysza Bieruta w Konstancinie.
      Niestety, pod koniec zdjęć dzik znalazł dziurę w ogrodzeniu, wyrwał się na
      ulice kurortu, staranował wartburga, przewrócił syrenkę i przestraszył dwie
      zakonnice. Musiałem się tłumaczyć przed matką przełożoną.
      J.Gruza
      • ewa553 Re: Tresowane zwierzeta 13.02.06, 22:00
        ten swietny odcinek przypomina mi scene z Misia Barei, gdzie potrzebowali
        zajaca i ubrali kotu futerko z zajaca. Tylko ze kot dal im dyla na drzewo,
        czego by jednak zajac nie zrobil. Dobre to bylo!
        • wikul Re: Tresowane zwierzeta 13.02.06, 22:34
          ewa553 napisała:

          > ten swietny odcinek przypomina mi scene z Misia Barei, gdzie potrzebowali
          > zajaca i ubrali kotu futerko z zajaca. Tylko ze kot dal im dyla na drzewo,
          > czego by jednak zajac nie zrobil. Dobre to bylo!


          A scenę polowania na "dzika"(przemalowana świnia) z Kargulem pamietasz ?
          • wikul SPATiF 13.02.06, 22:40
            Kiedyś legendarny Klub Aktora w Alejach Ujazdowskich tętnił życiem. Bełkotem
            pijanego, ale i monologiem Ważyka o francuskiej poezji, dowcipem Słonimskiego,
            celną ripostą Minkiewicza, milczeniem Nacht-Samborskiego, anegdotą Otto Axera,
            rykiem Prutkowskiego, spokojem Stanisława Wohla… i tylu, tylu innych, których
            nie sposób opisać.
            - Puśćcie Bąka! - woła od stolika Prutkowski na widok wchodzącego aktora
            Henryka Bąka.
            W SPATiF-ie były pory odpowiednie dla różnych grup: południe - Prutkowski ze
            sportowcami i młodymi kobietami, obiad - aktorzy, tak zwana branża. Wieczór -
            wszyscy! Literaci, aktorzy, reżyserzy, palestra, architekci… żony, córki,
            kochanki.
            Prutkowski zaczynał o dwunastej, a wychodził po południu. Nigdy wieczorem.
            Kiedyś siedział w grupie znajomych, a miał ich cały wachlarz: od miotacza
            Władka Komara, młodych śpiewaczek, przypadkowo spotkanego portiera po
            milicjantkę ze służby drogowej.
            Zbliżało się południe.
            Prutkowski co pewien czas wołał: "Do domu!". Zwłaszcza jak ktoś coś opowiadał,
            brylował lub śmiał się nie z jego dowcipu.
            - Do domu!
            - No, dobrze, Józiu, idziemy do domu.
            Płacą rachunek. Józek zawsze wtedy krzyczał na całą salę do kelnera:
            - Rachuuunku! - tak jakby wołał: ratunku.
            Płacą, wychodzą.
            Na ulicy Józek:
            - Do domu!
            Zwykle trudno było o taksówkę. Przejeżdża jakiś facet na wózku inwalidzkim,
            kręcąc zawzięcie korbą.
            - Wolny? - pyta Prutkowski.
            Ktoś przywołuje Józka do porządku.
            - Do domu!
            Zajeżdżają na Mokotów, gdzie Prutkowski mieszkał. Znów siedzą, dowcipkują, coś
            piją.
            - Do domu!
            - Józiu, przecież jesteś już w domu.
            - Wy do domu!!!
            W południe aktorzy wpadali na tanie obiady na kartki.
            Przy stoliku Wohla zawsze kilka osób. Plotki, anegdoty… obmawianie kolegów i
            polityka. Przecieki z partii, telewizji i Ministerstwa Kultury.
            Naprzeciwko siedzi stara aktorka, je skromny klubowy obiad.
            Upierścienionymi dłońmi elegancko, z godnością posługuje się nożem i widelcem.
            Twarz w grubym makijażu, kolczyki z brylantami, ciężka, złota bransoleta na
            ręku. Spogląda na siedzącą obok Zosię Czerwińską. Patrzy na jej ręce. Zosia ma
            tylko dwa skromne pierścionki.
            - To twoja cała biżuteria?
            - Prawie cała…
            Stara aktorka obrzuca ją krytycznym spojrzeniem i wzdycha.
            - To więcej już mieć nie będziesz.
            W socjalizmie wielbiciele nie przysyłali kwiatów ze złotymi bransoletkami do
            garderoby.
            Zosia smutno zwiesza głowę.
            J.Gruza
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 22:52
      W tym ostatnimopowiadaniu była wzmianka o tygrysie w Warszawie. Pamiętacie
      chyba jjak to ktoś niedomknął klatki czy też ja otworzył i tygrys sobie uciekł
      z cyrku . Działo się to około 200 metrów od mojego domu rano okolo godz 7.00. W
      tym samym momencie kiedy szukano tygrysa na terenie który zajmował cyrk, w
      przyległych zaroslach, i ulicach osiedla, ludzie nic niewiedzący o tym
      zdarzeniu a tylko widzący wozy policyjne, karetkę pogotowia szli do pracy,
      stali na przystankach autobusowych. I tak moj syn chodził jeszcze wtedy do
      ogólniaka stał na przystanku niecałe 100 metrow od cyrku i w tym sammy prawie
      momencie policjant zabił weterynarza a co a tygrysem juz nie pamiętam czy go
      złapali czy również zabili. Mój mąż i syn właśnie w tej chwili skomentowali że
      tygrys do tej pory biega po osiedlu.
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 23:35
        gabidd napisała:

        > W tym ostatnimopowiadaniu była wzmianka o tygrysie w Warszawie. Pamiętacie
        > chyba jak to ktoś niedomknął klatki czy też ja otworzył i tygrys sobie uciekł
        > z cyrku. Działo się to około 200 metrów od mojego domu rano okolo godz 7.00. W
        > tym samym momencie kiedy szukano tygrysa na terenie który zajmował cyrk, w
        > przyległych zaroslach, i ulicach osiedla, ludzie nic niewiedzący o tym
        > zdarzeniu a tylko widzący wozy policyjne, karetkę pogotowia szli do pracy,
        > stali na przystankach autobusowych. I tak moj syn chodził jeszcze wtedy do
        > ogólniaka stał na przystanku niecałe 100 metrow od cyrku i w tym sammy prawie
        > momencie policjant zabił weterynarza a co a tygrysem juz nie pamiętam czy go
        > złapali czy również zabili. Mój mąż i syn właśnie w tej chwili skomentowali że
        > tygrys do tej pory biega po osiedlu.


        Tygrysa, jeżeli dobrze pamietam, uspiono. Ale może się mylę. Natomiast
        sprawcami tego "żartu" z wypuszczeniem nieszczęsnego tygrysa (i innych
        zwierząt), byli tzw.zieloni czyli miłośnicy wolnosci zwierzat.
        • jolkakur Re: Ciekawostki z innych stron 13.02.06, 23:44
          bardzo możliwe ale jak ludzie na osiedlu nie mieli pewności , ze na pewno go
          złapali to chyba dopiero okolo poludnia zaczęli wychodzic a domu, bo o tym
          wsztstkim dowiedzieliśmy sie z dziennika w tv okolo 8 rano.
    • wikul Janek Gałązka 13.02.06, 23:40
      Brzuchomówca, parodysta, aktor, monologista… człowiek z twarzą jak z gumy. Był
      to facet nie z tej ziemi.
      Zaraz po wojnie, kiedy Warszawa była pełna gruzów i rumowisk, wołał o pomoc
      różnymi głosami, wzbudzając sensację wśród przechodniów, jako zasypany od czasu
      powstania warszawskiego.
      Oczywiście bez poruszania ustami, jak to brzuchomówca.
      - Ilu was jest? - pytał.
      - Dwunastu! - sam sobie odpowiadał.
      - Siedzimy tu od powstania, kończy nam się woda! Pomocy!
      Dla wzmocnienia wrażenia kopał niepostrzeżenie nogą w kanalizacyjną rurę.
      Ludzie rzucili się gołymi rękami rozgrzebywać rumowisko… Z trudem im
      wytłumaczył swój makabryczny żart. Dostał po pysku, ale nie odwiodło go to od
      mówienia głosem świętego Józefa pod przydrożną kapliczką, podczas majowego
      nabożeństwa… Jako święty żądał, aby cała wieś wybudowała drogę, założyła
      wodociągi i przyszła w komplecie na występ artystów, którzy przyjechali właśnie
      ze stolicy.
      Grał różne epizody w filmach i telewizji.
      Angażowałem go często i był świetny. W Czterdziestolatku występował jako
      gospodarz domu, który miał pięcioro dzieci. Płodził je z myślą, że w
      przyszłości każde z nich umieści w jakieś ważnej instytucji: w milicji,
      w sklepie mięsnym, banku, w telewizji… Nazywał się Walendziak. Nie mogłem
      przewidzieć, że kolejnym prezesem w telewizji publicznej będzie właśnie ktoś
      o takim nazwisku.
      Sorry!
      Janek posiadał niesłychane zdolności naśladowcze. Miał kiedyś w naszym
      programie Poznajmy się wykonać tekst, który był wyimaginowanym dialogiem
      różnych znanych postaci. Audycja szła na żywo. Pani z cenzury chciała
      koniecznie przed emisją przeczytać ten tekst. Jacek Fedorowicz próbował jej
      wytłumaczyć, że tekstu nie ma… Co będzie mówione, wie tylko Jan Gałązka.
      W pewnym sensie była to prawda.
      - Zresztą, on pani sam go powie.
      Zza kulis obserwowaliśmy jak Janek, pochylony nad przerażoną cenzorką, mówił
      różnymi głosami, bez ładu i składu, celowo zamazując sens i nie otwierając ust,
      wydobywał z brzucha głos Holoubka, Tomaszewskiego, Olszy i Dzwonkowskiego…
      - Dziękuję, dziękuję! To mi wystarczy…!
      Uciekła w popłochu.
      Kiedyś Gałązka przez pomyłkę wyprał w pralce dowód osobisty. Zatrzymuje go
      milicyjna drogówka.
      - Dokumenty!
      Janek podaje wyprane w proszku Ixi coś, co ledwo przypomina dowód.
      - Co to jest?
      - Panie władzo, nie czytał pan wczoraj w "Ekspressie"? Bohaterski przechodzień
      ratuje dziecko tonące w przeręblu!
      - Nie.
      - To właśnie ja.
      Milicjant salutuje.
      - Jedźcie!

