Ciekawostki z innych stron

    • gabidd do wikula nie wiem ale mnie cos sie pitoli i odpow 20.02.06, 22:04
      • gabidd Re: do wikula nie wiem ale mnie cos sie pitoli i 20.02.06, 23:49
        -uhaha.
        ja byłam jubileuszowa 100-tna , a wcale tego nie zamierzałam, ale to
        był post dla Ciebie wikul.
        Cpo do spotkania to jak wiem juz jest nas troje a Wawy. tylko krysta ma jakieśc
        ważne osobiste sprawy i jak na razie nie może sie spotkac, Ja jestem do
        dyspozycji oczywiście jak wyzdrowieje, Co do całusów to nie bądz taki skromny,
        moja mama mówiła że chłop zaden nie jest brzydki ani odrażajacy wazne jakie ma
        żenidło. Oczywiście tego ostatniego nie będę sprawdzać mam tzw. swoje u mojego
        mężulka.

        • wikul Byle do wiosny , gabidd 21.02.06, 00:16
          Jesteście młode dziewczyny a ja w stanie spoczynku. Ale bardzo mi miło.

          A teraz z Dobrego Humoru :

          W środku zimy turyści pytają starego górala:
          - Baco, dlaczego nie zaprzęgasz koni?
          - Bo nie mam sań.
          - Dlaczego sobie ich nie zrobisz?
          - Bo nie mam drewna.
          - A dlaczego sobie nie przywieziesz drewna z lasu?
          - Niby czym? Przecież mówiłem, że nie mam sań.


          A więc zawsze jakąś wymówkę mozna znaleźć.
          • gabidd Re: Byle do wiosny , gabidd 21.02.06, 01:12
            czyli Twoja wymówka to jest to że jesteś w stanie spoczynku? i dlatego z miłego
            spotkania jak zrobi sie cieplej będa nici?
            Przed chałupa siedzi baca, porzechodzą turyści i pytaja-
            -baco macie ser?
            - nie mom
            - a ser macie
            - nie mom
            - a wrzątek macie
            - mom ino zimny
            • wikul Re: Byle do wiosny , gabidd , zdrówka życzę 21.02.06, 02:07
              gabidd napisała:

              > czyli Twoja wymówka to jest to że jesteś w stanie spoczynku? i dlatego z
              miłego
              >
              > spotkania jak zrobi sie cieplej będa nici?
              > Przed chałupa siedzi baca, porzechodzą turyści i pytaja-
              > -baco macie ser?
              > - nie mom
              > - a ser macie
              > - nie mom
              > - a wrzątek macie
              > - mom ino zimny


              Nie napisałem że nici. Tymczasem scenka rodzajowa :

              Rodzinny , niedzielny obiad przerywa 10-letnia córka, oświadczając
              - Nie jestem już dziewicą.
              Zapada grobowa cisza, którą przerywa ojciec :
              -Marta - mówi do żony – ty jesteś temu winna. Ubierasz się tak frywolnie, że
              faceci oglądają się za tobą na ulicy i gwiżdżą. Mało tego zachowujesz się
              obscenicznie przy nasze córce.
              Do starszej, 20 – letniej córki, krzyczy ;
              - Ty też jesteś winna ! Pieprzysz się z pierwszym lepszym kolesiem na naszej
              sofie gdy tylko wyjdziemy z domu i to na oczach młodszej siostry ! I jeszcze
              masz w szafce wibrator !
              W tej chwili odzywa się jego żona :
              - Zamknij się ! A kto wydaje połowę każdej pensji na prostytutki ? Kto
              spaceruje po dzielnicy czerwonych latarni z naszą córeczką ? A odkąd mamy
              telewizję kablową, oglądasz porolne nawet przy małej ! no i ta twoja szmatława
              sekretareczka. Myślisz że nie wiem po co zostajesz po godzinach w pracy ?
              Pelna zwątpienia matka zwraca się do córeczki, będącej powodem dyskusji :
              - Jak to się stało, skarbie ?
              - To przez nauczycielkę. Zmieniła mi role w jasełkach. Nie jestem już dziewica,
              tylko pastereczką….
              • gabidd Re: Byle do wiosny , gabidd , zdrówka życzę 21.02.06, 10:16
                Oj, wikul, wikul
              • anka125 Re: Wikul,bis 21.02.06, 10:23
                Ale się uśmiałam! Pliss jeszcze...
                • wikul Irena i Lucjan 21.02.06, 20:55
                  Lucjan Kydryński był związany z festiwalem sopockim od samego początku.
                  Najlepszym jego pomysłem było zaproszenie do współpracy w prowadzeniu koncertów
                  młodej, pulchniutkiej dziewczyny o wyglądzie aniołka, z długimi blond włosami,
                  w przezroczystej białej sukience, z torebką przewieszoną przez ramię.
                  Wychodził z nią na scenę, zapowiadał, ona stała z boku, nic nie mówiła i
                  wracali za kulisy. Za trzecim razem na widowni i przed telewizorami wrzało: kto
                  to jest? O co chodzi? Dlaczego ona nic nie mówi? Lucjan po trzecim wyjściu
                  poinformował zaintrygowaną widownię, że ta młoda osoba to praktykantka, która
                  przygotowuje się do prowadzenia następnego festiwalu zamiast Ireny Dziedzic. Na
                  razie oswaja się ze sceną.
                  Zawrzało.
                  Rozdzwoniły się telefony z kierownictwa telewizji, komitetów partyjnych, biur,
                  urzędów… Na nic nie zdały się tłumaczenia, że to żart…
                  - Jak ona może zapowiadać przyszły festiwal, kiedy nie potrafi nawet ust
                  otworzyć?!
                  Rano budzi mnie centrala telefoniczna Grand Hotelu i łączy z jakimś wielkim,
                  ważnym zakładem pracy, gdzie już rano odbyła się masówka pod hasłem: "Załoga
                  naszego zakładu na zebraniu w dniu… jednoznacznie wyraża swoje potępienie i
                  uchwala, aby ta osoba nie występowała w następnym festiwalu, gdyż nie potrafi w
                  ogóle mówić…".
                  Nie ukazała się już więcej w amfiteatrze.
                  Ale można ją oglądać w ciągle powtarzanym Czterdziestolatku, w scenach z
                  laboratorium, gdzie czasami… mówi.
                  Z zapowiadającymi festiwal był stały kłopot.
                  Para: Irena Dziedzic i Lucjan Kydryński, najbardziej utkwiła mi w pamięci. Być
                  może dlatego, że rywalizacja między tymi ówczesnymi "personalities" rozpalała
                  spory, domysły i plotki. To było dwoje ambitnych, inteligentnych ludzi, których
                  osobowości przeważały często to, co było samą zawartością festiwalu: czyli
                  śpiewania z orkiestrą. Jakoś pasowali do siebie, mimo że prywatnie nie
                  przepadali za sobą. Ale ich obecność na estradzie nadawała całemu wydarzeniu
                  pewien charakter spotkania towarzyskiego. Publiczność miała poczucie, że jest
                  zaproszona na to spotkanie. Czuła się zaszczycona. A jeszcze, gdy Irena
                  zatańczyła z Demisem Roussosem podczas koncertu, wszyscy oszaleli.
                  A później, gdy zmieniali się organizatorzy festiwalu, zaczęto wydziwiać z
                  ludźmi, których lansowano w roli konferansjerów. Aktorzy, redaktorzy,
                  piosenkarze, dyrektor wydziału kultury z Gdańska, a nawet reżyser festiwalu na
                  jubileuszowe wydanie, czyli Jerzy Gruza.
                  Było lepiej, było gorzej, ale nigdy tak, jak za czasów Lucjana i Ireny.
                  Nikt nie lubi ciężko pracować. Kto lubi? A koncerty-giganty wymagały
                  nieludzkiej pracy wszystkich zespołów. Podejrzewam, że najlepiej wspominają
                  wszyscy ten festiwal sopocki, podczas którego ogłoszono żałobę narodową.
                  Festiwal miał trwać cztery dni, a trwał dwa tygodnie. Tuż przed koncertem
                  inauguracyjnym umarł przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki.
                  Jak tu śpiewać wesołe piosenki, bawić się, klaskać… W Warszawie przygotowania
                  do uroczystości pogrzebowych, w Sopocie urlop na koszt państwa. Festiwal-ideał!
                  Mikrofony wyłączone, światła wygaszone i już tylko morze, słońce i dalsza
                  integracja
                  indywidualna na tle męsko-damskim w pomieszczeniach Grand Hotelu.
                  Ale dostojnicy partyjni i państwowi niechętnie schodzili z tego świata podczas
                  festiwalu sopockiego. Raczej zjawiali się w amfiteatrze. I wtedy obowiązkowo
                  kierowano kamery na ich szczęśliwe, zdrowe i zadowolone oblicza.
                  Tak jest do dzisiaj.
                  J.Gruza


                  No a teraz czas na mecz...
                  • gabidd Re: Irena i Lucjan 21.02.06, 22:26
                    Byłam wtedy na kolonii ki8edy kazano nam w upał włożyć granatowe swetry, i isc
                    na apel na ktorym to ogłoszono żałobę i na znak żałoby nie mioeliśmy
                    zapowiedzianego ogniska, a cóz nas dzieci to obchodziło, nie wolno było głosno
                    mmówic smiac się , nie wolno było śpiewać piosenek i tak przez kilka dni , mam
                    nadzieje ze jeżeli w tyej chwili któryś z naszych przywódców "odszedłbył " i
                    zdażyłoby sie to w okresie letnim nie wciągano by dzieci w takie żałoby.
                    • wikul Re: Irena i Lucjan 21.02.06, 22:39
                      gabidd napisała:

                      > Byłam wtedy na kolonii ki8edy kazano nam w upał włożyć granatowe swetry, i
                      isc
                      > na apel na ktorym to ogłoszono żałobę i na znak żałoby nie mioeliśmy
                      > zapowiedzianego ogniska, a cóz nas dzieci to obchodziło, nie wolno było
                      głosno
                      > mmówic smiac się , nie wolno było śpiewać piosenek i tak przez kilka dni ,
                      mam
                      >
                      > nadzieje ze jeżeli w tyej chwili któryś z naszych przywódców "odszedłbył " i
                      > zdażyłoby sie to w okresie letnim nie wciągano by dzieci w takie żałoby.


                      A ja zupelnie sobie tego pogrzebu nie przypominam. Z Wikpedii dowiedziałem się
                      że to był r.1964. Mielismy wtedy swoje sprawy a komune mieliśmy głęboko w d... .
                      • wikul Starość i Bohdan Łazuka 21.02.06, 22:49
                        "Jakie to okrutne, że aktorom pozwala się żyć, gdy przestają być już naszymi
                        idolami… - mówi obłudnie jakiś artysta po sześćdziesiątce. - Jakie szczęście
                        miał Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Maklak, Himilsbach, że odeszli, kiedy
                        krzywa ich gwiazdorstwa zrobiła pierwsze załamania w kierunku bessy. Żal mi ich
                        wszystkich, ale brzuchy, zmarszczki, zakola łysiny, zaczeszki, nowe,
                        olśniewające w swej bieli sztuczne zęby, deformujące wymowę syczących głosek…
                        Brr…!". Może ma rację? W telewizji oglądam wspomnienia o Marilyn Monroe.
                        Wypowiada się jej dublerka w filmie, prawie sobowtór. Tak by wyglądała Marilyn,
                        nasze seksbożyszcze, w wieku osiemdziesięciu lat. Koszmar! Stypa po pogrzebie
                        aktora Bogusza Bilewskiego. Tłum, wódka, upał… Podchodzi jeden z kolegów
                        nieboszczyka. - Stanę koło was, tu jakoś chłodniej… - To ode mnie już tak
                        ciągnie… - mówi Zosia Czerwińska. - Jestem młoda inaczej.
                        Filmowcy nie mają problemu starzenia się. Tu wygląd i kondycja jest bez
                        znaczenia. Chociaż… Kiedyś opowiadałem Jerzemu Skolimowskiemu, który w młodości
                        wyglądał jak blondwłosy efeb, o reżyserze Witoldzie Leszczyńskim, że zdolny,
                        utalentowany, ma jakieś projekty na Zachodzie, co było marzeniem każdego z nas…
                        i chyba tam zrobi karierę - na to Skoli, lekko się zacinając, odparł:
                        - Nie ma szans. Łysy.
                        Trochę się to sprawdziło.
                        Filmowców polskich było kilka fal: poczynając od tych powojennych, z
                        marynarkami z dobrego angielskiego tweedu, fajkami i szalikami na ramionach
                        (mój przyjaciel Mieczysław Jahoda), aż do dzisiejszych: zarośniętych, z
                        fryzurami afro i kolczykiem w uchu.
                        Pytam Marka Piwowskiego:
                        - Będziesz coś robił? Jakiś film?
                        - A mam kolczyk w uchu?
                        - Nie.
                        - No, to jak?
                        Po drodze, jako filmowcy, byli chłoporobotnicy, sekretarze partyjni, moralna
                        odnowa, komercja, zagraniczni: Polański, Skoli, Żuław, intelektualista Zanussi,
                        moralizatorzy na szczeblu transcendencji trójkolorowej, znów komercja i
                        wreszcie "żebracy"… o pieniądze w telewizji, bankach, u kiniarzy i… w
                        browarach.
                        Tamci byli ponad. Wywodzili się z przedwojennego START-u, Krakowskiej Akademii
                        Sztuk Pięknych i Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi po wojnie. Nieliczni z nich
                        jeszcze żyją.
                        Jestem na pogrzebie "Tusia". Jerzego Toeplitza. Tego od historii filmu.
                        W okresie rozkwitu ZMP Tusio, czyli tak zwany "stary Toeplitz", jako rektor
                        Szkoły Filmowej ratował mnie wielokrotnie od wyrzucenia na bruk. W odpowiedzi
                        na donosy, że zmieniam dwa razy dziennie kolorowe skarpetki,
                        odpisywał: "Widocznie higienista". A miało być, że bikiniarz, wróg, szpieg,
                        faszysta.
                        Było tyle wspólnych płaszczyzn, na których spotykaliśmy się z profesorem,
                        począwszy od egzaminu wstępnego i rozmowy o Bitwie o szyny René Clémenta, a
                        potem pierwsze moje scenariusze, jazz, koncerty Melomanów, ukochanie włoskiego
                        neorealizmu… Nie zapomnę nigdy jego wzroku i pełnej zastanowienia pauzy, gdy
                        dowiedział się, że jeden ze studentów, kandydat na reżysera filmowego, nigdy
                        nie słyszał o Dostojewskim. Bo i skąd? Od kolegów z ZMP?
                        Mogę to porównać tylko z reakcją Melchiora Wańkowicza, który, już jako bardzo
                        stary człowiek, wysiadł z samochodu przed Związkiem Literatów na Krakowskim
                        Przedmieściu i natknął się na następująca scenę:
                        W Warszawie była kiedyś akcja "Stolica w kwiatach". Pojawiły się na chodnikach
                        kwietniki z różami i mimo że postawione przez komunistów, były ładne i
                        kolorowe. Dodawały temu smutnemu miastu trochę radości. Stały również przed
                        domem Związku. I szło dwóch pijanych młodych lumpów, bez żadnego powodu kopiąc
                        i przewracając po drodze te kwietniki. Przechodnie udawali, że tego nie widzą.
                        Wańkowicz, oparty na lasce, patrzył na nich nieruchomy, z napięciem uczonego
                        obserwującego zachowanie robaka, larwy czy bakterii na szkiełku pod
                        mikroskopem.
                        Chciał zrozumieć nowe czasy. Jak to stary człowiek.
                        O - odciskanie. Gwiazdy odciskają w betonie. Ręce, stopy, pośladki. Tak powinno
                        być… Czym kto się wydrapał na szczyt gwiazdorstwa… to odciska.
                        - A gdzie "Aleja Udręczonych Widzów"? - ktoś mnie zapytał.
                        - Krytykujemy, bo nie "odciskaliśmy"… - mówi znana aktorka, ale nie zaproszona
                        do Między-zdrojów.
                        Odciskał też Bohdan Łazuka.
                        Urodził się w Lublinie i mieszkał tam z Mieczysławem Czechowiczem na tej samej
                        ulicy: Hugo Kołłątaja. Bohdan często przyjeżdżał do rodzinnego miasta jako
                        student. Gdy wracał do Warszawy z Lublina, popularny już Mieczysław Czechowicz,
                        znany z pamiętnych ról w Kabarecie Starszych Panów, za każdym razem pytał
                        Łazukę:
                        - No i co, Boguś? Ciągle jeszcze jest tam ta ulica Kołłątaja, a nie Mieczysława
                        Czechowicza?
                        Nie doczekał się "odciskania".
                        Łazuka dożył. W zdrowiu, dobrym humorze, z pamięcią do nazwisk znanych postaci
                        z każdej dziedziny: politycznej, sportowej, artystycznej, gastronomicznej… Jest
                        kopalnią zabawnych anegdot ze swoich występów, podróży i małżeństw.
                        Kiedy przeglądałem stare zdjęcia sprzed lat, odkryłem kilka fotografii ze ślubu
                        Łazuki z aktorką Barbarą Wrzesińską. W otoczeniu bardzo młodych ludzi, takich
                        ja: Morgenstern, Jahoda, Kydryński, Kalina Jędrusik, ja… stoi też dziecinnie
                        młody Łazuka.
                        Kilka kolejnych ślubów gwiazdora uszło mojej uwagi, ale ten zapamiętałem może
                        dlatego, że w podróż poślubną wybraliśmy się razem. To znaczy do tej samej
                        miejscowości. Do Juraty.
                        Tam młody żonkoś tak był elegancki i wytworny, że kiedy Andrzej Łapicki
                        przedstawiał go swemu ojcu jako młodego, utalentowanego aktora, ten z przejęcia
                        pocałował starszego pana w rękę. Ojciec Andrzeja, Borys Łapicki, przyjął to
                        spokojnie.

                        Bohdan wraca z "odciskania" w Międzyzdrojach. Opowiada, że nie wyszedł w
                        spektaklu Kamienica, bo się zasiedział w barze…
                        Wpada stary Szurmiej, który reżyserował, wymyślił ten spektakl i grał w nim:
                        - Jak mogłeś, Bohdan?! Ty, uczeń wielkiego Zel-werowicza? Co by powiedział twój
                        profesor na to, że nie wyszedłeś na scenę?!
                        - A czy ty wiesz, co by powiedział wielki Zelwerowicz, gdyby zobaczył, że
                        wyszedłem na scenę nietrzeźwy?
                        Kiedy pewnego dnia stanęliśmy przy wejściu do Hali Ludowej we Wrocławiu i przed
                        nami roztoczył się ogrom tej rzeczywiście gigantycznej hali, zdolnej pomieścić
                        kilka tysięcy ludzi, Bohdan powiedział:
                        - Tylko dwóch miało tu komplet widzów: ja i Goebbels.
                        I to była prawda.
                        Goebbels w czterdziestym piątym albo czwartym, w czasie wojny i… Bohdan Łazuka,
                        w latach sześćdziesiątych, kiedy u szczytu powodzenia królował na estradzie
                        jako piosenkarz. Był świetny.
                        Należy mu się odcisk w betonie.
                        J.Gruza
                        • anka125 Bardzo mi się to podoba 22.02.06, 10:58
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=37266953
                        • gabidd Re: Starość i Bohdan Łazuka 22.02.06, 14:36
                          Może za śpiewanie powinien mieć odcisk w betonie ale za chamstwo i wulgarne
                          odzywanie sie do ludzi powinien mieć jęzor zatopiony w betonie
                          • wikul Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 18:32
                            Uwielbiałem słuchać, jak różnymi głosami Zdzisław Maklakiewicz, wśród gwaru
                            spotkań klubowych w SPATiF-ie, improwizował sceny z życia intymnego. Zawsze
                            było coś tam z jego własnej biografii i wiele literackiej fikcji.
                            Noc. Dziewczyna i on w pokoju warszawskiego mieszkania. Obok śpią rodzice.
                            Młodzi szepczą.
                            - Zdzisiu, weź tę rękę… Idź już! Juutrooo - mówiła, przeciągając sylaby -
                            spotkamy się w kawiarni Danusia. Pa!
                            - Dobrze, dobrze… Już idę. Pa! Pa!
                            Cmok.
                            Cmok.
                            - Zdzisiek, weź tę rękę! Juutrooo - znów tak samo wolno - spotkamy się w
                            kawiarni Danusia, to porozmawiamy.
                            - Dobrze, już dobrze… No, pa…!
                            - Pa!
                            - Pa!
                            - Weź tę rękę! Zdzisiek!
                            - Dobrze, już dobrze.
                            - Zdzisiek! Nie rozbieraj się! Rodzice śpią obok… Wszystko słyszą. Juutrooo…
                            spotkamy się w kawiarni Danusia i tam porozmawiamy.
                            - No, dobrze… Pa!
                            - Pa! Zdzisiek! Rodzice wszystko słyszą! Weź to! Co to jest?! Zdzisiek!!! - I
                            łagodny szept: - Tylko uważaj.
                            Przygnębiony kolega z Narodowego, blady cień człowieka, na próbie skarży się
                            Maklakiewiczowi, że ma trudności z kobietami. Przedwczesny wytrysk. Ejaculatio
                            precox.
                            - Słuchaj, jest na to dla aktorów świetna rada. W trakcie stosunku recytujesz
                            sobie w myślach jakiś monolog, wiersz… Co znasz najlepiej?
                            Chwila zastanowienia.
                            - Pana Tadeusza, "Litwo! Ojczyzno moja…".
                            - O, świetnie! To spróbuj - mówi Maklakiewicz.
                            Następnego dnia kolega przychodzi na próbę rozpromieniony i podniecony.
                            - Zdzisiu, bomba! Zacząłem od inwokacji "Litwo! Ojczyzno moja!" i wspaniale mi
                            szło. Żona zachwycona. Dojechałem, mówię ci, spory kawałek, bo do "Gdzie
                            bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem
                            dzięcielina pała…", aż tu stanąłem na słowie "dzięcielina". Przez chwilę
                            zastanowiłem się, czy "dziecielina" czy "dzięcielina". I… poszło!
                            - O, jak mi przykro.
                            - Jutro wezmę od "Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek…". Bez tej
                            pieprzonej "dzięcieliny" ze dwie księgi wykonam. Zobaczysz! Żona już się
                            cieszy.
                            J.Gruza
                            • gabidd Re: Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 19:23
                              wikul musze Cie poznac osobiście i ucałować gębulę
                              • wikul Re: Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 20:25
                                gabidd napisała:

                                > wikul musze Cie poznac osobiście i ucałować gębulę


                                Kolejny raz mnie rozczulasz. Pozdrawiam nieustająco i odwzajemnam czułosci.
                                • wikul "Markiz" 22.02.06, 20:29
                                  Wchodzę do księgarni naprzeciwko uniwersytetu. Rozbudowała się, zrobili w
                                  piwnicy specjalny dział: albumy, sztuka, wspomnienia. Na samym końcu leżą
                                  smutno biografie. Każdy pisze. Mało kto chce czytać.
                                  Z okładek uśmiechają się twarze popularnych aktorów, piosenkarzy, gwiazd
                                  estrady, filmu. Książki cienkie, grube, grubsze i w kilku tomach, jak o
                                  Wajdzie. Na niskiej półce leży Kobiela. Uśmiecha się do sufitu. Książeczka
                                  nieduża, złożona głównie z listów do żony. Odkładam. Czuję się trochę tak,
                                  jakbym miał go podpatrywać przez dziurkę od klucza.
                                  Bogumił Kobiela.
                                  Powiedział nam kiedyś: "Muszę rzadziej wyjeżdżać, a częściej przyjeżdżać…".
                                  Gdyby mógł jeszcze raz przyjechać.
                                  Nie mogę o nim pisać wspomnienia pośmiertnego. Nic bardziej od niego nie kłóci
                                  się z tym złowieszczym słowem. Pełen życia, kochający wszystko, co naturalne,
                                  pełne. Wesoły, dowcipny, lubiący dobrze zjeść, biesiadować w dobrym
                                  towarzystwie.
                                  "Markiz"! Kobiela kiedyś myślał o stworzeniu takiej postaci - trochę zagubionej
                                  w życiu, niezdarnej, ale uwielbiającej całą fizyczność tego świata. Żarłok,
                                  pechowy kobieciarz, globtroter, ale jadący zawsze nie tam, dokąd zamierzał.
                                  Temat do żartów dla ludzi sprytnych, sprawnych, zawsze wiedzących, co, kiedy i
                                  dlaczego.
                                  Dlaczego "Markiz"?
                                  Na jakiejś kolacji, gdy dosyć głośno wybierał łyżką zupę z talerza, nagle
                                  zapadła żenująca cisza. Słychać było tylko jego siorbanie i zgrzytanie łyżką po
                                  talerzu. Wtedy Bobek powiedział nieoczekiwanie:
                                  - Taak?! A czy wy wiecie, że mnie w szkole nazywano Markizem? Jeszcze do dziś
                                  żyją ludzie, którzy wołają za mną: "Markiz"! "Markiz!". I dopiero się odwracam.
                                  Wybuchnęliśmy śmiechem. Nie mogło być większego kontrastu. Wówczas zaczął
                                  improwizować i wymyślać życie "Markiza". Przygody, cechy charakteru, śmieszne
                                  przejęzyczenia, romanse…
                                  "Markiz" był według niego niezręczny, o wszystko zawadzał i wszystko
                                  przewracał, do tego stopnia niezręczny, że udało mu się przewrócić na
                                  stałe "wańkę-wstańkę". Kiedy "Markiz" podróżował po Jugosławii, patrzył w niebo
                                  i orientował się po gwiazdach… Wielkiej Śliwowicy… Przedstawiał się pani w
                                  etoli: "Eto ja, eto la…". Uwielbiał romanse w pociągu. Ekscytowało go to, że za
                                  chwilę może wejść konduktor z sakramentalnym: "Proszę bilety do
                                  kontroli!". "Markiz" prawdopodobnie miał w swojej garderobie kostium kolejarza
                                  i czasami przebierał się za konduktora, i to on wchodził nieoczekiwanie do
                                  przedziału. "Markiz" miał trudności z precyzją słowa, zwykł mówić: "Minius,
                                  poza kontekstem… konstantem, gęść albo gąś". Źle słyszał: "Jaki Zdzisiek?".
                                  Mówię, że dzisiaj. "Aha!".
                                  Chciał opracować całą teorię "markizmu". Obawiał się, że może powstać
                                  również "antymarkizm". "Markiz" - postać całkowicie fikcyjna, wymyślona od
                                  początku do końca, nierealna, którą w rzeczywistości był… mój serdeczny
                                  przyjaciel.
                                  J.Gruza
                                  • gabidd Re: "Markiz" 22.02.06, 22:14
                                    Uwielbiałam Kobielę .Zezowate szczęście a najbardziej na żywo w programie
                                    STS "Poznajmy się".
                                    • wikul Amsterdam 22.02.06, 22:34
                                      Festiwal etiud szkół filmowych z całego świata. Z reżyserem Jerzym S. ruszamy z
                                      Londynu. Zaproszono go, jako gwiazdę kina europejskiego, na przewodniczącego
                                      jury.
                                      Jest zbyt niecierpliwy, aby oglądać wszystkie te filmy. Ja mam siedzieć i
                                      zdawać mu sprawę. Co pewien czas wpada na salę i pyta:
                                      - Goła d… była?
                                      - Była przed chwilą, szkoda, żeś nie widział…
                                      Siedzi parę minut, ale na ekranie nic się nie dzieje, jakieś nudy. Ledwie
                                      wyszedł do baru, na ekranie golizna, ruja i porubstwo, jak to u studentów,
                                      którzy za pieniądze podatników kręcą, co im strzeli do łba.
                                      Wpada Jurek.
                                      - Goła d… była?
                                      - Była, i to nie jedna. Znów się spóźniłeś.
                                      - Posiedzę chwilę, może będzie.
                                      Kolejne nudziarstwo. Wstaje. Wychodzi.
                                      Na ekranie pojawia się goła d… Nie miał szczęścia przewodniczący.
                                      I tak przez trzy dni.
                                      Przed ogłoszeniem werdyktu idziemy do toalety. Przy wejściu, na posadzce,
                                      siedzi jakaś egzotyczna studentka, trzymając skręta grubego jak cygaro
                                      Churchilla.
                                      - Daj pociągnąć - mówi zawsze żądny nowych wrażeń przewodniczący, który za
                                      chwilę ma odczytać listę nagrodzonych.
                                      Pociąga.
                                      - Good stuff. - Wypuszcza, przefiltrowaną przez płuca, smugę dymu i zwala się
                                      pod umywalkę blady jak ściana. - Vee…ry good stu…ff! - powtarza, lekko się
                                      zacinając.
                                      Uroczyste wręczenie nagród opóźniło się o dwie godziny.
                                      Kilka lat później na telewizyjnym festiwalu Rose d'Or w Montreux już sam
                                      zasiadałem w jury.
                                      Siedziałem po dziesięć godzin dziennie w sali projekcyjnej i ironicznie
                                      komentowałem treść i pomysły oglądanych programów. Do czasu! Do czasu, aż
                                      przyszła kolej na polski program przysłany na konkurs z Warszawy.
                                      Pamiętam, jak Agnieszka Osiecka podczas pobytu w Los Angeles zaobserwowała ze
                                      zdumieniem, że można być jednocześnie inteligentnym i błyskotliwym, zgrabnym i
                                      pięknym, wykształconym i bogatym. U nas zaś, jak ładna - to głupia, jak bogata -
                                      to stara, jak zgrabna - nie śpiewa. Jak śpiewa - to nie mówi, jak mówi z
                                      sensem - to nie wygląda, jak wygląda i mówi - to niesłusznie, jak słusznie - to
                                      się jąka… itd., itd.
                                      Dlaczego gruba śpiewa, a łysy, mimo że młody, zapowiada?
                                      To pytanie zadawali mi po projekcji jurorzy w Montreux. Nie umiałem
                                      odpowiedzieć. Nie ironizowałem już więcej na temat innych programów. Siedziałem
                                      cicho i pokornie. Myślałem, że może chociaż zobaczę jakąś gołą d…
                                      Niestety.
                                      Ale dzisiaj jest nam chyba odrobinę bliżej do pięknych, młodych i
                                      inteligentnych d… na ekranach naszych stacji telewizyjnych. Choć to jeszcze nie
                                      Los Angeles… z bogactwem krucho.
                                      Gwiazdor hollywoodzki Pitt ożenił się z panienką, która bierze prawie milion
                                      dolarów za jeden telewizyjny odcinek półgodzinnego serialu.
                                      J.Gruza
                                      • gabidd Re: Amsterdam 22.02.06, 23:30
                                        i to cała prawda o polskich artystach, teraz juz troszke zacynają mówić ale to
                                        Ci co nie kończą szkoły teatralnej, ttylko tzw amatorzy ktorzy stają się
                                        gwiazdami
                                        • wikul Czterdziestolatek 22.02.06, 23:59
                                          Miał dwie serie, druga dotyczyła okresu transformacji z PRL-u na wczesny
                                          kapitalizm. Nigdy nie miał dobrej prasy, za to dużą popularność wśród widzów.
                                          Po kilkakrotnym oglądaniu ta popularność rosła. Po prostu za jednym "oglądem"
                                          nie wyłapywało się tych wszystkich aluzji i ironicznych point w warunkach
                                          percepcji telewizyjnej.
                                          Powstał z pomysłu, żeby zrobić kabaret dla czterdziestolatków. Prowadzić to
                                          miała Irena Dziedzic, gwiazda telewizyjna pierwszej wielkości. Ale jakoś tak
                                          ten temat przekręcił nam się na serial.
                                          Mieliśmy wówczas z KTT po czterdzieści lat i zaczęliśmy kopiować swoje życie…
                                          Problemy, frustracje, lęki o zdrowie, że gonią nas młodzi, że pora na romans,
                                          że łysiejemy…
                                          Odcinek, w którym minister idzie do homeoterapeutki pani Violi, aby zlikwidować
                                          zakola, jest wzięty z mojego życia.
                                          Pojawiła się w Warszawie tajemnicza pani magister, laborantka - jak się później
                                          okazało - ze Szczecina. Fama poszła po stolicy, że jej balsam działa bardzo
                                          skutecznie na wypadanie włosów. Udałem się tam natychmiast. Szary blok na
                                          Mokotowie, nastrój konspiracji i tajemniczości. Na schodach spotykam znanego
                                          reżysera przemykającego dyskretnie, aby nie być zauważonym. Wchodzimy z żoną do
                                          przedpokoju. Tam już tłok. Pojawia się w drzwiach cudotwórczyni. Jakiś biedny
                                          osobnik spod Warszawy, typ wyleniałego urzędnika, wstaje ze łzami w oczach.
                                          - Pani magister, ja już trzecią butelkę pani eliksiru wcieram i żadnych
                                          rezultatów nie ma. Ciągle łysieję…
                                          - A jak pan wciera mój balsam? Proszę mi pokazać.
                                          Mężczyzna zaczyna pokazywać.
                                          - No, nie! Jak w ten sposób pan wciera, to nie może być żadnych rezultatów.
                                          Chyba mówiłam, że tylko opuszkami palców należy wcierać… Opuszkami…!
                                          Porada była za darmo, tylko za eliksir się płaciło. Szedł jak woda.
                                          - Włosy ludzkie dzielą się na żywe i na martwe - informuje pani magister.
                                          Robi wykład potulnie czekającym na wizytę pacjentom.
                                          - Włos pod mikroskopem jeżeli jest żywy, to jest biały, a jeżeli martwy, to
                                          jest czarny… Pokażę to państwu!
                                          Wyrywa mojej żonie kępkę włosów, wyjątkowo efektownych i zdrowych i udaje się
                                          do stołu z mikroskopem.
                                          - Bardzo przepraszam, ale ja jestem tu tylko dla towarzystwa, to mąż łysieje… -
                                          próbuje protestować żona.
                                          - Nie szkodzi.
                                          Pod mikroskopem ukazał się gruby jak palec, czarny włos. Opanowało nas
                                          przerażenie. Kupiliśmy
                                          kilka butelek eliksiru na zapas. Spaliśmy w turbanach, nasmarowani preparatem
                                          ze Szczecina, przez dwa tygodnie, a gdy zaczęły nam włosy zamiast rosnąć
                                          wypadać, wpadłem na pomysł, aby przynajmniej zrobić z tego odcinek serialu.
                                          Co z tego wynikło, gdy Karwowski namówił ministra do kuracji u pani Violi,
                                          widzieliście państwo na ekranie.
                                          Żona gra tam laborantkę Mariolę.
                                          Włosy ma jeszcze sprzed kuracji.
                                          Gdy postanowiliśmy poradzić się cudotwórczyni, jak zatrzymać wypadanie,
                                          w miejscu gdzie miała gabinet pani Viola, była już inna firma.
                                          J.Gruza
                                          • framberg Re: Czterdziestolatek 23.02.06, 03:37
                                            Bardzo podobał mi się "Czterdziestolatek". Podejrzewałem, że jest tam sporo
                                            osobistych przeżyć członków ekipy filmowej.
                                            Jednak gdy sam przekroczyłem czterdziestkę nie zaobserwowałem u siebie żadnych
                                            dylematów przedstawianych w filmie. Może oni szybciej dojrzewali społecznie,
                                            poważnieli ?
                                            Bardziej pdobała mi się filozofia Hollinga - właściciela knajpy i wielkiego
                                            myśliwego z serialu "Przystanek Alaska" (Northen Expositur). W jednym z
                                            odcinków zniknął, a jego żona twierdziła, że osiągnął półmetek i w związku z
                                            tym zabrał wszystko z czego da się wypędzić bimber (nawet frytki) w góry.
                                            Gdzieś tam siedzi i popijając przyzwyczaja się do myśli, że pół życia minęło.
                                            Doktor Flaichman, który go odnalazł i pomógł w piciu, dowiedział się, że
                                            Holling skończył 60 lat. Podoba mi się Holling ;-)
                                            • gabidd Re: Czterdziestolatek 23.02.06, 10:55
                                              a ja ogladam czterdziestolatka tylko dla Kwiatkowskiej i Kłosowskiego
                                            • wikul Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 21:44
                                              Jak pracował? Ci, co zetknęli się z Kobielą, wiedzą, że najważniejszą częścią
                                              pracy z nim było… podpisanie kontraktu. Miał nieodparty wstręt do podpisywania
                                              umów o pracę na określony termin.
                                              Złośliwi mówili, że na ten sam dzień i na tę samą godzinę miał już trzy inne
                                              umowy. A więc rozmowa:
                                              - Czy zagrałbyś…?
                                              - Zagrałbym…
                                              - Jeszcze nie wiesz, w czym.
                                              - Wszystko jedno, zagrałbym. Kiedy?
                                              Proponuję mu rolę pana Jourdain w Mieszczaninie szlachcicem.
                                              Ustalamy terminy prób, nagrań i wstawiamy to do planu. Zaraz potem okazuje się,
                                              że Bobek wyjeżdża za granicę… Czekamy.
                                              Przyjeżdża.
                                              - Zagrałbyś…?
                                              - Zagrałbym, tylko co?
                                              - To, co wtedy miałeś grać! Pana Jourdain w Mieszczaninie.
                                              - A dobre to?
                                              - Spróbuj przeczytać.
                                              - Długie?
                                              - Skrócę.
                                              - To poczekam. Nie lubię dużo tekstu.
                                              - Bądź spokojny, pan Jourdain prawie nic nie mówi od siebie, tylko powtarza to,
                                              co mówią i robią inni.
                                              - Tylko powtarza? To bardzo interesujące. Takie coś to bym chętnie zagrał.
                                              Zwykle o sprawach "biurowych" rozmawialiśmy z Bobkiem w formie skeczu dla
                                              prowincjonalnej estrady.
                                              Próby czytane, sytuacyjne, a potem pierwsze zetknięcie z dekoracją i kostiumem
                                              (Otto Axer). Bobek uwielbiał się przebierać. Zawodowo i prywatnie.
                                              Co prawda, znałem pewną panią, która uważała, że najlepiej wygląda na plaży
                                              nudystów, niemniej on, gdzie tylko dopadł jakiegoś kapelusza, płaszcza,
                                              wdzianka, szalika, wkładał je na siebie. Stawał przed lustrem i już był kimś
                                              innym: Napoleonem, amantem, pederastą, kucharką, księdzem… W przeciwieństwie do
                                              Zbyszka Cybulskiego, którego bardzo trudno było przebrać, Bobek natychmiast się
                                              zmieniał…
                                              Kiedyś przed jednym z odcinków Wojny domowej, w którym miała występować babcia,
                                              zrobiłem mu zdjęcia próbne do tej roli. Kiedy wszedł do studia już
                                              ucharakteryzowany, w kostiumie starszej pani, wszyscy zbaranieli. Był
                                              najbardziej autentyczną babcią, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu. Po
                                              zdjęciach usiadł, założył nogę na nogę, odsłonił kolano i powiedział
                                              zalotnie: "Babcia, jak była młoda, to też lubiła chodzić na dziewczynki".
                                              Nagrywamy Mieszczanina w studiu. Upał i ciężka praca. Powtarzanie do obłędu… bo
                                              to, bo tamto, ten nie podjechał kamerą, to mikrofon się spóźnił, złamała się
                                              laska i nie ma zlecenia na drugą, trzeba zmyć podłogę, bo źle pokryta farbą…
                                              Ociekające potem twarze aktorów, a tu trzeba być lekkim, świeżym, dowcipnym -
                                              bo to komedia.
                                              - Jaka to ciężka praca, aby na ekranie nie było jej widać… - mówi Bobek.
                                              W przerwie poszliśmy coś zjeść na Puławską. Siadamy na tarasie. Jest niedzielne
                                              popołudnie. Wiele osób zwraca uwagę na popularnych aktorów. Bobek przysuwa
                                              sobie ogrodowe krzesło, które, niezbyt stabilne, przewraca się. Bobek siedzi
                                              tyłkiem na ziemi. Wybuch śmiechu. Wiesio Gołas mówi z poważną miną: "No tak,
                                              każdy sposób dobry, aby zwrócić na siebie uwagę…" Śmiejemy się. "Wańka-
                                              wstańka".
                                              Następnego dnia po pogrzebie Kobieli, który zginął w wypadku samochodowym,
                                              otrzymuję w wycinkach prasowych notkę z "Głosu Koszalińskiego": Przy pół
                                              czarnej z Bogumiłem Kobielą - plany i zamierzenia. "Skończyłem właśnie pracę
                                              nad rolą pana Jourdain w przedstawieniu Mieszczanin szlachcicem, które ukaże
                                              się…".
                                              Nigdy go nie zobaczył. Przedstawienie-pogro-
                                              bowiec.
                                              J.Gruza
                                              • ania1022 Re: Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 22:00
                                                Wniosek? To co masz zrobic jutro zrob dzisiaj!
                                              • gabidd Re: Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 23:59
                                                szkoda że tego nie zobaczył bo spektakl swietny a Kobiela grał świetnie jedna z
                                                jego najlepszych ról
                                                • wikul A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawałków 24.02.06, 00:10
                                                  ...tych wspomnień, zatytułowany "Pech"

