gabidd Re: do wikula nie wiem ale mnie cos sie pitoli i 20.02.06, 23:49 -uhaha. ja byłam jubileuszowa 100-tna , a wcale tego nie zamierzałam, ale to był post dla Ciebie wikul. Cpo do spotkania to jak wiem juz jest nas troje a Wawy. tylko krysta ma jakieśc ważne osobiste sprawy i jak na razie nie może sie spotkac, Ja jestem do dyspozycji oczywiście jak wyzdrowieje, Co do całusów to nie bądz taki skromny, moja mama mówiła że chłop zaden nie jest brzydki ani odrażajacy wazne jakie ma żenidło. Oczywiście tego ostatniego nie będę sprawdzać mam tzw. swoje u mojego mężulka. Odpowiedz Link
wikul Byle do wiosny , gabidd 21.02.06, 00:16 Jesteście młode dziewczyny a ja w stanie spoczynku. Ale bardzo mi miło. A teraz z Dobrego Humoru : W środku zimy turyści pytają starego górala: - Baco, dlaczego nie zaprzęgasz koni? - Bo nie mam sań. - Dlaczego sobie ich nie zrobisz? - Bo nie mam drewna. - A dlaczego sobie nie przywieziesz drewna z lasu? - Niby czym? Przecież mówiłem, że nie mam sań. A więc zawsze jakąś wymówkę mozna znaleźć. Odpowiedz Link
gabidd Re: Byle do wiosny , gabidd 21.02.06, 01:12 czyli Twoja wymówka to jest to że jesteś w stanie spoczynku? i dlatego z miłego spotkania jak zrobi sie cieplej będa nici? Przed chałupa siedzi baca, porzechodzą turyści i pytaja- -baco macie ser? - nie mom - a ser macie - nie mom - a wrzątek macie - mom ino zimny Odpowiedz Link
wikul Re: Byle do wiosny , gabidd , zdrówka życzę 21.02.06, 02:07 gabidd napisała: > czyli Twoja wymówka to jest to że jesteś w stanie spoczynku? i dlatego z miłego > > spotkania jak zrobi sie cieplej będa nici? > Przed chałupa siedzi baca, porzechodzą turyści i pytaja- > -baco macie ser? > - nie mom > - a ser macie > - nie mom > - a wrzątek macie > - mom ino zimny Nie napisałem że nici. Tymczasem scenka rodzajowa : Rodzinny , niedzielny obiad przerywa 10-letnia córka, oświadczając - Nie jestem już dziewicą. Zapada grobowa cisza, którą przerywa ojciec : -Marta - mówi do żony – ty jesteś temu winna. Ubierasz się tak frywolnie, że faceci oglądają się za tobą na ulicy i gwiżdżą. Mało tego zachowujesz się obscenicznie przy nasze córce. Do starszej, 20 – letniej córki, krzyczy ; - Ty też jesteś winna ! Pieprzysz się z pierwszym lepszym kolesiem na naszej sofie gdy tylko wyjdziemy z domu i to na oczach młodszej siostry ! I jeszcze masz w szafce wibrator ! W tej chwili odzywa się jego żona : - Zamknij się ! A kto wydaje połowę każdej pensji na prostytutki ? Kto spaceruje po dzielnicy czerwonych latarni z naszą córeczką ? A odkąd mamy telewizję kablową, oglądasz porolne nawet przy małej ! no i ta twoja szmatława sekretareczka. Myślisz że nie wiem po co zostajesz po godzinach w pracy ? Pelna zwątpienia matka zwraca się do córeczki, będącej powodem dyskusji : - Jak to się stało, skarbie ? - To przez nauczycielkę. Zmieniła mi role w jasełkach. Nie jestem już dziewica, tylko pastereczką…. Odpowiedz Link
wikul Irena i Lucjan 21.02.06, 20:55 Lucjan Kydryński był związany z festiwalem sopockim od samego początku. Najlepszym jego pomysłem było zaproszenie do współpracy w prowadzeniu koncertów młodej, pulchniutkiej dziewczyny o wyglądzie aniołka, z długimi blond włosami, w przezroczystej białej sukience, z torebką przewieszoną przez ramię. Wychodził z nią na scenę, zapowiadał, ona stała z boku, nic nie mówiła i wracali za kulisy. Za trzecim razem na widowni i przed telewizorami wrzało: kto to jest? O co chodzi? Dlaczego ona nic nie mówi? Lucjan po trzecim wyjściu poinformował zaintrygowaną widownię, że ta młoda osoba to praktykantka, która przygotowuje się do prowadzenia następnego festiwalu zamiast Ireny Dziedzic. Na razie oswaja się ze sceną. Zawrzało. Rozdzwoniły się telefony z kierownictwa telewizji, komitetów partyjnych, biur, urzędów… Na nic nie zdały się tłumaczenia, że to żart… - Jak ona może zapowiadać przyszły festiwal, kiedy nie potrafi nawet ust otworzyć?! Rano budzi mnie centrala telefoniczna Grand Hotelu i łączy z jakimś wielkim, ważnym zakładem pracy, gdzie już rano odbyła się masówka pod hasłem: "Załoga naszego zakładu na zebraniu w dniu… jednoznacznie wyraża swoje potępienie i uchwala, aby ta osoba nie występowała w następnym festiwalu, gdyż nie potrafi w ogóle mówić…". Nie ukazała się już więcej w amfiteatrze. Ale można ją oglądać w ciągle powtarzanym Czterdziestolatku, w scenach z laboratorium, gdzie czasami… mówi. Z zapowiadającymi festiwal był stały kłopot. Para: Irena Dziedzic i Lucjan Kydryński, najbardziej utkwiła mi w pamięci. Być może dlatego, że rywalizacja między tymi ówczesnymi "personalities" rozpalała spory, domysły i plotki. To było dwoje ambitnych, inteligentnych ludzi, których osobowości przeważały często to, co było samą zawartością festiwalu: czyli śpiewania z orkiestrą. Jakoś pasowali do siebie, mimo że prywatnie nie przepadali za sobą. Ale ich obecność na estradzie nadawała całemu wydarzeniu pewien charakter spotkania towarzyskiego. Publiczność miała poczucie, że jest zaproszona na to spotkanie. Czuła się zaszczycona. A jeszcze, gdy Irena zatańczyła z Demisem Roussosem podczas koncertu, wszyscy oszaleli. A później, gdy zmieniali się organizatorzy festiwalu, zaczęto wydziwiać z ludźmi, których lansowano w roli konferansjerów. Aktorzy, redaktorzy, piosenkarze, dyrektor wydziału kultury z Gdańska, a nawet reżyser festiwalu na jubileuszowe wydanie, czyli Jerzy Gruza. Było lepiej, było gorzej, ale nigdy tak, jak za czasów Lucjana i Ireny. Nikt nie lubi ciężko pracować. Kto lubi? A koncerty-giganty wymagały nieludzkiej pracy wszystkich zespołów. Podejrzewam, że najlepiej wspominają wszyscy ten festiwal sopocki, podczas którego ogłoszono żałobę narodową. Festiwal miał trwać cztery dni, a trwał dwa tygodnie. Tuż przed koncertem inauguracyjnym umarł przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki. Jak tu śpiewać wesołe piosenki, bawić się, klaskać… W Warszawie przygotowania do uroczystości pogrzebowych, w Sopocie urlop na koszt państwa. Festiwal-ideał! Mikrofony wyłączone, światła wygaszone i już tylko morze, słońce i dalsza integracja indywidualna na tle męsko-damskim w pomieszczeniach Grand Hotelu. Ale dostojnicy partyjni i państwowi niechętnie schodzili z tego świata podczas festiwalu sopockiego. Raczej zjawiali się w amfiteatrze. I wtedy obowiązkowo kierowano kamery na ich szczęśliwe, zdrowe i zadowolone oblicza. Tak jest do dzisiaj. J.Gruza No a teraz czas na mecz... Odpowiedz Link
gabidd Re: Irena i Lucjan 21.02.06, 22:26 Byłam wtedy na kolonii ki8edy kazano nam w upał włożyć granatowe swetry, i isc na apel na ktorym to ogłoszono żałobę i na znak żałoby nie mioeliśmy zapowiedzianego ogniska, a cóz nas dzieci to obchodziło, nie wolno było głosno mmówic smiac się , nie wolno było śpiewać piosenek i tak przez kilka dni , mam nadzieje ze jeżeli w tyej chwili któryś z naszych przywódców "odszedłbył " i zdażyłoby sie to w okresie letnim nie wciągano by dzieci w takie żałoby. Odpowiedz Link
wikul Re: Irena i Lucjan 21.02.06, 22:39 gabidd napisała: > Byłam wtedy na kolonii ki8edy kazano nam w upał włożyć granatowe swetry, i isc > na apel na ktorym to ogłoszono żałobę i na znak żałoby nie mioeliśmy > zapowiedzianego ogniska, a cóz nas dzieci to obchodziło, nie wolno było głosno > mmówic smiac się , nie wolno było śpiewać piosenek i tak przez kilka dni , mam > > nadzieje ze jeżeli w tyej chwili któryś z naszych przywódców "odszedłbył " i > zdażyłoby sie to w okresie letnim nie wciągano by dzieci w takie żałoby. A ja zupelnie sobie tego pogrzebu nie przypominam. Z Wikpedii dowiedziałem się że to był r.1964. Mielismy wtedy swoje sprawy a komune mieliśmy głęboko w d... . Odpowiedz Link
wikul Starość i Bohdan Łazuka 21.02.06, 22:49 "Jakie to okrutne, że aktorom pozwala się żyć, gdy przestają być już naszymi idolami… - mówi obłudnie jakiś artysta po sześćdziesiątce. - Jakie szczęście miał Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Maklak, Himilsbach, że odeszli, kiedy krzywa ich gwiazdorstwa zrobiła pierwsze załamania w kierunku bessy. Żal mi ich wszystkich, ale brzuchy, zmarszczki, zakola łysiny, zaczeszki, nowe, olśniewające w swej bieli sztuczne zęby, deformujące wymowę syczących głosek… Brr…!". Może ma rację? W telewizji oglądam wspomnienia o Marilyn Monroe. Wypowiada się jej dublerka w filmie, prawie sobowtór. Tak by wyglądała Marilyn, nasze seksbożyszcze, w wieku osiemdziesięciu lat. Koszmar! Stypa po pogrzebie aktora Bogusza Bilewskiego. Tłum, wódka, upał… Podchodzi jeden z kolegów nieboszczyka. - Stanę koło was, tu jakoś chłodniej… - To ode mnie już tak ciągnie… - mówi Zosia Czerwińska. - Jestem młoda inaczej. Filmowcy nie mają problemu starzenia się. Tu wygląd i kondycja jest bez znaczenia. Chociaż… Kiedyś opowiadałem Jerzemu Skolimowskiemu, który w młodości wyglądał jak blondwłosy efeb, o reżyserze Witoldzie Leszczyńskim, że zdolny, utalentowany, ma jakieś projekty na Zachodzie, co było marzeniem każdego z nas… i chyba tam zrobi karierę - na to Skoli, lekko się zacinając, odparł: - Nie ma szans. Łysy. Trochę się to sprawdziło. Filmowców polskich było kilka fal: poczynając od tych powojennych, z marynarkami z dobrego angielskiego tweedu, fajkami i szalikami na ramionach (mój przyjaciel Mieczysław Jahoda), aż do dzisiejszych: zarośniętych, z fryzurami afro i kolczykiem w uchu. Pytam Marka Piwowskiego: - Będziesz coś robił? Jakiś film? - A mam kolczyk w uchu? - Nie. - No, to jak? Po drodze, jako filmowcy, byli chłoporobotnicy, sekretarze partyjni, moralna odnowa, komercja, zagraniczni: Polański, Skoli, Żuław, intelektualista Zanussi, moralizatorzy na szczeblu transcendencji trójkolorowej, znów komercja i wreszcie "żebracy"… o pieniądze w telewizji, bankach, u kiniarzy i… w browarach. Tamci byli ponad. Wywodzili się z przedwojennego START-u, Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi po wojnie. Nieliczni z nich jeszcze żyją. Jestem na pogrzebie "Tusia". Jerzego Toeplitza. Tego od historii filmu. W okresie rozkwitu ZMP Tusio, czyli tak zwany "stary Toeplitz", jako rektor Szkoły Filmowej ratował mnie wielokrotnie od wyrzucenia na bruk. W odpowiedzi na donosy, że zmieniam dwa razy dziennie kolorowe skarpetki, odpisywał: "Widocznie higienista". A miało być, że bikiniarz, wróg, szpieg, faszysta. Było tyle wspólnych płaszczyzn, na których spotykaliśmy się z profesorem, począwszy od egzaminu wstępnego i rozmowy o Bitwie o szyny René Clémenta, a potem pierwsze moje scenariusze, jazz, koncerty Melomanów, ukochanie włoskiego neorealizmu… Nie zapomnę nigdy jego wzroku i pełnej zastanowienia pauzy, gdy dowiedział się, że jeden ze studentów, kandydat na reżysera filmowego, nigdy nie słyszał o Dostojewskim. Bo i skąd? Od kolegów z ZMP? Mogę to porównać tylko z reakcją Melchiora Wańkowicza, który, już jako bardzo stary człowiek, wysiadł z samochodu przed Związkiem Literatów na Krakowskim Przedmieściu i natknął się na następująca scenę: W Warszawie była kiedyś akcja "Stolica w kwiatach". Pojawiły się na chodnikach kwietniki z różami i mimo że postawione przez komunistów, były ładne i kolorowe. Dodawały temu smutnemu miastu trochę radości. Stały również przed domem Związku. I szło dwóch pijanych młodych lumpów, bez żadnego powodu kopiąc i przewracając po drodze te kwietniki. Przechodnie udawali, że tego nie widzą. Wańkowicz, oparty na lasce, patrzył na nich nieruchomy, z napięciem uczonego obserwującego zachowanie robaka, larwy czy bakterii na szkiełku pod mikroskopem. Chciał zrozumieć nowe czasy. Jak to stary człowiek. O - odciskanie. Gwiazdy odciskają w betonie. Ręce, stopy, pośladki. Tak powinno być… Czym kto się wydrapał na szczyt gwiazdorstwa… to odciska. - A gdzie "Aleja Udręczonych Widzów"? - ktoś mnie zapytał. - Krytykujemy, bo nie "odciskaliśmy"… - mówi znana aktorka, ale nie zaproszona do Między-zdrojów. Odciskał też Bohdan Łazuka. Urodził się w Lublinie i mieszkał tam z Mieczysławem Czechowiczem na tej samej ulicy: Hugo Kołłątaja. Bohdan często przyjeżdżał do rodzinnego miasta jako student. Gdy wracał do Warszawy z Lublina, popularny już Mieczysław Czechowicz, znany z pamiętnych ról w Kabarecie Starszych Panów, za każdym razem pytał Łazukę: - No i co, Boguś? Ciągle jeszcze jest tam ta ulica Kołłątaja, a nie Mieczysława Czechowicza? Nie doczekał się "odciskania". Łazuka dożył. W zdrowiu, dobrym humorze, z pamięcią do nazwisk znanych postaci z każdej dziedziny: politycznej, sportowej, artystycznej, gastronomicznej… Jest kopalnią zabawnych anegdot ze swoich występów, podróży i małżeństw. Kiedy przeglądałem stare zdjęcia sprzed lat, odkryłem kilka fotografii ze ślubu Łazuki z aktorką Barbarą Wrzesińską. W otoczeniu bardzo młodych ludzi, takich ja: Morgenstern, Jahoda, Kydryński, Kalina Jędrusik, ja… stoi też dziecinnie młody Łazuka. Kilka kolejnych ślubów gwiazdora uszło mojej uwagi, ale ten zapamiętałem może dlatego, że w podróż poślubną wybraliśmy się razem. To znaczy do tej samej miejscowości. Do Juraty. Tam młody żonkoś tak był elegancki i wytworny, że kiedy Andrzej Łapicki przedstawiał go swemu ojcu jako młodego, utalentowanego aktora, ten z przejęcia pocałował starszego pana w rękę. Ojciec Andrzeja, Borys Łapicki, przyjął to spokojnie. Bohdan wraca z "odciskania" w Międzyzdrojach. Opowiada, że nie wyszedł w spektaklu Kamienica, bo się zasiedział w barze… Wpada stary Szurmiej, który reżyserował, wymyślił ten spektakl i grał w nim: - Jak mogłeś, Bohdan?! Ty, uczeń wielkiego Zel-werowicza? Co by powiedział twój profesor na to, że nie wyszedłeś na scenę?! - A czy ty wiesz, co by powiedział wielki Zelwerowicz, gdyby zobaczył, że wyszedłem na scenę nietrzeźwy? Kiedy pewnego dnia stanęliśmy przy wejściu do Hali Ludowej we Wrocławiu i przed nami roztoczył się ogrom tej rzeczywiście gigantycznej hali, zdolnej pomieścić kilka tysięcy ludzi, Bohdan powiedział: - Tylko dwóch miało tu komplet widzów: ja i Goebbels. I to była prawda. Goebbels w czterdziestym piątym albo czwartym, w czasie wojny i… Bohdan Łazuka, w latach sześćdziesiątych, kiedy u szczytu powodzenia królował na estradzie jako piosenkarz. Był świetny. Należy mu się odcisk w betonie. J.Gruza Odpowiedz Link
anka125 Bardzo mi się to podoba 22.02.06, 10:58 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=37266953 Odpowiedz Link
gabidd Re: Starość i Bohdan Łazuka 22.02.06, 14:36 Może za śpiewanie powinien mieć odcisk w betonie ale za chamstwo i wulgarne odzywanie sie do ludzi powinien mieć jęzor zatopiony w betonie Odpowiedz Link
wikul Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 18:32 Uwielbiałem słuchać, jak różnymi głosami Zdzisław Maklakiewicz, wśród gwaru spotkań klubowych w SPATiF-ie, improwizował sceny z życia intymnego. Zawsze było coś tam z jego własnej biografii i wiele literackiej fikcji. Noc. Dziewczyna i on w pokoju warszawskiego mieszkania. Obok śpią rodzice. Młodzi szepczą. - Zdzisiu, weź tę rękę… Idź już! Juutrooo - mówiła, przeciągając sylaby - spotkamy się w kawiarni Danusia. Pa! - Dobrze, dobrze… Już idę. Pa! Pa! Cmok. Cmok. - Zdzisiek, weź tę rękę! Juutrooo - znów tak samo wolno - spotkamy się w kawiarni Danusia, to porozmawiamy. - Dobrze, już dobrze… No, pa…! - Pa! - Pa! - Weź tę rękę! Zdzisiek! - Dobrze, już dobrze. - Zdzisiek! Nie rozbieraj się! Rodzice śpią obok… Wszystko słyszą. Juutrooo… spotkamy się w kawiarni Danusia i tam porozmawiamy. - No, dobrze… Pa! - Pa! Zdzisiek! Rodzice wszystko słyszą! Weź to! Co to jest?! Zdzisiek!!! - I łagodny szept: - Tylko uważaj. Przygnębiony kolega z Narodowego, blady cień człowieka, na próbie skarży się Maklakiewiczowi, że ma trudności z kobietami. Przedwczesny wytrysk. Ejaculatio precox. - Słuchaj, jest na to dla aktorów świetna rada. W trakcie stosunku recytujesz sobie w myślach jakiś monolog, wiersz… Co znasz najlepiej? Chwila zastanowienia. - Pana Tadeusza, "Litwo! Ojczyzno moja…". - O, świetnie! To spróbuj - mówi Maklakiewicz. Następnego dnia kolega przychodzi na próbę rozpromieniony i podniecony. - Zdzisiu, bomba! Zacząłem od inwokacji "Litwo! Ojczyzno moja!" i wspaniale mi szło. Żona zachwycona. Dojechałem, mówię ci, spory kawałek, bo do "Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała…", aż tu stanąłem na słowie "dzięcielina". Przez chwilę zastanowiłem się, czy "dziecielina" czy "dzięcielina". I… poszło! - O, jak mi przykro. - Jutro wezmę od "Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek…". Bez tej pieprzonej "dzięcieliny" ze dwie księgi wykonam. Zobaczysz! Żona już się cieszy. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 19:23 wikul musze Cie poznac osobiście i ucałować gębulę Odpowiedz Link