      J.Gruza
    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 14.02.06, 09:06
      dziekuje jeszcze raz wikul za Gruze! swietna lektura przypominajaca wesole
      strony tamtych zlych czasow. sama jestem z prowincji czyli Katowic, ale
      poniewaz obracalam sie w gronie artystow, przezywalam podobnie "wesole"
      sytuacje i zagrania, wiec mi ta lektura przypomina mlodosc..
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 16.02.06, 01:14
        ewa553 napisała:

        > dziekuje jeszcze raz wikul za Gruze! swietna lektura przypominajaca wesole
        > strony tamtych zlych czasow. sama jestem z prowincji czyli Katowic, ale
        > poniewaz obracalam sie w gronie artystow, przezywalam podobnie "wesole"
        > sytuacje i zagrania, wiec mi ta lektura przypomina mlodosc..


        Miło mi Ewo że ci sie podoba.
        Pozdrawiam
        • wikul Kazimierz Brusikiewicz 16.02.06, 01:22
          To ktoś, kto potrafi ze zwykłej sytuacji życiowej stworzyć sytuację komiczną.
          Celował w tym Kazimierz Brusikiewicz: aktor teatru Syrena, estrady i telewizji.
          Z abstrakcyjnym poczuciem humoru, nie doceniany przez krytykę "poważną", za to
          uwielbiany przez publiczność… i kolegów.
          - Poczęstuj mnie, Kaziu, papierosem.
          - Proszę.
          - Daj ognia.
          - Proszę. A ciągnąć dym będziesz sam? - pyta z poważną miną Kazio.
          Języki obce. Brusikiewicz uwielbiał mówić wolapikiem. Kiedyś w tak zwanym
          języku północnoduńskim w prowincjonalnym Peweksie, zapchanym rzeczami jak na
          targu na Dalekim Wschodzie, pyta polską sprzedawczynię:
          - Eksjuz me, gran may be sjestróm how cube in szunga, please?
          Konsternacja.
          Po długim namyśle sprzedawczyni, pokazując ręką na półki:
          - Tylko to, co widać.
          Typowe.
          Dziś też w sklepie, obsługiwanym przez dziewczyny z naboru jak leci, czasami
          jest podobnie.
          - Czy jest wino hiszpańskie?
          - Tylko to, co widać.
          Pozostałości PRL-u.
          Ale raz trafił swój na swego.
          Kazio do kolejarza, który opukiwał koła wagonów, na peronie prowincjonalnego
          dworca:
          - Eksjuz me, ich la strada smorgos escargo zejen mich gut?
          - Piąta piętnaście, z drugiego peronu - informuje bez wahania kolejarz.

          Ameryka. Objazd po polonijnych salach po raz enty. W garderobie zjawia się
          polonus.
          - Panie Brusikiewicz, pamięta mnie pan? Nie?! Może dlatego, że ja dwa lata temu
          miałem inny car, a w tym roku kupiłem większy, bo boss mi dał sześć
          pięćdziesiąt dolar za godzinę, i ja mogę też na over time zarobić two hundred
          per week…
          I tak truje przez pół godziny.
          - Proszę pana, ile jest ludzi na sali? - przerywa mu Kazio.
          - No, będzie… jest full.
          - A w tym mieście?
          - Z dwa miliony albo więcej…
          - Ilu jest mieszkańców w tym stanie?
          - No, będzie sporo… New Jersey to jakieś dwadzieścia milionów - rozpromienia
          się z dumą natręt.
          - Tyle ludzi, a dlaczego akurat pan przypieprzył się do mnie? - pyta Kazio z
          poważną miną, jakby naprawdę chciał znać powód odwiedzin.

          Pociąg. W przedziale siedzi Brusikiewicz z kolegami wracającymi z jakiegoś
          występu poza Warszawą. Naprzeciwko herod-baba z mężem, zastraszonym wyłysiałym
          księgowym.
          Makolągwa ma pretensje, że mąż na podróż nie wziął nic do picia. Pociąg
          zwalnia. Brusik rzekomo idzie do toalety. Pociąg zatrzymuje się…
          Nagle słychać pod oknem, na peronie:
          - Piwo, lemoniada, piwo!
          Zanim księgowy się ruszył do okna, sprzedawca, którego udawał aktor, już znikł.
          Żona znów daje opeer mężowi, że fajtłapa, nieudacznik, ofiara. A Brusik wraca,
          jakby nigdy nic, do przedziału. Makolągwa do następnej stacji ma powód, aby
          ochrzaniać męża.
          I tak na trzech przystankach.
          - Piwo, lemoniada, piwo!
          Komu by się chciało. Ale Brusikiewicz należał do niewielkiej rodziny "practical
          jokers", takich jak Dymsza, Eryk Lipiński… i niewielu innych, prekursorów na
          polskim gruncie amerykańskiej Candid Camera.
          Dymsza opowiada:
          - Jestem na spacerze z psem w Otwocku. Patrzę, w kierunku stacji biegnie
          kobieta. Nadjeżdża pociąg. Poszczułem psem. Zdążyła.
          Okrutne, ale śmieszne.
          J.Gruza
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 16.02.06, 14:51
      wikul kochanieńki jeszcze, jeszcze
      • wikul Telewizja na żywo 16.02.06, 19:25
        Miała swój wdzięk. Tele-Batory Cocktail - program rozrywkowy z Gdyni. Światowa
        sprawa! Bo i tele, bo i "Batory", i w dodatku jeszcze "cocktail"!
        Dla młodego pokolenia podaję informację, że flagowy statek "Batory" stanowił
        dla nas przed laty symbol wielkiego świata, Ameryki, podróży za granicę,
        nienagannej obsługi, świetnej kuchni, tanecznych five o'clocków, wystawnych
        kolacji na balu kapitańskim.
        W kraju miał Polak zwykle bar mleczny, zakładową stołówkę i puste półki u
        rzeźnika.
        Marian Marzyński, dziennikarz, rozmawia z admirałem przez telefon, który mu
        wystawił przez okienko wartowni marynarz na służbie. Marzyński prosi admirała,
        aby pozwolono nam umieścić kamerę na wieży w porcie wojennym. Chodzi o plan
        ogólny statku z góry.
        Wówczas dla telewizji było wszystko. Jest zgoda! Mamy tylko nie pokazywać
        okrętów stojących w porcie, a pamiętających jeszcze I i II wojnę światową.
        Chyba żeby się nie wydało, że takie stare.
        Na statku stojącym już w porcie gości naszą ekipę kapitan Pszenny. W jego
        salonie pijemy wytworne trunki. Smakujemy koniaki, whisky… Przyzwyczajeni do
        czystej wyborowej nasładzamy się Zachodem. Kapitan serwuje curvoisiera,
        inspicjentka zatyka nos i woła:
        - No, trudno! Chlup w ten głupi dziób! Dena-turat!
        Rozrywka na żywo. A więc bez możliwości poprawek, montażu i powtórek.
        Program jest taki: o oznaczonej godzinie rozlega się syrena. Kapitan wita
        widzów z całej Polski, przedstawia oficerów i rozpoczyna się widowisko: tańczą,
        śpiewają, wywiady z załogą na żywo. Nad statkiem sztuczne ognie, feeria barw,
        zabawa… Wszystko zapięte na ostatni guzik. Precyzja, nadrobniejszy szczegół
        uzgodniony, łączność opracowana. Co prawda prymitywna: macham ręką z wozu
        transmisyjnego, później jakiś marynarz macha na mostek, tam nasz inspicjentka
        daje znać oficerowi, który włącza syrenę, a my napisy czołowe na tle "Batorego"
        i znak na odpalanie sztucznych ogni.
        Sztuczne ognie za czasów socjalizmu były po prostu rakietami sygnalizacyjnymi z
        prośbą o ratunek. Zgłosił się do mnie mat z rakietnicą i skrzynką nabojów.
        Dałem mu karton cameli i poprosiłem o strzały nie za wysoko nad statkiem, bo
        rozbłyski nie będą widzoczne w kadrze z kamery ustawionej na wieży.
        Ten nieszczęsny karton papierosów był początkiem wszystkiego, co się potem
        wydarzyło.
        Łączenie z Warszawą, zapowiedź: "Specjalnie dla państwa z polskiego wybrzeża
        Tele-Batory
        Cocktail!".
        Na ekranie ukazuje się statek. Z wozu transmisyjnego daję znak ręką, że start,
        marynarz powtarza, a tu śmiertelna cisza. Machamy, krzyczymy… Start! Okazało
        się potem, że przyjaźń między naszą seksowną inspicjentką a oficerem, który
        miał uruchomić syrenę statku, zaszła tak daleko, że zanim oprzytomnieli,
        upłynęła wieczność.
        Nareszcie słychać głęboki dźwięk syreny "Batorego". Na ten znak mat zaczyna
        odpalać rakiety, ale zachęcony kartonem cameli wali tak, że nie słychać słów
        kapitana witającego widzów. Nie dość tego, strzela tak nisko, że od odprysków
        zapalają się brezentowe pokrycia na szalupach. Nie można się z nim w tym huku
        porozumieć, poza tym inspicjentka jest zajęta kolejnym przypływem uczuć
        oficera.
        Kapitan w powitalną zapowiedź do widzów w całej Polsce wtrąca krótki rozkaz:
        - Ogłaszam alarm przeciwpożarowy! I życzę państwu wesołej zabawy.
        Na mostku kapitańskim "coitus interruptus" inspicjentki z oficerem. Odzywają
        się wszystkie syreny alarmowe. Nieliczni zagraniczni pasażerowie, płynący z
        Helsinek do Londynu tranzytem przez Gdynię, ubierają się w kapoki i wychodzą na
        górny pokład. A że to Szkoci… ubrani w krótkie spódniczki, mieszają się z
        tancerkami.
        Nagle widzę na ekranie, jak Witold Gruca tańczy zamiast z Krystyną Mazurówną z
        jakimś przystojnym Szkotem w spódnicy i pomarańczowym kapoku na plecach.
        Mat wali z rakietnic jak opętany. Załoga gasi brezenty na szalupach.
        Tele-Batory Cocktail… Mołotowa!
        Telewizja na żywo. do dzisiaj niektórzy pamiętają, jak na koniec znanej
        Dobranocki słynny Miś z okienka Bronisław Pawlik po opowiedzeniu kolejnej
        bajki, myśląc, że mikrofony i wizja są wyłączone, rzucił te swoje słynne:
        - A teraz kochane dzieci, pocałujcie mnie w dupę!
        J.Gruza
        • ewa553 Re: Telewizja na żywo 16.02.06, 20:46
          fajne. ale to "slynne" powiedzenie Pawlika wkladano w usta wielu pezenterom TV,
          rowniez slaskim. Ciekawe czy ktos faktycznie to powiedzial, czy tez anegdota
          poszla w Polske....
          • wikul Re: Telewizja na żywo 16.02.06, 21:49
            ewa553 napisała:

            > fajne. ale to "slynne" powiedzenie Pawlika wkladano w usta wielu pezenterom
            TV,
            >
            > rowniez slaskim. Ciekawe czy ktos faktycznie to powiedzial, czy tez anegdota
            > poszla w Polske....


            Masz rację. M.in przypisowano to powiedzenie M.Czechowiczowi. Ciekawe jak było
            naprawdę.
            • wikul Ameryka ! 16.02.06, 21:56
              Popularność w telewizji miała swoje reperkusje na drugim kontynencie.
              Oczywiście wśród Polonii. Jakoś to się przenosiło przez wielką wodę.
              Monopolistą na tym terenie był Janek Wojewódka. Organizator, śpiewak, znawca
              rynku polonijnego.
              - Dziewczęta, jedziecie po raz pierwszy do Ameryki. Ja tam już byłam
              trzydzieści razy - mówi polska gwiazda do żeńskiego baletu. - Z Warszawy lecimy
              do Nowego Jorku, tam nic nie ma ciekawego… poza jednym takim sklepem, gdzie
              wszystko można kupić bardzo tanio i w dodatku mówią po polsku.
              W Nowym Jorku nie ma nic ciekawego?! W stolicy teatrów, kin, wystaw,
              happeningów, lokali… muzeów, scen na Broadwayu, Czterdziestej Drugiej Ulicy…
              mody…
              Niestety, dla wielu z nas jeżdżących wówczas do Stanów był tylko jeden ten
              sklep i obowiązkowo… Niagara Falls, gdzie nocowało się w polskim motelu i można
              było przez pół dnia podziwiać wodospad. Mniej oszczędni kupowali bilet za trzy
              dolary i oglądali Niagarę spod kaskady spadającej wody.
              W sklepie, gdy się otwierało drzwi, właściciel już na wstępie, jeszcze nie
              wiedząc, kto wchodzi, krzyczał trochę zapomnianą polszczyzną zmieszaną z
              jidisz:
              - Niczego nie dotykać! Niczego nie dotykać!
              Jeden z aktorów długo wybierał radio, zastanawiał się, mnożył wątpliwości,
              kupić, nie kupić, targował się… Wreszcie, kiedy wszystko już było domówione,
              zaniepokojony zapytał:
              - Dobrze, dobrze, ale czy to radio będzie grało w Polsce?
              I wtedy padło ze strony właściciela sklepu głęboko filozoficzne stwierdzenie:
              - Radio nie wie, gdzie jeeest.
              Dotyczy to całego otaczającego nas świata materialnego.
              Przedmioty nie wiedzą, gdzie są…
              W tym samym sklepie został kupiony polaroid dla Poznajmy się - programu, z
              którym razem z Jackiem Fedorowiczem i innymi kolegami pojechaliśmy do Stanów.
              Otóż w jednym z quizów nagrodą dla zwycięzcy była wspólna fotografia z całym
              zespołem aktorskim na scenie. Miał robić te zdjęcia asystent Wojewódki, trochę
              nieporadny, ale uroczy i wielce oddany artystom człowiek.
              Jak wiadomo, aby uzyskać odbitkę, trzeba pewnego czasu. Więc Jacek razem z
              publicznością liczył po polsku: "Jeden, dwa, trzy…" - aż zdjęcie było gotowe.
              I wtedy rozległ się pełen rozpaczy okrzyk:
              - O Jezu! Pan Wojewódka z żoną na basenie.
              Dla sprawdzenia aparatu robiono wcześniej zdjęcia próbne. Coś tam przekręcono,
              czegoś nie wyciągnięto… Wszyscy pstrykali, nikt się na tym nie znał.
              Powtórka.
              Jacek znowu liczy. Tym razem po angielsku: one, two, three…
              - O, rany! Zaorski stoi przy barze i pije piwo!
              Po francusku: un, deux, trois…
              - Danuta Rinn je lody!
              Nigdy nie udało mu się zrobić właściwego zdjęcia.
              Aparat wiedział, w czyich rękach "jeeest".
              Pewnego razu Wojewódka zrobił nam niespodziankę i zawiózł nas, zamiast do tego
              sklepiku, do gigantycznego supermarketu pod Nowym Jorkiem. Krążyłem tam pół
              dnia, aż wreszcie zostawiłem pośrodku wózek ze stertą rzeczy, które chciałem
              przywieźć do Polski. Należałoby kupić wszystko! Sfrustrowany, trzymając w ręku
              tylko mały breloczek do kluczy za dwadzieścia pięć centów, zapłaciłem i
              wyszedłem.
              Doceniłem wówczas wartość tamtego sklepu i jego niepowtarzalnej atmosfery.
              - Niczego nie dotykać, niczego… Kto tu tak zepsuł powietrze?
              Czerwienimy się.
              A to jeden z aktorów, przed trudną decyzją wydania kilku dolarów, zapalił ze
              zdenerwowania polskiego papierosa sport.
              J.Gruza
            • margo.pf Re: Telewizja na żywo 17.02.06, 02:51
              Ze ktorys aktor to powiedzial to podobno najprawdziwsza prawda. Zawsze
              myslalam, ze to byl Jan Matyjaszkiewicz. Wierze jednak Gruzie. Znal ich i wie
              kto i co.
              • margo.pf Wikul, bis, bis bis,bis, bis ,bis ,bis, bis :))))) 17.02.06, 02:54

    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 08:55
      dzisiaj sie to wszystko na wesolo czyta. Ale sama pamietam jak w
      siedemdziesiatych latach (poczatek) najwieksza atrakcja Jugoslawii, byly zaraz
      po morzu i plazy - wlasnie zakupy. Prawie zachodnie...
      A wracajac do powiedzenia: w Katowicach kazdy sie przyseiegal, ze to Jozek
      Kopocz na zakonczenie programu rzucil ta uwage i za to go wylali. I prawie
      kazdy sam to slyszal:)))))
    • ewa553 niech i ja sie doloze... 17.02.06, 14:54
      Nominowani do Srebrnych Ust 2005
      Marek Belka
      - Czy zna pan, pana Marka Dochnala ? (R. Giertych)
      - Niemal tak dobrze, jak Jennifer Lopez (M. Belka)
      - Pańska przyjaźń z Jennifer Lopez wydaje mi się niewiarygodna. (R.Giertych)
      - Akurat w tej sprawie podzielam pańską... (M. Belka)
      - Ostrożność (R. Giertych)
      - Ostrożność (M. Belka)

      Roman Giertych
      Proszę państwa, żeby w takiej sytuacji pić szampana, to trzeba być po dużej
      wódce.

      Lech Kaczyński
      Panie prezesie, melduję wykonanie zadania.

      Ryszard Kalisz
      Łącznie w ubiegłym roku Centralne Biuro Śledcze zabezpieczyło 88 kilogramów
      marihuany, 53 kilogramy heroiny, 17,5 tysiąca tabletek SLD.

      Bronisław Komorowski
      Jest niemożliwe, aby po zdradzie, tak powiem przedmałżeńskiej, bez aktu pokuty,
      narzeczony, który zadał się z panią lekkich obyczajów mówił: chodź, chodź na
      randkę do Platformy.

      Andrzej Lepper
      To, co pan tu powiedział dzisiaj, to już takiego populizmu i takiej demagogii
      to ja nawet nie potrafię powiedzieć. Ale ja wiem dlaczego, bo to nie wy tu
      siedzicie dzisiaj i nie pan tam usiądzie. Niestety fotel prezydenta był blisko,
      nie ma go, nie ma go... Dwa dni przed wyborami był pan prezydentem. Na
      billbordach pisało prezydent Tusk. W Krakowie premier z Krakowa, a dzisiaj jest
      premier z lubuskiego, a prezydent z Warszawy. No i nie ma was. I to jest to.

      Kazimierz Marcinkiewicz
      Tony, radzę i proszę. Proszę i radzę. Nie markuj kroku, tylko zrób go - i to
      nawet nie jeden, ale dwa albo trzy.

      Wojciech Olejniczak
      Gdybym w tej chwili spotkał się z Kazimierzem Marcinkiewiczem, to bym
      powiedział mu tak: Kaziu, dobrze zrobiłeś. Kaziu, w sprawach europejskich
      właśnie w taki sposób trzeba działać.

      Donald Tusk
      Polska naprawdę nie jest skazana na moherową koalicję. Polska nie jest skazana
      na tę smutną koalicję.