                                                  Po kilku dniach samotnych wędrówek po Moskwie spotykam dyrektora z MKiS -
                                                  wielkiego specjalistę od spraw męsko-damskich byłego Związku Radzieckiego.
                                                  Proszę go o jakieś kontakty, zbliża się pora wyjazdu, chciałbym gdzieś iść,
                                                  spędzić chwilę w miłym towarzystwie, krótko mówiąc, czy ma coś na składzie
                                                  (miał trzy żony Rosjanki).
                                                  - Oczywiście, rozumiem. Już się robi… Kochany, proszę bardzo… Potrzebny
                                                  człowiek do towarzystwa na dzisiejszy wieczór. Wsio paniatno!
                                                  Otwiera olbrzymią księgę adresów, podniszczoną na rogach, wyślinioną i wytartą
                                                  od częstego używania, chyba od czasów bitwy w obronie Moskwy przed hordami
                                                  Hitlera.
                                                  Nakręca numer telefonu.
                                                  - Ałło…! Zdrastwujtie. Gawarit Rzechowski. Da, Rzechowski… Andriej
                                                  Andriejewicz. Sonia doma? Nie rozumiem. Aha… uszła. Tak. Spasiba. Do swidanija.
                                                  Odwiesza słuchawkę, przewraca kartkę swojej erotycznej encyklopedii.
                                                  - Wyszła trzy miesiące temu i do tej pory nie wróciła. Ale mam tu coś lepszego.
                                                  - Dawaj!
                                                  - Ałło…! Zdrastwujtie. Gawarit Rzechowski. Olga doma? Szto? Aha. Spasiba.
                                                  Do mnie:
                                                  - Na odwykówce. Chlała jak smok… Ałło…! Zdrastwujtie… Gawarit Rzechowski. Szto
                                                  wy…? Kak tak można? To jebał was pies!
                                                  Do mnie:
                                                  - O, widzisz, kultura…?! Chwileczkę, o tu coś mam kulturalnego…
                                                  Nakręca numer.
                                                  - Ałło…! Gawarit Rzechowski. Zdrastwujtie! Kak zdarowie? Nu charaszo. Natalia
                                                  doma? Szto? Sidit w tiurmie?! Aha. Tri goda. Żałko. Wsiewo charoszewo!
                                                  Do mnie:
                                                  - Pech, dostała trzy lata. Ale spokojna głowa. Zadzwonimy do kogoś, kto jest
                                                  inteligentny, dowcipny, lubi wypić i nie boi się przyjść w nocy do hotelu.
                                                  - Kobieta? - upewniam się na wszelki wypadek.
                                                  - Seksbomba! Dzwonię do niej tylko z wielkiej do ciebie sympatii, bo sam bym
                                                  chętnie do niej zadzwonił.
                                                  - Dzwońcie Rzechowski, dzwońcie, bo wydaje mi się, że to jest mój typ kobiety.
                                                  Seksbomba, inteligentna, dowcipna, lubi wypić i nie boi się przyjść w nocy do
                                                  hotelu.
                                                  - Do tego aktorka! - dorzuca z błyskiem w oku Rzechowski.
                                                  - O kurczę, będę ci wdzięczny do końca życia. Dzwoń!
                                                  - Ałło…! Gawarit Rzechowski… Zdrastwujtie! Wsio charaszo? Priekrasno! Margerita
                                                  doma? Super!
                                                  Do mnie:
                                                  - Jest w domu, ale chora. Szto słucziłos?
                                                  Do mnie:
                                                  - Złamała nogę.
                                                  - Jedną? - pytam z nadzieją w głosie.
                                                  - Niestety dwie.
                                                  - O cholera!
                                                  - Leży w łóżku i ma dwie nogi w gipsie - przekazuje Rzechowski hiobową wieść.
                                                  - Zapytaj, jak ma założony ten gips, przed kolana czy powyżej?
                                                  Pamiętam jedną taką, która z nogą w gipsie stała na St. Denis w Paryżu i miała
                                                  olbrzymie powodzenie. Wszyscy chcieli się podpisać na tym gipsie po stosunku.
                                                  - Poniżej - informuje Rzechowski.
                                                  - Dobra. Powiedz, że zaraz przyjeżdżamy.
                                                  - Aleś ty napalony.
                                                  - Nie napalony, tylko wkurzony na te twoje znajome. Jedna na odwykówce, druga w
                                                  tiurmie, ta, która lubi wypić i nie boi się przyjść do hotelu, w ogóle nie może
                                                  chodzić. Wołaj taksówkę! Szampanskoje będzie okej?
                                                  - Absolutnie.
                                                  Kupujemy dwie butelki szampana i jedziemy.
                                                  Dalekie nowe osiedle, bloki. Odrapana winda. Otwiera nam matka, wita ojciec,
                                                  brat wychodzi z drugiego pokoju, ona leży na łóżku z nogami w gipsie od stóp do
                                                  kolan. Rzeczywiście sympatyczna i inteligentna dziewczyna.
                                                  Spędzamy bardzo miły wieczór z całą rodziną, ojciec był znanym profesorem, sama
                                                  rosyjska serdeczność i gościnność. Wracamy późną nocą do centrum. W taksówce
                                                  Rzechowski opowiada, czego się dowiedział od dziewczyny. Zabiegała długo o
                                                  pozwolenie na granie w polskim filmie. Wreszcie trafiła się dla niej główna
                                                  rola u Petelskich w Jarzębinie czerwonej. Przyjechała do Polski, pierwsza noc
                                                  przed zdjęciami, ekipa zgotowała jej powitanie. Zainteresował się nią aktor
                                                  Andrzej K. Zaprosił ją do pokoju i długo rozmawiali "po duszam".
                                                  Nad ranem do tego samego filmu przyjechała żona Andrzeja K. Kiedy weszła nagle
                                                  do pokoju, biedna radziecka aktorka wyskoczyła przez okno i chociaż pokój był
                                                  na parterze, to nieszczęśliwie trafiła w jakiś cementowy dół i złamała obie
                                                  nogi. Rano miała zacząć pracę w filmie. Odjechała następnego dnia do Moskwy.
                                                  Nie bała się "pójść do hotelu", ale panicznie bała się żon, zwłaszcza gdy była
                                                  niekompletnie ubrana.
                                                  Wysiadamy na placu Czerwonym przed mauzoleum Lenina. Pogodna noc. Aby mnie
                                                  pocieszyć, Rzechowski opowiada historię swego romansu z czasów objazdu Kraju
                                                  Rad z zespołem artystów z Polski.
                                                  Jak wiadomo, do radzieckiego hotelu nie mógł wejść nikt bez pozwolenia
                                                  kierownika recepcji, a porządku na piętrach zawsze pilnowała tak zwana etażaja.
                                                  Pracownica wiadomych służb. Setki anegdot na ten temat opowiadali artyści
                                                  koncertujący na tym terenie.
                                                  Rzechowski razem ze znanym wówczas parodystą, Bolesławem Gromnickim, jeździł w
                                                  trasie przez trzy miesiące. Byli spragnieni towarzystwa kobiet jak kania dżdżu.
                                                  Po trzech miesiącach było im już wszystko jedno. Zaprosili do hotelu dwie
                                                  sprzedawczynie z pobliskiego sklepu. A że czujna "etażaja" strzegła moralności
                                                  gości hotelowych jak wściekły pies, musieli przebrać te dziewczyny za mężczyzn,
                                                  nakładając im kapelusze, doklejając wąsy, ubierając je w garnitury i dając im
                                                  służbowe teczki do rąk.
                                                  Tak szczęśliwie przeprowadzili je do pokoju.
                                                  Tu sklepowe przyrządziły koktajl zapoznawczy, palcem wciskając do butelki
                                                  czystej wódki kawałki czekolady i robiąc w ten sposób wytworny trunek, godny
                                                  artystów z Polski.
                                                  Nie rozcharakteryzowały się, bo musiały też bezpiecznie wyjść z hotelu… jako
                                                  mężczyźni.
                                                  Pierwszy postanowił być Rzechowski. Gromnicki, dyskretnie, z drugą ekspedientką
                                                  udali się na balkon, aby nie krępować tamtych. Kiedy pobyt na balkonie zaczynał
                                                  się niepokojąco przedłużać, Gromnicki zajrzał do pokoju i zbaraniał.
                                                  Korpulentny Rzechowski nagi, ale w dziwnym turbanie na głowie, w erotycznym
                                                  zwarciu z kobietą z wąsami, nagą od dołu, za to w marynarce i krawacie…
                                                  Wszystko inne w porządku, ale co znaczy ten turban?
                                                  Co się okazało: napalony Rzechowski w trakcie intensywnej gry miłosnej zwalił
                                                  się pod stół, uderzył głową o blat, spłynął krwią i, aby nie tracić okazji do
                                                  rozwijania tak drobiazgowo przygotowanej akcji, owinął krwawiącą głowę
                                                  ręcznikiem i kontynuował ruchy kopulacyjne aż do skutku.
                                                  Nie pocieszyła mnie zbytnio ta historia. Wróciłem markotny do hotelu, za
                                                  ostatnie "dieńgi" kupiłem od "etażnej" szampana i znalazłem się sam w pustym,
                                                  smutnym pokoju.
                                                  Otworzyłem zbyt gwałtownie butelkę i cała zawartość wypłynęła wielkim gejzerem,
                                                  zalewając mi ubranie, pościel, papiery, twarz.
                                                  Na dnie nie zostało nawet kropli.
                                                  Pech.
                                                  J.Gruza
                                                  • gabidd Re: A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawał 24.02.06, 12:07
                                                    to tak jak w filmie ze Stuhrem
                                                  • jowitta17 Re: A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawał 24.02.06, 16:02
                                                    a nie samo życie? ,ale się uśmiałam
                                                  • wikul Klub Aktora SPATiF 24.02.06, 19:09
                                                    Klub Aktora SPATiF był przede wszystkim miejscem prawdziwej integracji tak
                                                    zwanego środowiska. Wszystkich ze wszystkimi.
                                                    Pomieszanie zawodów, wieku, płci i statusu socjalnego. Obok Ważyka czy Wohla
                                                    mógł w Klubie siedzieć przypadkowo zaproszony gość z innej zupełnie parafii.
                                                    Ale nie przy tym samym stoliku!
                                                    Stolik stanowił, tak jak u zwierząt, własne terytorium. Musiało być pozwolenie,
                                                    żeby ktoś obcy lub nienależący do grupy mógł się dosiąść. Janusz nienawidził
                                                    pijaków. Sam wypijał trzy czwarte litra dziennie, ale nie widziano go pijanego.
                                                    Wieczorem był tłum. Krzesło można było pożyczyć, zabrać lub dostawić. Pewnego
                                                    razu, w oczekiwaniu na kelnerkę, gdy siedziałem z Kobielami w głównej sali,
                                                    podszedł jakiś elegancko ubrany pan, ukłonił się z grzeczną prośbą, jak
                                                    zrozumieliśmy, o wolne krzesło. Kiedy Bobek przyzwalająco skinął głową, że nie
                                                    ma nic przeciwko temu… pan ten uniósł nam sprzed nosa cały stolik i oddalił się
                                                    do drugiej sali.
                                                    Zostaliśmy jak idioci. Siedzieliśmy na kanapie wśród krzeseł bez stolika. Na
                                                    szczęście Gosia Kobielowa była w bardzo krótkiej spódnicy i mogła zaprezentować
                                                    opalone uda, co spotkało się z życzliwym przyjęciem siedzących naprzeciwko
                                                    panów.
                                                    Nie sposób opisać Klubu Aktora w tamtych czasach. Na to trzeba by poświęcić
                                                    kilka tomów. Był wyjątkowy. W Nowym Jorku podobny charakter miały Russian Tea
                                                    Room na Czterdziestej Siódmej Ulicy, ale bardziej Elaine przy Drugiej Alei.
                                                    Prowadziła go jakby rodzona siostra Ireny Szymańskiej z dawnego "Czytelnika",
                                                    wszystko o wszystkich wiedziała i rozsadzała gości według własnego uznania,
                                                    przewidując z góry, co z tego wyniknie. Kiedy przed wielu laty wszedłem tam z
                                                    Elżbietą Czyżewską i dowiedziała się, że jestem z Warszawy, zapytała:
                                                    - Co się stało? Podobno SPATiF zamknięty?
                                                    Był taki krótki okres zamknięcia Klubu pod pozorem remontu. Głównie jednak
                                                    chodziło o zlikwidowanie tego siedliska plotek, pijaństwa, żartów z władzy, rui
                                                    i porubstwa.
                                                    W Elaine Ela Czyżewska królowała - słowiańskim wdziękiem i warszawską
                                                    inteligencją, a później już tylko liczbą wypitych drinków i wypalonych
                                                    papierosów.
                                                    Amerykańska Irena Szymańska posadziła nas z Artem Buchwaldem, potem dosiadł się
                                                    Norman Mailer ze swoją przyszłą żoną. Rozmawialiśmy z Buchwaldem o jego sztuce,
                                                    którą właśnie tłumaczyła Mira Michałowska, był zdziwiony, że czytam jego
                                                    felietony w "New Harald Tribune". Tam za żelazną kurtyną? Czy to możliwe?
                                                    Możliwe.
                                                    A w SPATiF-ie możliwe było wszystko. I śmierć profesora Wnuka w klubowej
                                                    toalecie, i dyskusja Konrada Swinarskiego z Friedrichem Dürrenmattem, i
                                                    pierwsze spotkanie kochanków, i okrzyk Prutkowskiego w 1968 roku: "Niech żyje
                                                    odżydzone Wojsko Polskie!", gdy wszedł na salę jeden z "moczarowców" w
                                                    mundurze, i pożyczka dowolnej sumy pieniędzy od dwóch sławnych szatniarzy
                                                    Franka i Adasia, i Słonimskiego riposta jakiemuś natrętowi: "Na wymianie myśli
                                                    zawsze tracę". I ostatnia setka z upadkiem pod stolik.
                                                    "Jest Warszawa, po prostu jeeeest…" - śpiewała podstarzała i wyszminkowana
                                                    piosenkarka, unosząc w górę spódnicę przed stolikiem, gdzie siedział Dürrenmatt
                                                    ze Swinarskim - pokazując dessous. Szwajcarski dramaturg zastygł z kieliszkiem
                                                    w ręku.
                                                    Fellini by to docenił.
                                                    J.Gruza
                                                  • del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:04
                                                    Pani w szkole pyta Jasia:

                                                    - Powiedz mi kto to był: Mickiewicz, Słowacki, Norwid?

                                                    - Nie wiem. A czy pani, wie kto to był Zyga, Chudy i Kazek?

                                                    - Nie wiem - odpowiada zdziwiona nauczycielka.

                                                    - To co mnie pani swoja banda straszy?
                                                  • del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:11
                                                    Przychodzi baba do lekarza

                                                    A lekarz jaka wielka dupa!!

                                                    Baba podchodzi i wali go w twarz

                                                    Następnego dnia baba idzie do drugiego lekarza

                                                    A on jaka wielka dupa

                                                    Baba znów uderza lekarza w twarz

                                                    Dwaj lekarza rozmawiają ze sobą i postanowil powiadomic trzeciego lekarza ze
                                                    gdy przyjdzie

                                                    do niego baba to niech nie mówi jaka wielka dupa bo ona wtedy uderza wtwarz.

                                                    Gdy baba przysla do lekarza to on

                                                    Jaka ........

                                                    Jakie małe cycuszki!!!

                                                    A baba mówi: Panie doktorze ja wlasnie w tej sprawie.

                                                    Co mam zrobic mówi baba zeby miec wieksze cycuszki.

                                                    A lakarz : Próbowala pani przecierac papierem toaletowym między nimi

                                                    A baba : Czy to pomoze?

                                                    A lekarz na to : DUPIE POMOGŁO!!

                                                  • del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:13
                                                    Niedźwiedź, król lasu zakazał srania ze względu na smród w całym lesie. Kara za
                                                    nie przestrzeganie tego zarządzienia miało być wywalawnie z lasu.

                                                    Zajączek chodził po lesie:

                                                    - Qrcze, ale mi się chce srać - i skupczył się pod drzewem, nagle usłyszał, że
                                                    idzie niedźwiedż.

                                                    - I co teraz?! Wiem wezmę to w ręce!- i tak zrobił.

                                                    - Zając co tam masz?

                                                    -Motylka

                                                    -Pokaż

                                                    Zając otworzył ręce

                                                    - O skubaniec! Ale nawalił!
                                                  • del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:29
                                                    Cala sprawa dzieje sie w górach. Turysta przychodzi do baru, siada przy
                                                    barze i pyta:
                                                    - "Barman, co polecisz do picia?"
                                                    Barman - "Ano, panocku drink Góra cy"
                                                    Turysta - "Jak to 'góra cy'?!"
                                                    Barman - "Widzi pan, bierzemy sklanecke wina...no dwie...góra cy i wlewamy
                                                    do garnka. Pozniej bierzemy sklanecke piwa....no dwie....góra cy i wlewamy
                                                    do tego samego garnka. Nastepnie sklanecke wódecki...dwie...no góra cy i
                                                    wlewamy to tegoz samego garnecka. Na koniec bierzemy sklanecke
                                                    koniacku....no dwie... góra cy i wlewamy do garnka. Garnek stawiamy na
                                                    ogniu i miesajac gzejemy cas jakiz. Pózniej nalewamy i pijemy
                                                    sklanecke....dwie...no góra cy. Po wypiciu wstajemy...robimy
                                                    krocek....dwa...no góra cy