wikul Re: Dobre radu Zdzisia Maklakiewicza 22.02.06, 20:25 gabidd napisała: > wikul musze Cie poznac osobiście i ucałować gębulę Kolejny raz mnie rozczulasz. Pozdrawiam nieustająco i odwzajemnam czułosci. Odpowiedz Link
wikul "Markiz" 22.02.06, 20:29 Wchodzę do księgarni naprzeciwko uniwersytetu. Rozbudowała się, zrobili w piwnicy specjalny dział: albumy, sztuka, wspomnienia. Na samym końcu leżą smutno biografie. Każdy pisze. Mało kto chce czytać. Z okładek uśmiechają się twarze popularnych aktorów, piosenkarzy, gwiazd estrady, filmu. Książki cienkie, grube, grubsze i w kilku tomach, jak o Wajdzie. Na niskiej półce leży Kobiela. Uśmiecha się do sufitu. Książeczka nieduża, złożona głównie z listów do żony. Odkładam. Czuję się trochę tak, jakbym miał go podpatrywać przez dziurkę od klucza. Bogumił Kobiela. Powiedział nam kiedyś: "Muszę rzadziej wyjeżdżać, a częściej przyjeżdżać…". Gdyby mógł jeszcze raz przyjechać. Nie mogę o nim pisać wspomnienia pośmiertnego. Nic bardziej od niego nie kłóci się z tym złowieszczym słowem. Pełen życia, kochający wszystko, co naturalne, pełne. Wesoły, dowcipny, lubiący dobrze zjeść, biesiadować w dobrym towarzystwie. "Markiz"! Kobiela kiedyś myślał o stworzeniu takiej postaci - trochę zagubionej w życiu, niezdarnej, ale uwielbiającej całą fizyczność tego świata. Żarłok, pechowy kobieciarz, globtroter, ale jadący zawsze nie tam, dokąd zamierzał. Temat do żartów dla ludzi sprytnych, sprawnych, zawsze wiedzących, co, kiedy i dlaczego. Dlaczego "Markiz"? Na jakiejś kolacji, gdy dosyć głośno wybierał łyżką zupę z talerza, nagle zapadła żenująca cisza. Słychać było tylko jego siorbanie i zgrzytanie łyżką po talerzu. Wtedy Bobek powiedział nieoczekiwanie: - Taak?! A czy wy wiecie, że mnie w szkole nazywano Markizem? Jeszcze do dziś żyją ludzie, którzy wołają za mną: "Markiz"! "Markiz!". I dopiero się odwracam. Wybuchnęliśmy śmiechem. Nie mogło być większego kontrastu. Wówczas zaczął improwizować i wymyślać życie "Markiza". Przygody, cechy charakteru, śmieszne przejęzyczenia, romanse… "Markiz" był według niego niezręczny, o wszystko zawadzał i wszystko przewracał, do tego stopnia niezręczny, że udało mu się przewrócić na stałe "wańkę-wstańkę". Kiedy "Markiz" podróżował po Jugosławii, patrzył w niebo i orientował się po gwiazdach… Wielkiej Śliwowicy… Przedstawiał się pani w etoli: "Eto ja, eto la…". Uwielbiał romanse w pociągu. Ekscytowało go to, że za chwilę może wejść konduktor z sakramentalnym: "Proszę bilety do kontroli!". "Markiz" prawdopodobnie miał w swojej garderobie kostium kolejarza i czasami przebierał się za konduktora, i to on wchodził nieoczekiwanie do przedziału. "Markiz" miał trudności z precyzją słowa, zwykł mówić: "Minius, poza kontekstem… konstantem, gęść albo gąś". Źle słyszał: "Jaki Zdzisiek?". Mówię, że dzisiaj. "Aha!". Chciał opracować całą teorię "markizmu". Obawiał się, że może powstać również "antymarkizm". "Markiz" - postać całkowicie fikcyjna, wymyślona od początku do końca, nierealna, którą w rzeczywistości był… mój serdeczny przyjaciel. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: "Markiz" 22.02.06, 22:14 Uwielbiałam Kobielę .Zezowate szczęście a najbardziej na żywo w programie STS "Poznajmy się". Odpowiedz Link
wikul Amsterdam 22.02.06, 22:34 Festiwal etiud szkół filmowych z całego świata. Z reżyserem Jerzym S. ruszamy z Londynu. Zaproszono go, jako gwiazdę kina europejskiego, na przewodniczącego jury. Jest zbyt niecierpliwy, aby oglądać wszystkie te filmy. Ja mam siedzieć i zdawać mu sprawę. Co pewien czas wpada na salę i pyta: - Goła d… była? - Była przed chwilą, szkoda, żeś nie widział… Siedzi parę minut, ale na ekranie nic się nie dzieje, jakieś nudy. Ledwie wyszedł do baru, na ekranie golizna, ruja i porubstwo, jak to u studentów, którzy za pieniądze podatników kręcą, co im strzeli do łba. Wpada Jurek. - Goła d… była? - Była, i to nie jedna. Znów się spóźniłeś. - Posiedzę chwilę, może będzie. Kolejne nudziarstwo. Wstaje. Wychodzi. Na ekranie pojawia się goła d… Nie miał szczęścia przewodniczący. I tak przez trzy dni. Przed ogłoszeniem werdyktu idziemy do toalety. Przy wejściu, na posadzce, siedzi jakaś egzotyczna studentka, trzymając skręta grubego jak cygaro Churchilla. - Daj pociągnąć - mówi zawsze żądny nowych wrażeń przewodniczący, który za chwilę ma odczytać listę nagrodzonych. Pociąga. - Good stuff. - Wypuszcza, przefiltrowaną przez płuca, smugę dymu i zwala się pod umywalkę blady jak ściana. - Vee…ry good stu…ff! - powtarza, lekko się zacinając. Uroczyste wręczenie nagród opóźniło się o dwie godziny. Kilka lat później na telewizyjnym festiwalu Rose d'Or w Montreux już sam zasiadałem w jury. Siedziałem po dziesięć godzin dziennie w sali projekcyjnej i ironicznie komentowałem treść i pomysły oglądanych programów. Do czasu! Do czasu, aż przyszła kolej na polski program przysłany na konkurs z Warszawy. Pamiętam, jak Agnieszka Osiecka podczas pobytu w Los Angeles zaobserwowała ze zdumieniem, że można być jednocześnie inteligentnym i błyskotliwym, zgrabnym i pięknym, wykształconym i bogatym. U nas zaś, jak ładna - to głupia, jak bogata - to stara, jak zgrabna - nie śpiewa. Jak śpiewa - to nie mówi, jak mówi z sensem - to nie wygląda, jak wygląda i mówi - to niesłusznie, jak słusznie - to się jąka… itd., itd. Dlaczego gruba śpiewa, a łysy, mimo że młody, zapowiada? To pytanie zadawali mi po projekcji jurorzy w Montreux. Nie umiałem odpowiedzieć. Nie ironizowałem już więcej na temat innych programów. Siedziałem cicho i pokornie. Myślałem, że może chociaż zobaczę jakąś gołą d… Niestety. Ale dzisiaj jest nam chyba odrobinę bliżej do pięknych, młodych i inteligentnych d… na ekranach naszych stacji telewizyjnych. Choć to jeszcze nie Los Angeles… z bogactwem krucho. Gwiazdor hollywoodzki Pitt ożenił się z panienką, która bierze prawie milion dolarów za jeden telewizyjny odcinek półgodzinnego serialu. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Amsterdam 22.02.06, 23:30 i to cała prawda o polskich artystach, teraz juz troszke zacynają mówić ale to Ci co nie kończą szkoły teatralnej, ttylko tzw amatorzy ktorzy stają się gwiazdami Odpowiedz Link
wikul Czterdziestolatek 22.02.06, 23:59 Miał dwie serie, druga dotyczyła okresu transformacji z PRL-u na wczesny kapitalizm. Nigdy nie miał dobrej prasy, za to dużą popularność wśród widzów. Po kilkakrotnym oglądaniu ta popularność rosła. Po prostu za jednym "oglądem" nie wyłapywało się tych wszystkich aluzji i ironicznych point w warunkach percepcji telewizyjnej. Powstał z pomysłu, żeby zrobić kabaret dla czterdziestolatków. Prowadzić to miała Irena Dziedzic, gwiazda telewizyjna pierwszej wielkości. Ale jakoś tak ten temat przekręcił nam się na serial. Mieliśmy wówczas z KTT po czterdzieści lat i zaczęliśmy kopiować swoje życie… Problemy, frustracje, lęki o zdrowie, że gonią nas młodzi, że pora na romans, że łysiejemy… Odcinek, w którym minister idzie do homeoterapeutki pani Violi, aby zlikwidować zakola, jest wzięty z mojego życia. Pojawiła się w Warszawie tajemnicza pani magister, laborantka - jak się później okazało - ze Szczecina. Fama poszła po stolicy, że jej balsam działa bardzo skutecznie na wypadanie włosów. Udałem się tam natychmiast. Szary blok na Mokotowie, nastrój konspiracji i tajemniczości. Na schodach spotykam znanego reżysera przemykającego dyskretnie, aby nie być zauważonym. Wchodzimy z żoną do przedpokoju. Tam już tłok. Pojawia się w drzwiach cudotwórczyni. Jakiś biedny osobnik spod Warszawy, typ wyleniałego urzędnika, wstaje ze łzami w oczach. - Pani magister, ja już trzecią butelkę pani eliksiru wcieram i żadnych rezultatów nie ma. Ciągle łysieję… - A jak pan wciera mój balsam? Proszę mi pokazać. Mężczyzna zaczyna pokazywać. - No, nie! Jak w ten sposób pan wciera, to nie może być żadnych rezultatów. Chyba mówiłam, że tylko opuszkami palców należy wcierać… Opuszkami…! Porada była za darmo, tylko za eliksir się płaciło. Szedł jak woda. - Włosy ludzkie dzielą się na żywe i na martwe - informuje pani magister. Robi wykład potulnie czekającym na wizytę pacjentom. - Włos pod mikroskopem jeżeli jest żywy, to jest biały, a jeżeli martwy, to jest czarny… Pokażę to państwu! Wyrywa mojej żonie kępkę włosów, wyjątkowo efektownych i zdrowych i udaje się do stołu z mikroskopem. - Bardzo przepraszam, ale ja jestem tu tylko dla towarzystwa, to mąż łysieje… - próbuje protestować żona. - Nie szkodzi. Pod mikroskopem ukazał się gruby jak palec, czarny włos. Opanowało nas przerażenie. Kupiliśmy kilka butelek eliksiru na zapas. Spaliśmy w turbanach, nasmarowani preparatem ze Szczecina, przez dwa tygodnie, a gdy zaczęły nam włosy zamiast rosnąć wypadać, wpadłem na pomysł, aby przynajmniej zrobić z tego odcinek serialu. Co z tego wynikło, gdy Karwowski namówił ministra do kuracji u pani Violi, widzieliście państwo na ekranie. Żona gra tam laborantkę Mariolę. Włosy ma jeszcze sprzed kuracji. Gdy postanowiliśmy poradzić się cudotwórczyni, jak zatrzymać wypadanie, w miejscu gdzie miała gabinet pani Viola, była już inna firma. J.Gruza Odpowiedz Link
framberg Re: Czterdziestolatek 23.02.06, 03:37 Bardzo podobał mi się "Czterdziestolatek". Podejrzewałem, że jest tam sporo osobistych przeżyć członków ekipy filmowej. Jednak gdy sam przekroczyłem czterdziestkę nie zaobserwowałem u siebie żadnych dylematów przedstawianych w filmie. Może oni szybciej dojrzewali społecznie, poważnieli ? Bardziej pdobała mi się filozofia Hollinga - właściciela knajpy i wielkiego myśliwego z serialu "Przystanek Alaska" (Northen Expositur). W jednym z odcinków zniknął, a jego żona twierdziła, że osiągnął półmetek i w związku z tym zabrał wszystko z czego da się wypędzić bimber (nawet frytki) w góry. Gdzieś tam siedzi i popijając przyzwyczaja się do myśli, że pół życia minęło. Doktor Flaichman, który go odnalazł i pomógł w piciu, dowiedział się, że Holling skończył 60 lat. Podoba mi się Holling ;-) Odpowiedz Link
gabidd Re: Czterdziestolatek 23.02.06, 10:55 a ja ogladam czterdziestolatka tylko dla Kwiatkowskiej i Kłosowskiego Odpowiedz Link
wikul Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 21:44 Jak pracował? Ci, co zetknęli się z Kobielą, wiedzą, że najważniejszą częścią pracy z nim było… podpisanie kontraktu. Miał nieodparty wstręt do podpisywania umów o pracę na określony termin. Złośliwi mówili, że na ten sam dzień i na tę samą godzinę miał już trzy inne umowy. A więc rozmowa: - Czy zagrałbyś…? - Zagrałbym… - Jeszcze nie wiesz, w czym. - Wszystko jedno, zagrałbym. Kiedy? Proponuję mu rolę pana Jourdain w Mieszczaninie szlachcicem. Ustalamy terminy prób, nagrań i wstawiamy to do planu. Zaraz potem okazuje się, że Bobek wyjeżdża za granicę… Czekamy. Przyjeżdża. - Zagrałbyś…? - Zagrałbym, tylko co? - To, co wtedy miałeś grać! Pana Jourdain w Mieszczaninie. - A dobre to? - Spróbuj przeczytać. - Długie? - Skrócę. - To poczekam. Nie lubię dużo tekstu. - Bądź spokojny, pan Jourdain prawie nic nie mówi od siebie, tylko powtarza to, co mówią i robią inni. - Tylko powtarza? To bardzo interesujące. Takie coś to bym chętnie zagrał. Zwykle o sprawach "biurowych" rozmawialiśmy z Bobkiem w formie skeczu dla prowincjonalnej estrady. Próby czytane, sytuacyjne, a potem pierwsze zetknięcie z dekoracją i kostiumem (Otto Axer). Bobek uwielbiał się przebierać. Zawodowo i prywatnie. Co prawda, znałem pewną panią, która uważała, że najlepiej wygląda na plaży nudystów, niemniej on, gdzie tylko dopadł jakiegoś kapelusza, płaszcza, wdzianka, szalika, wkładał je na siebie. Stawał przed lustrem i już był kimś innym: Napoleonem, amantem, pederastą, kucharką, księdzem… W przeciwieństwie do Zbyszka Cybulskiego, którego bardzo trudno było przebrać, Bobek natychmiast się zmieniał… Kiedyś przed jednym z odcinków Wojny domowej, w którym miała występować babcia, zrobiłem mu zdjęcia próbne do tej roli. Kiedy wszedł do studia już ucharakteryzowany, w kostiumie starszej pani, wszyscy zbaranieli. Był najbardziej autentyczną babcią, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu. Po zdjęciach usiadł, założył nogę na nogę, odsłonił kolano i powiedział zalotnie: "Babcia, jak była młoda, to też lubiła chodzić na dziewczynki". Nagrywamy Mieszczanina w studiu. Upał i ciężka praca. Powtarzanie do obłędu… bo to, bo tamto, ten nie podjechał kamerą, to mikrofon się spóźnił, złamała się laska i nie ma zlecenia na drugą, trzeba zmyć podłogę, bo źle pokryta farbą… Ociekające potem twarze aktorów, a tu trzeba być lekkim, świeżym, dowcipnym - bo to komedia. - Jaka to ciężka praca, aby na ekranie nie było jej widać… - mówi Bobek. W przerwie poszliśmy coś zjeść na Puławską. Siadamy na tarasie. Jest niedzielne popołudnie. Wiele osób zwraca uwagę na popularnych aktorów. Bobek przysuwa sobie ogrodowe krzesło, które, niezbyt stabilne, przewraca się. Bobek siedzi tyłkiem na ziemi. Wybuch śmiechu. Wiesio Gołas mówi z poważną miną: "No tak, każdy sposób dobry, aby zwrócić na siebie uwagę…" Śmiejemy się. "Wańka- wstańka". Następnego dnia po pogrzebie Kobieli, który zginął w wypadku samochodowym, otrzymuję w wycinkach prasowych notkę z "Głosu Koszalińskiego": Przy pół czarnej z Bogumiłem Kobielą - plany i zamierzenia. "Skończyłem właśnie pracę nad rolą pana Jourdain w przedstawieniu Mieszczanin szlachcicem, które ukaże się…". Nigdy go nie zobaczył. Przedstawienie-pogro- bowiec. J.Gruza Odpowiedz Link
ania1022 Re: Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 22:00 Wniosek? To co masz zrobic jutro zrob dzisiaj! Odpowiedz Link
gabidd Re: Bogumił Kobiela "Bobek" 23.02.06, 23:59 szkoda że tego nie zobaczył bo spektakl swietny a Kobiela grał świetnie jedna z jego najlepszych ról Odpowiedz Link
wikul A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawałków 24.02.06, 00:10 ...tych wspomnień, zatytułowany "Pech" Po kilku dniach samotnych wędrówek po Moskwie spotykam dyrektora z MKiS - wielkiego specjalistę od spraw męsko-damskich byłego Związku Radzieckiego. Proszę go o jakieś kontakty, zbliża się pora wyjazdu, chciałbym gdzieś iść, spędzić chwilę w miłym towarzystwie, krótko mówiąc, czy ma coś na składzie (miał trzy żony Rosjanki). - Oczywiście, rozumiem. Już się robi… Kochany, proszę bardzo… Potrzebny człowiek do towarzystwa na dzisiejszy wieczór. Wsio paniatno! Otwiera olbrzymią księgę adresów, podniszczoną na rogach, wyślinioną i wytartą od częstego używania, chyba od czasów bitwy w obronie Moskwy przed hordami Hitlera. Nakręca numer telefonu. - Ałło…! Zdrastwujtie. Gawarit Rzechowski. Da, Rzechowski… Andriej Andriejewicz. Sonia doma? Nie rozumiem. Aha… uszła. Tak. Spasiba. Do swidanija. Odwiesza słuchawkę, przewraca kartkę swojej erotycznej encyklopedii. - Wyszła trzy miesiące temu i do tej pory nie wróciła. Ale mam tu coś lepszego. - Dawaj! - Ałło…! Zdrastwujtie. Gawarit Rzechowski. Olga doma? Szto? Aha. Spasiba. Do mnie: - Na odwykówce. Chlała jak smok… Ałło…! Zdrastwujtie… Gawarit Rzechowski. Szto wy…? Kak tak można? To jebał was pies! Do mnie: - O, widzisz, kultura…?! Chwileczkę, o tu coś mam kulturalnego… Nakręca numer. - Ałło…! Gawarit Rzechowski. Zdrastwujtie! Kak zdarowie? Nu charaszo. Natalia doma? Szto? Sidit w tiurmie?! Aha. Tri goda. Żałko. Wsiewo charoszewo! Do mnie: - Pech, dostała trzy lata. Ale spokojna głowa. Zadzwonimy do kogoś, kto jest inteligentny, dowcipny, lubi wypić i nie boi się przyjść w nocy do hotelu. - Kobieta? - upewniam się na wszelki wypadek. - Seksbomba! Dzwonię do niej tylko z wielkiej do ciebie sympatii, bo sam bym chętnie do niej zadzwonił. - Dzwońcie Rzechowski, dzwońcie, bo wydaje mi się, że to jest mój typ kobiety. Seksbomba, inteligentna, dowcipna, lubi wypić i nie boi się przyjść w nocy do hotelu. - Do tego aktorka! - dorzuca z błyskiem w oku Rzechowski. - O kurczę, będę ci wdzięczny do końca życia. Dzwoń! - Ałło…! Gawarit Rzechowski… Zdrastwujtie! Wsio charaszo? Priekrasno! Margerita doma? Super! Do mnie: - Jest w domu, ale chora. Szto słucziłos? Do mnie: - Złamała nogę. - Jedną? - pytam z nadzieją w głosie. - Niestety dwie. - O cholera! - Leży w łóżku i ma dwie nogi w gipsie - przekazuje Rzechowski hiobową wieść. - Zapytaj, jak ma założony ten gips, przed kolana czy powyżej? Pamiętam jedną taką, która z nogą w gipsie stała na St. Denis w Paryżu i miała olbrzymie powodzenie. Wszyscy chcieli się podpisać na tym gipsie po stosunku. - Poniżej - informuje Rzechowski. - Dobra. Powiedz, że zaraz przyjeżdżamy. - Aleś ty napalony. - Nie napalony, tylko wkurzony na te twoje znajome. Jedna na odwykówce, druga w tiurmie, ta, która lubi