      Józef Zych
      Wysoki Sejmie, nie po raz pierwszy staje mi... przychodzi mi stawać... przed
      Izbą. Wysoki Sejmie staje mi w pamięci pan poseł Iwiński.
    • ewa553 i jeszcze cos: 17.02.06, 14:56
      czy wiecie, ze
      Polska to jedyne panstwo, ktore posiada:

      -zapasowa kopie prezydenta
      -rzad sterowany przez radio?
    • ewa553 no i dowcip znaleziony: 17.02.06, 15:00
      - Ładne buty proszę księdza. Zamszowe?
      - Nie. Za swoje
      • wikul Re: no i dowcip znaleziony: 18.02.06, 00:53
        ewa553 napisała:

        > - Ładne buty proszę księdza. Zamszowe?
        > - Nie. Za swoje


        Fajne !
        • ewa553 Re: no i dowcip znaleziony: 18.02.06, 10:01
          Dziewonski chyba jeszcze zyje? To faktycznie fantastyczny aktor. Dla mnie bylo
          zreszta tez przezyciem jak bylam w teatrze 5 lat temu i on byl rowniez. jako
          widz. malenki juz, chudzinka (byl zawsze), ale cos w nim bylo takiego, ze
          wszyscy spogladalismy z podziwem. Dostarczyl nam wiele pieknych momentow. No a
          wspomniany sek, to juz historia!
          • wikul Re: no i dowcip znaleziony: 18.02.06, 19:24
            ewa553 napisała:

            > Dziewonski chyba jeszcze zyje? To faktycznie fantastyczny aktor. Dla mnie
            bylo
            > zreszta tez przezyciem jak bylam w teatrze 5 lat temu i on byl rowniez. jako
            > widz. malenki juz, chudzinka (byl zawsze), ale cos w nim bylo takiego, ze
            > wszyscy spogladalismy z podziwem. Dostarczyl nam wiele pieknych momentow. No
            a
            > wspomniany sek, to juz historia!


            Niestety nie zyje. Nie zwróciłaś uwagi na zakończenie.
            Pzdr.
            • ewa553 Re: no i dowcip znaleziony: 18.02.06, 19:41
              zwrocilam uwage. ale to "powoli kierunek Powazki" zrozumialam tak, ze powoli
              sie wszyscy tam zblizaja. Przykro mi, ale w ostatnich latach tylu Ich odeszlo...
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 15:42
      Troszeczkę Gruzę poniosła fantazja w trzech sprawach:
      1. to inspicjentka w tamtych czasach nie mogła zabawiac sie przed programem i
      marynarzem bo by straciła pracę a chyba bylo by jej szkoda dobrze ponad
      przeciętna płatnej posadki, Owszem po programie tak , to artyści mogli sobie
      pozwolic na występowanie po kiuelichu, i jak był słuszny to nic mu nie bylo
      dalej występował w dobrych programach a jak nie to ciągnął ogony.
      2. sztuczne ognie nie byly to race, będac malą dziewczynka zawsze na 1 maja
      były sztuczne ognie, na wianki , na 22 lipca, i naprawde były śliczne jak na
      tamte czasy najfajniejsze to były takie ktore lecąc do góry wydawały taki pisk
      i zostawiając za sobą złotą jakby linię i dopiro jak się rozprysły dawały cos
      podobnego do dzisiejszych jakby monet. Na tamte casy były piękne , pamiętajmy
      że sztuczne ognie były już kilka wieków przed nami.
      3. Jeżeli chodzi o aparat polaroid nie mołg on zapamietywac gdzieś tam
      zdjęcia bo takiej pamięci on nie posiada, technologia tego aparatu jest tak
      prosta że dzieci go obsługują , a przeciez ten aparat nie zmienil sie znam ten
      aparat z lat 60
      No cóż i Pana Gruzę też ponosi od czasu do czasu gdyby nie jego wspaniałe
      wymyślanki nie mielibyśmy tak wspaniałego jego dorobku artystycznego
      • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 16:58
        zgadza sie. ten polaroid tez mnie zastanowil. ale moze w tamt<ch latach trzeba
        bylo zdjecie zrobione "wyzwolic" do wywolania? Bo teraz wychodzi samo i to
        zaraz.
        • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 17:38
          Ewuniu wtedy działał na tej samej zasadzie. Kolega ojca ktory mieszkał w
          Szwecji taki przywióżł i jak dzieciaki sie do tego dobrały to połowę papieru mu
          wycykalismy bo nas bawiło to robienoie i patrzenie jak sie zdjęcie samo wyzwala
          na papierze na naszych oczach, ale facet był wściekły bo chciał szpanować tym
          aparatem
    • ania1022 Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 17:19
      kawaly lotnicze tutaj :
      serwisy.gazeta.pl/metro/1,50145,3168718.html
      • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 17:49
        o Boże jak ja się boję latać
      • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 17.02.06, 18:18
        Swietne, Aniu! Usmialam sie jak mrowka!
        • wikul Edward Dziewoński 18.02.06, 00:47
          Dudkomania
          Były takie osoby w tak zwanym środowisku, które wywierały niesłychany wpływ na
          otoczenie. Do nich należał Edward Dziewoński, popularnie nazywany Dudkiem.
          Aktor, reżyser, dyrektor, twórca kabaretu "Dudek", wykonawca słynnego skeczu
          Sęk.
          Gigant!
          Sposób mówienia, skróty myślowe, zaskakujące sformułowania, intonacja głosu…
          znajdowały licznych naśladowców i parodystów. Jurek Dobrowolski, Stanisław Tym,
          Wojciech Młynarski, Bohdan Łazuka, Wiktor Zborowski mogli całymi godzinami
          mówić "językiem" Dudka.
          Nie mnie popisywać się i konkurować z nimi. Ale nie mogę przejść obojętnie obok
          tej postaci znanej mi z terenu telewizji, filmu… i z życia.
          Uwielbiam Jacka Nicholsona… Młody Dziewoński w filmach Munka był podobny do
          tego aktora, grał jak on, wyglądał jak on i miał taki sam ironiczno-cyniczny
          stosunek do życia, kobiet i świata.
          Dudek opisywał świat skrótem. Ten jego pełen zachwytu okrzyk: "Mamasza
          potęga!" - gdy był przedstawiany jakieś dostojnej matronie - to tylko jeden z
          tysiąca skrótów oddających w dwóch słowach istotę sprawy. W tym: "Mamasza
          potęga" był i szacunek dla starszej pani, jej pochodzenia, i podziw, i…
          wszystko.
          Jednocześnie, jak każdy aktor, był łasy na komplementy i niecierpliwy, gdy
          tylko sam nie stawał się głównym obiektem zainteresowania.
          Wtedy każdy sposób był dobry, aby zwrócić na siebie uwagę.
          Przyjęcie z obcokrajowcami.
          Toczą się rozmowy na obojętne tematy. Nikt nie interesuje się Dudkiem. Dla
          aktora jest to sytuacja nie do zniesienia.
          Nagle na cały głos:
          - Chwileczkę, panowie! - zwraca się nagle do stojącego skromnie konsula
          chińskiego. - Moja ciotka, mieszkająca notabene w Nowym Jorku, powiedziała
          kiedyś do mnie: Edward, Rio de Janeiro, Berlin, Paryż, Londyn, Boston jest to
          mniej więcej to samo. Chiny to jest zupełnie coś innego!
          Chiński konsul pokiwał głową na znak, że ciotka Dziewońskiego ma absolutną
          rację.

          Spotkanie z okazji 100-lecia teatru żydowskiego w Europie. Delegacje z całego
          świata. Dudek spóźniony wchodzi na salę, a tam już rozmowy w podgrupach, przy
          winie i przekąskach.
          - Jeeezus Mariaaa! - krzyczy, wszyscy gwałtownie odwracają głowy. - Sami Żydzi!
          - Dudek, a kto ma być? - ktoś odważył się nieśmiało zapytać.

          Jeszcze na placu Teatralnym, gdy mieściła się tam część telewizji, próbuję z
          Holoubkiem i Eichlerówną Króla Edypa.
          Otwierają się drzwi i wchodzi Dudek.
          - Jerzy, przepraszam cię na chwilę. Mam pewną propozycję, na razie… w sferze
          projektu. Co robisz we wrześniu?
          Jest marzec.
          - Jeszcze nie wiem.
          - Będę telefono. Cześć!
          Przychodzi wrzesień.
          - Jerzy, co robisz w grudniu?
          - No… Jeszcze nie wiem.
          - Jest pewna propozycja w sferze projektu. Zgłoszę się. Cześć!
          Przychodzi grudzień.
          - Jerzy, co robisz…
          Do dzisiaj nie wiem, co pozostało w "sferze projektu".
          A tu powoli kierunek Powązki.
          Dla wszystkich.
          J.Gruza
          • anka125 Re: Edward Dziewoński 18.02.06, 12:44
            A ja znalazłam coś takiego:
            - Ładne ksiądz ma buty.To zamszowe?
            - Nie, za własne.
            • anka125 Re: Edward Dziewoński 18.02.06, 12:45
              I jeszcze jedno:
              unname_77.w.interia.pl/kupry.jpg
              • pia.ed Re: Panie i panowie ... goraco broniacy wiary 18.02.06, 12:52
                www.youtube.com/watch?v=WyxEdbyswKA
                • pia.ed Re: Panie i panowie ... goraco broniacy Radia Mary 18.02.06, 12:55
                  www.youtube.com/watch?v=WyxEdbyswKA
                  • pia.ed Re: Dawne wraca .... podgląd, podsłuch ... 18.02.06, 13:10
                    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3170505.html
                    • gabidd Re: Dawne wraca .... podgląd, podsłuch ... 18.02.06, 14:42
                      Wszystkim tym ktorzy mieszkaja poza granicami tego kaczolandu zazdroszczę ,
                      mnie tez by tu chyba nie było gdyby nie chory ojciec i to że w czasie kiedy
                      zastanawialiśmy się z mężem czy wyjechać czy nie dostalismy mieszkanie i tak
                      siedzi człowiek i patrzy na to co się dzieje w tym pieprzniku i nic poradzic
                      nie moze
                    • ewa553 moment, chwila 18.02.06, 14:58
                      nie robta paniki. projekt ustawy zostal dopiero skierowany do komisji. zanim
                      zostanie zatwierdzony, dostana go w rece legislatorzy. partyjnie niezalezni,
                      neutralni, nie dajacy sie zastraszyc zadnym kaczym kuprom. oni juz sprawdza,
                      czy to wogole jest dopuszczalne.
                      • gabidd Re: moment, chwila 18.02.06, 18:26
                        ewa553 napisała:

                        > nie robta paniki. projekt ustawy zostal dopiero skierowany do komisji. zanim
                        > zostanie zatwierdzony, dostana go w rece legislatorzy. partyjnie niezalezni,
                        > neutralni, nie dajacy sie zastraszyc zadnym kaczym kuprom. oni juz sprawdza,
                        > czy to wogole jest dopuszczalne.