                                                    Bardzo się z tego usmiałam:)))
                                                  • wikul Historyja o Zmartwychstaniu Pańskim 24.02.06, 22:21
                                                    W czasie obiadu w Klubie Aktora stara aktorka rzuca nieoczekiwanie widelcem w
                                                    jednego z kolegów.
                                                    Na szczęście nie trafia.
                                                    Musiała go znać, zanim stał się popularny wśród szerokiej publiczności przez
                                                    swoje role w filmach. Jej to się nigdy nie udało. Może to była nienawiść i
                                                    zazdrość o powodzenie, a może odrzucona kiedyś miłość. On już też niemłody, o
                                                    niskim, buczącym, charakterystycznym głosie.
                                                    Była przy tym incydencie Zosia Czerwińska. Pytam o powód takiej determinacji…
                                                    Nie wie.
                                                    Opowiada mi za to pewną historię o tym aktorze.
                                                    Otóż Teatr Narodowy pojechał do Francji do Teatru Narodów. Po jednym ze
                                                    spektakli nasz aktor postanawia "pójść w Polskę"… w Paryżu.
                                                    Usiadł sobie w kawiarni na bulwarze St. Michel. Światła, neony, samochody,
                                                    barwny tłum płynie mu przed oczyma. Czuje się wspaniale. Polski spektakl
                                                    poszedł z oklaskami, aktorzy byli wielokrotnie wywoływani. Sukces! I ten Paryż!
                                                    Taki piękny wieczorem.
                                                    Siedzi dziesięć, piętnaście minut, pół godziny, chciał do kogoś zagadać,
                                                    podzielić się szczęściem, tak jakby to można było zrobić w SPATiF-ie w
                                                    Warszawie. Wypił już trochę po spektaklu w garderobie, a teraz zamówił piwko.
                                                    Rozgląda się. Obok siedzi Murzyn. Stoliki zawsze ciasno obok siebie.
                                                    Kapitalizm. Aktor jeszcze nie wiedział, że tu nie ma nic za darmo. Wszystko ma
                                                    swoją cenę. Nawet towarzystwo.
                                                    - Garçon, biere, encore une fois!
                                                    Chciał się zakolegować z sąsiadem, więc pyta po "europejsku", to znaczy
                                                    mieszając różne języki, byleby obce:
                                                    - Vodka, biere, wollen Sie drink?
                                                    - A, oui, merci…
                                                    - Garçon, deux vodka, zimna.
                                                    - Et bičre? - pyta kelner.
                                                    - Oui, i piwo! Deux vodka and bičre.
                                                    Do Murzyna, który uśmiecha się uprzejmie:
                                                    - Je suis acteur! - przedstawia się nasz bohater. - Polish.
                                                    - O, ?tes vous acteur? Fantastique!
                                                    - Théâtre National.
                                                    - O, oui…
                                                    - From Warschau…
                                                    - Ooo, Varsovie?! Fantastique!
                                                    - Oui, Varsovie… zburzona, ale już odbudowana. Stare Miasto beautiful.
                                                    Kelner przyniósł piwo i dwie wódki.
                                                    Wypijają.
                                                    - Na zdrowie!
                                                    Murzyn powtarza.
                                                    - Na zeedroowie…
                                                    Jak każdy Polak za granicą, aktor uczy go przez pół godziny, jak wymawiać po
                                                    polsku "na zdrowie".
                                                    - Garçon, encore une fois. Zwei vodka und zwei Bier!
                                                    Wypili.
                                                    - Mon Directeur is monsieur Kazimierz Dejmek? Connaissez vous Dejmek?
                                                    Chwila zastanowienia w przekrwionych białkach Murzyna.
                                                    - O! Monsieur Dejmek? Bien sur Dejmek! Super! - Murzyn pije za "free", więc
                                                    stara się być uprzejmy.
                                                    - O kurwa, zna Dejmka! Garçon, give us une bouteille szampana. Russisch…! Co,
                                                    nie ma…? A, prawda, to Paryż. Daj tego francuskiego erzatza! Tylko schnell.
                                                    Paryż, noc… kolorowy tłum. Murzyn zna Dejmka, jest bosko!
                                                    - Ich spiele Hauptrolle w Historyi o Zmartwychwstaniu Pańskim. Verstehen Sie?
                                                    Murzynowi jest już wszystko jedno. Murzyńska głowa to nie to co polska.
                                                    - Aaa! - udaje, że rozumie, o co chodzi. - L`histoire Zmatystania - próbuje
                                                    powtórzyć. - Je connais l`histoire trčs bien.
                                                    Uczenie przez następne pół godziny, jak wymawiać po polsku "historyja o
                                                    Zmartwychwstaniu Pańskim".
                                                    Kelner leje szampana.
                                                    Piją…
                                                    Polskiego aktora rozpiera duma. Przypadkowy Francuz, nawet czarny, a zna
                                                    Dejmka, Historyję… Co za kulturalne miasto!
                                                    - Bruderszaft!
                                                    Zawijają się rękami, całują.
                                                    Znów drink.
                                                    - You know what? I introduce you to my friends. Chodźmy! Garçon, rachunek,
                                                    bitte!
                                                    Płaci, rzuca suty napiwek i wychodzą. Jest już dobrze po drugiej. Raz się jest
                                                    w Paryżu! Hotelik, w pokoju śpi trzech kolegów, budzi ich.
                                                    - Chłopaki, wstawajcie! Gdzie wódka? Przedstawiam wam mojego znajomego z
                                                    Paryża, zna Dejmka! Bardzo mu się spodobała Historyja… Stasiu, nalej mu
                                                    gorzały, bo wart tego. A ty, Kaziu, poczęstuj go polską kiełbasą. Niech
                                                    spróbuje!
                                                    I tu dochodzimy do sedna sprawy. Nic za darmo! W SPATiF-ie można było się i
                                                    napić za darmo, i opowiedzieć swoje życie za darmo, wypłakać się za darmo,
                                                    wyśmiać kolegę, postawić wódkę, kolację bez konsekwencji i zobowiązań. Tu nie!
                                                    Coś za coś.
                                                    Murzyn chce się spłacić. Pił przez całą noc na koszt obcego mu człowieka, więc
                                                    się rozbiera i kładzie do jedynego wolnego łóżka.
                                                    Zapada krępująca pauza. Aktor nagle rozumie, że to jest jakieś gigantyczne
                                                    nieporozumienie.
                                                    - A dalejże mi jazda, wstrętna cioto! To ja ci o Dejmku, o "Zmartwychwstaniu
                                                    Pańskim", o Historyji, a ty mi gołą czarną dupę wypinasz…! Precz!
                                                    Zaskoczony Murzyn nic z tego nie rozumie, ubiera się i wychodzi.
                                                    Dlaczego ktoś obcy przez pół nocy stawiał mu piwo, wódkę, szampana? Opowiadał
                                                    mu jakieś historie, wreszcie zaciągnął go do hotelu… i nic od niego nie chce?
                                                    Nigdy nie był w SPATiF-ie. Chodziło się tam, aby być "person to person"
                                                    albo "person i kieliszek", ale najczęściej, żeby podzielić się sukcesem lub
                                                    klęską: zawodową, osobistą, polityczną.
                                                    Nie wymienię nazwiska tego aktora, mimo że Janusz Minkiewicz, gdy ktoś
                                                    opowiadał jakąś plotkę czy anegdotę bez podania nazwiska obgadywanego,
                                                    natychmiast przerywał:
                                                    - Nazwisko! O kim mówisz? Bez nazwisk nieważne!
                                                    J.Gruza
                                                  • wikul Wizyta przyjaźni 25.02.06, 21:54
                                                    Na Kubę leci delegacja Radiokomitetu. Biorą przy okazji dyrektora festiwalu w
                                                    Sopocie i mnie jako reżysera.
                                                    Pierwszy etap - Madryt. Wizyta w telewizji hiszpańskiej, gdzie mamy wielu
                                                    przyjaciół. Hiszpanie w ciemnych garniturach, nienaganni w olśniewających od
                                                    białości koszulach i wysmakownych kolorystycznie krawatach, a ja w dżinsach i
                                                    szarej koszulce polo. W Locie zginęły mi bagaże. Przez pomyłkę wysłano je do
                                                    Genewy.
                                                    Wieczorem kolacja, podczas której nieoczekiwanie dyrektor festiwalu sopockiego,
                                                    Leszek Sikorski, po kilku kieliszkach tequili, oznajmia, że ma cały
                                                    Radiokomitet w dupie, gdyż to są sprzedawczyki i komuniści.
                                                    - To dlaczego nie powiedziałeś nam tego przed wyjazdem?
                                                    - Bo byście mnie nie zabrali - odpowiada z podziwu godną szczerością.
                                                    I ma rację.
                                                    Odnalazły się moje bagaże. Lecimy ruskim samolotem na Kubę. Modlę się, aby
                                                    wylądować szczęśliwie. "Towarzysze" najwięcej wypadków mieli na Kubie przy
                                                    lądowaniu w Hawanie.
                                                    Upał. Hotel. Dawny właściciel, Frank Sinatra, wyposażył go we wszystko.
                                                    Klimatyzacja działa kulawo, obstawa na każdym piętrze, tak jak w Rosji, ale nad
                                                    tym krajem, mimo komunistycznego reżimu, unosi się jakiś erotyzm.
                                                    Dzwoni telefon. Jakaś kobieta łamaną angielszczyzną proponuje mi wywiad do
                                                    gazety. Naiwnie wierząc, że jestem tu znany, schodzę do holu. Wita się ze mną
                                                    młoda, cycata "mulata". Chce przeprowadzić wywiad na plaży w krzakach. Odmawiam
                                                    w strachu przed legendarnym kubańskim syfem.
                                                    W kolejce do restauracji zagaduje mnie jakaś kobieta z dziesięcioletnią
                                                    dziewczynką.
                                                    - Czy nie zechciałby pan uczyć mnie i córkę angielskiego?
                                                    Dopiero w pokoju zorientowałem się, o co im chodzi…
                                                    - Precz!
                                                    Wychodzą.
                                                    Oficjalna delegacja coś załatwia, a my z wrogiem komunizmu, Leszkiem Sikorskim,
                                                    żyjemy trochę na uboczu. Oglądamy kilka propozycji na Sopot. Leszek jest
                                                    spokojny, opalamy się, zwiedzamy.
                                                    Wielkie wrażenie robi na mnie miejsce, w którym mieszkał Ernest Hemingway. Jego
                                                    willa, basen, cień palm i pokój ze starą maszyną do pisania.
                                                    Ze wzgórka, na którym stoi ten dom, na horyzoncie widać błękit morza i sylwetki
                                                    palm. Oprowadzający pokazuje nam drewniane łóżko przy basenie, na którym
                                                    Hemingway przeważnie leżał i pił. Nad ranem dwóch służących, razem z tym
                                                    łóżkiem, niosło go do sypialni.
                                                    Nie ma chyba pisarza, który by dla naszego pokolenia więcej znaczył.
                                                    W głowie tłukły mi się takie słowa jak: brutalność, poezja, męska słabość, wola
                                                    przetrwania, nałóg, charakter, miłość, śmierć.
                                                    Hemingway był dla nas czymś w rodzaju źródła krystalicznej wody na pustyni. I
                                                    to drewniane łóżko, na którym go co noc wynoszono nieprzytomnego od alkoholu.
                                                    Hłasko, Maklak, Himilsbach, Grochowiak i tylu innych mogłoby na nim leżeć.
                                                    Tymczasem "delegacja", w czarnych garniturach, wizytuje kubańskiego prezesa
                                                    bratniego Radiokomitetu. My z Leszkiem Sikorskim czekamy przed budynkiem. Widzę
                                                    zbliżającą się bardzo zabawną postać, dziewczynę z krótko obciętymi włosami, w
                                                    kusej spódniczce, na nogach rozklepane, białe niegdyś tenisówki - Masina!
                                                    Wesołe oczka, uśmiechnięta, dokładna kopia Masiny Felliniego. Rozmawiam z nią
                                                    chwilę, kalecząc hiszpański, trochę po włosku, trochę po angielsku.
                                                    Z budynku wychodzi delegacja namaszczona wizytą u prezesa, bodajże kuzyna
                                                    Castro. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale przedstawiam kubańską Masinę
                                                    jako znaną spikerkę telewizji, taką ichnią Irenę Dziedzic. Delegacja pokornie
                                                    pochyla się i kolejno całuje dziewczynę w rękę. Przedstawiam po
                                                    kolei "czarnogarniturowców", wymieniając ich funkcje.
                                                    - Oo, delegacion oficial… - ucieszyła się dziewczyna i zalotnie podniosła
                                                    krótką spódniczkę, pokazując wypukłą cipę w czerwonych majtkach.
                                                    - Ty dasz mi te słoneczne okulary i możesz sobie tu włożyć - zaproponowała na
                                                    migi Masina sekretarzowi polskiego Radiokomitetu, w okularach kupionych w
                                                    Peweksie na lotnisku Okęcie. Ten zbaraniał.
                                                    Długo tłumaczyłem się, że to pomyłka, bo kiedyś oglądając w telewizji ich
                                                    program, widziałem kogoś podobnego. Wtedy po raz ostatni wyjechałem w delegację
                                                    służbową za granicę.
                                                    Sami już wybierali gwiazdy do Sopotu.
                                                    J.Gruza
                                                  • gabidd Re: Wizyta przyjaźni 25.02.06, 23:40
                                                    Bardzo fajne wspomnienia.
                                                  • wikul Re: Wizyta przyjaźni 25.02.06, 23:53
                                                    Już myślałem ze tu nie zaglądasz. Spodobało ci sie zachowanie Kubanki ?
                                                    Pzdr.
                                                  • wikul Jaskółka Morska 25.02.06, 23:58
                                                    Knokke to mała miejscowość nadmorska w Belgii. Rodzaj Sopotu. Odbywał się tu
                                                    festiwal programów telewizyjnych, które były transmitowane na żywo z sali
                                                    miejscowego kasyna. Walka w silnej konkurencji europejskich stacji
                                                    telewizyjnych o Złotą Jaskółkę Morską.
                                                    Do Knokke przywożę zespół Józefa Skrzeka i Teatr Pantomimy z Lublina, z którymi
                                                    zrealizowałem specjalny program na ten konkurs. Choreograf Jurek Leszczyński
                                                    oparł cały pomysł na malarstwie Jacka Malczewskiego
                                                    Ćwiczymy w Polsce. Jadę pierwszy do Knokke, zespół ma przyjechać pociągiem
                                                    relacji Moskwa-Warszawa-Bruksela-Paryż.
                                                    Zespół jest młody. Aby miał się nim kto opiekować w czasie podróży, angażuję
                                                    profesjonalnego organizatora imprez zagranicznych z PAGART-u. Czekam na zespół
                                                    z dziesięcioma wynajętymi taksówkami na dworcu kolejowym, zajeżdża pociąg,
                                                    otwierają się drzwi sypialnego wagonu, pierwszy wypada z nich pijany w sztok
                                                    organizator, a za nim cały zespół w stanie kompletnego upojenia.
                                                    Zdobywamy pierwszą nagrodę. Odstawiając BBC i inne renomowane telewizje na
                                                    dalsze miejsca. Widzowie i jurorzy byli zachwyceni świeżością pomysłu, młodymi
                                                    wykonawcami i ideą oparcia widowiska telewizyjnego na malarstwie. Ożywienia
                                                    surrealistycznych wizji malarza w rytm improwizowanej muzyki Józka Skrzeka.
                                                    Pieniądze z nagrody chce nam zabrać Radiokomitet. Na szczęście wybucha
                                                    Solidarność. Nie oddajemy.
                                                    Z tymi samymi młodymi artystami z Lublina zrealizowałem następny balet pt. Buty
                                                    van Gogha. Znów dostaliśmy nagrodę, tym razem w Karlovych Varach. Boję się, że
                                                    dzisiaj na to nie byłoby miejsca w "ramówce" polskiej telewizji. Balet ten był
                                                    oparty na Bolerze Ravela, które trwa tylko siedemnaście minut. Jak to wstawić w
                                                    program?
                                                    Grupa ludzi, jakby flamandzkich górników i ich kobiet, w butach ze znanego
                                                    obrazu van Gogha, wdrapuje się na hałdę stale osypującego się węgla. Grzęzną
                                                    w nim, walczą, próbują się ratować, giną pod czarną masą, znów wynurzają się,
                                                    umierają zasypywani…
                                                    Wszystko w rytmie Bolera…
                                                    Kręciliśmy ten program na warszawskim Żeraniu, długo czekając na świeży
                                                    transport węgla, wreszcie hałda usypana, dyrekcja na chwilę wstrzymała
                                                    ogrzewanie miasta. Takie było zrozumienie dla sztuki baletowej wśród
                                                    elektrociepłowników w owe czasy!
                                                    Zobaczył ktoś ten program, na jakimś pokazie za granicą, i Jerzy Leszczyński
                                                    dostał propozycję do Stanów. Robić coś czy realizować… Nie wiem, jakie były
                                                    jego dalsze losy… ale praca z tą grupą młodych ludzi z tak zwanej prowincji
                                                    była dla mnie największą przyjemnością i satysfakcją. Pracowitość, energia,
                                                    talent. Później zderzyłem się z czymś podobnym w Teatrze Muzycznym w Gdyni.
                                                    Prowincjonalność jest w nas i nie ma to nic wspólnego z tym, gdzie mieszkamy.
                                                    A najczęściej znajdujemy ją w stolicy.
                                                    J.Gruza
                                                  • gabidd Re: Wizyta przyjaźni 26.02.06, 00:24
                                                    wikulku zagladam tylko wczoraj była na forum ostra wymiana zdań i zdaję sie że
                                                    panie jakos nie zrozumiały moich intencji i jakos tak smutno.
                                                  • wikul Miami Beach 26.02.06, 01:42
                                                    Wicegubernator stanu Floryda chce się pokazać wyborcom jako polityk o szerokich
                                                    horyzontach. Zaprasza delegację z Gdańska: miasta-symbolu, miasta-kolebki
                                                    Solidarności. Wymyśla numer z siostrzanymi miastami: Gdańsk-Miami Beach. "Twins
                                                    Sisters".
                                                    Dlaczego o tym wspominam? Bo otrzymałem wspaniałą lekcję wykorzystania
                                                    telewizji w kampanii wyborczej.
                                                    - Musicie przywieźć też coś z kultury! - żąda nasz gospodarz.
                                                    Wybór pada na Skrzypka na dachu. Nasze władze kombinują tak: starzy Żydzi
                                                    spędzają na Florydzie życie w luksusowych hotelach, a pamiętają jeszcze
                                                    wschodnie tereny Europy i mogliby być wspaniałymi widzami tego spektaklu.
                                                    I klasa, i honor, i dowód, że antysemityzm należy w Polsce do przeszłości.
                                                    Gdańsk prezentuje Żydom amerykańskim, dogorywającym w tropikalnym
                                                    Miami, "Gdybym był bogaczem…"! Tu przecież umarł Isaak Bashevis Singer.
                                                    Dobrze myślą.
                                                    Lecimy.
                                                    Jestem w delegacji jako reżyser i dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni. Mam
                                                    w "tym temacie" najwięcej do powiedzenia. Jest z nami również moja była "żona"
                                                    z Cannes, czyli Wojtek Korzeniowski, ale teraz z zupełnie innego klucza.
                                                    Powitanie, konferencje, spotkania, omawianie warunków przyjazdu teatru na
                                                    Florydę. Tymczasem wszystko się sypie ze względu na to, że agencja William
                                                    Morris nie chce dać licencji na granie naszego spektaklu w USA. Planują remake
                                                    z Chaimem Topolem w roli Tewje, na Broadwayu.
                                                    Rodzą się naiwne pomysły, że zamiast Skrzypka można by przy pomocy jednego z
                                                    braci Grocholskich, który był naszym tłumaczem, założyć tam sklep z gdańską
                                                    biżuterią bursztynową. Okazało się, że są już trzy. I nie mogą nic sprzedać.
                                                    Grocholski chodzi z nami wszędzie z córką, piękną dziewczyną, która biła na
                                                    głowę naszą lokalną miss Ziemi Gdańskiej, mimo że ta zasiadała do śniadania,
                                                    obiadu i kolacji przepasana szarfą z napisem "Miss".
                                                    Tymczasem w Miami wicegubernator Florydy daje mi błyskawiczną lekcję robienia
                                                    publicity przed kamerami telewizyjnymi w stylu amerykańskim.
                                                    W ułamku sekundy aranżuje sytuację, jak to my i on podziwiamy Miami. Obejmuje
                                                    naszego wojewodę, klepie kordialnie po plecach, całuje w policzek towarzyszącą
                                                    nam miss, mnie sadza pod palmami przy szachownicy, że niby gram jakąś partię z
                                                    miejscowym mistrzem, odwiedzamy fabrykę cygar, gdzie podziwiamy gołe uda
                                                    kobiet, na których zwijają te cygara.
                                                    Palimy! Pijemy! Smakujemy! Witamy! Żegnamy…! My z nim, a on z nami…!
                                                    To wszystko oglądam potem w miejscowej prasie lokalnej i w TV i rozumiem, że
                                                    gubernator robi sobie kampanię wyborczą przy okazji Solidarności, Wałęsy i
                                                    Gdańska.
                                                    Mimo iż wykazałem się brakiem talentu w pokazywaniu się reporterom telewizji,
                                                    gubernator polubił mnie do tego stopnia, że gdy cała delegacja leciała na Key
                                                    West, gdzie miała się odbyć jakaś manifestacja solidarności z Kubańczykami,
                                                    zaprosił mnie do swego prywatnego samolotu.
                                                    - Jerry, I like you so much, be my guest.
                                                    Wszyscy już bezpiecznie w policyjnych helikopterach, a ja z gubernatorem i jego
                                                    sekretarką z tyłu na siedzeniach mercedesa, w tłumie samochodów, prujemy na
                                                    prywatne lotnisko.
                                                    - Panie gubernatorze, pan będzie sam pilotował? - pytam trochę zaniepokojony.
                                                    - Oczywiście.
                                                    - O, kurczę…!!
                                                    - A ty będziesz moim kopilotem - klepie mnie w ramię.
                                                    - Ja?!!
                                                    - Sure.
                                                    Spociłem się ze strachu.
                                                    Mechanik, który wyprowadzał samolot z hangaru, z lekko ironicznym uśmiechem
                                                    obserwuje poczynania gubernatora. Wyobrażałem sobie wszystko co najgorsze.
                                                    Gubernator lata niezbyt często, jest zmęczony po całodziennej harówce, przed
                                                    chwilą prowadził w popołudniowym ruchu samochód, nosi okulary z grubymi
                                                    szkłami, jest przypuszczalnie "niedzielnym" pilotem.
                                                    Widzę już komunikaty w czarnych obwódkach, w tej samej prasie, co nas tak
                                                    entuzjastycznie opisywała.
                                                    Sekretarka sadowi się z tyłu, ja obok gubernatora, który wręcza mi książkę Jak
                                                    pilotować cessnę model 520 i każe głośno czytać.
                                                    - Punkt pierwszy: sprawdzić, czy są zamknięte drzwi.
                                                    Sprawdzamy.
                                                    - Punkt drugi: zapiąć pasy.
                                                    Zapięte.
                                                    I tak dalej, i tak dalej… Nie wiem do dzisiaj, do czego była potrzebna szpilka
                                                    pożyczona od sekretarki gubernatora, aby uruchomić silnik.
                                                    Startujemy.
                                                    Drżącym głosem odczytuję dalsze instrukcje.
                                                    O dziwo, unosimy się w powietrze nad terenami, które po latach obserwuję w
                                                    telewizji, kiedy amerykański samolot pasażerski utonął w bagnach okalających to
                                                    lotnisko. Ekipy ratownicze nie trafiły na najmniejszy ślad samolotu, z trzystu
                                                    pasażerami na pokładzie, w gąszczach pełnych krokodyli i jadowitych węży. A
                                                    nasza mała ces-sna…?
                                                    Ale lecimy, lecimy… Coraz śmielej odczytuję kolejne akapity instrukcji. Pod
                                                    nami już morze i coraz mniejsze wyspy atolu Key West, gdzieś niedaleko majaczy
                                                    Kuba, za plecami zachodzące słońce. Dowcipkujemy. Siedząca z tyłu sekretarka
                                                    przypala gubernatorowi papierosa. Nie wspominam, że byłem kiedyś na Kubie, ale
                                                    i tak na pewno o tym wiedzą z wizy w paszporcie. Nie ma się czym chwalić… na
                                                    tym terenie.
                                                    Gubernator mówi, że tam, gdzie lecimy, odbędzie się manifestacja antykubańska,
                                                    będzie przemawiał on i nasz wojewoda w sprawie solidarności Gdańska z ludem
                                                    kubańskim, a w domyśle zrobi to dobrze gubernatorowi przy wyborach, gdyż Miami
                                                    jest zapchane uciekinierami z Kuby.
                                                    Znów jestem wplątany w jakieś polityczne gry, z którymi niewiele mam wspólnego.
                                                    Na razie modlę się, żeby szczęśliwie wylądować po ciemku, bo już zapadła
                                                    gwałtownie tropikalna noc.
                                                    Gubernator każe mi otworzyć książkę i czytać rozdział pt. "Lądowanie".
                                                    Przypierdalamy podwoziem o betonowy pas lotniska.
                                                    Wśród kolorowych lamp nad basenem otoczonym palmami odbywa się wiec. Przemawia
                                                    gubernator i nasz wojewoda. W tym czasie moja była "żona" - Wojtek i ja pływamy
                                                    w basenie i pijemy rum z coca-colą.
                                                    Rano odsuwam zasłony i widzę żywą, kiczowatą pocztówkę: morze, niebieska
                                                    farbka, palmy i wesoło pływające w wodzie delfiny.
                                                    Wychodzimy po śniadaniu na basen, gdzie pracownicy w hotelowych kombinezonach
                                                    ustawiają białe leżaki.
                                                    Nagle gwałtownie przerywają pracę.
                                                    - To panowie Polacy?
                                                    - Tak.
                                                    - I tu mieszkacie? W takim drogim hotelu?!
                                                    - Tak.
                                                    - O, kurwa!
                                                    Robimy wspólne zdjęcie. Odlatujemy policyjnym helikopterem do Miami. Samolot
                                                    gubernatora ma pęknięte podwozie.
                                                    Na szczęście.
                                                    J.Gruza
                                                  • gabidd Re: Miami Beach 26.02.06, 10:05
                                                    Nie pamiętam , ale chyba w jakimś filmie Gruza wykorzystał ten fragment o
                                                    telewizji...
                                                  • dama-kanaliowa Re: do wikul i osob z Gdyni 26.02.06, 12:11
                                                    Czy teatr muzyczny dalej w "formie" i czy pan Gruza jest jego szefem? Skrzypek
                                                    na dachu goscinnie w PKiN to bylo "cos", czego sie nie zapomina. Niestety
                                                    zapomnialam w ktorym roku to bylo. Widzowie siedzieli na schodach w
                                                    przejsciach...
                                                  • wikul Re: do wikul i osob z Gdyni 26.02.06, 18:37
                                                    dama-kanaliowa napisała:

                                                    > Czy teatr muzyczny dalej w "formie" i czy pan Gruza jest jego szefem?
                                                    Skrzypek
                                                    > na dachu goscinnie w PKiN to bylo "cos", czego sie nie zapomina. Niestety
                                                    > zapomnialam w ktorym roku to bylo. Widzowie siedzieli na schodach w
                                                    > przejsciach...


                                                    Byłem w zeszłym roku w Gdyni. Teatr Muzyczny istnieje i ma sie podobno dobrze
                                                    ale Jerzy Gruza od dawna nim nie kieruje.
                                                    Pzdr.
                                                  • kryzar z Gdyni dla Damy 26.02.06, 19:56
                                                    krótko o teatrze
                                                    >TEATR MUZYCZNY W GDYNI IM.DANUTY BADUSZKOWEJ
                                                    - jedna z najlepszych placówek tego typu w kraju, kulturalna wizytówka Gdyni.
                                                    Swoją działalność rozpoczął 18 maja 1958 r. spektaklem operetkowym Bal w
                                                    Operze. Animatorką, dyrektorką, reżyserką i dobrym duchem Teatru była Danuta
                                                    Baduszkowa. Od 1979 r. teatr prowadzi swą działalność w nowym budynku,
                                                    dysponującym drugą co do wielkości sceną w Polsce. Lata 80-te, to okres
                                                    panowania Jerzego Gruzy. Od 1995 roku dyrektorem naczelnym i artystycznym
                                                    teatru jest Maciej Korwin.

                                                    DOROBEK TEATRU
                                                    W ciągu ponad 40 lat istnienia teatr przygotował 225 premier: musicali,
                                                    operetek, bajek dla dzieci, koncertów i spektakli kameralnych. Wśród nich
                                                    największą popularnością cieszyły się: Skrzypek na dachu ,Les Miserables,
                                                    Drugie wejście smoka, West Side Story, Evita, Szachy i Scrooge. <
    • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 26.02.06, 17:20
      www.teatry.art.pl/portrety/michnikowski/liryzmh.htm
      Ciekawa stronka o wspaniałym aktorze:))
      • del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 26.02.06, 17:35
        ww6.tvp.pl/1891,20050725228631.strona
        O muzyce,kulturze,sylwetki itd.
        • del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:52
          I ZAGADKA

          Rzucasz się na nią gwałtownie. Nic z tego! Znów się wymyka! Doganiasz,
          zaciskasz palce na wyżywających, śliskich krągłościach, unieruchamiasz... Tak,
          za chwilę będzie Twoja...
          Nie, nadal walczy, broni się, kaleczy Ci kciuki, drapie przeguby...
          Klniesz ,ale nie rezygnujesz. Ona musi zrozumieć, że nie ma szans. Po
          rozpaczliwej szarpaninie przygniatasz ją ciężarem ciała i sięgasz po nóż. Na
          jego widok kapituluje, leży potulna i gotowa na wszystko. Jest Twoja. Przez
          chwilę napawasz się zwycięstwem, a potem rżniesz, rżniesz, rzniesz... Możesz
          być z siebie dumny. Otwarcie puszki ruskich szprotek zajęło Ci tylko
          dwadzieścia minut! Smacznego.