wypić i nie boi się przyjść do hotelu, w ogóle nie może chodzić. Wołaj taksówkę! Szampanskoje będzie okej? - Absolutnie. Kupujemy dwie butelki szampana i jedziemy. Dalekie nowe osiedle, bloki. Odrapana winda. Otwiera nam matka, wita ojciec, brat wychodzi z drugiego pokoju, ona leży na łóżku z nogami w gipsie od stóp do kolan. Rzeczywiście sympatyczna i inteligentna dziewczyna. Spędzamy bardzo miły wieczór z całą rodziną, ojciec był znanym profesorem, sama rosyjska serdeczność i gościnność. Wracamy późną nocą do centrum. W taksówce Rzechowski opowiada, czego się dowiedział od dziewczyny. Zabiegała długo o pozwolenie na granie w polskim filmie. Wreszcie trafiła się dla niej główna rola u Petelskich w Jarzębinie czerwonej. Przyjechała do Polski, pierwsza noc przed zdjęciami, ekipa zgotowała jej powitanie. Zainteresował się nią aktor Andrzej K. Zaprosił ją do pokoju i długo rozmawiali "po duszam". Nad ranem do tego samego filmu przyjechała żona Andrzeja K. Kiedy weszła nagle do pokoju, biedna radziecka aktorka wyskoczyła przez okno i chociaż pokój był na parterze, to nieszczęśliwie trafiła w jakiś cementowy dół i złamała obie nogi. Rano miała zacząć pracę w filmie. Odjechała następnego dnia do Moskwy. Nie bała się "pójść do hotelu", ale panicznie bała się żon, zwłaszcza gdy była niekompletnie ubrana. Wysiadamy na placu Czerwonym przed mauzoleum Lenina. Pogodna noc. Aby mnie pocieszyć, Rzechowski opowiada historię swego romansu z czasów objazdu Kraju Rad z zespołem artystów z Polski. Jak wiadomo, do radzieckiego hotelu nie mógł wejść nikt bez pozwolenia kierownika recepcji, a porządku na piętrach zawsze pilnowała tak zwana etażaja. Pracownica wiadomych służb. Setki anegdot na ten temat opowiadali artyści koncertujący na tym terenie. Rzechowski razem ze znanym wówczas parodystą, Bolesławem Gromnickim, jeździł w trasie przez trzy miesiące. Byli spragnieni towarzystwa kobiet jak kania dżdżu. Po trzech miesiącach było im już wszystko jedno. Zaprosili do hotelu dwie sprzedawczynie z pobliskiego sklepu. A że czujna "etażaja" strzegła moralności gości hotelowych jak wściekły pies, musieli przebrać te dziewczyny za mężczyzn, nakładając im kapelusze, doklejając wąsy, ubierając je w garnitury i dając im służbowe teczki do rąk. Tak szczęśliwie przeprowadzili je do pokoju. Tu sklepowe przyrządziły koktajl zapoznawczy, palcem wciskając do butelki czystej wódki kawałki czekolady i robiąc w ten sposób wytworny trunek, godny artystów z Polski. Nie rozcharakteryzowały się, bo musiały też bezpiecznie wyjść z hotelu… jako mężczyźni. Pierwszy postanowił być Rzechowski. Gromnicki, dyskretnie, z drugą ekspedientką udali się na balkon, aby nie krępować tamtych. Kiedy pobyt na balkonie zaczynał się niepokojąco przedłużać, Gromnicki zajrzał do pokoju i zbaraniał. Korpulentny Rzechowski nagi, ale w dziwnym turbanie na głowie, w erotycznym zwarciu z kobietą z wąsami, nagą od dołu, za to w marynarce i krawacie… Wszystko inne w porządku, ale co znaczy ten turban? Co się okazało: napalony Rzechowski w trakcie intensywnej gry miłosnej zwalił się pod stół, uderzył głową o blat, spłynął krwią i, aby nie tracić okazji do rozwijania tak drobiazgowo przygotowanej akcji, owinął krwawiącą głowę ręcznikiem i kontynuował ruchy kopulacyjne aż do skutku. Nie pocieszyła mnie zbytnio ta historia. Wróciłem markotny do hotelu, za ostatnie "dieńgi" kupiłem od "etażnej" szampana i znalazłem się sam w pustym, smutnym pokoju. Otworzyłem zbyt gwałtownie butelkę i cała zawartość wypłynęła wielkim gejzerem, zalewając mi ubranie, pościel, papiery, twarz. Na dnie nie zostało nawet kropli. Pech. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawał 24.02.06, 12:07 to tak jak w filmie ze Stuhrem Odpowiedz Link
jowitta17 Re: A to jeden, moim zdaniem, z najlepszych kawał 24.02.06, 16:02 a nie samo życie? ,ale się uśmiałam Odpowiedz Link
wikul Klub Aktora SPATiF 24.02.06, 19:09 Klub Aktora SPATiF był przede wszystkim miejscem prawdziwej integracji tak zwanego środowiska. Wszystkich ze wszystkimi. Pomieszanie zawodów, wieku, płci i statusu socjalnego. Obok Ważyka czy Wohla mógł w Klubie siedzieć przypadkowo zaproszony gość z innej zupełnie parafii. Ale nie przy tym samym stoliku! Stolik stanowił, tak jak u zwierząt, własne terytorium. Musiało być pozwolenie, żeby ktoś obcy lub nienależący do grupy mógł się dosiąść. Janusz nienawidził pijaków. Sam wypijał trzy czwarte litra dziennie, ale nie widziano go pijanego. Wieczorem był tłum. Krzesło można było pożyczyć, zabrać lub dostawić. Pewnego razu, w oczekiwaniu na kelnerkę, gdy siedziałem z Kobielami w głównej sali, podszedł jakiś elegancko ubrany pan, ukłonił się z grzeczną prośbą, jak zrozumieliśmy, o wolne krzesło. Kiedy Bobek przyzwalająco skinął głową, że nie ma nic przeciwko temu… pan ten uniósł nam sprzed nosa cały stolik i oddalił się do drugiej sali. Zostaliśmy jak idioci. Siedzieliśmy na kanapie wśród krzeseł bez stolika. Na szczęście Gosia Kobielowa była w bardzo krótkiej spódnicy i mogła zaprezentować opalone uda, co spotkało się z życzliwym przyjęciem siedzących naprzeciwko panów. Nie sposób opisać Klubu Aktora w tamtych czasach. Na to trzeba by poświęcić kilka tomów. Był wyjątkowy. W Nowym Jorku podobny charakter miały Russian Tea Room na Czterdziestej Siódmej Ulicy, ale bardziej Elaine przy Drugiej Alei. Prowadziła go jakby rodzona siostra Ireny Szymańskiej z dawnego "Czytelnika", wszystko o wszystkich wiedziała i rozsadzała gości według własnego uznania, przewidując z góry, co z tego wyniknie. Kiedy przed wielu laty wszedłem tam z Elżbietą Czyżewską i dowiedziała się, że jestem z Warszawy, zapytała: - Co się stało? Podobno SPATiF zamknięty? Był taki krótki okres zamknięcia Klubu pod pozorem remontu. Głównie jednak chodziło o zlikwidowanie tego siedliska plotek, pijaństwa, żartów z władzy, rui i porubstwa. W Elaine Ela Czyżewska królowała - słowiańskim wdziękiem i warszawską inteligencją, a później już tylko liczbą wypitych drinków i wypalonych papierosów. Amerykańska Irena Szymańska posadziła nas z Artem Buchwaldem, potem dosiadł się Norman Mailer ze swoją przyszłą żoną. Rozmawialiśmy z Buchwaldem o jego sztuce, którą właśnie tłumaczyła Mira Michałowska, był zdziwiony, że czytam jego felietony w "New Harald Tribune". Tam za żelazną kurtyną? Czy to możliwe? Możliwe. A w SPATiF-ie możliwe było wszystko. I śmierć profesora Wnuka w klubowej toalecie, i dyskusja Konrada Swinarskiego z Friedrichem Dürrenmattem, i pierwsze spotkanie kochanków, i okrzyk Prutkowskiego w 1968 roku: "Niech żyje odżydzone Wojsko Polskie!", gdy wszedł na salę jeden z "moczarowców" w mundurze, i pożyczka dowolnej sumy pieniędzy od dwóch sławnych szatniarzy Franka i Adasia, i Słonimskiego riposta jakiemuś natrętowi: "Na wymianie myśli zawsze tracę". I ostatnia setka z upadkiem pod stolik. "Jest Warszawa, po prostu jeeeest…" - śpiewała podstarzała i wyszminkowana piosenkarka, unosząc w górę spódnicę przed stolikiem, gdzie siedział Dürrenmatt ze Swinarskim - pokazując dessous. Szwajcarski dramaturg zastygł z kieliszkiem w ręku. Fellini by to docenił. J.Gruza Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:04 Pani w szkole pyta Jasia: - Powiedz mi kto to był: Mickiewicz, Słowacki, Norwid? - Nie wiem. A czy pani, wie kto to był Zyga, Chudy i Kazek? - Nie wiem - odpowiada zdziwiona nauczycielka. - To co mnie pani swoja banda straszy? Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:11 Przychodzi baba do lekarza A lekarz jaka wielka dupa!! Baba podchodzi i wali go w twarz Następnego dnia baba idzie do drugiego lekarza A on jaka wielka dupa Baba znów uderza lekarza w twarz Dwaj lekarza rozmawiają ze sobą i postanowil powiadomic trzeciego lekarza ze gdy przyjdzie do niego baba to niech nie mówi jaka wielka dupa bo ona wtedy uderza wtwarz. Gdy baba przysla do lekarza to on Jaka ........ Jakie małe cycuszki!!! A baba mówi: Panie doktorze ja wlasnie w tej sprawie. Co mam zrobic mówi baba zeby miec wieksze cycuszki. A lakarz : Próbowala pani przecierac papierem toaletowym między nimi A baba : Czy to pomoze? A lekarz na to : DUPIE POMOGŁO!! Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:13 Niedźwiedź, król lasu zakazał srania ze względu na smród w całym lesie. Kara za nie przestrzeganie tego zarządzienia miało być wywalawnie z lasu. Zajączek chodził po lesie: - Qrcze, ale mi się chce srać - i skupczył się pod drzewem, nagle usłyszał, że idzie niedźwiedż. - I co teraz?! Wiem wezmę to w ręce!- i tak zrobił. - Zając co tam masz? -Motylka -Pokaż Zając otworzył ręce - O skubaniec! Ale nawalił! Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:Cos do śmiechu:))))) 24.02.06, 21:29 Cala sprawa dzieje sie w górach. Turysta przychodzi do baru, siada przy barze i pyta: - "Barman, co polecisz do picia?" Barman - "Ano, panocku drink Góra cy" Turysta - "Jak to 'góra cy'?!" Barman - "Widzi pan, bierzemy sklanecke wina...no dwie...góra cy i wlewamy do garnka. Pozniej bierzemy sklanecke piwa....no dwie....góra cy i wlewamy do tego samego garnka. Nastepnie sklanecke wódecki...dwie...no góra cy i wlewamy to tegoz samego garnecka. Na koniec bierzemy sklanecke koniacku....no dwie... góra cy i wlewamy do garnka. Garnek stawiamy na ogniu i miesajac gzejemy cas jakiz. Pózniej nalewamy i pijemy sklanecke....dwie...no góra cy. Po wypiciu wstajemy...robimy krocek....dwa...no góra cy Bardzo się z tego usmiałam:))) Odpowiedz Link
wikul Historyja o Zmartwychstaniu Pańskim 24.02.06, 22:21 W czasie obiadu w Klubie Aktora stara aktorka rzuca nieoczekiwanie widelcem w jednego z kolegów. Na szczęście nie trafia. Musiała go znać, zanim stał się popularny wśród szerokiej publiczności przez swoje role w filmach. Jej to się nigdy nie udało. Może to była nienawiść i zazdrość o powodzenie, a może odrzucona kiedyś miłość. On już też niemłody, o niskim, buczącym, charakterystycznym głosie. Była przy tym incydencie Zosia Czerwińska. Pytam o powód takiej determinacji… Nie wie. Opowiada mi za to pewną historię o tym aktorze. Otóż Teatr Narodowy pojechał do Francji do Teatru Narodów. Po jednym ze spektakli nasz aktor postanawia "pójść w Polskę"… w Paryżu. Usiadł sobie w kawiarni na bulwarze St. Michel. Światła, neony, samochody, barwny tłum płynie mu przed oczyma. Czuje się wspaniale. Polski spektakl poszedł z oklaskami, aktorzy byli wielokrotnie wywoływani. Sukces! I ten Paryż! Taki piękny wieczorem. Siedzi dziesięć, piętnaście minut, pół godziny, chciał do kogoś zagadać, podzielić się szczęściem, tak jakby to można było zrobić w SPATiF-ie w Warszawie. Wypił już trochę po spektaklu w garderobie, a teraz zamówił piwko. Rozgląda się. Obok siedzi Murzyn. Stoliki zawsze ciasno obok siebie. Kapitalizm. Aktor jeszcze nie wiedział, że tu nie ma nic za darmo. Wszystko ma swoją cenę. Nawet towarzystwo. - Garçon, biere, encore une fois! Chciał się zakolegować z sąsiadem, więc pyta po "europejsku", to znaczy mieszając różne języki, byleby obce: - Vodka, biere, wollen Sie drink? - A, oui, merci… - Garçon, deux vodka, zimna. - Et bičre? - pyta kelner. - Oui, i piwo! Deux vodka and bičre. Do Murzyna, który uśmiecha się uprzejmie: - Je suis acteur! - przedstawia się nasz bohater. - Polish. - O, ?tes vous acteur? Fantastique! - Théâtre National. - O, oui… - From Warschau… - Ooo, Varsovie?! Fantastique! - Oui, Varsovie… zburzona, ale już odbudowana. Stare Miasto beautiful. Kelner przyniósł piwo i dwie wódki. Wypijają. - Na zdrowie! Murzyn powtarza. - Na zeedroowie… Jak każdy Polak za granicą, aktor uczy go przez pół godziny, jak wymawiać po polsku "na zdrowie". - Garçon, encore une fois. Zwei vodka und zwei Bier! Wypili. - Mon Directeur is monsieur Kazimierz Dejmek? Connaissez vous Dejmek? Chwila zastanowienia w przekrwionych białkach Murzyna. - O! Monsieur Dejmek? Bien sur Dejmek! Super! - Murzyn pije za "free", więc stara się być uprzejmy. - O kurwa, zna Dejmka! Garçon, give us une bouteille szampana. Russisch…! Co, nie ma…? A, prawda, to Paryż. Daj tego francuskiego erzatza! Tylko schnell. Paryż, noc… kolorowy tłum. Murzyn zna Dejmka, jest bosko! - Ich spiele Hauptrolle w Historyi o Zmartwychwstaniu Pańskim. Verstehen Sie? Murzynowi jest już wszystko jedno. Murzyńska głowa to nie to co polska. - Aaa! - udaje, że rozumie, o co chodzi. - L`histoire Zmatystania - próbuje powtórzyć. - Je connais l`histoire trčs bien. Uczenie przez następne pół godziny, jak wymawiać po polsku "historyja o Zmartwychwstaniu Pańskim". Kelner leje szampana. Piją… Polskiego aktora rozpiera duma. Przypadkowy Francuz, nawet czarny, a zna Dejmka, Historyję… Co za kulturalne miasto! - Bruderszaft! Zawijają się rękami, całują. Znów drink. - You know what? I introduce you to my friends. Chodźmy! Garçon, rachunek, bitte! Płaci, rzuca suty napiwek i wychodzą. Jest już dobrze po drugiej. Raz się jest w Paryżu! Hotelik, w pokoju śpi trzech kolegów, budzi ich. - Chłopaki, wstawajcie! Gdzie wódka? Przedstawiam wam mojego znajomego z Paryża, zna Dejmka! Bardzo mu się spodobała Historyja… Stasiu, nalej mu gorzały, bo wart tego. A ty, Kaziu, poczęstuj go polską kiełbasą. Niech spróbuje! I tu dochodzimy do sedna sprawy. Nic za darmo! W SPATiF-ie można było się i napić za darmo, i opowiedzieć swoje życie za darmo, wypłakać się za darmo, wyśmiać kolegę, postawić wódkę, kolację bez konsekwencji i zobowiązań. Tu nie! Coś za coś. Murzyn chce się spłacić. Pił przez całą noc na koszt obcego mu człowieka, więc się rozbiera i kładzie do jedynego wolnego łóżka. Zapada krępująca pauza. Aktor nagle rozumie, że to jest jakieś gigantyczne nieporozumienie. - A dalejże mi jazda, wstrętna cioto! To ja ci o Dejmku, o "Zmartwychwstaniu Pańskim", o Historyji, a ty mi gołą czarną dupę wypinasz…! Precz! Zaskoczony Murzyn nic z tego nie rozumie, ubiera się i wychodzi. Dlaczego ktoś obcy przez pół nocy stawiał mu piwo, wódkę, szampana? Opowiadał mu jakieś historie, wreszcie zaciągnął go do hotelu… i nic od niego nie chce? Nigdy nie był w SPATiF-ie. Chodziło się tam, aby być "person to person" albo "person i kieliszek", ale najczęściej, żeby podzielić się sukcesem lub klęską: zawodową, osobistą, polityczną. Nie wymienię nazwiska tego aktora, mimo że Janusz Minkiewicz, gdy ktoś opowiadał jakąś plotkę czy anegdotę bez podania nazwiska obgadywanego, natychmiast przerywał: - Nazwisko! O kim mówisz? Bez nazwisk nieważne! J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Wizyta przyjaźni 25.02.06, 21:54 Na Kubę leci delegacja Radiokomitetu. Biorą przy okazji dyrektora festiwalu w Sopocie i mnie jako reżysera. Pierwszy etap - Madryt. Wizyta w telewizji hiszpańskiej, gdzie mamy wielu przyjaciół. Hiszpanie w ciemnych garniturach, nienaganni w olśniewających od białości koszulach i wysmakownych kolorystycznie krawatach, a ja w dżinsach i szarej koszulce polo. W Locie zginęły mi bagaże. Przez pomyłkę wysłano je do Genewy. Wieczorem kolacja, podczas której nieoczekiwanie dyrektor festiwalu sopockiego, Leszek Sikorski, po kilku kieliszkach tequili, oznajmia, że ma cały Radiokomitet w dupie, gdyż to są sprzedawczyki i komuniści. - To dlaczego nie powiedziałeś nam tego przed wyjazdem? - Bo byście mnie nie zabrali - odpowiada z podziwu godną szczerością. I ma rację. Odnalazły się moje bagaże. Lecimy ruskim samolotem na Kubę. Modlę się, aby wylądować szczęśliwie. "Towarzysze" najwięcej wypadków mieli na Kubie przy lądowaniu w Hawanie. Upał. Hotel. Dawny właściciel, Frank Sinatra, wyposażył go we wszystko. Klimatyzacja działa kulawo, obstawa na każdym piętrze, tak jak w Rosji, ale nad tym krajem, mimo komunistycznego reżimu, unosi się jakiś erotyzm. Dzwoni telefon. Jakaś kobieta łamaną angielszczyzną proponuje mi wywiad do gazety. Naiwnie wierząc, że jestem tu znany, schodzę do holu. Wita się ze mną młoda, cycata "mulata". Chce przeprowadzić wywiad na plaży w krzakach. Odmawiam w strachu przed legendarnym kubańskim syfem. W kolejce do restauracji zagaduje mnie jakaś kobieta z dziesięcioletnią dziewczynką. - Czy nie zechciałby pan uczyć mnie i córkę angielskiego? Dopiero w pokoju zorientowałem się, o co im chodzi… - Precz! Wychodzą. Oficjalna delegacja coś załatwia, a my z wrogiem komunizmu, Leszkiem Sikorskim, żyjemy trochę na uboczu. Oglądamy kilka propozycji na Sopot. Leszek jest spokojny, opalamy się, zwiedzamy. Wielkie wrażenie robi na mnie miejsce, w którym mieszkał Ernest Hemingway. Jego willa, basen, cień palm i pokój ze starą maszyną do pisania. Ze wzgórka, na którym stoi ten dom, na horyzoncie widać błękit morza i sylwetki palm. Oprowadzający pokazuje nam drewniane łóżko przy basenie, na którym Hemingway przeważnie leżał i pił. Nad ranem dwóch służących, razem z tym łóżkiem, niosło go do sypialni. Nie ma chyba pisarza, który by dla naszego pokolenia więcej znaczył. W głowie tłukły mi się takie słowa jak: brutalność, poezja, męska słabość, wola przetrwania, nałóg, charakter, miłość, śmierć. Hemingway był dla nas czymś w rodzaju źródła krystalicznej wody na pustyni. I to drewniane łóżko, na którym go co noc wynoszono nieprzytomnego od alkoholu. Hłasko, Maklak, Himilsbach, Grochowiak i tylu innych mogłoby na nim leżeć. Tymczasem "delegacja", w czarnych garniturach, wizytuje kubańskiego prezesa bratniego Radiokomitetu. My z Leszkiem Sikorskim czekamy przed budynkiem. Widzę zbliżającą się bardzo zabawną postać, dziewczynę z krótko obciętymi włosami, w kusej spódniczce, na nogach rozklepane, białe niegdyś tenisówki - Masina! Wesołe oczka, uśmiechnięta, dokładna kopia Masiny Felliniego. Rozmawiam z nią chwilę, kalecząc hiszpański, trochę po włosku, trochę po angielsku. Z budynku wychodzi delegacja namaszczona wizytą u prezesa, bodajże kuzyna Castro. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale przedstawiam kubańską Masinę jako znaną spikerkę telewizji, taką ichnią Irenę Dziedzic. Delegacja pokornie pochyla się i kolejno całuje dziewczynę w rękę. Przedstawiam po kolei "czarnogarniturowców", wymieniając ich funkcje. - Oo, delegacion oficial… - ucieszyła się dziewczyna i zalotnie podniosła krótką spódniczkę, pokazując wypukłą cipę w czerwonych majtkach. - Ty dasz mi te słoneczne okulary i możesz sobie tu włożyć - zaproponowała na migi Masina sekretarzowi polskiego Radiokomitetu, w okularach kupionych w Peweksie na lotnisku Okęcie. Ten zbaraniał. Długo tłumaczyłem się, że to pomyłka, bo kiedyś oglądając w telewizji ich program, widziałem kogoś podobnego. Wtedy po raz ostatni wyjechałem w delegację służbową za granicę. Sami już wybierali gwiazdy do Sopotu. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Re: Wizyta przyjaźni 25.02.06, 23:53 Już myślałem ze tu nie zaglądasz. Spodobało ci sie zachowanie Kubanki ? Pzdr. Odpowiedz Link