                        Ewunia kochanie Ty mo9je najdroższe , przecież kaczory nie dopuszczą do tego
                        aby to ktos z zewnątrz zatwierdzał, to co teraz tu się dzieje to woła o pomstę
                        do nieba, Trzeba było tu być i słuchać mnawiedzonego jarka jak przemawiał w
                        sejmie 50 minut i krytykował wszystko co sie wydarzyło przez ostatnie 17 lat w
                        Polsce, źle ze jesteśmy w NATO , źle ze w Unii, , jak walił pięścia w mównicę ,
                        dziewczyno kaczory chyba powinni się leczyc w zakładzie zamkniętym gdyby
                        ludzie wiedzieli przed wyborami to co oni teraz odkrywaja napewno by nie
                        wygrali wyborów.
                        • ewa553 Re: moment, chwila 18.02.06, 19:39
                          Alez Moja Droga, Kaczory nie maja w tym wypadku nic do powiedzenia, bo tak to
                          po prostu w sejmie "leci". I jezeli legislator stwierdzi, ze projekt nie zgadza
                          sie z obowiazujacym kodeksem, to projekt zostaje odrzucony. To juz nie czas
                          komuny, gdy sie te rzeczy narzucalo odgornie.
                          • wikul Re: moment, chwila 18.02.06, 20:07
                            ewa553 napisała:

                            >Alez Moja Droga, Kaczory nie maja w tym wypadku nic do powiedzenia, bo tak to
                            >po prostu w sejmie "leci". I jezeli legislator stwierdzi, ze projekt nie zgadza
                            >
                            > sie z obowiazujacym kodeksem, to projekt zostaje odrzucony. To juz nie czas
                            > komuny, gdy sie te rzeczy narzucalo odgornie.


                            Niestety, to niezupełnie tak. Ileż to legislacyjnych gniotów opuszcza nasz
                            sejm. Pomomo 3-krotnego czytania, pomimo zatwierdzania przez senat i prezydenta.
                            I dopiero Trybunal Konstytucyjny koryguje, o ile ktoś uprwaniony tam to zgłosi.
                          • margo.pf ewo553, boje sie ze ... 19.02.06, 01:10
                            moga miec cos do powiedzenia. Jesli nie oni to premier.
                            W najstarszej nowozytnej demokracji jaka jest Francja istnieje paragraf
                            Konstytucji pozwalajacy pierwszemu ministrowi na wprowadzenie w zycie ustawy
                            bez jej przeglosowania przez parlament. Oczywiscie chodzi o sytuacje wyjatkowe.
                            Roznica polega na tym, ze zadnego z dotychczasowych francuskich premierow nie
                            mozna zaliczyc do grona fanatycznych, sekciarskich doktrynerow z daleko
                            posunieta atrofia szarej materii.
                            Jesli w polskiej konstytucji istnieje taki paragraf to macie w kraju czego sie
                            bac. W ciagu czterech lat rozwala wszystkie struktury demokratyczne a
                            rozmodleni kowboje beda bawili sie w CIA i FBI jednoczesnie.