          • del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:53
            II ZAGADKA

            Jest duża, podłużna i bardzo delikatna. Wyczuj palcem najwrażliwszy punkt, po
            czym ostrożnie spenetruj wejście. Powoli, bez pośpiechu, choć tak bardzo
            chciałbyś już dostać się do środka... Sięgnij paznokciem jak najdalej, jak
            najgłębiej! Gdy poczujesz opór, przerwij na chwilę. Daj odpocząć materii,
            której dotykasz. Już wiesz, od czego zacząć... Wyprostuj palce i jednym ruchem
            rozerwij kleistą przeszkodę. Trudno, musisz być brutalny. Użyj siły! Pokonaj
            opór! Serce wali Ci jak oszalałe, masz miękkie nogi, trzęsą Ci się ręce...
            Dajesz upust swej furii. Brawo! Rozerwałeś kopertę z rachunkiem za telefon!
            • del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:54
              III ZAGADKA

              Oto ona. Czeka. Prowokuje do działania. Teraz wszystko zależy od Ciebie. Zegnij
              ciało w pałąk i ugnij kolana. Obejmij ją mocno z obu stron. Podwiń nogi i wsuń
              się w wolną przestrzeń pod nią. Przylgnij do niej udami. Nie rozluźniając
              uścisku, wykonaj kilka płynnych, posuwistych ruchów. Wepchnij się głębiej.
              Teraz przytul ją mocno do piersi. Przesuń się nieco w prawo. I jeszcze trochę.
              Dobrze! Naprzyj całym ciałem. Masz ją na wprost - zimną, nieustępliwą... Nie
              przejmuj się! Jesteś panem sytuacji. Jeszcze tylko kilka intensywnych ruchów
              i... możesz sobie pogratulować!
              Udało Ci się usiąść za kierownicą małego Fiata!

              • wikul Dziękuję del.wa57 za zabawne wzbogacanie wątku... 26.02.06, 18:43
                ...wątka(?)
                • wikul MIDEM 26.02.06, 18:51
                  Muzyczne targi w Cannes. Odbywają się w końcu stycznia. Po odejściu pana
                  Chevry, który cały ten targ płyt, muzyki, wykonawców i kaset wideo wymyślił i
                  prowadził - od nowego szefa, którego poznałem w Paryżu, dostaję osobiste
                  zaproszenie z pokryciem wszystkich kosztów. Przyjeżdża również Wojtek
                  Korzeniowski, który jako organizator festiwalu w Sopocie ma zaangażować jako
                  gwiazdę siostrę Michaela Jacksona - La Toyę.
                  Wojtek nie ma gdzie mieszkać, a ja mam dobry hotel, za który płacą
                  organizatorzy. Niestety, w kwestionariuszu w rubryce "sam czy z żoną",
                  napisałem zgodnie z prawdą "sam".
                  Dzwonię więc do sekretarki dyrektora MIDEM i mówię, że żona nieoczekiwanie
                  przyjechała. Sekretarka do biura organizacyjnego, biuro do recepcji hotelu.
                  Żona, którą jest dwumetrowy chłop, czyli Wojtek Korzeniowski, stoi potulnie w
                  kącie i czeka na decyzje. Hotele w czasie targów nie są tanie, a on ma płacić
                  sam za siebie.
                  - W recepcji hotelu menedżer bierze do ręki paszport Wojtka.
                  - Madame Gruza?
                  - Oui.
                  Rzucił okiem na stojącego obok mnie dwumetrowego blondyna i ani mrugnął.
                  - Bonjour madame!
                  Nie takie rzeczy widywał w Cannes.
                  "Minister Kultury Francji ma zaszczyt zaprosić Madame et Monsieur Gruza…"
                  Dzięki mnie Wojtek, jako moja żona, miał zaproszenie na wszystkie branżowe
                  przyjęcia, promocje i party, a że ma dwa metry wzrostu, na zdjęciach był stale
                  widoczny. A to jak stoi za Jackiem Langiem ministrem kultury Francji, a to za
                  merem, ale najbardziej zauważalny był wtedy, jak stał za Jamesem Brownem, który
                  ma pół metra wzrostu mniej.
                  W całej prasie francuskiej na zdjęciach z Cannes widać było głównie Wojtka. I
                  wreszcie obok La Toi, która pojawiła się w Cannes jak wymalowana kukła
                  sterowana przez korpulentnego faceta, trzymającego gwiazdę pod rękę, który jako
                  właściciel agencji, impresario, a pewnie i kochanek kierował każdym jej gestem
                  i ruchem.
                  Wysiedli z białej limuzyny przed pałacem festiwalowym. On, grubasek w czarnym
                  garniturze z za krótkimi nogawkami, ona w czerwonej, obcisłej sukni. Wojtek
                  stanął zaraz za nimi, więc był tego dnia w całej prasie i we wszystkich
                  dziennikach telewizyjnych. Kiedy wśród błyskających fleszy szliśmy obok nich,
                  nagle towarzysz La Toi rzucił w naszym kierunku po polsku:
                  - Zadzwońcie do mnie do Carltona. Pokój trzydzieści cztery
                  szesnaście. "Trzydzieści" i "szesnaście" było mu ciężko wymówić.
                  Skąd wiedział, że my to my?
                  Okazało się, że kontrakt, który Wojtek podpisał wstępnie z Turkami na La Toyę,
                  był nieważny.
                  Ten, co trzymał ją teraz pod rękę, trzymał też i finanse i decydował o występie
                  gwiazdy.
                  Zresztą marnej.
                  Na terenie muzyki rozrywkowej jak zwykle wypadaliśmy słabo. Za to na MIDEM-
                  classic, gdzie działała Barbara Pietkiewicz - pełny sukces. Tak jest do
                  dzisiaj. Penderecki ostatnio miał tam swojego muzycznego Oscara.
                  Po tygodniu pobytu mam o piętnastej samolot do kraju. Chcę złapać ostatnie
                  promienie słońca na plaży w Cannes. W Polsce słota, śnieg i mróz. Stoję oparty
                  o mur oddzielający mnie od słynnej Croisette. Przede mną błękitne morze. Jakieś
                  dzieci bawią się rzucaniem krążka frisbee. Zamykam oczy i poddaję się łagodnym
                  promieniom słońca. I nagle otrzymuję uderzenie w górną szczękę.
                  Spływam krwią, górna warga puchnie mi do monstrualnych rozmiarów.
                  - Pardon, monsieur - mówi jedno z dzieci i podnosi leżące obok kółko.
                  Jak Papuas, z wargą wielkości banana, wchodzę do samolotu.
                  Zawsze jest jakaś kara. Było za wesoło.
                  J.Gruza
                  • del.wa.57 Re: MIDEM 26.02.06, 19:38
                    Dzięki Wikul,fantastyczna przygoda:))))
                    • wikul Rumuńskie błota 26.02.06, 20:04
                      Stoimy z Konradem Swinarskim oparci o mur w światowym centrum zanieczyszczeń
                      spalinami, róg Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Lato. Dochodzi godzina
                      jedenasta. Praży słońce. Autobusy wyrzucają tony spalin. Wojtek Pszoniak jak
                      zwykle się spóźnia. Konrad spokojny, ja wściekły, liczymy minuty do otwarcia
                      kawiarni Nowy Świat, aby schronić się przed upałem.
                      Wojtek organizuje urlop w Rumunii! Mają być zdrowotne kąpiele błotne, relaks,
                      intelektualne rozważania, seks, słońce - a wszystko półdarmo, bo przez Almatur.
                      Wreszcie zjawia się, spocony, zdyszany, jeszcze z blond włosami do ramion.
                      Dostaje opeer, ale mówi, że jedzie z nami Kotek (reżyser Kotkowski) z Halinką -
                      i będzie bomba. Próbuję skontrować jego optymizm opinią Kuby Morgensterna, że
                      do Rumunii nigdy więcej w życiu…
                      - Zobaczysz, będzie taaak! - unosi kciuk do góry Pszoniak.
                      Po wielu tarapatach lądujemy w Eforii.
                      Kuracja błotna.
                      Piekło, nagie, czarne diabły smażą się w słońcu. Kobiety osobno, mężczyźni
                      osobno, ale już w morzu kąpiemy się razem. I smarujemy błotem od stóp do czubka
                      głowy.
                      - Na włosy też pomaga - mówi Wojtek i nakłada sobie czapkę z błota (wynik:
                      patrz głowa Wojtka Pszoniaka dzisiaj).
                      - I na "te sprawy" też - entuzjastycznie wtrąca jakiś polski kuracjusz.
                      - Ale na co dokładnie?! - pyta Konrad. - Chce się częściej czy raczej zanik
                      popędu?
                      - Częściej! Oczywiście, że częściej! - zaperza się mężczyzna.
                      - To ja to zmywam! - krzyczy Kotek i biegnie w kierunku morza… dyndając
                      murzyńskim członkiem.
                      Halinka woła przez siatkę, że moja żona zemdlała. Przedzieram się przez jakąś
                      dziurę w płocie i przeskakuję przez umazane błotem gołe baby. Podnoszą
                      gwałtowny wrzask. Ciągnę żonę za nogi do wody i zmywam z niej błotną skorupę.
                      Otwiera oczy, zaczyna głęboko oddychać i z trudem odzyskuje przytomność.
                      Nadlatuje samolot, posypuje nas proszkiem odkażającym, bo grozi tam jakaś
                      epidemia. Chowamy się pod wodę.
                      Zaczynamy chorować.
                      Pogotowie po raz pierwszy wzywamy do Wojtka. Błota wyzwoliły kolkę nerkową.
                      Lekarka wyjmuje strzykawkę z igłą o grubości wskazującego palca, prostowaną
                      młotkiem. Igła z pewnością pamięta dziadka ostatniego króla Rumunów.
                      Wojtek, odwrócony tyłkiem do góry, słabym głosem prosi:
                      - Kondziu! Błagam cię! Sprawdź, czy ta strzykawka jest jednorazowego użytku.
                      Wybuchamy śmiechem.
                      - Ist das einmal… strzykawken?
                      - Ja, ja… prima - mówi lekarka i gwałtownym ruchem wbija ostrze igły w tyłek
                      organizatora kuracji błotnych.
                      Ryk bólu.
                      - Kondziu! Co to jest? O Jezu!
                      "Kto was tu skierował? - to najczęściej zadawane pytanie. Eforia i jej błota
                      mogą być zabójcze. - Czy jakiś specjalista?".
                      Patrzyliśmy wtedy w stronę Wojtka, któremu nie było do śmiechu. Ataki kamicy
                      nerkowej pojawiały się coraz częściej. Raz złapało go to w mieście. Ze
                      strasznym bólem zawlókł się na pogotowie. Nie znał wtedy żadnego obcego języka
                      zrozumiałego dla lekarzy. Ale za pomocą sztuki aktorskiej, pantomimy i wyrazu
                      oczu, od czasu do czasu wydając z siebie dzikie jęki, starał się wytłumaczyć
                      bolesną dolegliwość: kamień w przewodach moczowych.
                      Był to majstersztyk aktorski, którego gwiazdor już nigdy nie osiągnął ani w
                      Polsce, ani we Francji. Rumunia była tym krajem, gdzie wzbił się na szczyty.
                      (Cenny szczegół dla przyszłych historyków teatru, filmu i telewizji).
                      Lekarze zrozumieli:
                      - Ktoś pana uderzył kamieniem w nerkę.
                      W biurze turystycznym próbuję załatwić miejsce w samolocie dla chorego, a i sam
                      chętnie bym się stąd wyniósł. Coś się tu czai! Powoli zaczynamy się wszyscy
                      bać. Ale nadprogramowe miejsce w samolocie, w szczycie sezonu turystycznego, to
                      marzenie ściętej głowy.
                      Wpadam na pomysł, że załatwię to przez festiwal w Sopocie i ich biuro podróży.
                      Dzwonimy, żeby choć jedno miejsce dla Wojtka… Czekamy na połączenie w
                      zatłoczonym turystami, przepraszam, handlarzami, biurze.
                      Wojtek, w kolorze topielca wyciągniętego z wody po tygodniu, z grymasem bólu na
                      twarzy, półżywy, siedzi oparty o ścianę. Rozmawiam z biurem podróży w
                      Warszawie. Opisuję tragiczną sytuację, błagam o pomoc. Z kąta, starając się
                      przekrzyczeć gwar rozmów, Wojtek woła dramatycznym głosem:
                      - Powiedz im tam w Polsce, że Moryc z Ziemi obiecanej sika krwią!
                      Pomogło.
                      Brzmiało to jak apel umierającego wieszcza na emigracji, posyłającego narodowi
                      hasło do kolejnego powstania.
                      Przed biurem turystycznym.
                      Autobus załadowany turystami. Pokazuje się przedstawiciel Orbisu. Wręczam mu
                      bilet Wojtka z prośbą o opiekę, bo jest bardzo chory.
                      - A kto to?
                      - Moryc z Ziemi obiecanej. O, tam siedzi! - pokazuję na Wojtka.
                      - O, nie, proszę pana, ja takiego nie wezmę! Nawet jak się nazywa Moryc. A jak
                      mi umrze w samolocie? To co ja zrobię?!
                      Złapałem go za klapy.
                      - To cię zabiję, skurwysynu! Jak nie tu, to znajdę cię w Polsce!!!
                      Po tym wszystkim, co przechodziliśmy na tych wakacjach, taka była we mnie
                      desperacja i siła, że wypicowany elegancik z biura podróży powiedział tylko:
                      - Niech ten Moryc wsiada do autobusu.
                      Nie było to takie proste. Dopiero dziewczyny mu pomogły. Wzięły Wojtka pod
                      pachy, uniosły jak piórko i wsadziły do środka. Jego bagaże miały przylecieć z
                      nami.
                      Autobus ruszył, pomachaliśmy mu przez okno. Halinka nawet pukała w szybę, ale
                      on przestał już reagować
                      A miało być… taaak!!!
                      Prosto z "błot" na festiwal do Teheranu poleciał Konrad Swinarski, legenda
                      polskiego teatru.
                      Jego samolot uległ katastrofie.
                      Nikt nie przeżył.
                      Została legenda.
                      J.Gruza
                      • wikul Z innych Forów. Z f.Kraj poezja zaangażowana 26.02.06, 20:22
                        Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka
                        Czarną sukienkę ma ten koleżka
                        Uczy tłumaczy w radiu "Ma-Ryja"
                        Kto godny chwały a kto wręcz kija
                        Leje na serce miód swoim gościom
                        Do adwersarzy zionie miłością
                        Żyda masona czuje z daleka
                        Wszystko w nich widzi oprócz człowieka

                        Glemp traci nerwy "Rydzyk łobuzie"
                        Tadzio z uśmiechem nadyma buzię
                        Pieronek błaga "Daj na wstrzymanie"
                        To on rozkręca nową kampanię
                        Życiński prosi "Weź odpuść sobie"
                        A Rydzyk "Spadaj! Co zechcę zrobię"

                        Rząd go popiera prezydent chwali
                        Lepper z Giertychem pokłony wali
                        Czuje się bosko jak w siódmym niebie
                        Do Sejmu wchodzi tak jak do siebie
                        A gdy podskoczyć mu ktoś próbuje
                        Armię beretów mobilizuje
                        Ich nie obchodzi co sądzi prasa
                        Że dla Rydzyka Bogiem jest kasa
                        Mohery wielbią swego pasterza
                        Dla nich ważniejszy jest od Papieża
                        • gabidd Re: Z innych Forów. Z f.Kraj poezja zaangażowana 26.02.06, 20:25
                          sama prawda wikulku
                          • wikul Janek Galązka i Rewizor 26.02.06, 20:54
                            W Rewizorze z Tadeuszem Łomnickim miał grać drobną rolę służącego Janek
                            Gałązka. Tadeusz nie znał go. Obsada była wyśmienita: Seniuk, Fronczewski,
                            Szczepkowska, Pszoniak…
                            Powiedziałem Gałązce, że rektor chce z nim przeczytać chociaż jedną scenę, aby
                            wiedzieć, z kim będzie dialogował, a chodziło mi o to, aby potem nie było
                            kwasów, że ktoś nie z "pierwszej ligi" jest w tym doborowym składzie.
                            Janek jeździł wówczas po Polsce z drewnianą lalką, z którą jako brzuchomówca
                            rozmawiał na estradzie, kłócił się i dowcipkował na aktualne tematy. Lalka
                            nazywała się Bartek. Mój obsadowy pomysł był trochę ryzykowny dla tuzów
                            polskiego teatru. Już samo umówienie tych dwóch panów było zadaniem
                            karkołomnym. Jeden rektor, członek KC, wielki aktor, drugi pod koniec życia
                            utrzymujący się z chałtur, brzuchomówca - jeszcze bardziej zajęty.
                            Wreszcie udało się ustalić termin spotkania. Wcisnąłem się między posiedzenie
                            sejmu a zebranie KC na temat sytuacji w przemyśle wydobywczym, gdzie miał być
                            Łomnicki, a Gałązki występ z Bartkiem w Sochaczewie. Ale uparłem się. I się
                            udało.
                            Spotkanie, czy raczej pierwsza próba czytana, miało się odbyć w gabinecie
                            rektorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej przy ulicy Miodowej w
                            Warszawie.
                            Już jak się spotkaliśmy w holu, o umówionej godzinie, zaniepokoiła mnie torba,
                            z którą wkroczył Gałązka. Wystawał z niej drewniany nos Bartka. Zanim zdążyłem
                            zapytać Janka, co to znaczy, on już witał się z Gustawem Holoubkiem, który
                            otoczony rojem podnieconych studentek wygłaszał którąś ze swoich recept na
                            sztukę aktorską. Właśnie skończył wykład.
                            - Panie Gustawie! Witam w klubie jednonerkowców! Wycięli mi nerkę w tym samym
                            szpitalu co panu… I jak? - Gałązka nachylił się konfidencjonalnie do ucha
                            mistrza. - Z sikaniem OK? Mocz w porządku, panie kolego?
                            Gustaw spłonął jak wiśnia. Dziewczyny zamilkły.
                            - Janek! - syknąłem przez zęby. - Natychmiast proszę za mną.
                            - Przepraszam. Gdyby co, to mam takiego zielarza…
                            Pociągnąłem go za rękę, mało mu jej nie wyrwałem.
                            Rektor przyjął nas z tym swoim uśmiechem, w którym nie wiadomo było, czy więcej
                            w nim serdeczności, czy kpiny.
                            Kiedy raz mieliśmy się umówić i ustalić miejsce spotkania, powiedział mi przez
                            telefon:
                            - Jerzy, umówmy się tam, gdzie o tej porze jest dużo ludzi. Chciałbym, żeby jak
                            najwięcej osób widziało, że ciebie znam.
                            A więc wchodzimy do gabinetu, mistrz prowadzi nas tym swoim krokiem powolnym, z
                            jednym ramieniem opadniętym, drugim wyżej, jakoś tak godnie. Jego żona pisze,
                            że Łomnicki zaczął tak chodzić od momentu, gdy został działaczem. Jakoś tak z
                            troską pochylał się nad nami, szaraczkami.
                            Przedstawiam Gałązkę, który rozgląda się niecierpliwie po gabinecie, jakby
                            czegoś gwałtownie potrzebował.
                            - Tadziu, więc pan Gałązka będzie próbował na rolę Wasyla… i dobrze by było,
                            gdybyś usłyszał go i… - nie dokończyłem, bo przerwał mi Janek.
                            - Przepraszam, rektorku, czy można od pana zadzwonić?
                            - Oczywiście. Tylko nie z tego czerwonego.
                            Za biurkiem na stoliku stały różne telefony. Pewnie ten był rządowy.
                            - A który ma wyjście na miasto? A właściwie poza miasto?
                            - Wszystkie - odpowiedział spokojnie rektor.
                            Gałązka zaczyna kręcić jakieś numery. Pokrywam niezręczną sytuację, bełkocząc
                            ogólne uwagi o koncepcji grania Rewizora człowiekowi, który wiedział na ten
                            temat wszystko… Mówiłem coraz głośniej, aby zagłuszyć Janka, który rozmawiał z
                            organizatorem z Sochaczewa.
                            - Panie Stasiu, ja się spóźnię. Bo tu mnie prosi Łomnicki, żebym koniecznie
                            zagrał w Rewizorze. Nie, nie rewizora… tego drugiego. Nieważne. Rewizora grałem
                            w Kielcach, kiedy Tadeusz jeszcze na nocniku równowagę łapał… Będę… - Gałązka
                            patrzy na zegarek - na drugą część imprezy… Co? Jest komplet? To dobrze. Wyjadę
                            za jakieś dziesięć minut stąd, to będę na siódmą… No, na sto procent! Razem z
                            Bartkiem, oczywiście. Cześć!
                            - Kto to jest Bartek? - pyta Łomnicki.
                            Zdesperowany pokazuję na wystającą z torby drewnianą lalkę.
                            - Pan Gałązka jest też brzuchomówcą - wyjaśniam.
                            - O, to ciekawe - zainteresował się rektor.
                            - A więc, panowie, jak słyszeliście, nie mam zbyt wiele czasu… Przeczytam wam,
                            jak ja sobie wyobrażam te scenę z Chlestakowem, i będę leciał.
                            Otwieramy teksty. Janek zaczyna coś bąkać, grać jakimiś chrząknięciami, bo nie
                            pełnymi słowami, ale jest to tak prawdziwe w intonacji, zająknięciach, tak jak
                            się mówi naprawdę w podnieceniu, że Łomnicki słucha i patrzy na Gałązkę w
                            zdumieniu.
                            Ten zamyka tekst, wstaje i sięga po torbę z Bartkiem.
                            - I tak mam to zamiar interpretować. Chcecie panowie, to dobrze, nie, nie będę
                            rozpaczał. A teraz przepraszam, muszę jechać. Mam komplet w Sochaczewie.
                            Pożegnał się i wyszedł.
                            Łomnicki rozłożył ręce i powiedział:
                            - Amerykański aktor!
                            W spektaklu zagrał świetnie. I jeden, i drugi,
                            J.Gruza
    • wikul Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:21
      • Jak wycieracie pupę? IP: *.aster.pl
      Gość: słodkie kurczątko 10.09.04, 16:53 zarchiwizowany
      Z moich obserwacji wynika, że sztuka wycierania pupy może być całkiem
      urozmaicona.
      Adaś Miałczyński podcierał się siedem razy i za każdym razem wyrzucał papier
      do kibla.
      Mój brat szoruje kilka razy jednym kawałkiem, a potem czynność powtarza. [Tak
      przynajmniej to sobie wyobrażam sądząc po odgłosach:) ]
      Ja tam biorę duży kawałek papieru, wycieram pupę raz, patrzę czy papier
      czysty, zginam go i czynność powtarzam. Jak już papieru sięnie da złożyć, to
      biorę nowy kawałek...
      A wy?

      (...)

      • To bardzo ciekawy i fascynujący temat.
      czarny.humor 11.09.04, 20:28 zarchiwizowany

      Ja tę czynność wykonuję w dwojaki sposób, uzależniony od ilości papieru.