wikul Jaskółka Morska 25.02.06, 23:58 Knokke to mała miejscowość nadmorska w Belgii. Rodzaj Sopotu. Odbywał się tu festiwal programów telewizyjnych, które były transmitowane na żywo z sali miejscowego kasyna. Walka w silnej konkurencji europejskich stacji telewizyjnych o Złotą Jaskółkę Morską. Do Knokke przywożę zespół Józefa Skrzeka i Teatr Pantomimy z Lublina, z którymi zrealizowałem specjalny program na ten konkurs. Choreograf Jurek Leszczyński oparł cały pomysł na malarstwie Jacka Malczewskiego Ćwiczymy w Polsce. Jadę pierwszy do Knokke, zespół ma przyjechać pociągiem relacji Moskwa-Warszawa-Bruksela-Paryż. Zespół jest młody. Aby miał się nim kto opiekować w czasie podróży, angażuję profesjonalnego organizatora imprez zagranicznych z PAGART-u. Czekam na zespół z dziesięcioma wynajętymi taksówkami na dworcu kolejowym, zajeżdża pociąg, otwierają się drzwi sypialnego wagonu, pierwszy wypada z nich pijany w sztok organizator, a za nim cały zespół w stanie kompletnego upojenia. Zdobywamy pierwszą nagrodę. Odstawiając BBC i inne renomowane telewizje na dalsze miejsca. Widzowie i jurorzy byli zachwyceni świeżością pomysłu, młodymi wykonawcami i ideą oparcia widowiska telewizyjnego na malarstwie. Ożywienia surrealistycznych wizji malarza w rytm improwizowanej muzyki Józka Skrzeka. Pieniądze z nagrody chce nam zabrać Radiokomitet. Na szczęście wybucha Solidarność. Nie oddajemy. Z tymi samymi młodymi artystami z Lublina zrealizowałem następny balet pt. Buty van Gogha. Znów dostaliśmy nagrodę, tym razem w Karlovych Varach. Boję się, że dzisiaj na to nie byłoby miejsca w "ramówce" polskiej telewizji. Balet ten był oparty na Bolerze Ravela, które trwa tylko siedemnaście minut. Jak to wstawić w program? Grupa ludzi, jakby flamandzkich górników i ich kobiet, w butach ze znanego obrazu van Gogha, wdrapuje się na hałdę stale osypującego się węgla. Grzęzną w nim, walczą, próbują się ratować, giną pod czarną masą, znów wynurzają się, umierają zasypywani… Wszystko w rytmie Bolera… Kręciliśmy ten program na warszawskim Żeraniu, długo czekając na świeży transport węgla, wreszcie hałda usypana, dyrekcja na chwilę wstrzymała ogrzewanie miasta. Takie było zrozumienie dla sztuki baletowej wśród elektrociepłowników w owe czasy! Zobaczył ktoś ten program, na jakimś pokazie za granicą, i Jerzy Leszczyński dostał propozycję do Stanów. Robić coś czy realizować… Nie wiem, jakie były jego dalsze losy… ale praca z tą grupą młodych ludzi z tak zwanej prowincji była dla mnie największą przyjemnością i satysfakcją. Pracowitość, energia, talent. Później zderzyłem się z czymś podobnym w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Prowincjonalność jest w nas i nie ma to nic wspólnego z tym, gdzie mieszkamy. A najczęściej znajdujemy ją w stolicy. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Wizyta przyjaźni 26.02.06, 00:24 wikulku zagladam tylko wczoraj była na forum ostra wymiana zdań i zdaję sie że panie jakos nie zrozumiały moich intencji i jakos tak smutno. Odpowiedz Link
wikul Miami Beach 26.02.06, 01:42 Wicegubernator stanu Floryda chce się pokazać wyborcom jako polityk o szerokich horyzontach. Zaprasza delegację z Gdańska: miasta-symbolu, miasta-kolebki Solidarności. Wymyśla numer z siostrzanymi miastami: Gdańsk-Miami Beach. "Twins Sisters". Dlaczego o tym wspominam? Bo otrzymałem wspaniałą lekcję wykorzystania telewizji w kampanii wyborczej. - Musicie przywieźć też coś z kultury! - żąda nasz gospodarz. Wybór pada na Skrzypka na dachu. Nasze władze kombinują tak: starzy Żydzi spędzają na Florydzie życie w luksusowych hotelach, a pamiętają jeszcze wschodnie tereny Europy i mogliby być wspaniałymi widzami tego spektaklu. I klasa, i honor, i dowód, że antysemityzm należy w Polsce do przeszłości. Gdańsk prezentuje Żydom amerykańskim, dogorywającym w tropikalnym Miami, "Gdybym był bogaczem…"! Tu przecież umarł Isaak Bashevis Singer. Dobrze myślą. Lecimy. Jestem w delegacji jako reżyser i dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni. Mam w "tym temacie" najwięcej do powiedzenia. Jest z nami również moja była "żona" z Cannes, czyli Wojtek Korzeniowski, ale teraz z zupełnie innego klucza. Powitanie, konferencje, spotkania, omawianie warunków przyjazdu teatru na Florydę. Tymczasem wszystko się sypie ze względu na to, że agencja William Morris nie chce dać licencji na granie naszego spektaklu w USA. Planują remake z Chaimem Topolem w roli Tewje, na Broadwayu. Rodzą się naiwne pomysły, że zamiast Skrzypka można by przy pomocy jednego z braci Grocholskich, który był naszym tłumaczem, założyć tam sklep z gdańską biżuterią bursztynową. Okazało się, że są już trzy. I nie mogą nic sprzedać. Grocholski chodzi z nami wszędzie z córką, piękną dziewczyną, która biła na głowę naszą lokalną miss Ziemi Gdańskiej, mimo że ta zasiadała do śniadania, obiadu i kolacji przepasana szarfą z napisem "Miss". Tymczasem w Miami wicegubernator Florydy daje mi błyskawiczną lekcję robienia publicity przed kamerami telewizyjnymi w stylu amerykańskim. W ułamku sekundy aranżuje sytuację, jak to my i on podziwiamy Miami. Obejmuje naszego wojewodę, klepie kordialnie po plecach, całuje w policzek towarzyszącą nam miss, mnie sadza pod palmami przy szachownicy, że niby gram jakąś partię z miejscowym mistrzem, odwiedzamy fabrykę cygar, gdzie podziwiamy gołe uda kobiet, na których zwijają te cygara. Palimy! Pijemy! Smakujemy! Witamy! Żegnamy…! My z nim, a on z nami…! To wszystko oglądam potem w miejscowej prasie lokalnej i w TV i rozumiem, że gubernator robi sobie kampanię wyborczą przy okazji Solidarności, Wałęsy i Gdańska. Mimo iż wykazałem się brakiem talentu w pokazywaniu się reporterom telewizji, gubernator polubił mnie do tego stopnia, że gdy cała delegacja leciała na Key West, gdzie miała się odbyć jakaś manifestacja solidarności z Kubańczykami, zaprosił mnie do swego prywatnego samolotu. - Jerry, I like you so much, be my guest. Wszyscy już bezpiecznie w policyjnych helikopterach, a ja z gubernatorem i jego sekretarką z tyłu na siedzeniach mercedesa, w tłumie samochodów, prujemy na prywatne lotnisko. - Panie gubernatorze, pan będzie sam pilotował? - pytam trochę zaniepokojony. - Oczywiście. - O, kurczę…!! - A ty będziesz moim kopilotem - klepie mnie w ramię. - Ja?!! - Sure. Spociłem się ze strachu. Mechanik, który wyprowadzał samolot z hangaru, z lekko ironicznym uśmiechem obserwuje poczynania gubernatora. Wyobrażałem sobie wszystko co najgorsze. Gubernator lata niezbyt często, jest zmęczony po całodziennej harówce, przed chwilą prowadził w popołudniowym ruchu samochód, nosi okulary z grubymi szkłami, jest przypuszczalnie "niedzielnym" pilotem. Widzę już komunikaty w czarnych obwódkach, w tej samej prasie, co nas tak entuzjastycznie opisywała. Sekretarka sadowi się z tyłu, ja obok gubernatora, który wręcza mi książkę Jak pilotować cessnę model 520 i każe głośno czytać. - Punkt pierwszy: sprawdzić, czy są zamknięte drzwi. Sprawdzamy. - Punkt drugi: zapiąć pasy. Zapięte. I tak dalej, i tak dalej… Nie wiem do dzisiaj, do czego była potrzebna szpilka pożyczona od sekretarki gubernatora, aby uruchomić silnik. Startujemy. Drżącym głosem odczytuję dalsze instrukcje. O dziwo, unosimy się w powietrze nad terenami, które po latach obserwuję w telewizji, kiedy amerykański samolot pasażerski utonął w bagnach okalających to lotnisko. Ekipy ratownicze nie trafiły na najmniejszy ślad samolotu, z trzystu pasażerami na pokładzie, w gąszczach pełnych krokodyli i jadowitych węży. A nasza mała ces-sna…? Ale lecimy, lecimy… Coraz śmielej odczytuję kolejne akapity instrukcji. Pod nami już morze i coraz mniejsze wyspy atolu Key West, gdzieś niedaleko majaczy Kuba, za plecami zachodzące słońce. Dowcipkujemy. Siedząca z tyłu sekretarka przypala gubernatorowi papierosa. Nie wspominam, że byłem kiedyś na Kubie, ale i tak na pewno o tym wiedzą z wizy w paszporcie. Nie ma się czym chwalić… na tym terenie. Gubernator mówi, że tam, gdzie lecimy, odbędzie się manifestacja antykubańska, będzie przemawiał on i nasz wojewoda w sprawie solidarności Gdańska z ludem kubańskim, a w domyśle zrobi to dobrze gubernatorowi przy wyborach, gdyż Miami jest zapchane uciekinierami z Kuby. Znów jestem wplątany w jakieś polityczne gry, z którymi niewiele mam wspólnego. Na razie modlę się, żeby szczęśliwie wylądować po ciemku, bo już zapadła gwałtownie tropikalna noc. Gubernator każe mi otworzyć książkę i czytać rozdział pt. "Lądowanie". Przypierdalamy podwoziem o betonowy pas lotniska. Wśród kolorowych lamp nad basenem otoczonym palmami odbywa się wiec. Przemawia gubernator i nasz wojewoda. W tym czasie moja była "żona" - Wojtek i ja pływamy w basenie i pijemy rum z coca-colą. Rano odsuwam zasłony i widzę żywą, kiczowatą pocztówkę: morze, niebieska farbka, palmy i wesoło pływające w wodzie delfiny. Wychodzimy po śniadaniu na basen, gdzie pracownicy w hotelowych kombinezonach ustawiają białe leżaki. Nagle gwałtownie przerywają pracę. - To panowie Polacy? - Tak. - I tu mieszkacie? W takim drogim hotelu?! - Tak. - O, kurwa! Robimy wspólne zdjęcie. Odlatujemy policyjnym helikopterem do Miami. Samolot gubernatora ma pęknięte podwozie. Na szczęście. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Miami Beach 26.02.06, 10:05 Nie pamiętam , ale chyba w jakimś filmie Gruza wykorzystał ten fragment o telewizji... Odpowiedz Link
dama-kanaliowa Re: do wikul i osob z Gdyni 26.02.06, 12:11 Czy teatr muzyczny dalej w "formie" i czy pan Gruza jest jego szefem? Skrzypek na dachu goscinnie w PKiN to bylo "cos", czego sie nie zapomina. Niestety zapomnialam w ktorym roku to bylo. Widzowie siedzieli na schodach w przejsciach... Odpowiedz Link
wikul Re: do wikul i osob z Gdyni 26.02.06, 18:37 dama-kanaliowa napisała: > Czy teatr muzyczny dalej w "formie" i czy pan Gruza jest jego szefem? Skrzypek > na dachu goscinnie w PKiN to bylo "cos", czego sie nie zapomina. Niestety > zapomnialam w ktorym roku to bylo. Widzowie siedzieli na schodach w > przejsciach... Byłem w zeszłym roku w Gdyni. Teatr Muzyczny istnieje i ma sie podobno dobrze ale Jerzy Gruza od dawna nim nie kieruje. Pzdr. Odpowiedz Link
kryzar z Gdyni dla Damy 26.02.06, 19:56 krótko o teatrze >TEATR MUZYCZNY W GDYNI IM.DANUTY BADUSZKOWEJ - jedna z najlepszych placówek tego typu w kraju, kulturalna wizytówka Gdyni. Swoją działalność rozpoczął 18 maja 1958 r. spektaklem operetkowym Bal w Operze. Animatorką, dyrektorką, reżyserką i dobrym duchem Teatru była Danuta Baduszkowa. Od 1979 r. teatr prowadzi swą działalność w nowym budynku, dysponującym drugą co do wielkości sceną w Polsce. Lata 80-te, to okres panowania Jerzego Gruzy. Od 1995 roku dyrektorem naczelnym i artystycznym teatru jest Maciej Korwin. DOROBEK TEATRU W ciągu ponad 40 lat istnienia teatr przygotował 225 premier: musicali, operetek, bajek dla dzieci, koncertów i spektakli kameralnych. Wśród nich największą popularnością cieszyły się: Skrzypek na dachu ,Les Miserables, Drugie wejście smoka, West Side Story, Evita, Szachy i Scrooge. < Odpowiedz Link
del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 26.02.06, 17:20 www.teatry.art.pl/portrety/michnikowski/liryzmh.htm Ciekawa stronka o wspaniałym aktorze:)) Odpowiedz Link
del.wa.57 Re: Ciekawostki z innych stron 26.02.06, 17:35 ww6.tvp.pl/1891,20050725228631.strona O muzyce,kulturze,sylwetki itd. Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:52 I ZAGADKA Rzucasz się na nią gwałtownie. Nic z tego! Znów się wymyka! Doganiasz, zaciskasz palce na wyżywających, śliskich krągłościach, unieruchamiasz... Tak, za chwilę będzie Twoja... Nie, nadal walczy, broni się, kaleczy Ci kciuki, drapie przeguby... Klniesz ,ale nie rezygnujesz. Ona musi zrozumieć, że nie ma szans. Po rozpaczliwej szarpaninie przygniatasz ją ciężarem ciała i sięgasz po nóż. Na jego widok kapituluje, leży potulna i gotowa na wszystko. Jest Twoja. Przez chwilę napawasz się zwycięstwem, a potem rżniesz, rżniesz, rzniesz... Możesz być z siebie dumny. Otwarcie puszki ruskich szprotek zajęło Ci tylko dwadzieścia minut! Smacznego. Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:53 II ZAGADKA Jest duża, podłużna i bardzo delikatna. Wyczuj palcem najwrażliwszy punkt, po czym ostrożnie spenetruj wejście. Powoli, bez pośpiechu, choć tak bardzo chciałbyś już dostać się do środka... Sięgnij paznokciem jak najdalej, jak najgłębiej! Gdy poczujesz opór, przerwij na chwilę. Daj odpocząć materii, której dotykasz. Już wiesz, od czego zacząć... Wyprostuj palce i jednym ruchem rozerwij kleistą przeszkodę. Trudno, musisz być brutalny. Użyj siły! Pokonaj opór! Serce wali Ci jak oszalałe, masz miękkie nogi, trzęsą Ci się ręce... Dajesz upust swej furii. Brawo! Rozerwałeś kopertę z rachunkiem za telefon! Odpowiedz Link
del.wa.57 Re:zagadki:)))) 26.02.06, 17:54 III ZAGADKA Oto ona. Czeka. Prowokuje do działania. Teraz wszystko zależy od Ciebie. Zegnij ciało w pałąk i ugnij kolana. Obejmij ją mocno z obu stron. Podwiń nogi i wsuń się w wolną przestrzeń pod nią. Przylgnij do niej udami. Nie rozluźniając uścisku, wykonaj kilka płynnych, posuwistych ruchów. Wepchnij się głębiej. Teraz przytul ją mocno do piersi. Przesuń się nieco w prawo. I jeszcze trochę. Dobrze! Naprzyj całym ciałem. Masz ją na wprost - zimną, nieustępliwą... Nie przejmuj się! Jesteś panem sytuacji. Jeszcze tylko kilka intensywnych ruchów i... możesz sobie pogratulować! Udało Ci się usiąść za kierownicą małego Fiata! Odpowiedz Link