                            gabbig pluje na komune. Jej sprawa. Jednak nie moze zaprzeczyc, ze za komuny
                            czlowiek wiedzial z ktorej strony moze dostac w dupe. Dzis nie wiadomo ktoremu
                            swirowi nie spodobacie sie. Czy menelowi, czy dresowi, czy histerycznej, dobrze
                            odzywionej babuni w bereciku z mocnym prawym prostym.
                            No i za komuny chociaz starali sie zachowac pozory. Nieudolnie, osmieszajac
                            sie, ale starali sie.
                        • wikul Maklak czyli Zdzisiu Maklakiewicz 18.02.06, 20:02
                          Początkowo spisywałem anegdoty i zabawne powiedzenia Maklakiewicza. Wsadziłem
                          te zapiski do jakiejś szuflady i z kolejnymi przeprowadzkami gdzieś zaginęły.
                          Przerzucając niedawno kanały telewizji kablowej natknąłem się na
                          Czterdziestolatka, w którym Maklakiewicz grał kolegę z lat szkolnych inżyniera
                          Karwowskiego, o przezwisku "Dżuma".
                          Był aktorem epizodystą, ale z takim poczuciem humoru i finezji, że z drobiazgu
                          robił rolę, którą się pamiętało. Ale nie o jego aktorstwie chcę tutaj mówić.
                          Był przede wszystkim "anegdotczykiem". Człowiekiem spełniającym się najbardziej
                          między ujęciami w filmie, kiedy czekało się na klaps, bohaterem na próbach, w
                          garderobie teatralnej czy przy stoliku w Klubie Aktora. Był słuchowcem i
                          opowiadaczem. Miał w repertuarze sceny z życia i własnej wyobraźni, anegdoty
                          teatralne, obserwacje z ulicy i, oczywiście, początki scenariuszy filmowych,
                          bez dalszego ciągu…
                          Łagodny i rozumiejący, że zwykłe życie składa się z tragicznych momentów,
                          przetykanych komizmem. Wrażliwy na autentyzm cierpienia lub radości. Trochę
                          domorosły filozof.
                          Raz tylko widziałem Maklakiewicza zdenerwowanego, gdy Andrzej Kondratiuk
                          twierdził, że aktor za pieniądze zrobi wszystko.
                          - Nie, to nieprawda!
                          - Przebiorę cię w kostium esesmana i za stawkę każę ci, jako reżyser, deptać
                          sztandar polski.
                          - Nie będę deptał!
                          - Będziesz, bo podwoję, potroję stawkę! A poza tym dupa jest do srania, a aktor
                          do grania…
                          Zdenerwowany Zdzisio zamówił pół litra wódki i nie odezwał się do końca
                          wieczoru do nikogo. Głęboko to przeżył. Jako młody chłopak brał udział w
                          powstaniu warszawskim.
                          Teorię Kondratiuka głosił, już dużo później i w innych okolicznościach, jeden z
                          ministrów kultury.
                          W filmie Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy z roli Maklakiewicza pozostały
                          szczątki. Mądrale z telewizyjnej redakcji filmowej ze strachu powycinali
                          najpiękniejsze jego sceny. Poszły "na grzebienie".
                          W tym czasie w Krakowie, gdzie kręciliśmy ten film, przebywał Fidel Castro. W
                          prasie i telewizji pełno było opisów jego niekonwencjonalnych zachowań. To grał
                          w koszykówkę, to poszedł do jakiegoś klubu studenckiego, to spotkano go na
                          Plantach na spacerze… Fidel Castro, tu…! Fidel tam!
                          Rano przed zdjęciami, siadamy, do śniadania. Zjawia się Maklakiewicz. Jakoś
                          dziwnie uduchowiony, poważny, jakby romantycznie rozmarzony.
                          Kiedy komentujemy wizytę dostojnego gościa z Kuby, Zdzisiek nagle rzuca od
                          niechcenia:
                          - A ja wczoraj wieczorem spotkałem Fidela.
                          - O rany, poważnie? I rozmawiałeś z nim?
                          - Cały wieczór. Wypiliśmy trochę, gawędziliśmy o tym i o owym.
                          - W jakim języku?
                          - Po polsku. Całą noc.
                          - To on mówi po polsku?
                          - Oczywiście. Całowaliśmy się, tylko ta broda trochę mi przeszkadzała.
                          - Niesamowite! Całowałeś się z Fidelem Castro, tak po prostu?!
                          - Dopiero nad ranem zorientowałem się, że to bufetowa z dworca Kraków
                          Centralny. (...)
                          J.Gruza
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 18.02.06, 19:50
      posmotrim uwidim jak mawiali starożytni Rosjanie, Ewuniu przecież po podpisaniu
      paktu jak kaczory obiecaja znow coś LPR czy samoobronie to wszystko przeforsują.
      • wikul Miedzynarodowy Festiwal Piosenki w Tokio 18.02.06, 20:12
        Międzynarodowy festiwal piosenki. Udział w nim bierze Lady Pank.
        Wszyscy się wszystkim kłaniają. Kto niższy rangą, ten musi się niżej schylić,
        aby wyrazić swój szacunek i poważanie. Jestem w towarzystwie prezesa jednej z
        największych komercyjnych stacji telewizyjnych w Japonii. Kiedy podchodzimy do
        przewodniczącego parlamentu japońskiego, który ma nie więcej niż metr
        pięćdziesiąt wzrostu, on się schyla, my skłaniamy się jeszcze niżej. Ląduję z
        nosem prawie przy ziemi.
        Prezes prowadzi nas do sali zastawionej stołami uginającymi się od smakołyków
        kuchni japońskiej i cudownie przystrojonymi kwiatami.
        - Ja za to wszystko zapłaciłem - mówi mi nieoczekiwanie.
        Siadamy przy pierwszym stole.
        Pewien prezes polskiej telewizji też lubił mówić: "Ja cię kupuję. Ja za to
        płacę. U mnie nie ma to tamto. Za dużo mnie to kosztuje!".
        - Dobry festiwal piosenki może trwać najwyżej pięćdziesiąt pięć minut, łącznie
        z rozdaniem nagród - informuje mnie japoński boss przy pierwszym drinku.
        Festiwal w Sopocie miał wtedy cztery wielogodzinne maratony. Kiedy pytam, jak
        jurorzy będą oceniać występujących, czy będą mieli czas na podjęcie właściwych
        decyzji, oświadcza, że jurorzy to on.
        Nasz prezes też kiedyś mówił: "Ja decyduję, kto zdobędzie pierwszą nagrodę, bo
        ja płacę za ten cały festiwal".
        Bonzowie telewizyjni lubią używać zaimków osobowych.
        Nasz stół znajduje się przy samej estradzie, gdzie na zakończenie bankietu ma
        wystąpić gwiazda festiwalu: Harry Bellafonte.
        Uświadamiam sobie nagle, że następuje jakaś kalka już kiedyś zaistniałej
        sytuacji. Tak. Dwadzieścia kilka lat temu, przed taką samą estradą, siedziałem
        przy okrągłym stole i też występował Harry Bellafonte. Było to w Nowym Jorku na
        otwarciu hotelu Americana, na które zaprosił mnie Jurek Kosiński.
        O drugiej w nocy, w rozpiętej czerwonej koszuli wbiegł ciemnoskóry piosenkarz
        witany oklaskami zebranych gości. Kalka! Kalka! Z tym że tam byłem
        sparaliżowany widokiem studolarowego banknotu, który Jurek wręczył
        podprowadzającemu nas do stolika szefowi sali.
        Niedawno w biografii Kosińskiego przeczytałem, że pieniądze na te napiwki
        dostawał od Mary, wdowy po właścicielu American Steel Company. Była z nami tego
        wieczoru.
        Tu, w Tokio, Harry w takiej samej rozpiętej czerwonej koszuli wybiega na
        estradę i jak przed dwudziestu laty rozpoczyna występ słynnym przebojem
        Matylda… Matylda.
        Pijemy dużo sake. Całuję w rękę jakąś Japonkę, ona myśli, że się jej
        oświadczam, kłaniam się do ziemi i wychodzę z przyjęcia. Myląc się o jedną
        ulicę, skręcam źle i zamiast trafić do hotelu, zagłębiam się w wielomilionowe
        miasto. Przed przejściem dla pieszych obcy przechodnie biorą mnie delikatnie
        pod ręce i przeprowadzają przez jezdnię, stawiają ostrożnie na chodniku, a ja
        ruszam dalej. Po godzinie przestaję wierzyć, że sam odnajdę hotel, zatrzymuję
        taksówkę i ląduję w łóżku.
        Lady Pank wypadł bardzo interesująco i dostał nagrodę za utwór Mniej niż zero,
        chociaż niektórzy myśleli, że to komunikat meteorologiczny.
        Janek Borysewicz, lider zespołu, był słynny z ekscentrycznego zachowania,
        biegał nago na basenie w sopockim hotelu Marina i czasami pokazywał członka na
        estradzie.
        W Tokio, trochę onieśmielony, odstąpił od swoich przyzwyczajeń.
        J.Gruza
        • margo.pf czystosc tego watku czyli 19.02.06, 01:18
          nie mieszanie miodu z dziegciem. Zostawmy ten watek wikulowi i przytaczanym
          przez niego anegdotom. Sa to mile wspomnienia, o milych, inteligentnych
          ludziach i porazila mnie roznica miedzy bohaterami wspomnien Gruzy a chamstwem
          jezykowy aktualnych politycznych krzykaczy.
          Nie mieszajmy blyskotliwych artystow z intelektualnym prostactwem.
          Nie psujcie zabawy! :)) Artysci na sceny, odpadki do zsypow.
          • wikul Pianiści 19.02.06, 02:12
            Podwieczorek przy mikrofonie był kiedyś popularną audycją radiową. Dzisiaj, w
            programie dla Polonii, pokazywany jest również w telewizji.
            Na zakończenie znany sygnał, grany przez zespół, na którego tle zwykle Zenon
            Wiktorczyk żegnał słuchaczy: "I na tym zakończyliśmy tysiąc dwieście
            trzydziesty piąty Podwieczorek przy mikrofonie".
            Teraz żegna widzów Lucjan Kydryński. Kamera panoramuje, spodziewam się, że przy
            fortepianie będzie siedział Janusz Sent. Gra już ktoś nowy.
            Pianiści-akompaniatorzy to osobny rodzaj ludzi show-biznesu. Wynajmowani do
            programów, zmuszani znosić wszystkie humory gwiazd, żądania reżyserów,
            wymagania producentów - zawsze w tle, skromni, cierpliwi, złośliwi, dowcipni.
            Takim był - i jest - Janusz Sent. Uzdolniony muzyk, który poświęcił swój talent
            innym… akompaniując kilku tysiącom polskich artystów estrady. Dosłownie!
            Ale udział Janusza Senta w programie to było coś więcej niż akompaniament.
            Ironiczny, dowcipny, wychwytujący wszystkie potknięcia i wyczulony na
            śmieszność sytuacji, które tak często zdarzają się podczas występów na
            estradzie, był zawsze zabawnym komentatorem, przekłuwającym największe balony
            różnych bufonów.
            - Bardzo przepraszam, ale spieszę się, bo mam koncert.
            - Koncerty to miał Rubinstein. Pan najwyżej ma występ… lub chałturę - mówił
            wtedy Sent.
            Na estradzie wielka gwiazda. Wydaje jej się, że zaszczyca ten skromny program.
            Śpiewa i co pewien czas spogląda w kierunku akompaniatora z miną pełną
            dezaprobaty.
            - Jeżeli pani jeszcze raz spojrzy w moim kierunku, to mnie już tam nie będzie.
            Na estradzie pojawia się znany konferansjer.
            - A już tak dobrze szło - wzdycha od fortepianu Sent.
            Artyści kochali kontaktować się z Sentem podczas występów.
            Znany estradowiec Karol Hanusz, ulubieniec warszawskiej publiczności, ale chyba
            jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej, przyjaciel Poli Negri, pod koniec
            życia człowiek o wyglądzie Kojaka razy dwa, utyty i łysy - śpiewał w
            Podwieczorku piosenkę Carmensita.
            Był to kiedyś jego wielki estradowy sukces. Piosenka mówi o tragicznej historii
            hiszpańskiej śpiewaczki Carmensity, która kończy w biedzie… sprzedając na ulicy
            bukieciki fiołków. Hanusz, człowiek o miękkich gestach i ruchach "kochającego
            inaczej", jednocześnie już kompletnie łysy, śpiewający o fiołkach - dla
            przypadkowej publiczności z wycieczki po Warszawie, to był czysty surrealizm.
            W dodatku co pewien czas zwracał się do akompaniującego mu Janusza Senta, z
            grymasem pogardy dla plebsu, dla którego musi śpiewać. "Jak te fiołki pachną
            cudnie…".
            - Hołota! - komentował w stronę pianisty.
            "Rano, w nocy i w południe…".
            - Prowincja!
            "Proszę kupcie moje kwiatki…".
            - Co za głąby!
            "Dla panienki i mężatki…".
            - Komuna!
            Sent prowokacyjnie podpowiadał mu kolejne epitety, które Hanusz w trakcie
            piosenki rzucał w kierunku widowni.
            Ale tak to jest, nie tylko na estradzie. Starzejący się artysta, którego "czas
            się nie ima", traci kontakt z widownią i ucieka w to, co było w jego młodości
            hitem. Smutna groteska.
            "O seniora, seniorita…! To ja, piękna Carmensita" - śpiewał Hanusz, nie zrażony
            brakiem reakcji na tragiczne losy Carmensity. Odpowiedzialność zrzucał na
            publiczność.
            J.Gruza
    • wikul Interpretacja 19.02.06, 18:51



      Kiedyś - coraz częściej używam tego słowa - a więc kiedyś Konrad Swinarski
      zapytany naiwnie, dlaczego zajmuje się reżyserią teatralną, powiedział, że
      inaczej nie mógłby poznać światowej literatury dramatycznej. Bo tylko przez
      interpretację, filtr osobowości aktora można naprawdę przeczytać Szekspira,
      Moliera czy Czechowa.
      To na poważnie. W praktyce jest czasami bardziej zabawnie.
      - Jestem aktorem, proszę mi nie mówić, jak mam interpretować!
      Częsty konflikt na planie.
      Zwrócił kiedyś reżyser uwagę aktorowi, że jest nietrzeźwy na próbie:
      - Pan jest pijany.
      - Pan jest pijany, pan jest pijany… Co mi taka uwaga daje do interpretacji
      roli - żalił się koledze aktor. - Albo "pan się spóźnił, pan nie zna tekstu…".
      Takie uwagi nic mi nie dają.
      Gest, rytm mówienia, głos obniżony, podwyższony, chrypa, płacz, śmiech… Jak
      różnorodnymi środkami dysponuje aktor do przekazania w sposób interesujący
      nawet najbanalniejszego tekstu.
      Zabawną etiudę przedstawił mi Janek Englert na temat skrótu czasowego w filmie
      i telewizji. Grał i "interpretował" nadzwyczaj sprawnie i śmiesznie. Spróbuję
      to opisać.
      Miejsce akcji: Klub Aktora.
      Osoby: Janek Englert - młody i Janusz Z. - starszy, bardziej doświadczony aktor
      Teatru Polskiego.
      Czas: wieczór, po spektaklu.
      Zamówienie: dwie setki.
      - Jasiu, musisz koniecznie mieć dziecko! Nie masz pojęcia, jakie to przyjemne.
      Zrób sobie takiego małego brzdąca! Leżysz rano w łóżku, a on przychodzi do
      ciebie na bosaka w piżamce, wkłada palce w buzię i robi ci tak… blabla, bla,
      blabla, bla…
      Aktor Z., naśladując malucha, szybko i wesoło miele językiem.
      Skrót czasowy.
      Po ćwiartce.
      - Janek, musisz mieć dziecko! Koniecznie! Przychodzi ci taki brzdąc rano i robi
      ci tak: bla… bla… bla…
      Język już trochę wolniej.
      Skrót czasowy.
      Trzecia ćwiartka.
      Godzina pierwsza w nocy.
      - Jasiu, a co powiesz na to, jak ci taki… bla… bla…
      Język obraca się z trudnością.
      Skrót czasowy.
      Po dwóch godzinach.
      - Janek, kujwa! Taki brzdąc blaaa… blaa…
      Ranek. Wstaje słońce.
      Aktora Z. wyprowadzają, trzymając go pod ramiona.
      Janek do szatniarza:
      - Blaa…!
      Literatura nie wygra z aktorem. Jak opisać dźwięki, które po takiej nocy
      produkuje otwór gębowy?
      J.Gruza
      • monisia53 Re: Wikul, 20.02.06, 01:05
        jestes kochany.
        • wikul Re: Wikul, 20.02.06, 01:23
          monisia53 napisała:

          > jestes kochany.