      1. Kiedy papieru mam pod dostatkiem, to najpierw odrywam kawałek dł. około 2
      metrowy, składam go, mocno się wypinam, przekładam między nogami, trymając go
      lewą ręką z tyłu, a prawą z przodu, przesuwam papier ruchem posuwisto zwrotnym
      pilnując w skupieniu, aby nie wysunął się z rowka i starannie ocierał o
      właściwe okolice pupki, a jednocześnie nie dotykał swobodnie zwisających jajek.
      Czynność tę powtarzam tyle razy, aż na papierze nie ma śladu zabrudzeń. Ostatni
      nie zabrudzony w widoczny sposób kawałek papieru starannie obwąchuję i jeśli
      trzeba ponownie powtarzam czynność.
      Niestety przy sraczce sposób ten jest dość kłopotliwy i wymagający szczególnego
      skupienia, bo papier szybko przemaka i się rozrywa.

      2. Kiedy zaś (co często mi się zdarza) papieru z rolki zabraknie, wykorzystuję
      zużyty bilet tramwajowy:
      W tym celu składam ów bilet "w czworo", oddzieram złożony narożnik, tak, że po
      rozłożeniu otrzymuję bilet z dziurką w środku.
      Oddarty narożnik odkładam na bok, pomieważ będzie on miał ogromne, żeby nie
      powiedzieć kapitalne znaczenie na końcu wykonywanej czynności podcierania
      tyłka.
      Po rozłożeniu biletu, wkładam palec wskazujący ręki prawej we wspomnianą
      dziurkę, a następnie tymże palcem oczyszczam starannie okolice odbytu. Czynność
      ta może trwać jakiś czas, bo przyjemny kontakt palca z tą częścią ciała
      powoduje, że człowiek się nieraz zapomina.
      W każdym razie po dokładnym oczyszczeniu ujścia przewodu pokarmowego z
      niestrawionych resztek pokarmów, ujmuję mocno lewą dłonią sztywno wyprostowany
      palec i ściągam z niego bilet wraz z całym zabrudzeniem. Bilet wraz z
      zawartością ląduje w klozecie. Teraz przychodzi wreszcie czas na wykorzystanie
      oddartego wcześniej narożnika. Przy jego mianowicie pomocy oczysczam to, co
      zostało za paznokciem.

      Smacznego.
      • del.wa.57 Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:32
        img111.imageshack.us/img111/607/podwkibe3to.jpg
        Okazuje sie ,ze(wycieranie pupy to sztuka):)))))
        Podrzucam kibelki gdyby ktos chciał sie załtwić:))))
      • gabidd Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:44
        ten numer z biletem to dawno temu opowiadano że tak pupkę wycierają w ZSRR
        • wikul Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 22:00
          gabidd napisała:

          > ten numer z biletem to dawno temu opowiadano że tak pupkę wycierają w ZSRR



          Tak, to stary kawał. Nie ogladasz uroczystości zamkniecia Igrzysk ? Właśnie
          śpiewa Bocelli.
          Pzdr.
          • wikul Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 22:24
            Co się stalo że ten wątek znalazł sie na drugiej stronie forum ?
            • gabidd Re: Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 23:33
              nie wiem ja aż tak na sprawach internetowych sie nie znam
            • gabidd Re: Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 23:35
              Seniorum pomyliło sie z Humorum ale dlaczego trzeba zapytać admina
          • gabidd Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 23:32
            słuchałam właśnie co za głos
            • wikul Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 23:39
              gabidd napisała:

              > słuchałam właśnie co za głos



              Juz wiem co sie stało. Z nieznanych mi powodów w okienku "sortuj według daty
              ostatniego listu", przeskoczyło mi samoistnie na "sortuj według daty załozenia
              watku" i wątek znalazł sie na drugiej stronie.
              • wikul Mleczarz 26.02.06, 23:47
                Wczesnym ranem mleczarz zbierał butelki na mleko. Zauważył, że przy
                jednych z drzwi nie ma tak jak zwykle pustej butelki. Puka wiec do drzwi.
                Otwiera mu zaspany facet i podaje butelkę. Mleczarz zamiast zabrać ja
                śmieje się do rozpuku.
                - Co pana tak rozbawiło?
                - Hi, hi, hi... Pierwszy raz widzę faceta w szlafroku zapiętym na dwa
                guziki i jedno jajo.
                • gabidd Re: Mleczarz 27.02.06, 10:20
                  Ty się wikul rozkręcarz
                  • jowitta17 Re:wikul 27.02.06, 12:41
                    wikulku drogi co my byśmy bez Ciebie robiły? -byłoby smutno
                    • wikul Re:wikul 27.02.06, 20:46
                      jowitta17 napisała:

                      > wikulku drogi co my byśmy bez Ciebie robiły? -byłoby smutno



                      Bardzo mi miło. A wiec do dzieła.
                      Pzdr.
                  • wikul Re: Mleczarz 27.02.06, 20:47
                    gabidd napisała:

                    > Ty się wikul rozkręcarz


                    To dobrze czy źle ? Pozdrawiam serdecznie.
                    • wikul Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 20:53
                      To postać nie na krótkie hasło. To życiorys na grubą książkę. Przede wszystkim
                      ożenił się z moją byłą sympatią z czasów szkolnych. I jest z nią do tej pory. A
                      ona sama, Grażynka, to drugi, osobny temat.
                      Dudek jest korpulentnym, sympatycznym facetem o abstrakcyjnym poczuciu humoru.
                      - Gdzie idziemy, co robimy? - pytają zabawowi koledzy. - Wszędzie już byliśmy.
                      - Powoli zaczyna być nie mieć, co robić - mówi Dudek.
                      Napisał muzykę do większości seriali i filmów fabularnych w Polsce: Stawka
                      większa niż życie, czyli Kloss, Janosik, Wojna domowa, Czterdziestolatek,
                      skomponował dziesiątki piosenek, gra na saksofonie do dzisiaj, jeździ na
                      nartach, żegluje, sam nagrywa, pilnuje w ZAiKS-ie pieniędzy dla kolegów. I jest
                      wiecznie uśmiechnięty i pełen optymizmu.
                      Chciałbym go opisać, jego poczucie humoru, sposób widzenia życia od tej
                      komicznej strony, ale nie dam rady. To była moja młodość, beztroska, hałaśliwy
                      śmiech, granie na fortepianie Etiudy rewolucyjnej Szopena przez wałek od
                      otomany, koncerty jazzowe w Warszawie i w domu.
                      Muzyka przeplatała się z polityką i śmiechem.
                      Byliśmy razem w Szkole Filmowej, on uczył się na operatora, ale coraz bardziej
                      zajmował się muzyką. Nawet grałem z nim kiedyś na klarnecie. Podczas wakacji
                      zespół Melomani złapał chałturę w małej miejscowości nadmorskiej. Dobrało się
                      niezłe towarzystwo.
                      Z naszej szkoły: Witek, Dudek i ja jako plażowy fotograf. Przyjechał Komeda do
                      grania na fortepianie, przyjechał, bo kochał się wtedy w pianistce Barbarze
                      Hesse-Bukowskiej, a ona tam ćwiczyła do Konkursu Chopinowskiego, zjechali
                      Tyrmandowie, czyli Leopold i Barbara Hoff… Narzeczona Andrzeja Trzaskowskiego,
                      oczywiście, też przyjechała za nim, z Krakowa… Młoda, wówczas very sexy
                      Krystyna Łubieńska z Wybrzeża… Zrobiło się bardzo interesująco.
                      Niestety, nie dojechał do Melomanów jeden z muzyków. Kontrakt opiewał na
                      sześciu, trzeba kogoś dobrać. Pada na mnie. Że nie gram, nie ma znaczenia, dają
                      mi klarnet bez ustnika i mam tylko markować granie, aby zgadzała się liczba
                      muzyków na estradzie.
                      - Kierownik restauracji jest i tak przez dwadzieścia cztery godziny narąbany
                      jak stodoła po żniwach - uspokaja mnie Dudek.
                      Gram.
                      W drzwiach pojawia się kierownik, zamglonym wzrokiem ogarnia salę, liczy
                      muzyków na estradzie i wraca do siebie.
                      Cały dzień na plaży fotografuję dla zakładu "Foto-fala", a wieczorem gram na
                      klarnecie, to znaczy markuję. Lubiłem fotografować ludzi po raz pierwszy
                      oglądający morze. Zmęczeni, po całonocnej
                      podróży z południowych krańców Polski, prosto z pociągu, w czarnych
                      garniturach, z podwiniętymi nogawkami i butami trzymanymi w ręku, patrzyli
                      zachwyconymi oczyma na bezkresną masę wody.
                      Jeden tylko dał temu odpór i dlatego zapamiętałem go na całe życie.
                      - Myślołem, że jest większe… - powiedział spokojnie i popił zimnej herbaty z
                      butelki owiniętej gazetą.
                      Przyszło mi wtedy na myśl, że zobaczyć morze "większe", to jest praktycznie
                      niemożliwe. Oczywiście, z jego punktu widzenia. Tam, gdzie stał, bose nogi
                      mocząc w wodzie, morze było "największe" dla jego pola obserwacji. Aby zobaczyć
                      je "większe", trzeba by było unieść się w górę, jak ptak albo jak Ikar…
                      Odwieczne żądze ludzkiej natury: wyżej, więcej, dalej, szybciej…
                      Tymczasem w knajpie, siedzący z rodziną blisko estrady, wspaniały klarnecista z
                      Filharmonii Krakowskiej myślał, że ogłuchł po morskiej kąpieli. Widzi, że facet
                      grający na klarnecie wstaje, wykonuje swoją solówkę, a on nie słyszy nawet
                      jednego dźwięku.
                      Przeraził się. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, na czym polega ten
                      numer. Wybuchnął tak gromkim śmiechem, że mu ość stanęła w gardle i mało co się
                      nie zadławił.
                      No tak, ale gdzie się podział Dudek Matuszkiewicz? Zacząłem o nim, a
                      skończyłem…
                      Antoni Słonimski w rozmowie z jakimś literatem długo opowiadał o sobie.
                      - A teraz już dość o mnie, mówmy o panu - zreflektował się po godzinnym
                      monologu. - Co pan sądzi o mojej ostatniej książce?
                      Trudno jest opisać Dudka. Mogę tylko krzyknąć: "Więcej muzyki Matuszkiewicza!".
                      Na ostatnim festiwalu w Gdyni w nominacjach na najlepszą muzykę filmową
                      puszczono trzy filmy ze scenami podpartymi muzyką trzech różnych polskich
                      kompozytorów. Wyglądało, że to jest jeden utwór.
                      "Pitu, pitu…".
                      J.Gruza
                      • melodyn Re: Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 23:02
                        Skad Pan bierze takie fajne wspomnieniowe kawałki. A pamieta Pan jak w
                        Warszaweie odbywały się Dożynki, tych ludzi ktorzy jechali cały dzień
                        autokarami, a póżniej Oni w czarnych garniturach, One w sukienkach ze stilonu
                        chociaz nasze warszawkie dziewczyny chodziły w suti marszczonych, na
                        krochmalonych halkach sukienkach ze zwykłego kretonu. Te przyjezdne dziewczyny
                        dziwiły sie jak to mozna chodzic w perkalu , u nich to do krów w takich
                        sukienkach chodziły. To były czasy.
                        • wikul Re: Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 23:49
                          melodyn napisał:

                          > Skad Pan bierze takie fajne wspomnieniowe kawałki. A pamieta Pan jak w
                          > Warszaweie odbywały się Dożynki, tych ludzi ktorzy jechali cały dzień
                          > autokarami, a póżniej Oni w czarnych garniturach, One w sukienkach ze stilonu
                          > chociaz nasze warszawkie dziewczyny chodziły w suti marszczonych, na
                          > krochmalonych halkach sukienkach ze zwykłego kretonu. Te przyjezdne
                          dziewczyny
                          > dziwiły sie jak to mozna chodzic w perkalu , u nich to do krów w takich
                          > sukienkach chodziły. To były czasy.



                          Pamietam, pamietam, chociaż wtedy jeszcze nie mieszkałem w Warszawie.
                          Pzdr.
                          • wikul Cągnie rezyserów do grania 27.02.06, 23:53
                            Ciągnie reżyserów do grania. Do pokazywania aktorowi, jak ma zagrać.
                            - Oj, bo tak ci zagram…! - zwykle przestrzegają aktorzy natrętnego w
                            popisywaniu się reżysera.
                            Ja też czasami "pokazuję", zwykle w scenach komediowych, ale mój aktor potem
                            nie ma już co grać. Może dlatego, że to są moje własne teksty? I wtedy jest
                            łatwiej.
                            Zaczynałem od Szkoły Filmowej. W sposób pechowy. Razem z Witkiem Sobocińskim,
                            wybitnym polskim operatorem filmowym, graliśmy w etiudzie kolegi Andrzeja
                            Brustmana dwóch muzyków. Ja - angielskiego pianistę, Witek - węgierskiego
                            skrzypka. Witek zresztą z Melomanami grał prawie na wszystkich instrumentach.
                            Film był dźwiękowy, nagrywany po raz pierwszy na kamerze specjalnie do tego
                            przystosowanej, o nazwie "Moskwa". Był to kolos wagi ze sto pięćdziesiąt
                            kilogramów. Kamera "Moskwa" była darem Moskwy od ich studentów dla Łódzkiej
                            Szkoły Filmowej. Przywiózł ją profesor Jakowlew, który miał na czole potężne
                            wgniecenie od kurczowego wpatrywania się w wizjer radzieckiej kamery, w czasie
                            kręcenia jeszcze z Eisensteinem - był klasykiem filmu radzieckiego. Dumny stał
                            obok kamery podczas kręcenia pierwszego ćwiczenia w szkole, nagrywanego z
                            dźwiękiem stuprocentowym… Pech chciał, że student Brustman zapomniał zafiksować
                            urządzenie mocujące kamerę i podszedł do nas, mierząc światło.
                            Z przerażeniem widzę, jak kamera powoli obsuwa się obiektywem w kierunku
                            podłogi studia.
                            Krzyczę przeraźliwie. Nikt nie rozumie, co się dzieje.
                            Pokazuję na obsuwającego się w dół kolosa.
                            Pierwszy zorientował się profesor Jakowlew, desperacko złapał go w pół i tak
                            uratował kamerę "Moskwę" z Moskwy.
                            Mieliśmy kupę szczęścia. Mogło się dla nas wszystkich skończyć kłopotami w UB.
                            Ewidentny sabotaż o podłożu politycznym. I tak byliśmy na widelcu organizacji
                            partyjnej, a ubek dźwiękowiec wzywał mnie co tydzień i straszył wyrzuceniem.
                            Znany dzisiaj reżyser i producent mierzył mi publicznie szerokość spodni,
                            uważając, że ulegam Zachodowi.
                            Skończyło się smutno tylko dla Andrzeja. Następnego dnia, na radzie
                            pedagogicznej szkoły, skreślono go z listy studentów. Profesorowi Jakowlewowi
                            wypadł dysk przy ratowaniu podarku radzieckich kolegów.
                            Po tym debiucie miałem epizod w Pokoleniu Wajdy - esesman ginący na schodach, w
                            pogoni za Janczarem, następnie członek rządu Kierenskiego, uciekający z Pałacu
                            Zimowego, właściciel psa w Czterdziestolatku, operator filmowy w Dzięciole,
                            sąsiad erotoman w miniserialu Gosia i Małgosia, nadawanym w Polsacie podczas
                            finału Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej i zaniechanym ze względu na… "słabą
                            oglądalność". Wreszcie rola portiera Choćko w Tygrysach Europy, po których
                            Linda pogratulował mi: - Byłeś bardzo dobry. Szkoda, że nie grałeś wcześniej.
                            Popatrz na mnie, ja dzisiaj mam wszystko… a ty jesteś jakimś tam reżyserem.
                            Może i ja kiedyś będę miał wszystko?
                            J.Gruza
                            • wikul Piwek czyli Marek Piwowski 28.02.06, 20:47
                              Uwielbiam słuchać Marka Piwowskiego za jego powagę w opowiadaniu
                              najśmieszniejszych rzeczy po słońcem. Relacjonuje swoje doświadczenia z
                              zatwierdzaniem scenariuszy w telewizji.
                              - Przeczytałem tego pana Hłasko, ale tam na końcu jest samobójstwo - mówi
                              redaktor.
                              - No, jest - przyznaje się, z nutą skruchy, Piwowski.
                              - Czy nie można by tego zamienić, powiedzmy, na… załamanie nerwowe. A poza tym,
                              tam coś pod koniec "siada"…
                              "Siada" to ulubione określenie redaktorów.
                              - Widział pan ten serial amerykański Płomień z Miami? Nie? Niech pan go
                              zobaczy… wtedy pogadamy. Żona go bardzo chwali.
                              Zobaczył.
                              Zwymiotował.
                              Wraca z poligonu morskiego.
                              - Podoba mi się w marynarce. Obowiązują tam proste zasady: rozpoznać,
                              namierzyć, zatopić.
                              Późno wieczorem dzwoni telefon.
                              Jakiś dawny koleś z Pragi zaprasza Marka na balangę.
                              - Niestety, wiesz, jestem z kimś… - tłumaczy się Piwowski. - Nie mogę jej tak
                              zostawić… jest już późno, a muszę ją jeszcze odprowadzić…
                              Długa cisza w słuchawce.
                              A potem zdumiony głos kolegi:
                              - Co, ty niewidomą posuwasz?
                              Prowadzenie, podprowadzanie, sprowadzanie, odprowadzanie kojarzy im się tylko z
                              kalectwem.
                              Piwek jest reżyserem kultowym. Aby być kultowym, trzeba nakręcić arcydzieło.
                              Ale tylko jedno.
                              Następne mogłyby zrujnować kult.
                              J.Gruza
                              • wikul Zofia Czerwińska 02.03.06, 00:45
                                Niezapomniana pani Zosia z Czterdziestolatka grała u mnie często. To świetna
                                aktorka o wszechstronnych możliwościach i dramatycznych, i komediowych. Nie
                                miała szczęścia do mężczyzn, bo miała zbyt wielkie poczucie humoru. Humor w
                                miłości przeszkadza.
                                Była z wysokim, przystojnym kolegą aktorem. Nazywała go cesarzem tajemnicy.
                                Gdy miał zamiar urwać się do knajpy, mówił mniej więcej tak:
                                - Idę, bo mam się spotkać z tym, co to wiesz, jak wtedy tamci odwiedzili Franka
                                i jeden z nich mi mówił o tym facecie, co go spotkali u tej rodziny, która
                                przyjechała z miasta, w którym tamten grał w teatrze w reżyserii tego, co mnie
                                nie obsadził w zeszłym roku.
                                Wychodził na całą noc.
                                Gdy wybierała mieszkanie w spółdzielczym bloku, zażądała, aby było na parterze,
                                w nadziei, że może ktoś wejdzie przez balkon.
                                A tu Płomień Nowego Orleanu! Był taki znany film amerykański, gdzie w scenie
                                finałowej bohaterka wchodzi do pokoju, w którym zostawiła ukochanego, a tam już
                                nikogo nie ma… Tylko w oknie poruszana wiatrem firanka w świetle księżyca…
                                Zosia opowiada, że kiedyś po ablucjach w łazience wchodzi, na tym feralnym
                                parterze, do sypialni, w której zostawiła mężczyznę jakby już gotowego do
                                zbliżeń… i zastaje Płomień Nowego Orleanu… Fruwającą na wietrze firankę. Uciekł
                                przez balkon.
                                Jeden sportowiec, znany tyczkarz, opuścił ją, gdy zapytała z niewinną miną po
                                jego rekordowym skoku w Memoriale Kusocińskiego:
                                - To ile rzuciłeś w dal tą tyczką? Cztery metry dwadzieścia?
                                Kibic piłki nożnej odszedł od niej w trakcie pasjonującego meczu, gdy znudzona
                                nagabywała go:
                                - Do ilu goli oni grają?
                                Władysław Komar wraca w euforii złotego medalu, który zdobył na olimpiadzie
                                w Monachium. W Klubie Aktora, w którym stale przesiadywał, wszyscy wstają
                                i śpiewają mu Sto lat…, ogólny entuzjazm, łzy wzruszenia… brawa.
                                - Gdzie ty tak długo byłeś? Co robiłeś, jak cię nie było? - pyta Zosia.
                                Komar był zbyt inteligentny, aby nie zrozumieć, że to żart.
                                Jeszcze w szkole aktorskiej w Krakowie na jakimś konkursie literackim na
                                pytanie: "Jak było na imię Wojskiemu", odpowiedziała bez wahania: "Natenczas".
                                Zosia za dowcip sprzedałaby siebie, najbliższego kolegę, rodzinę, wszystkich.
                                Telefon do domu Łapickich.
                                - Halo, tu Zofia Czerwińska. Można prosić pana Andrzeja?
                                Odbiera telefon żona.
                                - Andrzej, do ciebie.
                                - Halo? - głos Andrzeja modulowany, very sexy. - Słucham.
                                - Panie Andrzeju, tu Zosia Czerwińska, zostawił pan w Klubie Aktora "Express
                                Wieczorny". Jest do odebrania u mnie wieczorem.
                                Wieczór.
                                Zosia wraca z teatru do siebie na Czerniakowską. Słyszy zbliżające się kroki
                                i namiętny szept:
                                - Jak ja bym panią… Jak pani mi się podoba… Jak bym pani… Bym… Jak bym…
                                Mężczyzna wyprzedza ją, ogląda i nagle kończy rzeczowo:
                                - Kiedyś… Może, kiedyś…
                                Po kolacji w Klubie Aktora Zosia z Danutą Rinn wychodzą na ulicę. Dostać
                                taksówkę o tej porze w Warszawie było marzeniem ściętej głowy. Wiedziały o tym
                                warszawskie "polewaczki". Zawsze stały pod Klubem w oczekiwaniu na klientów.
                                Źle opłacani kierowcy, na garnuszku miasta, dorabiali sobie w ten sposób.
                                Stołeczni birbanci często korzystali z tego środka lokomocji, co było
                                kompletnym surrealizmem, ale czasami jedyną możliwością przemieszczenia się
                                na drugi koniec miasta.
                                Dwie kobitki gramolą się do szoferki z pomocą kierowcy i zarządzają:
                                - Do SARP-u na Foksal!
                                - Proszę bardzo. - Kierowca zapala motor kolosa.
                                - Ale z fasonem! Z polewaniem.
                                - Nie będę lał.
                                - Płacimy, lej pan!
                                - Nie będę!
                                - Nie bój się pan, lej! To jest Danuta Rinn. "Gdzie ci mężczyźni, gdzie te
                                chłopy?". Poznał ją pan?
                                - Wszystko jedno, Rinn nie Rinn, nie będę lał.
                                - Ale dlaczego?
                                - Bo ja jestem… miotła - powiedział cicho, lekko zawstydzony.
                                Miał tylko jedno urządzenie. Do zamiatania ulic. Poczuł się jakby gorszy od
                                kolegów, którzy mogli wozić pasażerów i efektownie polewać sikawką.
                                Każdy marzy, aby być na wyższym stanowisku. Na lepszej posadzie.
                                Zamiatać i lać.
                                Przez całe życie.
                                J.Gruza
                                • ania1022 Re: Zofia Czerwińska 02.03.06, 14:36
                                  ten kawalek jest najlepszy z tego co tutaj przeczyatalam.
                                  Bis, bis :))
    • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 02.03.06, 16:28
      a ja proszę o duz ociekawych opowiadań ale bardzo smiesznych bo mi smutno
      • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 02.03.06, 21:45
        gabidd napisała:

        > a ja proszę o duz ociekawych opowiadań ale bardzo smiesznych bo mi smutno



        Do usług, tylko mnie jakaś cholera wylogowuje.
        Pzdr.
        • wikul Elżbieta Czyżewska i Janusz Glowacki 02.03.06, 21:58
          Ela Czyżewska wracała kilka razy na ojczyzny łono… Nie będę się trzymał
          chronologii… Podczas stanu wojennego ktoś ją odprowadzał do Hotelu
          Europejskiego. Ela jest nałogową palaczką, chodzi z własnymi papierosami i
          własną podręczną popielniczką, aby palić o każdej porze i w każdym miejscu.
          Miała papierosy, nie miała zapałek. Na placu Piłsudskiego, później Adolfa
          Hitlera, później znów kogoś innego, a teraz znów Piłsudskiego tliły się jakieś
          ogniki. Podeszła, pochyliła się i przypaliła sobie marlboro.
          Nie wiedziała, że jest to miejsce czczone przez warszawiaków kwiatami i
          zapalonymi świeczkami, bo tu stała trumna Kardynała Tysiąclecia…
          Zomowcy zwinęli ją natychmiast. Przesiedziała noc na Wilczej, paradoksalnie
          zaaresztowana przez tych obrońców świętości.
          Ostatniego dnia przed wyjazdem do Stanów miała w SPATiF-ie spotkanie z
          Tadeuszem Konwickim w sprawie głównej roli w jego nowym filmie. Przyszła do
          klubu trochę wcześniej, usiadła przy naszym stoliku i tak już została. Zbierała
          zamówienia przed wyjazdem do Ameryki. Każdy chciał, żeby mu coś przywiozła - a
          to krem odmładzający, a to whisky, Zosia Czerwińska prosiła o starego, ślepego
          milionera, a Adaś Kreczmar zamówił mały wiatraczek na baterie, aby mógł sobie
          wietrzyć jamę ustną na kacu.
          Tadeusz był wściekły, że musiał siedzieć z nami i czekać, aż Ela skrzętnie
          zapisze wszystkie życzenia gnębionych przez okrutny reżim artystów.
          Wyjechała i już chyba nie przyjechała na ten film Konwickiego.
          Natomiast jej wielki come back miał nastąpić w sztuce amerykańskiego autora w
          Teatrze Dramatycznym. Wszyscy pamiętaliśmy jej kreację przed wyjazdem do Stanów
          w Millerze. Seksy, inteligentna, z obnażonymi plecami - …to mi utkwiło
          najbardziej - była fascynującym wcieleniem Marilyn Monroe z bezczelnie
          autobiograficznej sztuki Millera.
          Miała wrócić triumfalnie do tego teatru, wróciła fatalnie. Wiele złożyło się na
          to powodów. Ona mówi: reżyser. Reżyser mówi: rozhisteryzowana gwiazda, która
          chciała reżyserować i nie pozwoliła nic skrócić. Dyrekcja teatru z powodu
          oszczędności, zamiast w hotelu, umieściła ją w jednej z sal Pałacu Kultury,
          właściwie w bocznej loży teatru, przeznaczonej kiedyś dla Stalina. Oczywiście,
          gdyby Generalissimus chciał odwiedzić Warszawę i wpaść przy okazji do teatru.
          Tam mieszkała podczas tego ostatniego pobytu.
          Puste, zimne marmurowe sale, straszące przeszłością. Kandelabry uginające się
          pod ciężarem błyskających szkiełek i w przerażającej ciszy znerwicowana aktorka
          paląca papierosa jeden za drugim, sama jak palec… Zjawiają się upiory
          przeszłości, jacyś koledzy dawno już nieżyjący, drżące w uszach oklaski dawnych
          sukcesów, romans z amerykańskim dziennikarzem, młodość, uroda, seks.
          A teraz mdłe recenzje, awantury z kolegami po spektaklu, obojętność widowni.
          - No, niech się pokaże, niech nas zaskoczy.
          Przypomina mi się anegdota, jak pisarz Stanisław Dygat zadzwonił kiedyś do
          księgowości Filmu Polskiego i grzecznie przedstawił się przez telefon.
          - Mówi Stanisław Dygat…
          - No i co z tego, że Dygat? - ucięła z miejsca jakaś urzędniczka.
          No i co z tego, że Czyżewska?
          Powroty są bolesne.
          Inaczej ma się sprawa z Januszem Głowackim, naszym człowiekiem w Nowym Jorku.
          Jego powroty są krótkie i intensywne, chociaż wydaje się, że częściej wraca…
          niż wyjeżdża. Telewizja, dowcipny wywiad, posiedzenie w jury jakiegoś konkursu,
          atak na komunę, podwójna whisky w barze podczas Festiwalu Gwiazd w
          Międzyzdrojach i iluzja, że ciągle jest się młodym i pełnym wigoru.
          Profesor Mieczysław Jahoda, który jest mistrzem zgryźliwości, braku taktu i
          wyczucia konwencji towarzyskiej, kiedy zobaczył Janusza w jak zwykle rozpiętej
          do pasa koszuli i z obnażoną, słynną wśród pań, klatką piersiową, powiedział,
          udając troskliwego:
          - Janusz, zapnij się, bo w twoim wieku można się bardzo łatwo zaziębić.
          Głowacki wybrałby raczej zapalenie płuc niż rezygnację z odgrywania macho.
          Ja też.
          J.Gruza
          • gabidd Re: Elżbieta Czyżewska i Janusz Glowacki 02.03.06, 23:18
            wikulku to raczej smutne było.
            • wikul Moze to cie rozbawi , gabidko 02.03.06, 23:43
              Luj
              Nagrywałem kiedyś w studiu do późna. Chciałem coś szybko zjeść i wrócić do
              domu. Pojechałem do SPATiF-u. Wszystkie stoliki zajęte. Dosiadam się do znanego
              mi z widzenia osobnika. Zamawiam. Do tamtego dosiada się jakiś jego znajomy,
              który z kolei traktuje mnie jak bliskiego znajomego tego, którego ledwo znam.
              Polak ze Szwecji. Proponuje wódkę.
              Odmawiam.
              Opowiada, jak kobiety rodzą w Szwecji, a my, mężczyźni w Polsce, jesteśmy
              zacofani, bo nie asystujemy przy porodzie. Pokazuje zdjęcia z porodu żony, on
              stoi obok. Zbliżenie odcinania pępowiny.
              Tymczasem dostaję cynaderki w sosie własnym.
              Postanowiłem nie pić, ale zdesperowany sięgam po kieliszek. Do stolika
              podchodzi Marek Piwowski, chce pożyczyć pieniądze, bo gdziekolwiek się
              dosiądzie, musi płacić rachunek.
              Dosiada się zwykle tam, gdzie siedzą młode kobiety. Pożyczam mu dziesięć
              dolarów, on idzie wymienić u szatniarza Franka. Płaci za dwie dziewczyny
              siedzące z jakimś podejrzanym typem.
              Zjadłem, chcę wyjść.
              Okazuje się, że Szwed nie ma czym zapłacić, a ja przecież też piłem. Proponuje,
              że jeśli zapłacę, on mi pokaże na wideo poród żony w kolorze, u niego do domu,
              i wtedy on zwróci mi pieniądze. Odmawiam.
              Idziemy do szatni, gdzie Franio wymienia każdą walutę. W tym czasie wchodzi
              jakaś para.
              - Mam cię, oszuście! - krzyczy facet z twarzą pooraną bliznami.
              Jego towarzyszka wyrywa mi z ręki pieniądze, które Szwed zdołał wymienić jako
              część zapłaty za kolację.
              - Że też panu nie wstyd, panie Jerzy, zadawać się z takim hochsztaplerem.
              Oszukał nas w Szwecji na kilkaset koron. To zwykły złodziej!… Tak z żoną zawsze
              pana ceniliśmy.
              Wychodzę szybko, nie tłumacząc, że widzę Szweda po raz pierwszy w życiu.
              W Alejach, za dwiema dziewczynami z facetem, wlecze się Piwowski, jakby chciał
              zrekompensować sobie straty "dalszym ciągiem", pod hasłem: "Co zrobimy z tak
              pięknie rozpoczętym wieczorem?".
              Przechodzę szybko na drugą stronę ulicy. Słyszę za sobą krótką charakterystykę.
              - O, jeszcze jeden luj z telewizji szuka przygody.
              Piwek idzie za nimi jak pies, jest lekko wstawiony. Mnie zatrzymuje znudzony
              milicjant.
              - Co to, nie można po pasach, tylko tak jak po łące za krowami się chodzi…?
              Dowód!
              - Nie mam - odpowiadam wściekły.
              - Jak to, obywatelu?
              - A tak to. Nie mam, bo nie ma takiego przepisu, żeby mieć.
              Od słowa do słowa i idziemy na Wilczą. Komenda Śródmieście. Nic już nie mówię,
              zaciąłem się. Miał być spokojny, cichy wieczór.
              Ja idę akurat w swoją stronę, na Lwowską. A on, pod pozorem tej błahej sprawy,
              chce usiąść w ciepłej komendzie, bo mróz jest siarczysty.
              W komisariacie mój milicjant siada za stołem i zaczyna pisać. Pogardliwie daję
              mu do zrozumienia, że mam go w dupie. Każe mi wyłożyć na stół wszystko, co mam
              przy sobie. To jest zawsze bardzo krępujące.
              Z drugiego pokoju wychodzi potężnie zbudowany sierżant i grzecznie sumituje się
              przed kolegą:
              - Stasiu, bardzo cię przepraszam, pożycz mi pałki, bo swoją zostawiłem w
              radiowozie.
              - Bardzo cię proszę, Kaziu, weź!
              Sierżant wychodzi, po chwili słychać głosy zza ściany.
              Łup! Łup!
              - O Jezu, panie sierżancie, dosyć! Powiem wszystko!
              Mój milicjant siedzi, a ja stoję i opróżniam kieszenie.
              Wchodzi sierżant.
              - Bardzo ci dziękuję, Stasiu.
              Kładzie pałkę na stole.
              - Bardzo proszę, Kaziu.
              Coraz szybciej wykładam wszystkie drobiazgi na stół, papierki z notatkami,
              stare guziki, prezerwatywę na wszelki wypadek… klucze.
              Milicjant obserwuje mnie spode łba.
              Wraca sierżant.
              - Bardzo cię przepraszam, Stasiu, ale jeszcze raz muszę cię prosić.
              - Ależ bardzo cię proszę, Kaziu.
              I znowu zza cienkiej ściany.
              Łup! Łup!
              - O Jezu, powiem, powiem… Był ze mną "Czarny" i on ją bił. A ja wyrwałem jej
              torebkę, ale…
              - Dziękuję ci, Stasiu.
              - Bardzo cię proszę, Kaziu…
              Wyjąłem dowód i położyłem obok pałki.
              - No i co, znalazł się dowód, panie telewizorze?
              - Nie wiedziałem, że mam.
              - Wiedziałem, wiedziałem… A teraz… - znacząco zaczyna zginać gumową pałkę -
              spierdalaj, luju!
              W okamgnieniu zebrałem leżące na stole rzeczy i "spierdoliłem" bez godności
              komunikatora medialnego. Miałem tylko wejść na chwilę do Klubu i coś zjeść, a
              zostałem lujem.
              J.Gruza
              • wikul Lekcja historii w amerykańskiej szkole 03.03.06, 00:35
                Pierwszego dnia szkoly, przed rozpoczęciem lekcji, nauczycielka przedstawia
                nowego ucznia amerykanskiej klasie:
                - To jest Sakiro Suzuki z Japonii
                Lekcja się zaczyna. Nauczycielka mówi:
                - Dobrze, zobaczymy jak sobie radzicie z historią. Kto mi powie, czyje to są
                słowa: "Dajcie mi wolność albo śmierć"?
                W klasie cisza jak makiem zasiał, tylko Suzuki podnosi rękę i mówi:
                - Patrick Henry, 1775 W Filadelfii.
                - Bardzo dobrze Suzuki. A kto powiedział: "Państwo to ludzie, ludzie nie
                powinni więc ginąć"?
                Znowu wstaje Suzuki:
                - Abraham Lincoln, 1863 w Waszyngtonie.
                Nauczycielka spogląda na uczniów z wyrzutem i mówi:
                - Wstydźcie się. Suzuki jest Japończykiem i zna amerykańską historię lepiej od
                Was!
                W klasie zapadła cisza i nagle słychać czyjś głośny szept:
                - Pocałuj mnie w dupę pieprzony japończyku
                - Kto to powiedział? - krzyknęła nauczycielka na co Suzuki podniósł rękę i bez
                czekania wyrecytował:
                - Generał McArthur, 1942 w Guadalcanal, oraz Lee Iacocca, 1982 na walnym
                zgromadzeniu w Chryslerze.
                W klasie zrobiło się jeszcze ciszej i tylko dało się usłyszeć cichy
                szept:
                - Rzygać mi się chce...
                - Kto to był? - wrzasnęła nauczycielka, na co Suzuki szybko odpowiedział:
                - George Bush senior do japońskiego premiera Tanaki w 1991 podczas obiadu.
                Jeden z naprawdę już wkurzonych uczniów wstał i powiedział kwaśno:
                - Obciągnij mi druta!
                Na to nauczycielka zrezygnowanym tonem
                - To już koniec. Kto tym razem?
                - Bill Clinton do Moniki Levinsky w 1997 roku w Gabinecie Owalnym w Białym
                Domu - odparł Suzuki bez drgnienia oka.
                Na to inny uczeń wstał i krzyknął:
                - Suzuki to kupa gówna!
                Na co Suzuki:
                - Valentino Rossi w Rio na Grand-Prix Brazylii w 2002 roku.
                Klasa już całkowicie popada w histerię, nauczycielka mdleje, gdy otwierają się
                drzwi i wchodzi dyrektor:
                - Cholera, takiego burdelu to ja jeszcze nie widziałem.
                Na co odpowiada Suzuki:
                - Wicepremier Zyta Gilowska na posiedzeniu komisji budżetowej w Warszawie w
                grudniu 2005 roku.
    • ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 09:30
      Dobre, wikul!
      Mam propozycje: czy moglbys zalozyc nowy watek, ciekawostki..itd, czesc 2?
      Twoj watek, wiec Ty to musisz zrobic. Ten jest juz za dlugi i malo przejrzysty.
      • gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 10:46
        wikul , ale się usmiałam a co do nowego wątku to popieram Ewę
        • wikul Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 20:45
          Zgoda dziewczyny, dojedziemy do dwustu i założe nowy.
          • wikul Turniej 03.03.06, 20:54
            Odważyłem się kiedyś napisać sztukę. Była to historia turnieju tenisowego
            oldbojów podczas słynnego strajku w Stoczni Gdańskiej. Pomysł karkołomny.
            Sztuka ta jest farsą… Gatunek literacki wywołujący furię, kiedy dotyczy spraw
            poważnych. A właśnie te poważne często najbardziej do farsy pasują. Mimo że
            strajk jest tylko dalekim tłem całej tej historii, powodując zabawne perypetie
            u starszych panów, próbujących reagować na nieoczekiwane wydarzenia w stoczni,
            nie miałem szans na realizację. Może za sto lat, kiedy wygasną wszystkie emocje
            związane z tym historycznym wydarzeniem, będzie można wystawić tę sztukę.
            Ale czy turnieje oldbojów będą się jeszcze odbywały? Wyłącznie, mówią
            pesymiści. Młodzi będą na innych planetach.
            Odbiór maszynopisu odbył się w sposób sensacyjny. W przededniu stanu wojennego,
            w sobotę wieczorem 12 grudnia 1981 roku, wchodzę po ciemnej klatce schodowej
            bloków wojskowo-ubeckich w rejonie alei Niepodległości i ulicy Dąbrowskiego w
            Warszawie. Winda nie działa. Mieszka tu maszynistka, która jako jedyna umie
            odczytać mój rękopis. Trzecie piętro, nie mogę znaleźć dzwonka, po ciemku
            naciskam klamkę i otwieram drzwi. Widzę w jasno oświetlonej kuchni trzech
            mężczyzn siedzących przy stole, w białych koszulach, z kaburami pistoletów pod
            pachami… jak w filmie Żądło. Zrywają się gwałtownie i celują pistoletami w moją
            stronę.
            - Dobry wieczór, czy jest pani Teresa?
            Chowają broń.
            - Tak. Rena! Jakiś facet do ciebie…
            Wychodzi pani Teresa, która pracowała od lat u nas w hali maszyn. Jest
            przestraszona i zdenerwowana. Prowadzi mnie do drugiego pokoju.
            - Panie Jureczku, niech pan to zabiera i więcej tu nie przychodzi.
            - Ile jestem winien?
            - Wszystko jedno. Włożę panu ten tekst do torby po ziemniakach i niech pan już
            szybko wraca do domu.
            - Ale…
            Zamyka drzwi do kuchni, gdzie siedzą uzbrojeni mężczyźni, i szybko wypycha mnie
            na ciemną klatkę schodową.
            - Niech pan nie zapala światła - radzi.
            Potykając się, schodzę w dół, ulegając jakiejś niezrozumiałej dla mnie
            atmosferze zagrożenia, napięcia i strachu.
            Dopiero następnego dnia czołgi na ulicach pozwoliły mi połączyć wczorajszą
            scenę z tym, co się stało. Jechałem do telewizji na wyznaczone nagranie
            piosenek Freda Buscaglione w interpretacji Wiesława Gołasa i Anny Seniuk. Pod
            bramą telewizji na Woronicza spotykam grupę kolegów, którzy stoją i ostro
            dyskutują z oficerem w mundurze polowym.
            Zabrania wejścia na teren telewizji. Czekają z nami również trzy striptizerki,
            które z takim trudem zorganizowaliśmy na nagranie. Są zawiedzione, że nie będą
            się rozbierać przed Wiesławem Gołasem. Rzucają "mięsem" w człowieka w zielonym
            mundurze.
            - Myśmy pracowały w Adrii do rana i nie spałyśmy ani minuty! Co jest, do kurwy
            nędzy, kto tu narobił tego bałaganu? Gdzie tu jest jakiś kierownik?
            Farsa.
            "Kierownik" w zielonym mundurze, na tle biało-czerwonej flagi przemawiał w tym
            czasie w telewizji, ale nie z ulicy Woronicza.
            Siedzę po latach na przedstawieniu Criminale Tango w Rampie na Targówku. Bardzo
            śmieszne i inteligentne, ale kiedy Wojtek Młynarski sięga do piosenek
            Buscaglionego, nagle przypomina mi się, że kiedyś robiliśmy taki program z
            Gołasem. Opuszczam głowę i cisną się wspomnienia i ta groteskowa scena z
            panienkami od striptizu rankiem 13 grudnia 1981 roku.
            Za kulisami mówią, że przedstawienie mi się nie podobało, bo spałem. Odwrotnie,
            było najbliższe temu, co kocham najbardziej. Było farsą graną poważnie, z
            pełnym zaangażowaniem, bez mrużenia oka do widza, na pełnej prawdzie emocji:
            nienawiści, miłości, strachu, kłamstwa i odwagi.
            Wracając do Turnieju, oparty był na pomyśle, że coś absolutnie mało ważnego,
            takiego jak tenisowy turniej oldbojów, dzieje się podczas ważnego historycznego
            wydarzenia na zewnątrz.
            Będąc od lat członkiem pewnego klubu, przeżyłem wiele zakrętów historii,
            obserwując ludzi, którzy przychodzili do klubu, aby grać w tę grę wymyśloną
            kiedyś dla rozrywki angielskiej arystokracji.
            Ile różnych fal, typów, opcji politycznych!
            Ci u władzy nie mieli czasu na granie, grali o kariery codziennie! Wyrzuceni -
            natychmiast brali się do sportu. Tu znowu panowały inne hierarchie, nie
            wystarczyło być byłym ministrem, sekretarzem czy ambasadorem, trzeba było mieć
            prawidłowy bekhend, stop wolej albo lob.
            Ale polityka zawsze grała pierwsze skrzypce w dyskusjach, przyjaźniach i
            partnerstwie w grze.
            Brecht uważał, że nieważne są fakty, szczegóły lokalne, prawda dosłowna.
            Mechanizm jest ważny, a nie miejsce akcji, kostiumy i dekoracje. Zamienił w
            sztuce Kariera Artura Ui manipulacje przedwyborcze nazistów w Niemczech przed
            dojściem Hitlera do władzy na historię gangu kalafiorowego, który działał na
            przedmieściach Chicago w latach dwudziestych.
            Przy okazji takiego turnieju oldbojów można by zabawnie opisać ważniejsze
            wydarzenia najnowszej historii Polski. Wyobrażam sobie ten turniej po
            zwycięstwie Solidarności w 1989 roku albo podczas afery teczkowej, albo po
            dojściu lewicy do władzy w 1993 roku, w trakcie sporu o konstytucję… wybory
            prezydenta, szukanie Olina w światku tenisowym oldbojów… rządy koalicji,
            lustracja.
            Mógłby to być niekończący się, bardzo wesoły serial, bo turniej wciąż trwa w
            śmiertelnej powadze, chociaż tak często jest farsą.
            Decydenci telewizyjni wolą mdłą operę mydlaną. Bezpieczniej. Chyba że jakaś
            niezależna telewizja odważy się na realizację.
            Niezależna, ale od kogo?
            J.Gruza
            • gabidd Re: Turniej 03.03.06, 21:28
              a czy dzisiaj nie lepszy jest turniej od tamtego, ile teraz sie dzieje i to
              w "podwojnym "wydaniu
              • wikul Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska 03.03.06, 23:35
                Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska. On - oszust, cyniczny, zły
                człowiek. Ona za wszelką cenę chce wierzyć, że jest inaczej, okłamuje sama
                siebie i robi wszystko dla niego. Kocha go, bo tylko on jej został. Tamten
                perfidnie to wykorzystuje. Załzawione, wyblakłe oczy babki, obrzeżone rozmazaną
                czarną kredką.
                Ostatnia wielka, wstrząsająca rola Ćwiklińskiej w wyciskaczu łez, jakim jest ta
                sztuka. A dzięki jej kreacji okazała się rewelacją. Ćwiklińska zjeździła z nią
                całą Polskę. Wszędzie wzbudzając entuzjazm. Na wpół ślepa, prowadzona przez
                opiekuna i kolegę aktora Grzybowskiego.
                Nagrywaliśmy to przedstawienie na taśmie telerecordingu. Jest to sposób
                archaiczny, obraz osobno i dźwięk osobno. Dla Ćwiklińskiej, w jej wieku, pod
                rażącymi reflektorami nad głową, w upale studia, było to mordercze. Oczy jej
                łzawiły, ledwo widziała, nie rozumiała, gdzie jest i co to wszystko znaczy, ale
                była wstrząsająca. Prawie ślepa, umęczona, ledwo trzymająca się na nogach,
                skończyła nagrywać ostatnią scenę, prawie umierając.
                I wtedy z interkomu odezwał się beznamiętny głos technika telewizyjnego, który
                poinformował nas:
                - Musimy powtórzyć trzeci akt, bo nie nagrał mi się dźwięk.
                To było ponad nasze siły. I jej. Mając w dupie to, co robił i za co był
                odpowiedzialny, ten produkt tumiwisizmu wobec czegoś niepowtarzalnego,
                wielkiego, przejmującego - przedstawiciel tak zwanej techniki zwalił nas z nóg.
                Nigdy już nie usłyszeliśmy głosu wielkiej aktorki w najbardziej przejmującym,
                trzecim akcie.
                Wracam ze studia do domu wieczorem ulicą starych, przedwojennych kamienic. Z
                chodnika naprzeciwko biegnie do mnie przez jezdnię kobieta. Niska, z siwymi
                krótko obciętymi włosami. Sobowtór Marii Dąbrowskiej.
                - Proszę pana, proszę pana!
                - Słucham?
                - Wnuczka chce mnie znowu bić.
                - Jak to?
                - No, niech pan zobaczy, jak mi wygraża.
                Po drugiej stronie ulicy stoi jakaś dziewczyna w otoczeniu dwóch mężczyzn.
                Podnosi rękę w naszym kierunku i groźnie wymachuje.
                - Ale dlaczego?
                - Proszę pana byłam w szpitalu na operacji. O, wycięli mi, proszę pana, prawą
                pierś. A ona w tym czasie sprzedała całą moją biżuterię na piwo.
                - Wnuczka?
                - Tak, ale to dobre dziecko, tylko wpadła w złe towarzystwo… Ooo, jak mi grozi,
                że z panem rozmawiam. Ja poszłam do tego lombardu i mówię: jak pan mógł od
                takiej dziewczyny przyjąć złote pierścionki i medalik, kiedy ja byłam w
                szpitalu? Mówiłam panu, że mam prawą pierś wyciętą?
                - Tak, już pani mówiła.
                - Jeżeli pan nie wierzy, to ja panu pokażę, jak to wygląda…
                - Nie, nie! Dziękuję. Wierzę! Absolutnie wierzę!
                - Więc, jak mówiłam, byłam w szpitalu, a ta mi do lombardu wszystko wyniosła,
                bo potrzebowała na piwo.
                - Taki z niej piwosz?
                - Tak. Chociaż to dobre dziecko. Bardzo dobrze się uczy. O, znowu mi wygraża.
                Niech mnie pan zasłoni. Mówiłam już panu, że byłam w szpitalu.
                - Tak, już pani mówiła.
                - Dzisiaj się znowu upiła, bo zdała egzamin na piątkę… Bardzo dobrze się uczy,
                tylko że pije.
                - A czego się uczy?
                - Na motorniczego w tramwaju.
                Z drugiej strony ulicy wnuczka groźnie tupie nogą.
                - Chodź tu, babka, bo po ciebie tam pójdę!
                - Nie pożyczyłby mi pan dla niej na piwo, bo już mi wszystko z domu wyniosła.
                - Ile? A ci dwaj to też przyszli motorniczowie?
                - Tak. Ale oblali, tylko ona zdała. To dobre dziecko.
                Daję pięć złotych i patrzę, jak babcia nieśmiało skrada się, niczym zbity pies,
                do wnuczki i dwóch młodych nicponiów.
                Drzewa umierają stojąc.
                Nie śpię do późna w nocy. Chodzę po mieszkaniu, wyglądam na ulicę. Biało, pada
                śnieg. W oknie naprzeciwko pali się zawsze niebieskie światło. Jakiś człowiek,
                zamknięty od lat w pokoju, tkwi stale w jednej pozycji, obserwując świat na
                zewnątrz. Często widuje się w mieszkaniach psy zostawione na cały dzień w
                zamknięciu, jak czujnie obserwują w oczekiwaniu na jakieś wydarzenie, na to, co
                będzie się działo na ulicy. W ich wypadku to spacer innego psa na smyczy u boku
                swego pana.
                Ten człowiek w oknie był kiedyś młody i budził moje współczucie, teraz, kiedy
                jest już stary, posiwiały, ciągle w tej samej czujnej pozycji w oknie drugiego
                piętra, nie budzi żadnych emocji.
                Staremu już to przystoi.
                Nagle niema scena. Jest druga w nocy. Człowiek w oknie naprzeciwko obserwuje to
                samo co ja. Na jezdni stoi taksówka z drzwiami otwartymi na oścież. Cisza,
                nikogo nie ma. Czekamy. Po dłuższej chwili z bramy wychodzi kierowca i niska
                kobieta w szlafroku, z włosami ŕ la Maria Dąbrowska.
                Wspólnie z kierowcą wynoszą z taksówki wnuczkę, "motorniczego", w stanie
                silnego upojenia, pewnie już nie tylko piwem. Ciągną ją do bramy i znikają na
                kilka minut. Kierowca wraca, kopie wściekły w drzwi taksówki i odjeżdża.
                Śnieg pada, zaciera ślady kół. Jest biało i pięknie. Ale tylko na ulicy. Ciągle
                widzę załzawione oczy Ćwiklińskiej, bezradnie zgadzające się na wszystko, w
                beznadziejnej miłości do dziecka, swojego dziecka.
                Ileż jest takich ofiar więzów krwi.
                Precz z tym!
                Dobrze, że tak rzadko jeżdżę tramwajem.
                J.Gruza
                • gabidd Re: Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska 03.03.06, 23:46
                  widziałam ten spektakl z Ćwiklińska jeszcze w starym Teatrze Żydowskim w
                  miejscu gdzie teraz stoi hotel viktoria czy jak on teraz sie nazywa bo mu
                  nazwe zmienili cudowne przedstawienie a Pani Mieczysława no to napisał już
                  nam Gruza
                  • wikul Bogumił Kobiela "Bobek", jeszcze raz 04.03.06, 00:20
                    Szwecja. Telewizja. Polsko-szwedzki program, w którym jednym z dwóch
                    prowadzących miał być Bogumił Kobiela, a ze strony szwedzkiej znany komik Pecka
                    Langner. Program oparty na pomyśle: co wiedzą Szwedzi o nas, a co my o nich.
                    Wspólne gotowanie potraw, wywiady z ludźmi, np.: "Z czym ci się kojarzy
                    Polska?". W Sztokholmie dziewięćdziesiąt procent odpowiedzi było: "Aborten".
                    Nie Szopen, nie kiełbasa, Mickiewicz, wódka, Curie-Skłodowska. Ale skrobanki.
                    Po prostu Szwedki wtedy masowo przyjeżdżały do Polski w tej sprawie.
                    W telewizji wszystko przygotowane, czekamy na przyjazd Kobieli. Odbywa się coś
                    w rodzaju narady. Zasiadło dwudziestu Szwedów płci obojga i padło pytanie:
                    - Więc Bob - tak im było go łatwiej nazywać - przyjedzie jutro?
                    - Tak - odpowiadam.
                    - Czy Bob śpiewa?
                    - Nie.
                    - Tańczy?
                    - Nie.
                    - Czy ma jakiś estradowy numer?
                    - Nie.
                    - Pokazuje sztuki?
                    - Nie.
                    - Czy jest przystojny? - pyta któraś z pań.
                    - Nie.
                    Więc pytanie, dlaczego właśnie on, zawisło w powietrzu.
                    Zaryzykowałem.
                    - Bob, jak jest w dobrym humorze, najlepiej po dobrej kolacji, w sprzyjającej
                    atmosferze, czasami potrafi powiedzieć coś takiego, że można uśmiać się jak
                    wszyscy diabli.
                    Chwila konsternacji, a potem wybuch śmiechu.
                    Kupili.
                    Gdy przyjechał, pokochali go wszyscy. Miał niebywały wdzięk, którym przebijał
                    bariery językowe, środowiskowe, ludzkie. Ujmował bezpośredniością i sposobem
                    bycia. Zrelaksowany, rozluźniony, z miejsca uczynił z tych chłodnych Szwedów
                    przyjaciół. Sam umierałem ze strachu, bo zdawałem sobie sprawę z trudności.
                    Miał poprowadzić audycję na obcym terenie, przed nie znaną publicznością. Bobek
                    z miejsca ją podbił. Najpierw wyszedł na estradę przez papierową ścianę
                    dekoracji, zupełnie nie z tej strony, z której go oczekiwano po zapowiedzi. A
                    potem poszło już łatwo. Pisano o nim "polski Danny Kaye". Program zaplanowany
                    na pół godziny trwał prawie dwie. Puszczano go po kawałku, przez cały dzień, na
                    głównym kanale, ze świetną oglądalnością.
                    Gdy Bob przyleciał do Sztokholmu, czekaliśmy na niego na lotnisku bardzo długo.
                    Kontrola paszportowa, celna, wszystkich przepuszczają bez problemów, a jego
                    trzymają prawie godzinę. Dokładna, szczegółowa rewizja. Niecierpliwimy się.
                    Interwencja nic nie pomogła. Dlaczego właśnie jego? Szukali narkotyków.
                    Artysta, aktor, to i narkotyki. Taki był schemat, który musiał im się
                    sprawdzać.
                    - Jedynym narkotykiem dla aktora jest powodzenie - powiedział wtedy Kobiela.
                    Pisząc te słowa, nagle uświadamiam sobie, że w szafie obok jest szuflada
                    zapchana listami od telewidzów. Sterta wymysłów, paszkwili, miażdżących rad,
                    anonimów, bluźnierstw i pretensji - tak zwane krytyczne uwagi. A także nie
                    mniejsza sterta listów pochwalnych, sporo dotyczyło Kobieli.
                    Drażnił ich, nie miał tej taniej gładkości, która schlebia gustom przeciętnego
                    oglądacza telewizji w Polsce. Był zbyt otwarty, naturalny, romantyczny… nie
                    chcę mnożyć tych określeń. Brak mu było dystansu do ludzi, co było też tragedią
                    Zbyszka Cybulskiego - dystansu, który stwarza sztuczny, zrobiony portret na
                    ekran, scenę czy estradę.
                    Tak zrobiona sylwetka na zewnątrz jest najbardziej przydatna w tworzeniu mitu
                    popularności i długotrwałego uwielbienia. Bobek nie zgadzał się ze mną i chyba
                    miał rację. Zdumiewające, jak wiele ludzi było wstrząśniętych tragedią, która
                    wydarzyła się na szosie za Bydgoszczą.
                    Zginął im ktoś bliski.
                    Bacon na ten temat: "Śmierć ma też i to, że otwiera drogę do dobrej sławy i
                    gasi zawiść…".
                    J.Gruza
    • ewa553 slowo sie rzeklo-kobylka u plota 04.03.06, 08:28
      otwieraj nowy watek, zanim tu zaczniemy dopisywac komentarze
      • wikul Re: slowo sie rzeklo-kobylka u plota 04.03.06, 21:43
        ewa553 napisała:

        > otwieraj nowy watek, zanim tu zaczniemy dopisywac komentarze



        No dobrze, zastanawiam sie tylko pod jaka nazwą.
    • wikul Obory 05.03.06, 17:15
      Dom Pracy Twórczej Związku Literatów. Ileż wspomnień i dzienników z tego
      legendarnego miejsca u naszych najwybitniejszych:
      "Poniedziałek. Wstałem, padało. Po południu przestało.
      Wtorek. Przyjechał B. Czytałem całe popołudnie.
      Środa. Chyba mam grypę. Chmurzy się.
      Czwartek. Napisałem pół strony. Przyszedł C. Rozmawialiśmy o G.
      Piątek. Wyszło słońce. Chodzę w czapce.
      Sobota. Znów czytam. Skreśliłem to, co napisałem wczoraj.
      Niedziela. Przyjechała Julka z dziećmi. Jak dobrze! Po obiedzie spacer.
      Widzieliśmy kury. Wyjechali".
      I tak tydzień po tygodniu.
      Siedzimy na tarasie i wspólnie robimy podział życia przeciętnego literata.
      Nastrajają do tego rozmowy o chorobach, leczeniu i umieraniu. W którym roku?
      Kto? Jak? Na co?
      Pojawia się kolorowy folder, zachwalający osobisty stymulator energii w formie
      płytki agatu. Jedyny egzemplarz folderu o uzdrawiającym stymulatorze literaci
      wyrywają sobie z rąk. Owalny dysk z agatu nosi dumnie na piersi młody, opalony
      naukowiec, profesor Chodźko. Potrafi leżeć na wodzie bez ruchu przez dłuższy
      czas. Panie podglądają go, czy się przypadkiem czymś nie podpiera.
      Wprowadzam pewne zamieszanie, odkrywając na drzewie, tuż obok pałacu, dziuplę z
      nietoperzami, które startują na łowy punktualnie zaraz po Wiadomościach
      telewizyjnych. Musi być jakiś związek między tymi faktami. Może jest coś w
      powietrzu, jakieś zwiększone promieniowanie, energia, która się wytwarza, gdy
      miliony rodaków komentują codzienne wydarzenia z kraju i ze świata.
      Toczy się wśród literatów zaciekła dyskusja, czy nietoperze słyszą nas, a nie
      widzą, czy odwrotnie.
      Zdania są podzielone.
      Na wszelki wypadek mówimy przyciszonymi głosami.
      A więc, podział życia człowieka na okresy. Tylu filozofów się biedziło…
      Szekspir w Jak wam się podoba wymienia siedem, wśród nich kochanka i żołnierza.
      W pismach hinduistycznych życie człowieka składa się z czterech etapów: nauka,
      prowadzenie domu, emerytura i sannjasin, kiedy się już nie kocha ani nie
      nienawidzi.
      Nie mogę tego potwierdzić, obserwując polskich literatów w wieku
      postemerytalnym. Nienawidzą głównie kolegów, że piszą na komputerze, że wydają
      w Niemczech, że należą do innego związku, że mają nakład większy o pięćset
      egzemplarzy.
      Powodów jest mnóstwo.
      Ale na podstawie codziennej porcji prasy można by życie Polaka podzielić tak:
      najpierw plemnik, potem płód, noworodek, po trzech latach
      przedszkolak, później uczeń, natychmiast ojciec, potem narkoman lub pacjent na
      odwyku, w końcu żonkoś, potem emeryt i bardzo szybko świętej pamięci…
      Niezależnie od wyznania.
      J.Gruza
    • wikul Chamstwo 06.03.06, 18:57
      Na festiwalu w Montreux zirytował mnie jeden dokument o dyrygencie amatorze,
      nakręcony z typową telewizyjną hucpą. Rzecz w tym, że wchodzi się z butami w
      to, co zwykły człowiek ma skryte najgłębiej i co jest dla niego najcenniejsze.
      Nie umiem tego nazwać, ale telewizja ma w swojej naturze jakąś bezczelność i
      boleśnie dotyka człowieka w nieszczęściu, śmieszności czy nieporadności.
      Te hordy reporterów po katastrofie samolotu TWA, filmujące na lotnisku w Paryżu
      rodziny, które przed chwilą dowiedziały się o tragedii. Te polskie chamskie
      ukryte kamery, te pytania zza kadru, kiedy kamera obserwuje twarz delikwenta w
      grymasie, zroszoną potem, z rozmazaną szminką. Nigdy nie zapomnę morderczego
      zbliżenia Violetty Villas po wyczerpującym koncercie - zdyszanej, spoconej, z
      rozpływającym się makijażem - zbliżenia, które realizator niefrasobliwie
      zafundował telewidzom.
      Powinna być za to kara śmierci.
      J.Gruza
      • wikul Astma 05.04.06, 21:05
        Małżonkowie kładli się spać bardzo wcześnie. Pani Wiktoria, niezmiernie
        korpulentna, stanowiąca kombinację z ogromnej ilości poduszek i poduszeczek na
        rękach, nogach i karku, cierpiała na astmę. Mąż jej miewał częste bóle
        artretyczne, obydwoje więc uważali, że najlepszym środkiem leczenia jest
        wczesne kładzenie się i wczesne wstawanie.
        Pani Wiktoria, jak wszystkie inne kobiety, była przesądna, niecierpliwa i
        niewytrzymała, czym zamęczała swego biednego małżonka. W dodatku czuć ją było
        stale kroplami Waleriana, co bynajmniej nie osładzało mu życia.
        Pewnej nocy, gdy mąż spał już na dobre, obudziły go natrętne jęki pani
        Wiktorii. PrzyzwyczajÓny do nich, nie zwracając na nie uwagi, odwrócił się na
        drugi bok i usiłował zasnąć.
        - Czy śpisz? - spytała pani Wiktoria.
        - Tak - odrzekł małżonek.
        - Słuchaj, duszę się!
        - Staraj się zasnąć, to ci przejdzie.
        - Andrzeju, ja się duszę...
        - Cóż ja ci na to poradzę - odrzekł pan Andrzej zirytowany, że go wybija ze snu.
        - Otwórz okno!...
        - Śpij! Zimno jest i nie chce mi się wstawać, dostanę reumatyzmu.
        - Jesteś bez serca. Nie mogę oddychać...
        - Męczysz mnie.
        - Błagam cię, otwórz okno! Dostanę apopleksji. Brak mi powie Pan Andrzej nie
        odpowiadał.
        - Oj! oj! ojej! Duszę się... Prędzej...! Otwórz okno.
        Pan Andrzej starał się nie słyszeć.
        - Umieram... słyszysz... błagam... nie mogę złapać oddechu... ojej...
        ratunku....
        Pani Wiktoria zaczęła rzęzić. Małżonek, nieco zaniepokojony, postanowił wyjść z
        łóżka. Powoli włożył na nogi pantofle...
        - Prędzej... prędzej... za późno już... udusiłam się... pomo... cy... o,
        Boże!...
        Pan Andrzej zląkł się. Począł nerwowo szukać rączki przyokni Dłonie mu drżały i
        nie mógł W żaden sposób trafić. Jęki i przytł mion e rzężenie pani Wiktorii
        przeraziły go ostatecznie. Nie mogą otworzyć okna, namacał szybę i wywalił ją
        pięścią, kalecząc sobie rękę. Z chwilą gdy szkło z brzękiem posypało się na
        podłogę, pani Wiktoria zaczęła przychodzić do siebie, kilka razy głęboko
        odetchnęł wchłaniając pełną, a wybujałą piersią świeże powietrze. Była urat
        wana.
        - Jeszcze chwila, a byłabym umarła.
        Pan Andrzej po ciemku owinął sobie rękę i wlazł z powrotem pod kołdrę. Pani
        Wiktoria jakiś czas jeszcze rozkoszowała się powietrzem, po czym uspokoiła się
        zupełnie i idąc za przykładem pana Andrzej usnęła snem spokojnym i ożywczym.
        Jakież było zdumienie obojga małżonków, gdy obudziwszy się rano, ujrzeli wybitą
        szybę w oszklonej biblioteczce stojącej przy oknie.

        Jan Brzechwa
        • del.wa.57 Re: Astma 06.04.06, 16:19
          Co może podswiadomość!!!!Dobre to Wikul:))))
          Przypomniał mi sie mój Ojciec,kiedyś wróg wszelkich tabletek,potem sam
          zchorowany,łykał dziennie garśc tabletek,nigdy nie wiedział która na co,Mama
          zawsze podawała mu te tabletki,kiedyś bedąc u rodziców,pytam Mame,na co mu tyle
          tabletek? czuł sie bardzo zle jak nie połknął swojej/porcji/poszłam do
          apteki,nakupowałam witamin/musiały byc kolorystycznie/do leków,od tej pory
          Ojciec łykał te witaminy,jako swoje/specjalne/leki i czuł sie dobrze.
          • pia.ed Re: Cudownw leki 06.04.06, 17:12
            Wlasnie na tej zasadzie dzialaja dzis te "cudowne leki".
            Przykladem jest Alveo pomagajace na WSZYSTKO, a najbardziej dzialajace na
            zasadzie sugestii!
          • wikul Re: Astma 06.04.06, 20:08
            del.wa.57 napisała:

            > Co może podswiadomość!!!!Dobre to Wikul:))))
            > Przypomniał mi sie mój Ojciec,kiedyś wróg wszelkich tabletek,potem sam
            > zchorowany,łykał dziennie garśc tabletek,nigdy nie wiedział która na co,Mama
            > zawsze podawała mu te tabletki,kiedyś bedąc u rodziców,pytam Mame,na co mu
            tyle
            >
            > tabletek? czuł sie bardzo zle jak nie połknął swojej/porcji/poszłam do
            > apteki,nakupowałam witamin/musiały byc kolorystycznie/do leków,od tej pory
            > Ojciec łykał te witaminy,jako swoje/specjalne/leki i czuł sie dobrze.


            Ja sam łykam tabletki ale jak nie biorę to czuje od razu. Chociaż jak bym brał
            takie placebo to moze podswiadomie organizm by reagował jak na lekarstwa.
            Pzdr.
Pełna wersja