wikul MIDEM 26.02.06, 18:51 Muzyczne targi w Cannes. Odbywają się w końcu stycznia. Po odejściu pana Chevry, który cały ten targ płyt, muzyki, wykonawców i kaset wideo wymyślił i prowadził - od nowego szefa, którego poznałem w Paryżu, dostaję osobiste zaproszenie z pokryciem wszystkich kosztów. Przyjeżdża również Wojtek Korzeniowski, który jako organizator festiwalu w Sopocie ma zaangażować jako gwiazdę siostrę Michaela Jacksona - La Toyę. Wojtek nie ma gdzie mieszkać, a ja mam dobry hotel, za który płacą organizatorzy. Niestety, w kwestionariuszu w rubryce "sam czy z żoną", napisałem zgodnie z prawdą "sam". Dzwonię więc do sekretarki dyrektora MIDEM i mówię, że żona nieoczekiwanie przyjechała. Sekretarka do biura organizacyjnego, biuro do recepcji hotelu. Żona, którą jest dwumetrowy chłop, czyli Wojtek Korzeniowski, stoi potulnie w kącie i czeka na decyzje. Hotele w czasie targów nie są tanie, a on ma płacić sam za siebie. - W recepcji hotelu menedżer bierze do ręki paszport Wojtka. - Madame Gruza? - Oui. Rzucił okiem na stojącego obok mnie dwumetrowego blondyna i ani mrugnął. - Bonjour madame! Nie takie rzeczy widywał w Cannes. "Minister Kultury Francji ma zaszczyt zaprosić Madame et Monsieur Gruza…" Dzięki mnie Wojtek, jako moja żona, miał zaproszenie na wszystkie branżowe przyjęcia, promocje i party, a że ma dwa metry wzrostu, na zdjęciach był stale widoczny. A to jak stoi za Jackiem Langiem ministrem kultury Francji, a to za merem, ale najbardziej zauważalny był wtedy, jak stał za Jamesem Brownem, który ma pół metra wzrostu mniej. W całej prasie francuskiej na zdjęciach z Cannes widać było głównie Wojtka. I wreszcie obok La Toi, która pojawiła się w Cannes jak wymalowana kukła sterowana przez korpulentnego faceta, trzymającego gwiazdę pod rękę, który jako właściciel agencji, impresario, a pewnie i kochanek kierował każdym jej gestem i ruchem. Wysiedli z białej limuzyny przed pałacem festiwalowym. On, grubasek w czarnym garniturze z za krótkimi nogawkami, ona w czerwonej, obcisłej sukni. Wojtek stanął zaraz za nimi, więc był tego dnia w całej prasie i we wszystkich dziennikach telewizyjnych. Kiedy wśród błyskających fleszy szliśmy obok nich, nagle towarzysz La Toi rzucił w naszym kierunku po polsku: - Zadzwońcie do mnie do Carltona. Pokój trzydzieści cztery szesnaście. "Trzydzieści" i "szesnaście" było mu ciężko wymówić. Skąd wiedział, że my to my? Okazało się, że kontrakt, który Wojtek podpisał wstępnie z Turkami na La Toyę, był nieważny. Ten, co trzymał ją teraz pod rękę, trzymał też i finanse i decydował o występie gwiazdy. Zresztą marnej. Na terenie muzyki rozrywkowej jak zwykle wypadaliśmy słabo. Za to na MIDEM- classic, gdzie działała Barbara Pietkiewicz - pełny sukces. Tak jest do dzisiaj. Penderecki ostatnio miał tam swojego muzycznego Oscara. Po tygodniu pobytu mam o piętnastej samolot do kraju. Chcę złapać ostatnie promienie słońca na plaży w Cannes. W Polsce słota, śnieg i mróz. Stoję oparty o mur oddzielający mnie od słynnej Croisette. Przede mną błękitne morze. Jakieś dzieci bawią się rzucaniem krążka frisbee. Zamykam oczy i poddaję się łagodnym promieniom słońca. I nagle otrzymuję uderzenie w górną szczękę. Spływam krwią, górna warga puchnie mi do monstrualnych rozmiarów. - Pardon, monsieur - mówi jedno z dzieci i podnosi leżące obok kółko. Jak Papuas, z wargą wielkości banana, wchodzę do samolotu. Zawsze jest jakaś kara. Było za wesoło. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Rumuńskie błota 26.02.06, 20:04 Stoimy z Konradem Swinarskim oparci o mur w światowym centrum zanieczyszczeń spalinami, róg Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Lato. Dochodzi godzina jedenasta. Praży słońce. Autobusy wyrzucają tony spalin. Wojtek Pszoniak jak zwykle się spóźnia. Konrad spokojny, ja wściekły, liczymy minuty do otwarcia kawiarni Nowy Świat, aby schronić się przed upałem. Wojtek organizuje urlop w Rumunii! Mają być zdrowotne kąpiele błotne, relaks, intelektualne rozważania, seks, słońce - a wszystko półdarmo, bo przez Almatur. Wreszcie zjawia się, spocony, zdyszany, jeszcze z blond włosami do ramion. Dostaje opeer, ale mówi, że jedzie z nami Kotek (reżyser Kotkowski) z Halinką - i będzie bomba. Próbuję skontrować jego optymizm opinią Kuby Morgensterna, że do Rumunii nigdy więcej w życiu… - Zobaczysz, będzie taaak! - unosi kciuk do góry Pszoniak. Po wielu tarapatach lądujemy w Eforii. Kuracja błotna. Piekło, nagie, czarne diabły smażą się w słońcu. Kobiety osobno, mężczyźni osobno, ale już w morzu kąpiemy się razem. I smarujemy błotem od stóp do czubka głowy. - Na włosy też pomaga - mówi Wojtek i nakłada sobie czapkę z błota (wynik: patrz głowa Wojtka Pszoniaka dzisiaj). - I na "te sprawy" też - entuzjastycznie wtrąca jakiś polski kuracjusz. - Ale na co dokładnie?! - pyta Konrad. - Chce się częściej czy raczej zanik popędu? - Częściej! Oczywiście, że częściej! - zaperza się mężczyzna. - To ja to zmywam! - krzyczy Kotek i biegnie w kierunku morza… dyndając murzyńskim członkiem. Halinka woła przez siatkę, że moja żona zemdlała. Przedzieram się przez jakąś dziurę w płocie i przeskakuję przez umazane błotem gołe baby. Podnoszą gwałtowny wrzask. Ciągnę żonę za nogi do wody i zmywam z niej błotną skorupę. Otwiera oczy, zaczyna głęboko oddychać i z trudem odzyskuje przytomność. Nadlatuje samolot, posypuje nas proszkiem odkażającym, bo grozi tam jakaś epidemia. Chowamy się pod wodę. Zaczynamy chorować. Pogotowie po raz pierwszy wzywamy do Wojtka. Błota wyzwoliły kolkę nerkową. Lekarka wyjmuje strzykawkę z igłą o grubości wskazującego palca, prostowaną młotkiem. Igła z pewnością pamięta dziadka ostatniego króla Rumunów. Wojtek, odwrócony tyłkiem do góry, słabym głosem prosi: - Kondziu! Błagam cię! Sprawdź, czy ta strzykawka jest jednorazowego użytku. Wybuchamy śmiechem. - Ist das einmal… strzykawken? - Ja, ja… prima - mówi lekarka i gwałtownym ruchem wbija ostrze igły w tyłek organizatora kuracji błotnych. Ryk bólu. - Kondziu! Co to jest? O Jezu! "Kto was tu skierował? - to najczęściej zadawane pytanie. Eforia i jej błota mogą być zabójcze. - Czy jakiś specjalista?". Patrzyliśmy wtedy w stronę Wojtka, któremu nie było do śmiechu. Ataki kamicy nerkowej pojawiały się coraz częściej. Raz złapało go to w mieście. Ze strasznym bólem zawlókł się na pogotowie. Nie znał wtedy żadnego obcego języka zrozumiałego dla lekarzy. Ale za pomocą sztuki aktorskiej, pantomimy i wyrazu oczu, od czasu do czasu wydając z siebie dzikie jęki, starał się wytłumaczyć bolesną dolegliwość: kamień w przewodach moczowych. Był to majstersztyk aktorski, którego gwiazdor już nigdy nie osiągnął ani w Polsce, ani we Francji. Rumunia była tym krajem, gdzie wzbił się na szczyty. (Cenny szczegół dla przyszłych historyków teatru, filmu i telewizji). Lekarze zrozumieli: - Ktoś pana uderzył kamieniem w nerkę. W biurze turystycznym próbuję załatwić miejsce w samolocie dla chorego, a i sam chętnie bym się stąd wyniósł. Coś się tu czai! Powoli zaczynamy się wszyscy bać. Ale nadprogramowe miejsce w samolocie, w szczycie sezonu turystycznego, to marzenie ściętej głowy. Wpadam na pomysł, że załatwię to przez festiwal w Sopocie i ich biuro podróży. Dzwonimy, żeby choć jedno miejsce dla Wojtka… Czekamy na połączenie w zatłoczonym turystami, przepraszam, handlarzami, biurze. Wojtek, w kolorze topielca wyciągniętego z wody po tygodniu, z grymasem bólu na twarzy, półżywy, siedzi oparty o ścianę. Rozmawiam z biurem podróży w Warszawie. Opisuję tragiczną sytuację, błagam o pomoc. Z kąta, starając się przekrzyczeć gwar rozmów, Wojtek woła dramatycznym głosem: - Powiedz im tam w Polsce, że Moryc z Ziemi obiecanej sika krwią! Pomogło. Brzmiało to jak apel umierającego wieszcza na emigracji, posyłającego narodowi hasło do kolejnego powstania. Przed biurem turystycznym. Autobus załadowany turystami. Pokazuje się przedstawiciel Orbisu. Wręczam mu bilet Wojtka z prośbą o opiekę, bo jest bardzo chory. - A kto to? - Moryc z Ziemi obiecanej. O, tam siedzi! - pokazuję na Wojtka. - O, nie, proszę pana, ja takiego nie wezmę! Nawet jak się nazywa Moryc. A jak mi umrze w samolocie? To co ja zrobię?! Złapałem go za klapy. - To cię zabiję, skurwysynu! Jak nie tu, to znajdę cię w Polsce!!! Po tym wszystkim, co przechodziliśmy na tych wakacjach, taka była we mnie desperacja i siła, że wypicowany elegancik z biura podróży powiedział tylko: - Niech ten Moryc wsiada do autobusu. Nie było to takie proste. Dopiero dziewczyny mu pomogły. Wzięły Wojtka pod pachy, uniosły jak piórko i wsadziły do środka. Jego bagaże miały przylecieć z nami. Autobus ruszył, pomachaliśmy mu przez okno. Halinka nawet pukała w szybę, ale on przestał już reagować A miało być… taaak!!! Prosto z "błot" na festiwal do Teheranu poleciał Konrad Swinarski, legenda polskiego teatru. Jego samolot uległ katastrofie. Nikt nie przeżył. Została legenda. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Z innych Forów. Z f.Kraj poezja zaangażowana 26.02.06, 20:22 Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka Czarną sukienkę ma ten koleżka Uczy tłumaczy w radiu "Ma-Ryja" Kto godny chwały a kto wręcz kija Leje na serce miód swoim gościom Do adwersarzy zionie miłością Żyda masona czuje z daleka Wszystko w nich widzi oprócz człowieka Glemp traci nerwy "Rydzyk łobuzie" Tadzio z uśmiechem nadyma buzię Pieronek błaga "Daj na wstrzymanie" To on rozkręca nową kampanię Życiński prosi "Weź odpuść sobie" A Rydzyk "Spadaj! Co zechcę zrobię" Rząd go popiera prezydent chwali Lepper z Giertychem pokłony wali Czuje się bosko jak w siódmym niebie Do Sejmu wchodzi tak jak do siebie A gdy podskoczyć mu ktoś próbuje Armię beretów mobilizuje Ich nie obchodzi co sądzi prasa Że dla Rydzyka Bogiem jest kasa Mohery wielbią swego pasterza Dla nich ważniejszy jest od Papieża Odpowiedz Link
gabidd Re: Z innych Forów. Z f.Kraj poezja zaangażowana 26.02.06, 20:25 sama prawda wikulku Odpowiedz Link
wikul Janek Galązka i Rewizor 26.02.06, 20:54 W Rewizorze z Tadeuszem Łomnickim miał grać drobną rolę służącego Janek Gałązka. Tadeusz nie znał go. Obsada była wyśmienita: Seniuk, Fronczewski, Szczepkowska, Pszoniak… Powiedziałem Gałązce, że rektor chce z nim przeczytać chociaż jedną scenę, aby wiedzieć, z kim będzie dialogował, a chodziło mi o to, aby potem nie było kwasów, że ktoś nie z "pierwszej ligi" jest w tym doborowym składzie. Janek jeździł wówczas po Polsce z drewnianą lalką, z którą jako brzuchomówca rozmawiał na estradzie, kłócił się i dowcipkował na aktualne tematy. Lalka nazywała się Bartek. Mój obsadowy pomysł był trochę ryzykowny dla tuzów polskiego teatru. Już samo umówienie tych dwóch panów było zadaniem karkołomnym. Jeden rektor, członek KC, wielki aktor, drugi pod koniec życia utrzymujący się z chałtur, brzuchomówca - jeszcze bardziej zajęty. Wreszcie udało się ustalić termin spotkania. Wcisnąłem się między posiedzenie sejmu a zebranie KC na temat sytuacji w przemyśle wydobywczym, gdzie miał być Łomnicki, a Gałązki występ z Bartkiem w Sochaczewie. Ale uparłem się. I się udało. Spotkanie, czy raczej pierwsza próba czytana, miało się odbyć w gabinecie rektorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej przy ulicy Miodowej w Warszawie. Już jak się spotkaliśmy w holu, o umówionej godzinie, zaniepokoiła mnie torba, z którą wkroczył Gałązka. Wystawał z niej drewniany nos Bartka. Zanim zdążyłem zapytać Janka, co to znaczy, on już witał się z Gustawem Holoubkiem, który otoczony rojem podnieconych studentek wygłaszał którąś ze swoich recept na sztukę aktorską. Właśnie skończył wykład. - Panie Gustawie! Witam w klubie jednonerkowców! Wycięli mi nerkę w tym samym szpitalu co panu… I jak? - Gałązka nachylił się konfidencjonalnie do ucha mistrza. - Z sikaniem OK? Mocz w porządku, panie kolego? Gustaw spłonął jak wiśnia. Dziewczyny zamilkły. - Janek! - syknąłem przez zęby. - Natychmiast proszę za mną. - Przepraszam. Gdyby co, to mam takiego zielarza… Pociągnąłem go za rękę, mało mu jej nie wyrwałem. Rektor przyjął nas z tym swoim uśmiechem, w którym nie wiadomo było, czy więcej w nim serdeczności, czy kpiny. Kiedy raz mieliśmy się umówić i ustalić miejsce spotkania, powiedział mi przez telefon: - Jerzy, umówmy się tam, gdzie o tej porze jest dużo ludzi. Chciałbym, żeby jak najwięcej osób widziało, że ciebie znam. A więc wchodzimy do gabinetu, mistrz prowadzi nas tym swoim krokiem powolnym, z jednym ramieniem opadniętym, drugim wyżej, jakoś tak godnie. Jego żona pisze, że Łomnicki zaczął tak chodzić od momentu, gdy został działaczem. Jakoś tak z troską pochylał się nad nami, szaraczkami. Przedstawiam Gałązkę, który rozgląda się niecierpliwie po gabinecie, jakby czegoś gwałtownie potrzebował. - Tadziu, więc pan Gałązka będzie próbował na rolę Wasyla… i dobrze by było, gdybyś usłyszał go i… - nie dokończyłem, bo przerwał mi Janek. - Przepraszam, rektorku, czy można od pana zadzwonić? - Oczywiście. Tylko nie z tego czerwonego. Za biurkiem na stoliku stały różne telefony. Pewnie ten był rządowy. - A który ma wyjście na miasto? A właściwie poza miasto? - Wszystkie - odpowiedział spokojnie rektor. Gałązka zaczyna kręcić jakieś numery. Pokrywam niezręczną sytuację, bełkocząc ogólne uwagi o koncepcji grania Rewizora człowiekowi, który wiedział na ten temat wszystko… Mówiłem coraz głośniej, aby zagłuszyć Janka, który rozmawiał z organizatorem z Sochaczewa. - Panie Stasiu, ja się spóźnię. Bo tu mnie prosi Łomnicki, żebym koniecznie zagrał w Rewizorze. Nie, nie rewizora… tego drugiego. Nieważne. Rewizora grałem w Kielcach, kiedy Tadeusz jeszcze na nocniku równowagę łapał… Będę… - Gałązka patrzy na zegarek - na drugą część imprezy… Co? Jest komplet? To dobrze. Wyjadę za jakieś dziesięć minut stąd, to będę na siódmą… No, na sto procent! Razem z Bartkiem, oczywiście. Cześć! - Kto to jest Bartek? - pyta Łomnicki. Zdesperowany pokazuję na wystającą z torby drewnianą lalkę. - Pan Gałązka jest też brzuchomówcą - wyjaśniam. - O, to ciekawe - zainteresował się rektor. - A więc, panowie, jak słyszeliście, nie mam zbyt wiele czasu… Przeczytam wam, jak ja sobie wyobrażam te scenę z Chlestakowem, i będę leciał. Otwieramy teksty. Janek zaczyna coś bąkać, grać jakimiś chrząknięciami, bo nie pełnymi słowami, ale jest to tak prawdziwe w intonacji, zająknięciach, tak jak się mówi naprawdę w podnieceniu, że Łomnicki słucha i patrzy na Gałązkę w zdumieniu. Ten zamyka tekst, wstaje i sięga po torbę z Bartkiem. - I tak mam to zamiar interpretować. Chcecie panowie, to dobrze, nie, nie będę rozpaczał. A teraz przepraszam, muszę jechać. Mam komplet w Sochaczewie. Pożegnał się i wyszedł. Łomnicki rozłożył ręce i powiedział: - Amerykański aktor! W spektaklu zagrał świetnie. I jeden, i drugi, J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:21 • Jak wycieracie pupę? IP: *.aster.pl Gość: słodkie kurczątko 10.09.04, 16:53 zarchiwizowany Z moich obserwacji wynika, że sztuka wycierania pupy może być całkiem urozmaicona. Adaś Miałczyński podcierał się siedem razy i za każdym razem wyrzucał papier do kibla. Mój brat szoruje kilka razy jednym kawałkiem, a potem czynność powtarza. [Tak przynajmniej to sobie wyobrażam sądząc po odgłosach:) ] Ja tam biorę duży kawałek papieru, wycieram pupę raz, patrzę czy papier czysty, zginam go i czynność powtarzam. Jak już papieru sięnie da złożyć, to biorę nowy kawałek... A wy? (...) • To bardzo ciekawy i fascynujący temat. czarny.humor 11.09.04, 20:28 zarchiwizowany Ja tę czynność wykonuję w dwojaki sposób, uzależniony od ilości papieru. 1. Kiedy papieru mam pod dostatkiem, to najpierw odrywam kawałek dł. około 2 metrowy, składam go, mocno się wypinam, przekładam między nogami, trymając go lewą ręką z tyłu, a prawą z przodu, przesuwam papier ruchem posuwisto zwrotnym pilnując w skupieniu, aby nie wysunął się z rowka i starannie ocierał o właściwe okolice pupki, a jednocześnie nie dotykał swobodnie zwisających jajek. Czynność tę powtarzam tyle razy, aż na papierze nie ma śladu zabrudzeń. Ostatni nie zabrudzony w widoczny sposób kawałek papieru starannie obwąchuję i jeśli trzeba ponownie powtarzam czynność. Niestety przy sraczce sposób ten jest dość kłopotliwy i wymagający szczególnego skupienia, bo papier szybko przemaka i się rozrywa. 2. Kiedy zaś (co często mi się zdarza) papieru z rolki zabraknie, wykorzystuję zużyty bilet tramwajowy: W tym celu składam ów bilet "w czworo", oddzieram złożony narożnik, tak, że po rozłożeniu otrzymuję bilet z dziurką w środku. Oddarty narożnik odkładam na bok, pomieważ będzie on miał ogromne, żeby nie powiedzieć kapitalne znaczenie na końcu wykonywanej czynności podcierania tyłka. Po rozłożeniu biletu, wkładam palec wskazujący ręki prawej we wspomnianą dziurkę, a następnie tymże palcem oczyszczam starannie okolice odbytu. Czynność ta może trwać jakiś czas, bo przyjemny kontakt palca z tą częścią ciała powoduje, że człowiek się nieraz zapomina. W każdym razie po dokładnym oczyszczeniu ujścia przewodu pokarmowego z niestrawionych resztek pokarmów, ujmuję mocno lewą dłonią sztywno wyprostowany palec i ściągam z niego bilet wraz z całym zabrudzeniem. Bilet wraz z zawartością ląduje w klozecie. Teraz przychodzi wreszcie czas na wykorzystanie oddartego wcześniej narożnika. Przy jego mianowicie pomocy oczysczam to, co zostało za paznokciem. Smacznego. Odpowiedz Link
del.wa.57 Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:32 img111.imageshack.us/img111/607/podwkibe3to.jpg Okazuje sie ,ze(wycieranie pupy to sztuka):))))) Podrzucam kibelki gdyby ktos chciał sie załtwić:)))) Odpowiedz Link