          Dziekuję bardzo, wzruszyłem się.
          Pozdrawiam
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 19.02.06, 19:37
      wikul dziekuję bardzo miłe wspomnienia , a jeszcze milsze jak sie znało
      niektore osoby osobiście. Jak masz jeszcze coś fajnego to podsyłaj

    • jowitta17 Re: Ciekawostki z innych stron 19.02.06, 20:24
      wikul jesteś wspanialy ,dzięki Tobie
      można wierzyć że na tym forum można spotkać się z dobrym humorem
      bo piekiełka to wszedzie jest dość
      pozdrawiam i proszę nie umykaj bez względu na wszysko,bo ja juz miałam taką
      ochotę
      • wikul "Ty" czy "proszę pana" 19.02.06, 21:23
        Lejecie dziewczyny miód na moje skołatane serce, więc z przyjemnosicią podrzucę
        jeszcz kolejne kawałki, przypominając skromnie że nie jestem ich autorem.
        Pzdr.


        "Ty" czy "proszę pana"
        Problem, jak zwracać się do rozmówcy telewizyjnego, pojawił się na początku
        historii polskiej telewizji. I trwa do dzisiaj.
        Znając nawet kogoś całe życie, często zastanawiamy się, jak zwracać się do
        niego na wizji, aby nie pomyślano, że wszystko odbywa się wśród znajomych. Do
        tego dochodzi jeszcze strach, że pojawi się najbardziej obciążający
        zarzut: "warszawka bawi się", jeżeli rozmowa, co nie daj Boże, jest na luzie,
        dowcipna i zabawna.
        Problem "ty" czy "proszę pana", bo nigdy specjalnie nie ferowano na małym
        ekranie "towarzyszu", ma jednak swoje głęboko psychologiczne podłoże.
        "Ty" oznacza w podświadomości widza: zażyłość i wspólną przeszłość; "pan":
        obiektywność, dystans i wiarygodność.
        Dlaczego, nie wiem. Ale w trakcie słynnej przepychanki koalicyjnej na ekranach
        naszej telewizji, gdy w ferworze obrzucania się inwektywami usłyszałem, że
        zażarci przeciwnicy polityczni zwracają się do siebie po imieniu, w dodatku
        zdrabniając je - doznałem szoku.
        - Jasiu, ty nam zarzucasz, że…
        - Heniu, mylisz się! Prawda jest taka…
        Pomyślałem jak kołtun z prowincji, że to wszystko jest udawane i niepoważne…
        kiedy sobie tak wbijali szpile i sztylety oskarżeń.
        A przecież Cezar do Brutusa, gdy ten zadawał mu morderczy cios, też
        powiedział: "I ty…".
        Sprawa jest głębsza. Dotyczy gładkości i tak zwanej political corectness, a też
        poprawności towarzyskiej i kanonu elegancji w rozmowie telewizyjnej.
        Europa i Ameryka. "Kolosalna różnica"- jak by powiedział Dudek Dziewoński. Tak
        jak w niemieckim jest "Du" i "Sie", we francuskim "tu" i "vous", w polskim "ty"
        i dodatkowo "pan" powoduje, że przez "pana" rozmowa telewizyjna nabiera
        dystansu i zadawane pytania nie mogą przekraczać pewnej bariery, zakreślonej
        właśnie przez tę formę "pan".
        Larry King w CNN, gdy rozmawia z prezydentem albo kierowcą, zwraca się do
        nich "ty", jakby byli bliźniakami rozdzielonymi po urodzeniu. Może pytać wtedy
        o wszystko. Ile razy na tydzień…? Co nosi pod spodem…? Jaka jest jego
        orientacja seksualna…? Pogląd na to… na tamto… Co sądzi o sobie samym…? W
        Europie "Du" i "Sie" jest barierą nie do przezwyciężenia. Chociaż
        amerykanizacja też zaczyna tu być powoli widoczna.
        Ale ciągle jeszcze na "ty" trzeba sobie zasłużyć… W Stanach jest to z góry
        dane.
        U nas, żeby być z kimś na "ty", trzeba po staropolsku wypić bruderszaft.
        Jest taka anegdota, jak przed laty młody wówczas aktor, Andrzej Łapicki,
        poszedł na wódkę z Józefem Węgrzynem, gwiazdą pierwszej wielkości w polskim
        teatrze. Mistrz cenił i chwalił młodego aktora. Po kilku kieliszkach Józef
        Węgrzyn zaproponował bruderszaft.
        Zachwycony Łapicki podniósł kieliszek, wypili, ucałowali się…
        - Andrzej - przedstawił się Łapicki, już widząc, jak koledzy zazdroszczą mu, że
        jest z Węgrzynem po imieniu.
        - Od dzisiaj możesz mi mówić: mistrzu - powiedział Węgrzyn.
        J.Gruza
        • wikul Pies czy kot , stare ale warte przypomnienia 20.02.06, 00:32
          ...zwłaszcza właścicielkom kotów.

          Gość: Padre 04-02-2003 23:29
          1. Weź kota na ręce i otocz go lewym ramieniem tak, jak się
          trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej ręki po obu
          stronach pyska i naciśnij lekko trzymając tabletkę w pozostałych
          palcach ręki.
          Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwól kotu zamknąć pysk i
          przełknąć.
          2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie
          otocz kota lewym ramieniem i powtórz cały proces jeszcze raz.
          3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamłaną już tabletkę.
          4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniejednocześnie
          trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem
          wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko jak się da.
          Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.
          5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.
          6. Przyduś kota do podłogi klinując go miedzy kolanami jednocześnie
          trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na
          niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona
          przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychając mu drewniana linijkę miedzy
          zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki miedzy rozwarte zęby i
          intensywnie pogłaszcz kota po gardle co skłoni go do przełknięcia.
          7. Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nowa tabletkę.
          Zanotuj sobie, żeby wymienić firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z
          potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.
          8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na
          kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść
          tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka
          otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę miedzy rozwarte zęby mocno wdmuchnij
          tabletkę do środka.
          9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a
          następnie wypij jedna butelkę piwa żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku
          w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane ramię, a następnie przy pomocy
          ciepłej wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.
          10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następna tabletkę. Przygotuj
          następna butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby
          przez szczelinę wystawała tylko jego głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką
          od herbaty i przy pomocy gumki "recepturki" strzel tabletka miedzy
          rozwarte żeby.
          11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje
          miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij.
          Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś
          szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódka w celu zdezynfekowania rany
          i wypij kolejny kieliszek aby ukoić ból. Podarta koszule możesz już
          wyrzucić.
          12. Zadzwoń po straż pożarna, żeby ściągnęli tego pier...kota z drzewa.
          Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w plot próbując ominąć kota
          przebiegającego przez ulice. Wyjmij kolejna tabletkę z opakowania.
          13. Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny związując razem
          przednie i tylnie łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Węz
          grube skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła
          popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być
          delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody
          wprost do gardła żeby spłukać tabletkę.
          14. Wypij pozostała wódkę z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie.
          Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramie i wyjąc resztki
          tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy
          stół.
          15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła
          rodem i sprawdź, czy pobliskim sklepie zoologicznym nie maja chomików.