gabidd Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 21:44 ten numer z biletem to dawno temu opowiadano że tak pupkę wycierają w ZSRR Odpowiedz Link
wikul Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 22:00 gabidd napisała: > ten numer z biletem to dawno temu opowiadano że tak pupkę wycierają w ZSRR Tak, to stary kawał. Nie ogladasz uroczystości zamkniecia Igrzysk ? Właśnie śpiewa Bocelli. Pzdr. Odpowiedz Link
wikul Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 22:24 Co się stalo że ten wątek znalazł sie na drugiej stronie forum ? Odpowiedz Link
gabidd Re: Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 23:33 nie wiem ja aż tak na sprawach internetowych sie nie znam Odpowiedz Link
gabidd Re: Niezwykłe ciekawostki z Forum Seniorum 26.02.06, 23:35 Seniorum pomyliło sie z Humorum ale dlaczego trzeba zapytać admina Odpowiedz Link
wikul Re: Ciekawostki z Forum Humorum 26.02.06, 23:39 gabidd napisała: > słuchałam właśnie co za głos Juz wiem co sie stało. Z nieznanych mi powodów w okienku "sortuj według daty ostatniego listu", przeskoczyło mi samoistnie na "sortuj według daty załozenia watku" i wątek znalazł sie na drugiej stronie. Odpowiedz Link
wikul Mleczarz 26.02.06, 23:47 Wczesnym ranem mleczarz zbierał butelki na mleko. Zauważył, że przy jednych z drzwi nie ma tak jak zwykle pustej butelki. Puka wiec do drzwi. Otwiera mu zaspany facet i podaje butelkę. Mleczarz zamiast zabrać ja śmieje się do rozpuku. - Co pana tak rozbawiło? - Hi, hi, hi... Pierwszy raz widzę faceta w szlafroku zapiętym na dwa guziki i jedno jajo. Odpowiedz Link
jowitta17 Re:wikul 27.02.06, 12:41 wikulku drogi co my byśmy bez Ciebie robiły? -byłoby smutno Odpowiedz Link
wikul Re:wikul 27.02.06, 20:46 jowitta17 napisała: > wikulku drogi co my byśmy bez Ciebie robiły? -byłoby smutno Bardzo mi miło. A wiec do dzieła. Pzdr. Odpowiedz Link
wikul Re: Mleczarz 27.02.06, 20:47 gabidd napisała: > Ty się wikul rozkręcarz To dobrze czy źle ? Pozdrawiam serdecznie. Odpowiedz Link
wikul Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 20:53 To postać nie na krótkie hasło. To życiorys na grubą książkę. Przede wszystkim ożenił się z moją byłą sympatią z czasów szkolnych. I jest z nią do tej pory. A ona sama, Grażynka, to drugi, osobny temat. Dudek jest korpulentnym, sympatycznym facetem o abstrakcyjnym poczuciu humoru. - Gdzie idziemy, co robimy? - pytają zabawowi koledzy. - Wszędzie już byliśmy. - Powoli zaczyna być nie mieć, co robić - mówi Dudek. Napisał muzykę do większości seriali i filmów fabularnych w Polsce: Stawka większa niż życie, czyli Kloss, Janosik, Wojna domowa, Czterdziestolatek, skomponował dziesiątki piosenek, gra na saksofonie do dzisiaj, jeździ na nartach, żegluje, sam nagrywa, pilnuje w ZAiKS-ie pieniędzy dla kolegów. I jest wiecznie uśmiechnięty i pełen optymizmu. Chciałbym go opisać, jego poczucie humoru, sposób widzenia życia od tej komicznej strony, ale nie dam rady. To była moja młodość, beztroska, hałaśliwy śmiech, granie na fortepianie Etiudy rewolucyjnej Szopena przez wałek od otomany, koncerty jazzowe w Warszawie i w domu. Muzyka przeplatała się z polityką i śmiechem. Byliśmy razem w Szkole Filmowej, on uczył się na operatora, ale coraz bardziej zajmował się muzyką. Nawet grałem z nim kiedyś na klarnecie. Podczas wakacji zespół Melomani złapał chałturę w małej miejscowości nadmorskiej. Dobrało się niezłe towarzystwo. Z naszej szkoły: Witek, Dudek i ja jako plażowy fotograf. Przyjechał Komeda do grania na fortepianie, przyjechał, bo kochał się wtedy w pianistce Barbarze Hesse-Bukowskiej, a ona tam ćwiczyła do Konkursu Chopinowskiego, zjechali Tyrmandowie, czyli Leopold i Barbara Hoff… Narzeczona Andrzeja Trzaskowskiego, oczywiście, też przyjechała za nim, z Krakowa… Młoda, wówczas very sexy Krystyna Łubieńska z Wybrzeża… Zrobiło się bardzo interesująco. Niestety, nie dojechał do Melomanów jeden z muzyków. Kontrakt opiewał na sześciu, trzeba kogoś dobrać. Pada na mnie. Że nie gram, nie ma znaczenia, dają mi klarnet bez ustnika i mam tylko markować granie, aby zgadzała się liczba muzyków na estradzie. - Kierownik restauracji jest i tak przez dwadzieścia cztery godziny narąbany jak stodoła po żniwach - uspokaja mnie Dudek. Gram. W drzwiach pojawia się kierownik, zamglonym wzrokiem ogarnia salę, liczy muzyków na estradzie i wraca do siebie. Cały dzień na plaży fotografuję dla zakładu "Foto-fala", a wieczorem gram na klarnecie, to znaczy markuję. Lubiłem fotografować ludzi po raz pierwszy oglądający morze. Zmęczeni, po całonocnej podróży z południowych krańców Polski, prosto z pociągu, w czarnych garniturach, z podwiniętymi nogawkami i butami trzymanymi w ręku, patrzyli zachwyconymi oczyma na bezkresną masę wody. Jeden tylko dał temu odpór i dlatego zapamiętałem go na całe życie. - Myślołem, że jest większe… - powiedział spokojnie i popił zimnej herbaty z butelki owiniętej gazetą. Przyszło mi wtedy na myśl, że zobaczyć morze "większe", to jest praktycznie niemożliwe. Oczywiście, z jego punktu widzenia. Tam, gdzie stał, bose nogi mocząc w wodzie, morze było "największe" dla jego pola obserwacji. Aby zobaczyć je "większe", trzeba by było unieść się w górę, jak ptak albo jak Ikar… Odwieczne żądze ludzkiej natury: wyżej, więcej, dalej, szybciej… Tymczasem w knajpie, siedzący z rodziną blisko estrady, wspaniały klarnecista z Filharmonii Krakowskiej myślał, że ogłuchł po morskiej kąpieli. Widzi, że facet grający na klarnecie wstaje, wykonuje swoją solówkę, a on nie słyszy nawet jednego dźwięku. Przeraził się. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, na czym polega ten numer. Wybuchnął tak gromkim śmiechem, że mu ość stanęła w gardle i mało co się nie zadławił. No tak, ale gdzie się podział Dudek Matuszkiewicz? Zacząłem o nim, a skończyłem… Antoni Słonimski w rozmowie z jakimś literatem długo opowiadał o sobie. - A teraz już dość o mnie, mówmy o panu - zreflektował się po godzinnym monologu. - Co pan sądzi o mojej ostatniej książce? Trudno jest opisać Dudka. Mogę tylko krzyknąć: "Więcej muzyki Matuszkiewicza!". Na ostatnim festiwalu w Gdyni w nominacjach na najlepszą muzykę filmową puszczono trzy filmy ze scenami podpartymi muzyką trzech różnych polskich kompozytorów. Wyglądało, że to jest jeden utwór. "Pitu, pitu…". J.Gruza Odpowiedz Link
melodyn Re: Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 23:02 Skad Pan bierze takie fajne wspomnieniowe kawałki. A pamieta Pan jak w Warszaweie odbywały się Dożynki, tych ludzi ktorzy jechali cały dzień autokarami, a póżniej Oni w czarnych garniturach, One w sukienkach ze stilonu chociaz nasze warszawkie dziewczyny chodziły w suti marszczonych, na krochmalonych halkach sukienkach ze zwykłego kretonu. Te przyjezdne dziewczyny dziwiły sie jak to mozna chodzic w perkalu , u nich to do krów w takich sukienkach chodziły. To były czasy. Odpowiedz Link
wikul Re: Dudek Matuszkiewicz 27.02.06, 23:49 melodyn napisał: > Skad Pan bierze takie fajne wspomnieniowe kawałki. A pamieta Pan jak w > Warszaweie odbywały się Dożynki, tych ludzi ktorzy jechali cały dzień > autokarami, a póżniej Oni w czarnych garniturach, One w sukienkach ze stilonu > chociaz nasze warszawkie dziewczyny chodziły w suti marszczonych, na > krochmalonych halkach sukienkach ze zwykłego kretonu. Te przyjezdne dziewczyny > dziwiły sie jak to mozna chodzic w perkalu , u nich to do krów w takich > sukienkach chodziły. To były czasy. Pamietam, pamietam, chociaż wtedy jeszcze nie mieszkałem w Warszawie. Pzdr. Odpowiedz Link
wikul Cągnie rezyserów do grania 27.02.06, 23:53 Ciągnie reżyserów do grania. Do pokazywania aktorowi, jak ma zagrać. - Oj, bo tak ci zagram…! - zwykle przestrzegają aktorzy natrętnego w popisywaniu się reżysera. Ja też czasami "pokazuję", zwykle w scenach komediowych, ale mój aktor potem nie ma już co grać. Może dlatego, że to są moje własne teksty? I wtedy jest łatwiej. Zaczynałem od Szkoły Filmowej. W sposób pechowy. Razem z Witkiem Sobocińskim, wybitnym polskim operatorem filmowym, graliśmy w etiudzie kolegi Andrzeja Brustmana dwóch muzyków. Ja - angielskiego pianistę, Witek - węgierskiego skrzypka. Witek zresztą z Melomanami grał prawie na wszystkich instrumentach. Film był dźwiękowy, nagrywany po raz pierwszy na kamerze specjalnie do tego przystosowanej, o nazwie "Moskwa". Był to kolos wagi ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Kamera "Moskwa" była darem Moskwy od ich studentów dla Łódzkiej Szkoły Filmowej. Przywiózł ją profesor Jakowlew, który miał na czole potężne wgniecenie od kurczowego wpatrywania się w wizjer radzieckiej kamery, w czasie kręcenia jeszcze z Eisensteinem - był klasykiem filmu radzieckiego. Dumny stał obok kamery podczas kręcenia pierwszego ćwiczenia w szkole, nagrywanego z dźwiękiem stuprocentowym… Pech chciał, że student Brustman zapomniał zafiksować urządzenie mocujące kamerę i podszedł do nas, mierząc światło. Z przerażeniem widzę, jak kamera powoli obsuwa się obiektywem w kierunku podłogi studia. Krzyczę przeraźliwie. Nikt nie rozumie, co się dzieje. Pokazuję na obsuwającego się w dół kolosa. Pierwszy zorientował się profesor Jakowlew, desperacko złapał go w pół i tak uratował kamerę "Moskwę" z Moskwy. Mieliśmy kupę szczęścia. Mogło się dla nas wszystkich skończyć kłopotami w UB. Ewidentny sabotaż o podłożu politycznym. I tak byliśmy na widelcu organizacji partyjnej, a ubek dźwiękowiec wzywał mnie co tydzień i straszył wyrzuceniem. Znany dzisiaj reżyser i producent mierzył mi publicznie szerokość spodni, uważając, że ulegam Zachodowi. Skończyło się smutno tylko dla Andrzeja. Następnego dnia, na radzie pedagogicznej szkoły, skreślono go z listy studentów. Profesorowi Jakowlewowi wypadł dysk przy ratowaniu podarku radzieckich kolegów. Po tym debiucie miałem epizod w Pokoleniu Wajdy - esesman ginący na schodach, w pogoni za Janczarem, następnie członek rządu Kierenskiego, uciekający z Pałacu Zimowego, właściciel psa w Czterdziestolatku, operator filmowy w Dzięciole, sąsiad erotoman w miniserialu Gosia i Małgosia, nadawanym w Polsacie podczas finału Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej i zaniechanym ze względu na… "słabą oglądalność". Wreszcie rola portiera Choćko w Tygrysach Europy, po których Linda pogratulował mi: - Byłeś bardzo dobry. Szkoda, że nie grałeś wcześniej. Popatrz na mnie, ja dzisiaj mam wszystko… a ty jesteś jakimś tam reżyserem. Może i ja kiedyś będę miał wszystko? J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Piwek czyli Marek Piwowski 28.02.06, 20:47 Uwielbiam słuchać Marka Piwowskiego za jego powagę w opowiadaniu najśmieszniejszych rzeczy po słońcem. Relacjonuje swoje doświadczenia z zatwierdzaniem scenariuszy w telewizji. - Przeczytałem tego pana Hłasko, ale tam na końcu jest samobójstwo - mówi redaktor. - No, jest - przyznaje się, z nutą skruchy, Piwowski. - Czy nie można by tego zamienić, powiedzmy, na… załamanie nerwowe. A poza tym, tam coś pod koniec "siada"… "Siada" to ulubione określenie redaktorów. - Widział pan ten serial amerykański Płomień z Miami? Nie? Niech pan go zobaczy… wtedy pogadamy. Żona go bardzo chwali. Zobaczył. Zwymiotował. Wraca z poligonu morskiego. - Podoba mi się w marynarce. Obowiązują tam proste zasady: rozpoznać, namierzyć, zatopić. Późno wieczorem dzwoni telefon. Jakiś dawny koleś z Pragi zaprasza Marka na balangę. - Niestety, wiesz, jestem z kimś… - tłumaczy się Piwowski. - Nie mogę jej tak zostawić… jest już późno, a muszę ją jeszcze odprowadzić… Długa cisza w słuchawce. A potem zdumiony głos kolegi: - Co, ty niewidomą posuwasz? Prowadzenie, podprowadzanie, sprowadzanie, odprowadzanie kojarzy im się tylko z kalectwem. Piwek jest reżyserem kultowym. Aby być kultowym, trzeba nakręcić arcydzieło. Ale tylko jedno. Następne mogłyby zrujnować kult. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Zofia Czerwińska 02.03.06, 00:45 Niezapomniana pani Zosia z Czterdziestolatka grała u mnie często. To świetna aktorka o wszechstronnych możliwościach i dramatycznych, i komediowych. Nie miała szczęścia do mężczyzn, bo miała zbyt wielkie poczucie humoru. Humor w miłości przeszkadza. Była z wysokim, przystojnym kolegą aktorem. Nazywała go cesarzem tajemnicy. Gdy miał zamiar urwać się do knajpy, mówił mniej więcej tak: - Idę, bo mam się spotkać z tym, co to wiesz, jak wtedy tamci odwiedzili Franka i jeden z nich mi mówił o tym facecie, co go spotkali u tej rodziny, która przyjechała z miasta, w którym tamten grał w teatrze w reżyserii tego, co mnie nie obsadził w zeszłym roku. Wychodził na całą noc. Gdy wybierała mieszkanie w spółdzielczym bloku, zażądała, aby było na parterze, w nadziei, że może ktoś wejdzie przez balkon. A tu Płomień Nowego Orleanu! Był taki znany film amerykański, gdzie w scenie finałowej bohaterka wchodzi do pokoju, w którym zostawiła ukochanego, a tam już nikogo nie ma… Tylko w oknie poruszana wiatrem firanka w świetle księżyca… Zosia opowiada, że kiedyś po ablucjach w łazience wchodzi, na tym feralnym parterze, do sypialni, w której zostawiła mężczyznę jakby już gotowego do zbliżeń… i zastaje Płomień Nowego Orleanu… Fruwającą na wietrze firankę. Uciekł przez balkon. Jeden sportowiec, znany tyczkarz, opuścił ją, gdy zapytała z niewinną miną po jego rekordowym skoku w Memoriale Kusocińskiego: - To ile rzuciłeś w dal tą tyczką? Cztery metry dwadzieścia? Kibic piłki nożnej odszedł od niej w trakcie pasjonującego meczu, gdy znudzona nagabywała go: - Do ilu goli oni grają? Władysław Komar wraca w euforii złotego medalu, który zdobył na olimpiadzie w Monachium. W Klubie Aktora, w którym stale przesiadywał, wszyscy wstają i śpiewają mu Sto lat…, ogólny entuzjazm, łzy wzruszenia… brawa. - Gdzie ty tak długo byłeś? Co robiłeś, jak cię nie było? - pyta Zosia. Komar był zbyt inteligentny, aby nie zrozumieć, że to żart. Jeszcze w szkole aktorskiej w Krakowie na jakimś konkursie literackim na pytanie: "Jak było na imię Wojskiemu", odpowiedziała bez wahania: "Natenczas". Zosia za dowcip sprzedałaby siebie, najbliższego kolegę, rodzinę, wszystkich. Telefon do domu Łapickich. - Halo, tu Zofia Czerwińska. Można prosić pana Andrzeja? Odbiera telefon żona. - Andrzej, do ciebie. - Halo? - głos Andrzeja modulowany, very sexy. - Słucham. - Panie Andrzeju, tu Zosia Czerwińska, zostawił pan w Klubie Aktora "Express Wieczorny". Jest do odebrania u mnie wieczorem. Wieczór. Zosia wraca z teatru do siebie na Czerniakowską. Słyszy zbliżające się kroki i namiętny szept: - Jak ja bym panią… Jak pani mi się podoba… Jak bym pani… Bym… Jak bym… Mężczyzna wyprzedza ją, ogląda i nagle kończy rzeczowo: - Kiedyś… Może, kiedyś… Po kolacji w Klubie Aktora Zosia z Danutą Rinn wychodzą na ulicę. Dostać taksówkę o tej porze w Warszawie było marzeniem ściętej głowy. Wiedziały o tym warszawskie "polewaczki". Zawsze stały pod Klubem w oczekiwaniu na klientów. Źle opłacani kierowcy, na garnuszku miasta, dorabiali sobie w ten sposób. Stołeczni birbanci często korzystali z tego środka lokomocji, co było kompletnym surrealizmem, ale czasami jedyną możliwością przemieszczenia się na drugi koniec miasta. Dwie kobitki gramolą się do szoferki z pomocą kierowcy i zarządzają: - Do SARP-u na Foksal! - Proszę bardzo. - Kierowca zapala motor kolosa. - Ale z fasonem! Z polewaniem. - Nie będę lał. - Płacimy, lej pan! - Nie będę! - Nie bój się pan, lej! To jest Danuta Rinn. "Gdzie ci mężczyźni, gdzie te chłopy?". Poznał ją pan? - Wszystko jedno, Rinn nie Rinn, nie będę lał. - Ale dlaczego? - Bo ja jestem… miotła - powiedział cicho, lekko zawstydzony. Miał tylko jedno urządzenie. Do zamiatania ulic. Poczuł się jakby gorszy od kolegów, którzy mogli wozić pasażerów i efektownie polewać sikawką. Każdy marzy, aby być na wyższym stanowisku. Na lepszej posadzie. Zamiatać i lać. Przez całe życie. J.Gruza Odpowiedz Link
ania1022 Re: Zofia Czerwińska 02.03.06, 14:36 ten kawalek jest najlepszy z tego co tutaj przeczyatalam. Bis, bis :)) Odpowiedz Link
gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 02.03.06, 16:28 a ja proszę o duz ociekawych opowiadań ale bardzo smiesznych bo mi smutno Odpowiedz Link
wikul Re: Ciekawostki z innych stron 02.03.06, 21:45 gabidd napisała: > a ja proszę o duz ociekawych opowiadań ale bardzo smiesznych bo mi smutno Do usług, tylko mnie jakaś cholera wylogowuje. Pzdr. Odpowiedz Link
wikul Elżbieta Czyżewska i Janusz Glowacki 02.03.06, 21:58 Ela Czyżewska wracała kilka razy na ojczyzny łono… Nie będę się trzymał chronologii… Podczas stanu wojennego ktoś ją odprowadzał do Hotelu Europejskiego. Ela jest nałogową palaczką, chodzi z własnymi papierosami i własną podręczną popielniczką, aby palić o każdej porze i w każdym miejscu. Miała papierosy, nie miała zapałek. Na placu Piłsudskiego, później Adolfa Hitlera, później znów kogoś innego, a teraz znów Piłsudskiego tliły się jakieś ogniki. Podeszła, pochyliła się i przypaliła sobie marlboro. Nie wiedziała, że jest to miejsce czczone przez warszawiaków kwiatami i zapalonymi świeczkami, bo tu stała trumna Kardynała Tysiąclecia… Zomowcy zwinęli ją natychmiast. Przesiedziała noc na Wilczej, paradoksalnie zaaresztowana przez tych obrońców świętości. Ostatniego dnia przed wyjazdem do Stanów miała w SPATiF-ie spotkanie z Tadeuszem Konwickim w sprawie głównej roli w jego nowym filmie. Przyszła do klubu trochę wcześniej, usiadła przy naszym stoliku i tak już została. Zbierała zamówienia przed wyjazdem do Ameryki. Każdy chciał, żeby mu coś przywiozła - a to krem odmładzający, a to whisky, Zosia Czerwińska prosiła o starego, ślepego milionera, a Adaś Kreczmar zamówił mały wiatraczek na baterie, aby mógł sobie wietrzyć jamę ustną na kacu. Tadeusz był wściekły, że musiał siedzieć z nami i czekać, aż Ela skrzętnie zapisze wszystkie życzenia gnębionych przez okrutny reżim artystów. Wyjechała i już chyba nie przyjechała na ten film Konwickiego. Natomiast jej wielki come back miał nastąpić w sztuce amerykańskiego autora w Teatrze Dramatycznym. Wszyscy pamiętaliśmy jej kreację przed wyjazdem do Stanów w Millerze. Seksy, inteligentna, z obnażonymi plecami - …to mi utkwiło najbardziej - była fascynującym wcieleniem Marilyn Monroe z bezczelnie autobiograficznej sztuki Millera. Miała wrócić triumfalnie do tego teatru, wróciła fatalnie. Wiele złożyło się na to powodów. Ona mówi: reżyser. Reżyser mówi: rozhisteryzowana gwiazda, która chciała reżyserować i nie pozwoliła nic skrócić. Dyrekcja teatru z powodu oszczędności, zamiast w hotelu, umieściła ją w jednej z sal Pałacu Kultury, właściwie w bocznej loży teatru, przeznaczonej kiedyś dla Stalina. Oczywiście, gdyby Generalissimus chciał odwiedzić Warszawę i wpaść przy okazji do teatru. Tam mieszkała podczas tego ostatniego pobytu. Puste, zimne marmurowe sale, straszące przeszłością. Kandelabry uginające się pod ciężarem błyskających szkiełek i w przerażającej ciszy znerwicowana aktorka paląca papierosa jeden za drugim, sama jak palec… Zjawiają się upiory przeszłości, jacyś koledzy dawno już nieżyjący, drżące w uszach oklaski dawnych sukcesów, romans z amerykańskim dziennikarzem, młodość, uroda, seks. A teraz mdłe recenzje, awantury z kolegami po spektaklu, obojętność widowni. - No, niech się pokaże, niech nas zaskoczy. Przypomina mi się anegdota, jak pisarz Stanisław Dygat zadzwonił kiedyś do księgowości Filmu Polskiego i grzecznie przedstawił się przez telefon. - Mówi Stanisław Dygat… - No i co z tego, że Dygat? - ucięła z miejsca jakaś urzędniczka. No i co z tego, że Czyżewska? Powroty są bolesne. Inaczej ma się sprawa z Januszem Głowackim, naszym człowiekiem w Nowym Jorku. Jego powroty są krótkie i intensywne, chociaż wydaje się, że częściej wraca… niż wyjeżdża. Telewizja, dowcipny wywiad, posiedzenie w jury jakiegoś konkursu, atak na komunę, podwójna whisky w barze podczas Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach i iluzja, że ciągle jest się młodym i pełnym wigoru. Profesor Mieczysław Jahoda, który jest mistrzem zgryźliwości, braku taktu i wyczucia konwencji towarzyskiej, kiedy zobaczył Janusza w jak zwykle rozpiętej do pasa koszuli i z obnażoną, słynną wśród pań, klatką piersiową, powiedział, udając troskliwego: - Janusz, zapnij się, bo w twoim wieku można się bardzo łatwo zaziębić. Głowacki wybrałby raczej zapalenie płuc niż rezygnację z odgrywania macho. Ja też. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Elżbieta Czyżewska i Janusz Glowacki 02.03.06, 23:18 wikulku to raczej smutne było. Odpowiedz Link
wikul Moze to cie rozbawi , gabidko 02.03.06, 23:43 Luj Nagrywałem kiedyś w studiu do późna. Chciałem coś szybko zjeść i wrócić do domu. Pojechałem do SPATiF-u. Wszystkie stoliki zajęte. Dosiadam się do znanego mi z widzenia osobnika. Zamawiam. Do tamtego dosiada się jakiś jego znajomy, który z kolei traktuje mnie jak bliskiego znajomego tego, którego ledwo znam. Polak ze Szwecji. Proponuje wódkę. Odmawiam. Opowiada, jak kobiety rodzą w Szwecji, a my, mężczyźni w Polsce, jesteśmy zacofani, bo nie asystujemy przy porodzie. Pokazuje zdjęcia z porodu żony, on stoi obok. Zbliżenie odcinania pępowiny. Tymczasem dostaję cynaderki w sosie własnym. Postanowiłem nie pić, ale zdesperowany sięgam po kieliszek. Do stolika podchodzi Marek Piwowski, chce pożyczyć pieniądze, bo gdziekolwiek się dosiądzie, musi płacić rachunek. Dosiada się zwykle tam, gdzie siedzą młode kobiety. Pożyczam mu dziesięć dolarów, on idzie wymienić u szatniarza Franka. Płaci za dwie dziewczyny siedzące z jakimś podejrzanym typem. Zjadłem, chcę wyjść. Okazuje się, że Szwed nie ma czym zapłacić, a ja przecież też piłem. Proponuje, że jeśli zapłacę, on mi pokaże na wideo poród żony w kolorze, u niego do domu, i wtedy on zwróci mi pieniądze. Odmawiam. Idziemy do szatni, gdzie Franio wymienia każdą walutę. W tym czasie wchodzi jakaś para. - Mam cię, oszuście! - krzyczy facet z twarzą pooraną bliznami. Jego towarzyszka wyrywa mi z ręki pieniądze, które Szwed zdołał wymienić jako część zapłaty za kolację. - Że też panu nie wstyd, panie Jerzy, zadawać się z takim hochsztaplerem. Oszukał nas w Szwecji na kilkaset koron. To zwykły złodziej!… Tak z żoną zawsze pana ceniliśmy. Wychodzę szybko, nie tłumacząc, że widzę Szweda po raz pierwszy w życiu. W Alejach, za dwiema dziewczynami z facetem, wlecze się Piwowski, jakby chciał zrekompensować sobie straty "dalszym ciągiem", pod hasłem: "Co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem?". Przechodzę szybko na drugą stronę ulicy. Słyszę za sobą krótką charakterystykę. - O, jeszcze jeden luj z telewizji szuka przygody. Piwek idzie za nimi jak pies, jest lekko wstawiony. Mnie zatrzymuje znudzony milicjant. - Co to, nie można po pasach, tylko tak jak po łące za krowami się chodzi…? Dowód! - Nie mam - odpowiadam wściekły. - Jak to, obywatelu? - A tak to. Nie mam, bo nie ma takiego przepisu, żeby mieć. Od słowa do słowa i idziemy na Wilczą. Komenda Śródmieście. Nic już nie mówię, zaciąłem się. Miał być spokojny, cichy wieczór. Ja idę akurat w swoją stronę, na Lwowską. A on, pod pozorem tej błahej sprawy, chce usiąść w ciepłej komendzie, bo mróz jest siarczysty. W komisariacie mój milicjant siada za stołem i zaczyna pisać. Pogardliwie daję mu do zrozumienia, że mam go w dupie. Każe mi wyłożyć na stół wszystko, co mam przy sobie. To jest zawsze bardzo krępujące. Z drugiego pokoju wychodzi potężnie zbudowany sierżant i grzecznie sumituje się przed kolegą: - Stasiu, bardzo cię przepraszam, pożycz mi pałki, bo swoją zostawiłem w radiowozie. - Bardzo cię proszę, Kaziu, weź! Sierżant wychodzi, po chwili słychać głosy zza ściany. Łup! Łup! - O Jezu, panie sierżancie, dosyć! Powiem wszystko! Mój milicjant siedzi, a ja stoję i opróżniam kieszenie. Wchodzi sierżant. - Bardzo ci dziękuję, Stasiu. Kładzie pałkę na stole. - Bardzo proszę, Kaziu. Coraz szybciej wykładam wszystkie drobiazgi na stół, papierki z notatkami, stare guziki, prezerwatywę na wszelki wypadek… klucze. Milicjant obserwuje mnie spode łba. Wraca sierżant. - Bardzo cię przepraszam, Stasiu, ale jeszcze raz muszę cię prosić. - Ależ bardzo cię proszę, Kaziu. I znowu zza cienkiej ściany. Łup! Łup! - O Jezu, powiem, powiem… Był ze mną "Czarny" i on ją bił. A ja wyrwałem jej torebkę, ale… - Dziękuję ci, Stasiu. - Bardzo cię proszę, Kaziu… Wyjąłem dowód i położyłem obok pałki. - No i co, znalazł się dowód, panie telewizorze? - Nie wiedziałem, że mam. - Wiedziałem, wiedziałem… A teraz… - znacząco zaczyna zginać gumową pałkę - spierdalaj, luju! W okamgnieniu zebrałem leżące na stole rzeczy i "spierdoliłem" bez godności komunikatora medialnego. Miałem tylko wejść na chwilę do Klubu i coś zjeść, a zostałem lujem. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Lekcja historii w amerykańskiej szkole 03.03.06, 00:35 Pierwszego dnia szkoly, przed rozpoczęciem lekcji, nauczycielka przedstawia nowego ucznia amerykanskiej klasie: - To jest Sakiro Suzuki z Japonii Lekcja się zaczyna. Nauczycielka mówi: - Dobrze, zobaczymy jak sobie radzicie z historią. Kto mi powie, czyje to są słowa: "Dajcie mi wolność albo śmierć"? W klasie cisza jak makiem zasiał, tylko Suzuki podnosi rękę i mówi: - Patrick Henry, 1775 W Filadelfii. - Bardzo dobrze Suzuki. A kto powiedział: "Państwo to ludzie, ludzie nie powinni więc ginąć"? Znowu wstaje Suzuki: - Abraham Lincoln, 1863 w Waszyngtonie. Nauczycielka spogląda na uczniów z wyrzutem i mówi: - Wstydźcie się. Suzuki jest Japończykiem i zna amerykańską historię lepiej od Was! W klasie zapadła cisza i nagle słychać czyjś głośny szept: - Pocałuj mnie w dupę pieprzony japończyku - Kto to powiedział? - krzyknęła nauczycielka na co Suzuki podniósł rękę i bez czekania wyrecytował: - Generał McArthur, 1942 w Guadalcanal, oraz Lee Iacocca, 1982 na walnym zgromadzeniu w Chryslerze. W klasie zrobiło się jeszcze ciszej i tylko dało się usłyszeć cichy szept: - Rzygać mi się chce... - Kto to był? - wrzasnęła nauczycielka, na co Suzuki szybko odpowiedział: - George Bush senior do japońskiego premiera Tanaki w 1991 podczas obiadu. Jeden z naprawdę już wkurzonych uczniów wstał i powiedział kwaśno: - Obciągnij mi druta! Na to nauczycielka zrezygnowanym tonem - To już koniec. Kto tym razem? - Bill Clinton do Moniki Levinsky w 1997 roku w Gabinecie Owalnym w Białym Domu - odparł Suzuki bez drgnienia oka. Na to inny uczeń wstał i krzyknął: - Suzuki to kupa gówna! Na co Suzuki: - Valentino Rossi w Rio na Grand-Prix Brazylii w 2002 roku. Klasa już całkowicie popada w histerię, nauczycielka mdleje, gdy otwierają się drzwi i wchodzi dyrektor: - Cholera, takiego burdelu to ja jeszcze nie widziałem. Na co odpowiada Suzuki: - Wicepremier Zyta Gilowska na posiedzeniu komisji budżetowej w Warszawie w grudniu 2005 roku. Odpowiedz Link
ewa553 Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 09:30 Dobre, wikul! Mam propozycje: czy moglbys zalozyc nowy watek, ciekawostki..itd, czesc 2? Twoj watek, wiec Ty to musisz zrobic. Ten jest juz za dlugi i malo przejrzysty. Odpowiedz Link
gabidd Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 10:46 wikul , ale się usmiałam a co do nowego wątku to popieram Ewę Odpowiedz Link
wikul Re: Ciekawostki z innych stron 03.03.06, 20:45 Zgoda dziewczyny, dojedziemy do dwustu i założe nowy. Odpowiedz Link
wikul Turniej 03.03.06, 20:54 Odważyłem się kiedyś napisać sztukę. Była to historia turnieju tenisowego oldbojów podczas słynnego strajku w Stoczni Gdańskiej. Pomysł karkołomny. Sztuka ta jest farsą… Gatunek literacki wywołujący furię, kiedy dotyczy spraw poważnych. A właśnie te poważne często najbardziej do farsy pasują. Mimo że strajk jest tylko dalekim tłem całej tej historii, powodując zabawne perypetie u starszych panów, próbujących reagować na nieoczekiwane wydarzenia w stoczni, nie miałem szans na realizację. Może za sto lat, kiedy wygasną wszystkie emocje związane z tym historycznym wydarzeniem, będzie można wystawić tę sztukę. Ale czy turnieje oldbojów będą się jeszcze odbywały? Wyłącznie, mówią pesymiści. Młodzi będą na innych planetach. Odbiór maszynopisu odbył się w sposób sensacyjny. W przededniu stanu wojennego, w sobotę wieczorem 12 grudnia 1981 roku, wchodzę po ciemnej klatce schodowej bloków wojskowo-ubeckich w rejonie alei Niepodległości i ulicy Dąbrowskiego w Warszawie. Winda nie działa. Mieszka tu maszynistka, która jako jedyna umie odczytać mój rękopis. Trzecie piętro, nie mogę znaleźć dzwonka, po ciemku naciskam klamkę i otwieram drzwi. Widzę w jasno oświetlonej kuchni trzech mężczyzn siedzących przy stole, w białych koszulach, z kaburami pistoletów pod pachami… jak w filmie Żądło. Zrywają się gwałtownie i celują pistoletami w moją stronę. - Dobry wieczór, czy jest pani Teresa? Chowają broń. - Tak. Rena! Jakiś facet do ciebie… Wychodzi pani Teresa, która pracowała od lat u nas w hali maszyn. Jest przestraszona i zdenerwowana. Prowadzi mnie do drugiego pokoju. - Panie Jureczku, niech pan to zabiera i więcej tu nie przychodzi. - Ile jestem winien? - Wszystko jedno. Włożę panu ten tekst do torby po ziemniakach i niech pan już szybko wraca do domu. - Ale… Zamyka drzwi do kuchni, gdzie siedzą uzbrojeni mężczyźni, i szybko wypycha mnie na ciemną klatkę schodową. - Niech pan nie zapala światła - radzi. Potykając się, schodzę w dół, ulegając jakiejś niezrozumiałej dla mnie atmosferze zagrożenia, napięcia i strachu. Dopiero następnego dnia czołgi na ulicach pozwoliły mi połączyć wczorajszą scenę z tym, co się stało. Jechałem do telewizji na wyznaczone nagranie piosenek Freda Buscaglione w interpretacji Wiesława Gołasa i Anny Seniuk. Pod bramą telewizji na Woronicza spotykam grupę kolegów, którzy stoją i ostro dyskutują z oficerem w mundurze polowym. Zabrania wejścia na teren telewizji. Czekają z nami również trzy striptizerki, które z takim trudem zorganizowaliśmy na nagranie. Są zawiedzione, że nie będą się rozbierać przed Wiesławem Gołasem. Rzucają "mięsem" w człowieka w zielonym mundurze. - Myśmy pracowały w Adrii do rana i nie spałyśmy ani minuty! Co jest, do kurwy nędzy, kto tu narobił tego bałaganu? Gdzie tu jest jakiś kierownik? Farsa. "Kierownik" w zielonym mundurze, na tle biało-czerwonej flagi przemawiał w tym czasie w telewizji, ale nie z ulicy Woronicza. Siedzę po latach na przedstawieniu Criminale Tango w Rampie na Targówku. Bardzo śmieszne i inteligentne, ale kiedy Wojtek Młynarski sięga do piosenek Buscaglionego, nagle przypomina mi się, że kiedyś robiliśmy taki program z Gołasem. Opuszczam głowę i cisną się wspomnienia i ta groteskowa scena z panienkami od striptizu rankiem 13 grudnia 1981 roku. Za kulisami mówią, że przedstawienie mi się nie podobało, bo spałem. Odwrotnie, było najbliższe temu, co kocham najbardziej. Było farsą graną poważnie, z pełnym zaangażowaniem, bez mrużenia oka do widza, na pełnej prawdzie emocji: nienawiści, miłości, strachu, kłamstwa i odwagi. Wracając do Turnieju, oparty był na pomyśle, że coś absolutnie mało ważnego, takiego jak tenisowy turniej oldbojów, dzieje się podczas ważnego historycznego wydarzenia na zewnątrz. Będąc od lat członkiem pewnego klubu, przeżyłem wiele zakrętów historii, obserwując ludzi, którzy przychodzili do klubu, aby grać w tę grę wymyśloną kiedyś dla rozrywki angielskiej arystokracji. Ile różnych fal, typów, opcji politycznych! Ci u władzy nie mieli czasu na granie, grali o kariery codziennie! Wyrzuceni - natychmiast brali się do sportu. Tu znowu panowały inne hierarchie, nie wystarczyło być byłym ministrem, sekretarzem czy ambasadorem, trzeba było mieć prawidłowy bekhend, stop wolej albo lob. Ale polityka zawsze grała pierwsze skrzypce w dyskusjach, przyjaźniach i partnerstwie w grze. Brecht uważał, że nieważne są fakty, szczegóły lokalne, prawda dosłowna. Mechanizm jest ważny, a nie miejsce akcji, kostiumy i dekoracje. Zamienił w sztuce Kariera Artura Ui manipulacje przedwyborcze nazistów w Niemczech przed dojściem Hitlera do władzy na historię gangu kalafiorowego, który działał na przedmieściach Chicago w latach dwudziestych. Przy okazji takiego turnieju oldbojów można by zabawnie opisać ważniejsze wydarzenia najnowszej historii Polski. Wyobrażam sobie ten turniej po zwycięstwie Solidarności w 1989 roku albo podczas afery teczkowej, albo po dojściu lewicy do władzy w 1993 roku, w trakcie sporu o konstytucję… wybory prezydenta, szukanie Olina w światku tenisowym oldbojów… rządy koalicji, lustracja. Mógłby to być niekończący się, bardzo wesoły serial, bo turniej wciąż trwa w śmiertelnej powadze, chociaż tak często jest farsą. Decydenci telewizyjni wolą mdłą operę mydlaną. Bezpieczniej. Chyba że jakaś niezależna telewizja odważy się na realizację. Niezależna, ale od kogo? J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Turniej 03.03.06, 21:28 a czy dzisiaj nie lepszy jest turniej od tamtego, ile teraz sie dzieje i to w "podwojnym "wydaniu Odpowiedz Link