          JAK ZAAPLIKOWAC PSU TABLETKE
          1. Zawiń tabletkę w plaster szynki i zawołaj psa.
          Czy zauważasz już różnicę?
          _____________________________________________
          Nie rozumiem co ci ludzie mają przeciw kotom?
          Przynajmniej mają swoje poglądy na łykanie tabletek i dają im szczerze
          wyraz.
          • wikul Festiwal w Sopocie 20.02.06, 01:28
            Ten, kto pozwolił na ten festiwal, chyba wziął pieniądze od CIA. Otworzył okno
            na świat Zachodu! Nie tylko nam, ale nawet tym na Kamczatce. Bo transmisje,
            chociaż okrojone z niektórych "miazmatów", docierały do całego "obozu".
            Festiwal piosenki w Sopocie - to było kiedyś święto narodowo-wakacyjne.
            Gwiazdy, gwiazdki i hochsztaplerzy. Ktoś powinien to opisać. Od pierwszej idei
            Władysława Szpilmana i dyrektora Zakrzewskiego z Pagartu, że festiwal w Sopocie
            jest protestem przeciw komercjalizacji w sztuce estradowej, do… pełnej komercji
            w wydaniu wschodnioeuropejskim.
            Po drodze było kilku gospodarzy: Pagart, BART, Telewizja, znów BART,
            Interwizja, Polskie Nagrania, ZPRR-y, Wojtek Korzeniowski i władze miasta
            Sopotu, które sprzedały prawa Telewizji S.A., chociaż nie miały do tego
            festiwalu żadnego prawa.
            Kiedy monsieur Cheuvry na starość sprzedawał prawa do Midem w Cannes, to on je
            organizował od początku, wymyślił, rozwinął i za to wziął ciężkie pieniądze.
            Miasto Sopot z trudem tolerowało festiwal. Dzisiaj poczuło się właścicielem,
            gdyż dostało po Niemcach kawałek wyciętego lasu z ławkami do siedzenia. A gdzie
            ci ludzie, którzy ten festiwal stworzyli?
            Biurokratyczne zawłaszczenie!
            Po co się robi na świecie festiwale? Dla turystów, hoteli, sklepikarzy,
            restauracji, usług wszelkiego rodzaju - żeby zarobić. W Sopocie hotele były
            zawsze zajęte, braki w zaopatrzeniu, a usługi - pożal się Boże.
            Teraz jest inaczej, wreszcie zarabiają.
            Kiedy minęło dziesięć lat od powstania festiwalu i zbliżał się jedenasty,
            zrobiliśmy serię programów rocznicowych. Irena Dziedzic, Lucjan Kydryński, ja i
            zaproszeni goście. Wspomnienia, żarty, kpiny z tradycyjnych schodów, luz…
            całość na wzór amerykańskich talk-show.
            Pierwszy odcinek poszedł w lipcu, tak aby wycelować na jedenasty Sopot.
            Wzywa mnie ówczesny dyrektor programowy.
            - Panie Jerzy, drogi, kochany! Nagraliście dziesięć odcinków, tak?
            - Tak. Pierwszy bardzo się podobał…
            - Świetnie. Ale po co nam to? Puściliśmy jeden i wystarczy. Niech towarzysz
            Olszowski wróci z urlopu i, nie daj Boże, coś takiego zobaczy, głowy nam
            wszystkim pourywa!
            - Ale dlaczego?
            Do dzisiaj nie wiadomo.
            Towarzysz O. mieszka w Nowym Jorku, nie takie rzeczy ogląda… i nie wraca.
            Na festiwal w Sopocie obok wybitnych gwiazd estrady, takich jak Aznavour, Joan
            Baez, Demis
            Roussos, na konkurs przyjeżdżało sporo amatorów.
            Pewnego roku jakąś nagrodę otrzymał Szwed, który występował w jasnoniebieskim
            smokingu. Wywarło to na wszystkich piorunujące wrażenie. Oklaski, entuzjazm…
            Sam byłem urzeczony jego prezencją. Spotykam go przypadkowo po dwóch miesiącach
            w budynku szwedzkiej telewizji w Sztokholmie… Reżyserowałem tam Policjantów
            Mrożka. Ledwie mnie poznał.
            - Gdzie pan teraz śpiewa? - pytam. - Jaki program nagrywa pan dla telewizji?
            - Ja? Ja śpiewam? Nagrywam dla telewizji? - jest szczerze zdziwiony. - Ależ
            skąd! Pracuję tu w taśmotece…
            - A Sopot?
            - Bardzo przyjemny weekend… Bardzo proszę, wódka i publiczność okej. I można
            sobie pośpiewać za darmo… i jeszcze jakąś nagrodę dostać.
            - To pan…?!
            Coś we mnie pękło na zawsze.
            Reżyserowałem festiwal sopocki ponad dwadzieścia kilka razy (!) i nigdy już nie
            wierzyłem artystom w niebieskich smokingach.
            J.Gruza
          • framberg Re: Pies czy kot , stare ale warte przypomnienia 20.02.06, 23:29
            O rany ;-) niezłe, doskonałe.

            Ode mnie psy biorą tabletki bez szynki, "na sucho".
            Kot mamy faktycznmie protestował.
            Drapał mnie i gryzł nawet jak siadałem obok. Z czasem się dogadaliśmy - jak
            chciałem siąść waliłem go przez łep a on spadał do kuchni. Później zaprzestałem
            rękoczynów a on w pełni mnie respektował. Jako jedynego w domu.
            Nie lubie kotów.
          • ania1022 Re: Pies czy kot , stare ale warte przypomnienia 21.02.06, 15:42
            Super, skad ja to znam. Moja kota najpierw uciekala gdzies z antybiotykiem
            zakamuflowanym w pysku a potem wypluwala. Kiedys przy sprzataniu znalazlam w
            roznych miejscach na gorze i na dole kilka tabletek
    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 20.02.06, 09:57
      Wikul, za tekst o kotach nalezy Ci sie jakas specjalna, duuuuza nagroda!
      Smialam sie tak glosno, ze chyba sasiedzi slyszeli. Pomyslalam sobie o moich
      zmaganiach tego lata, gdy jednego z dwu kotow probowalam zabrac do lekarza na
      niewinne szczepienie. Przypomnialy mi sie walki i zwyciestwo Bombla,
      przypomnialy mi sie moje piekne okulary Chanel, ktorych juz nosic nie mozna, bo
      skladaja sie z dwu czesci. Koty sa cudownymi stworzeniami, dopoki sie niczego
      od nich nie chce. Uwielbiam koty, uwielbiam Ciebie i Twoj tekst! Milego dnia!
      • anka125 Re: Ciekawostki z innych stron 20.02.06, 12:08
        Coś ładnego,dla relaksu:
        www.jacquielawson.com/viewcard.asp?cont=1&hdr=0&pv=FL04EN
        • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 20.02.06, 14:07
          Aniu dzięki śliczne to było
    • gabidd do wikula 20.02.06, 14:11
      Kochany dzieki za wspaniałe chwile ktore nam ofiarowujesz. Mam do Ciebie
      osobiste pytanie gdzie mieszkasz? I czy chciałbys , kiedy dziewczyny zjadą w
      lecie ze świata , abyśmy Cię za to wszystko mocny wycałowały
      • wikul Re: do wikula 20.02.06, 21:35
        gabidd napisała:

        > Kochany dzieki za wspaniałe chwile ktore nam ofiarowujesz. Mam do Ciebie
        > osobiste pytanie gdzie mieszkasz? I czy chciałbys , kiedy dziewczyny zjadą w
        > lecie ze świata , abyśmy Cię za to wszystko mocny wycałowały



        Serdecznie dziękuje za miłe słowa. Mieszkam w Warszawie ale nie mam pewnosci
        czy po obejrzeniu mnie, upierałybyście się przy tej atrakcyjnej dla mnie
        propozycji. Pozdrówka !
        P.S.Tak szybko watek przybiera na wadze że nie zdąrzylem na jubileuszowy 100
        post ale jestem 101-wszy. W.
    • jowitta17 Re: wikul 20.02.06, 21:34
      prosimy o bis ,
      o kocie było cudowne
      ja jak Ewa śmialam się w głos,az do płaczu
      • wikul Festiwal Piosenki w Sopocie (2) 20.02.06, 21:40
        Na festiwalu piosenki w Sopocie różnie bywało. Obok miernot pojawiali się
        wielcy artyści.
        Telewizja powinna kłamać. Z nudnego robić interesujące, ze smutnego jeszcze
        smutniejsze, z wesołego jeszcze weselsze.
        Montażem można spreparować każdą jakość. Nie mówię tu o kłamstwie w stylu, że
        jak występował Rosjanin, to zamiast gwizdów podkładano brawa z Amerykanina. Bo
        i takie zabiegi próbowano robić.
        Kiedyś w ten sposób uratowano występ Charles'a Aznavoura. Przewidywałem tę
        klęskę. Jak każdy wielki artysta, Aznavour chciał występować na końcu, nie
        zdając sobie sprawy z długości koncertu-giganta.
        Niespodziewanie jakaś Czeszka stała się ulubienicą publiczności i śpiewała
        zamiast trzech minut przez okrągłą godzinę i nie można jej było spędzić z
        estrady. Kiedy wyszedł Aznavour, zbliżała się pora odjazdu ostatniej kolejki z
        Sopotu w kierunku Gdańska i Gdyni.
        Ze zdumieniem wielki gwiazdor zobaczył, że gdy zaczął śpiewać, publiczność
        natychmiast wstała i opuściła tłumnie amfiteatr.
        Zręcznym montażem i podkładem braw, któ-re otrzymywała Czeszka, uratowano
        transmisję
        telewizyjną. W amfiteatrze wyglądało to tragicznie i przerażająco. Aznavour był
        w szoku. Kolejowy rozkład jazdy w Trójmieście pokonał światową gwiazdę.
        Reakcje publiczności w Sopocie były wąską szczeliną wolności wyboru, sympatii,
        gustów, orientacji politycznej i geograficznej, Wschodu, Zachodu - manifestacją
        trudną do skontrolowania.
        Władza tego nie lubiła. Nie pomagały zakazy, kary, przestrogi… Prezes
        Szczepański obciął mi połowę stawki reżyserskiej za to, że Pugaczowa
        kilkakrotnie bisowała, a później śpiewała a capella i na końcu, przy
        entuzjazmie publiczności, przeżegnała się na wizji.
        Na szczęście krzyżem prawosławnym.
        Z Rosjanami w ogóle było bardzo zabawnie. Za wszelką cenę musieli wyjechać z
        nagrodą. Gdy nie dostali od jurorów, organizatorzy musieli wymyślać nagrodę
        specjalną. Ich Goskoncert przysyłał na konkurs coraz to inne postacie, aby się
        przypodobać sopockiej publiczności. Jedna ze śpiewaczek z Leningradu, jak się
        później okazało, absolwentka szkoły cyrkowej, stanęła nawet na głowie,
        obnażając dolne części ciała, ku przerażeniu konsula radzieckiego.
        Jedynie Miansarowa i jej Pust' wsiegda budiet sołnce, Pugaczowa oraz Muslim
        Magomajew zyskali autentyczny aplauz.
        Amerykanom szło o wiele łatwiej. Johnny Cash, gwiazdor muzyki country,
        przyjechał z całą rodziną i też jak się dorwali do mikrofonów, dali nam nieźle
        popalić. Grali i śpiewali trzykrotnie dłużej, niż było zaplanowane.
        Chyba generalnie wynikało to stąd, że na festiwalu przeważnie pojawiały się już
        gwiazdy schodzące, a gorąca publiczność sopocka przywracała im wiarę i
        nadzieję, iż jeszcze… żyją.
        Jak wielkie to były gwiazdy, zależało od liczby zielonych papierów, które mogli
        dostać organizatorzy od ministerstwa. A jak mówił Gomułka: "Tak krawiec kraje,
        jak mu materii staje". Do dnia dzisiejszego krawcy festiwalowi kroją według tej
        recepty. Innego wyjścia nie ma. To, co w kasie, to na ekranie…
        No, trochę po drodze…
        J.Gruza
Pełna wersja