wikul Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska 03.03.06, 23:35 Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska. On - oszust, cyniczny, zły człowiek. Ona za wszelką cenę chce wierzyć, że jest inaczej, okłamuje sama siebie i robi wszystko dla niego. Kocha go, bo tylko on jej został. Tamten perfidnie to wykorzystuje. Załzawione, wyblakłe oczy babki, obrzeżone rozmazaną czarną kredką. Ostatnia wielka, wstrząsająca rola Ćwiklińskiej w wyciskaczu łez, jakim jest ta sztuka. A dzięki jej kreacji okazała się rewelacją. Ćwiklińska zjeździła z nią całą Polskę. Wszędzie wzbudzając entuzjazm. Na wpół ślepa, prowadzona przez opiekuna i kolegę aktora Grzybowskiego. Nagrywaliśmy to przedstawienie na taśmie telerecordingu. Jest to sposób archaiczny, obraz osobno i dźwięk osobno. Dla Ćwiklińskiej, w jej wieku, pod rażącymi reflektorami nad głową, w upale studia, było to mordercze. Oczy jej łzawiły, ledwo widziała, nie rozumiała, gdzie jest i co to wszystko znaczy, ale była wstrząsająca. Prawie ślepa, umęczona, ledwo trzymająca się na nogach, skończyła nagrywać ostatnią scenę, prawie umierając. I wtedy z interkomu odezwał się beznamiętny głos technika telewizyjnego, który poinformował nas: - Musimy powtórzyć trzeci akt, bo nie nagrał mi się dźwięk. To było ponad nasze siły. I jej. Mając w dupie to, co robił i za co był odpowiedzialny, ten produkt tumiwisizmu wobec czegoś niepowtarzalnego, wielkiego, przejmującego - przedstawiciel tak zwanej techniki zwalił nas z nóg. Nigdy już nie usłyszeliśmy głosu wielkiej aktorki w najbardziej przejmującym, trzecim akcie. Wracam ze studia do domu wieczorem ulicą starych, przedwojennych kamienic. Z chodnika naprzeciwko biegnie do mnie przez jezdnię kobieta. Niska, z siwymi krótko obciętymi włosami. Sobowtór Marii Dąbrowskiej. - Proszę pana, proszę pana! - Słucham? - Wnuczka chce mnie znowu bić. - Jak to? - No, niech pan zobaczy, jak mi wygraża. Po drugiej stronie ulicy stoi jakaś dziewczyna w otoczeniu dwóch mężczyzn. Podnosi rękę w naszym kierunku i groźnie wymachuje. - Ale dlaczego? - Proszę pana byłam w szpitalu na operacji. O, wycięli mi, proszę pana, prawą pierś. A ona w tym czasie sprzedała całą moją biżuterię na piwo. - Wnuczka? - Tak, ale to dobre dziecko, tylko wpadła w złe towarzystwo… Ooo, jak mi grozi, że z panem rozmawiam. Ja poszłam do tego lombardu i mówię: jak pan mógł od takiej dziewczyny przyjąć złote pierścionki i medalik, kiedy ja byłam w szpitalu? Mówiłam panu, że mam prawą pierś wyciętą? - Tak, już pani mówiła. - Jeżeli pan nie wierzy, to ja panu pokażę, jak to wygląda… - Nie, nie! Dziękuję. Wierzę! Absolutnie wierzę! - Więc, jak mówiłam, byłam w szpitalu, a ta mi do lombardu wszystko wyniosła, bo potrzebowała na piwo. - Taki z niej piwosz? - Tak. Chociaż to dobre dziecko. Bardzo dobrze się uczy. O, znowu mi wygraża. Niech mnie pan zasłoni. Mówiłam już panu, że byłam w szpitalu. - Tak, już pani mówiła. - Dzisiaj się znowu upiła, bo zdała egzamin na piątkę… Bardzo dobrze się uczy, tylko że pije. - A czego się uczy? - Na motorniczego w tramwaju. Z drugiej strony ulicy wnuczka groźnie tupie nogą. - Chodź tu, babka, bo po ciebie tam pójdę! - Nie pożyczyłby mi pan dla niej na piwo, bo już mi wszystko z domu wyniosła. - Ile? A ci dwaj to też przyszli motorniczowie? - Tak. Ale oblali, tylko ona zdała. To dobre dziecko. Daję pięć złotych i patrzę, jak babcia nieśmiało skrada się, niczym zbity pies, do wnuczki i dwóch młodych nicponiów. Drzewa umierają stojąc. Nie śpię do późna w nocy. Chodzę po mieszkaniu, wyglądam na ulicę. Biało, pada śnieg. W oknie naprzeciwko pali się zawsze niebieskie światło. Jakiś człowiek, zamknięty od lat w pokoju, tkwi stale w jednej pozycji, obserwując świat na zewnątrz. Często widuje się w mieszkaniach psy zostawione na cały dzień w zamknięciu, jak czujnie obserwują w oczekiwaniu na jakieś wydarzenie, na to, co będzie się działo na ulicy. W ich wypadku to spacer innego psa na smyczy u boku swego pana. Ten człowiek w oknie był kiedyś młody i budził moje współczucie, teraz, kiedy jest już stary, posiwiały, ciągle w tej samej czujnej pozycji w oknie drugiego piętra, nie budzi żadnych emocji. Staremu już to przystoi. Nagle niema scena. Jest druga w nocy. Człowiek w oknie naprzeciwko obserwuje to samo co ja. Na jezdni stoi taksówka z drzwiami otwartymi na oścież. Cisza, nikogo nie ma. Czekamy. Po dłuższej chwili z bramy wychodzi kierowca i niska kobieta w szlafroku, z włosami ŕ la Maria Dąbrowska. Wspólnie z kierowcą wynoszą z taksówki wnuczkę, "motorniczego", w stanie silnego upojenia, pewnie już nie tylko piwem. Ciągną ją do bramy i znikają na kilka minut. Kierowca wraca, kopie wściekły w drzwi taksówki i odjeżdża. Śnieg pada, zaciera ślady kół. Jest biało i pięknie. Ale tylko na ulicy. Ciągle widzę załzawione oczy Ćwiklińskiej, bezradnie zgadzające się na wszystko, w beznadziejnej miłości do dziecka, swojego dziecka. Ileż jest takich ofiar więzów krwi. Precz z tym! Dobrze, że tak rzadko jeżdżę tramwajem. J.Gruza Odpowiedz Link
gabidd Re: Drzewa umierają stojąc. Wnuczek i Ćwiklińska 03.03.06, 23:46 widziałam ten spektakl z Ćwiklińska jeszcze w starym Teatrze Żydowskim w miejscu gdzie teraz stoi hotel viktoria czy jak on teraz sie nazywa bo mu nazwe zmienili cudowne przedstawienie a Pani Mieczysława no to napisał już nam Gruza Odpowiedz Link
wikul Bogumił Kobiela "Bobek", jeszcze raz 04.03.06, 00:20 Szwecja. Telewizja. Polsko-szwedzki program, w którym jednym z dwóch prowadzących miał być Bogumił Kobiela, a ze strony szwedzkiej znany komik Pecka Langner. Program oparty na pomyśle: co wiedzą Szwedzi o nas, a co my o nich. Wspólne gotowanie potraw, wywiady z ludźmi, np.: "Z czym ci się kojarzy Polska?". W Sztokholmie dziewięćdziesiąt procent odpowiedzi było: "Aborten". Nie Szopen, nie kiełbasa, Mickiewicz, wódka, Curie-Skłodowska. Ale skrobanki. Po prostu Szwedki wtedy masowo przyjeżdżały do Polski w tej sprawie. W telewizji wszystko przygotowane, czekamy na przyjazd Kobieli. Odbywa się coś w rodzaju narady. Zasiadło dwudziestu Szwedów płci obojga i padło pytanie: - Więc Bob - tak im było go łatwiej nazywać - przyjedzie jutro? - Tak - odpowiadam. - Czy Bob śpiewa? - Nie. - Tańczy? - Nie. - Czy ma jakiś estradowy numer? - Nie. - Pokazuje sztuki? - Nie. - Czy jest przystojny? - pyta któraś z pań. - Nie. Więc pytanie, dlaczego właśnie on, zawisło w powietrzu. Zaryzykowałem. - Bob, jak jest w dobrym humorze, najlepiej po dobrej kolacji, w sprzyjającej atmosferze, czasami potrafi powiedzieć coś takiego, że można uśmiać się jak wszyscy diabli. Chwila konsternacji, a potem wybuch śmiechu. Kupili. Gdy przyjechał, pokochali go wszyscy. Miał niebywały wdzięk, którym przebijał bariery językowe, środowiskowe, ludzkie. Ujmował bezpośredniością i sposobem bycia. Zrelaksowany, rozluźniony, z miejsca uczynił z tych chłodnych Szwedów przyjaciół. Sam umierałem ze strachu, bo zdawałem sobie sprawę z trudności. Miał poprowadzić audycję na obcym terenie, przed nie znaną publicznością. Bobek z miejsca ją podbił. Najpierw wyszedł na estradę przez papierową ścianę dekoracji, zupełnie nie z tej strony, z której go oczekiwano po zapowiedzi. A potem poszło już łatwo. Pisano o nim "polski Danny Kaye". Program zaplanowany na pół godziny trwał prawie dwie. Puszczano go po kawałku, przez cały dzień, na głównym kanale, ze świetną oglądalnością. Gdy Bob przyleciał do Sztokholmu, czekaliśmy na niego na lotnisku bardzo długo. Kontrola paszportowa, celna, wszystkich przepuszczają bez problemów, a jego trzymają prawie godzinę. Dokładna, szczegółowa rewizja. Niecierpliwimy się. Interwencja nic nie pomogła. Dlaczego właśnie jego? Szukali narkotyków. Artysta, aktor, to i narkotyki. Taki był schemat, który musiał im się sprawdzać. - Jedynym narkotykiem dla aktora jest powodzenie - powiedział wtedy Kobiela. Pisząc te słowa, nagle uświadamiam sobie, że w szafie obok jest szuflada zapchana listami od telewidzów. Sterta wymysłów, paszkwili, miażdżących rad, anonimów, bluźnierstw i pretensji - tak zwane krytyczne uwagi. A także nie mniejsza sterta listów pochwalnych, sporo dotyczyło Kobieli. Drażnił ich, nie miał tej taniej gładkości, która schlebia gustom przeciętnego oglądacza telewizji w Polsce. Był zbyt otwarty, naturalny, romantyczny… nie chcę mnożyć tych określeń. Brak mu było dystansu do ludzi, co było też tragedią Zbyszka Cybulskiego - dystansu, który stwarza sztuczny, zrobiony portret na ekran, scenę czy estradę. Tak zrobiona sylwetka na zewnątrz jest najbardziej przydatna w tworzeniu mitu popularności i długotrwałego uwielbienia. Bobek nie zgadzał się ze mną i chyba miał rację. Zdumiewające, jak wiele ludzi było wstrząśniętych tragedią, która wydarzyła się na szosie za Bydgoszczą. Zginął im ktoś bliski. Bacon na ten temat: "Śmierć ma też i to, że otwiera drogę do dobrej sławy i gasi zawiść…". J.Gruza Odpowiedz Link
ewa553 slowo sie rzeklo-kobylka u plota 04.03.06, 08:28 otwieraj nowy watek, zanim tu zaczniemy dopisywac komentarze Odpowiedz Link
wikul Re: slowo sie rzeklo-kobylka u plota 04.03.06, 21:43 ewa553 napisała: > otwieraj nowy watek, zanim tu zaczniemy dopisywac komentarze No dobrze, zastanawiam sie tylko pod jaka nazwą. Odpowiedz Link
wikul Obory 05.03.06, 17:15 Dom Pracy Twórczej Związku Literatów. Ileż wspomnień i dzienników z tego legendarnego miejsca u naszych najwybitniejszych: "Poniedziałek. Wstałem, padało. Po południu przestało. Wtorek. Przyjechał B. Czytałem całe popołudnie. Środa. Chyba mam grypę. Chmurzy się. Czwartek. Napisałem pół strony. Przyszedł C. Rozmawialiśmy o G. Piątek. Wyszło słońce. Chodzę w czapce. Sobota. Znów czytam. Skreśliłem to, co napisałem wczoraj. Niedziela. Przyjechała Julka z dziećmi. Jak dobrze! Po obiedzie spacer. Widzieliśmy kury. Wyjechali". I tak tydzień po tygodniu. Siedzimy na tarasie i wspólnie robimy podział życia przeciętnego literata. Nastrajają do tego rozmowy o chorobach, leczeniu i umieraniu. W którym roku? Kto? Jak? Na co? Pojawia się kolorowy folder, zachwalający osobisty stymulator energii w formie płytki agatu. Jedyny egzemplarz folderu o uzdrawiającym stymulatorze literaci wyrywają sobie z rąk. Owalny dysk z agatu nosi dumnie na piersi młody, opalony naukowiec, profesor Chodźko. Potrafi leżeć na wodzie bez ruchu przez dłuższy czas. Panie podglądają go, czy się przypadkiem czymś nie podpiera. Wprowadzam pewne zamieszanie, odkrywając na drzewie, tuż obok pałacu, dziuplę z nietoperzami, które startują na łowy punktualnie zaraz po Wiadomościach telewizyjnych. Musi być jakiś związek między tymi faktami. Może jest coś w powietrzu, jakieś zwiększone promieniowanie, energia, która się wytwarza, gdy miliony rodaków komentują codzienne wydarzenia z kraju i ze świata. Toczy się wśród literatów zaciekła dyskusja, czy nietoperze słyszą nas, a nie widzą, czy odwrotnie. Zdania są podzielone. Na wszelki wypadek mówimy przyciszonymi głosami. A więc, podział życia człowieka na okresy. Tylu filozofów się biedziło… Szekspir w Jak wam się podoba wymienia siedem, wśród nich kochanka i żołnierza. W pismach hinduistycznych życie człowieka składa się z czterech etapów: nauka, prowadzenie domu, emerytura i sannjasin, kiedy się już nie kocha ani nie nienawidzi. Nie mogę tego potwierdzić, obserwując polskich literatów w wieku postemerytalnym. Nienawidzą głównie kolegów, że piszą na komputerze, że wydają w Niemczech, że należą do innego związku, że mają nakład większy o pięćset egzemplarzy. Powodów jest mnóstwo. Ale na podstawie codziennej porcji prasy można by życie Polaka podzielić tak: najpierw plemnik, potem płód, noworodek, po trzech latach przedszkolak, później uczeń, natychmiast ojciec, potem narkoman lub pacjent na odwyku, w końcu żonkoś, potem emeryt i bardzo szybko świętej pamięci… Niezależnie od wyznania. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Chamstwo 06.03.06, 18:57 Na festiwalu w Montreux zirytował mnie jeden dokument o dyrygencie amatorze, nakręcony z typową telewizyjną hucpą. Rzecz w tym, że wchodzi się z butami w to, co zwykły człowiek ma skryte najgłębiej i co jest dla niego najcenniejsze. Nie umiem tego nazwać, ale telewizja ma w swojej naturze jakąś bezczelność i boleśnie dotyka człowieka w nieszczęściu, śmieszności czy nieporadności. Te hordy reporterów po katastrofie samolotu TWA, filmujące na lotnisku w Paryżu rodziny, które przed chwilą dowiedziały się o tragedii. Te polskie chamskie ukryte kamery, te pytania zza kadru, kiedy kamera obserwuje twarz delikwenta w grymasie, zroszoną potem, z rozmazaną szminką. Nigdy nie zapomnę morderczego zbliżenia Violetty Villas po wyczerpującym koncercie - zdyszanej, spoconej, z rozpływającym się makijażem - zbliżenia, które realizator niefrasobliwie zafundował telewidzom. Powinna być za to kara śmierci. J.Gruza Odpowiedz Link
wikul Astma 05.04.06, 21:05 Małżonkowie kładli się spać bardzo wcześnie. Pani Wiktoria, niezmiernie korpulentna, stanowiąca kombinację z ogromnej ilości poduszek i poduszeczek na rękach, nogach i karku, cierpiała na astmę. Mąż jej miewał częste bóle artretyczne, obydwoje więc uważali, że najlepszym środkiem leczenia jest wczesne kładzenie się i wczesne wstawanie. Pani Wiktoria, jak wszystkie inne kobiety, była przesądna, niecierpliwa i niewytrzymała, czym zamęczała swego biednego małżonka. W dodatku czuć ją było stale kroplami Waleriana, co bynajmniej nie osładzało mu życia. Pewnej nocy, gdy mąż spał już na dobre, obudziły go natrętne jęki pani Wiktorii. PrzyzwyczajÓny do nich, nie zwracając na nie uwagi, odwrócił się na drugi bok i usiłował zasnąć. - Czy śpisz? - spytała pani Wiktoria. - Tak - odrzekł małżonek. - Słuchaj, duszę się! - Staraj się zasnąć, to ci przejdzie. - Andrzeju, ja się duszę... - Cóż ja ci na to poradzę - odrzekł pan Andrzej zirytowany, że go wybija ze snu. - Otwórz okno!... - Śpij! Zimno jest i nie chce mi się wstawać, dostanę reumatyzmu. - Jesteś bez serca. Nie mogę oddychać... - Męczysz mnie. - Błagam cię, otwórz okno! Dostanę apopleksji. Brak mi powie Pan Andrzej nie odpowiadał. - Oj! oj! ojej! Duszę się... Prędzej...! Otwórz okno. Pan Andrzej starał się nie słyszeć. - Umieram... słyszysz... błagam... nie mogę złapać oddechu... ojej... ratunku.... Pani Wiktoria zaczęła rzęzić. Małżonek, nieco zaniepokojony, postanowił wyjść z łóżka. Powoli włożył na nogi pantofle... - Prędzej... prędzej... za późno już... udusiłam się... pomo... cy... o, Boże!... Pan Andrzej zląkł się. Począł nerwowo szukać rączki przyokni Dłonie mu drżały i nie mógł W żaden sposób trafić. Jęki i przytł mion e rzężenie pani Wiktorii przeraziły go ostatecznie. Nie mogą otworzyć okna, namacał szybę i wywalił ją pięścią, kalecząc sobie rękę. Z chwilą gdy szkło z brzękiem posypało się na podłogę, pani Wiktoria zaczęła przychodzić do siebie, kilka razy głęboko odetchnęł wchłaniając pełną, a wybujałą piersią świeże powietrze. Była urat wana. - Jeszcze chwila, a byłabym umarła. Pan Andrzej po ciemku owinął sobie rękę i wlazł z powrotem pod kołdrę. Pani Wiktoria jakiś czas jeszcze rozkoszowała się powietrzem, po czym uspokoiła się zupełnie i idąc za przykładem pana Andrzej usnęła snem spokojnym i ożywczym. Jakież było zdumienie obojga małżonków, gdy obudziwszy się rano, ujrzeli wybitą szybę w oszklonej biblioteczce stojącej przy oknie. Jan Brzechwa Odpowiedz Link
del.wa.57 Re: Astma 06.04.06, 16:19 Co może podswiadomość!!!!Dobre to Wikul:)))) Przypomniał mi sie mój Ojciec,kiedyś wróg wszelkich tabletek,potem sam zchorowany,łykał dziennie garśc tabletek,nigdy nie wiedział która na co,Mama zawsze podawała mu te tabletki,kiedyś bedąc u rodziców,pytam Mame,na co mu tyle tabletek? czuł sie bardzo zle jak nie połknął swojej/porcji/poszłam do apteki,nakupowałam witamin/musiały byc kolorystycznie/do leków,od tej pory Ojciec łykał te witaminy,jako swoje/specjalne/leki i czuł sie dobrze. Odpowiedz Link
pia.ed Re: Cudownw leki 06.04.06, 17:12 Wlasnie na tej zasadzie dzialaja dzis te "cudowne leki". Przykladem jest Alveo pomagajace na WSZYSTKO, a najbardziej dzialajace na zasadzie sugestii! Odpowiedz Link
wikul Re: Astma 06.04.06, 20:08 del.wa.57 napisała: > Co może podswiadomość!!!!Dobre to Wikul:)))) > Przypomniał mi sie mój Ojciec,kiedyś wróg wszelkich tabletek,potem sam > zchorowany,łykał dziennie garśc tabletek,nigdy nie wiedział która na co,Mama > zawsze podawała mu te tabletki,kiedyś bedąc u rodziców,pytam Mame,na co mu tyle > > tabletek? czuł sie bardzo zle jak nie połknął swojej/porcji/poszłam do > apteki,nakupowałam witamin/musiały byc kolorystycznie/do leków,od tej pory > Ojciec łykał te witaminy,jako swoje/specjalne/leki i czuł sie dobrze. Ja sam łykam tabletki ale jak nie biorę to czuje od razu. Chociaż jak bym brał takie placebo to moze podswiadomie organizm by reagował jak na lekarstwa. Pzdr. Odpowiedz Link