Dodaj do ulubionych

Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty...

04.03.06, 21:51
...wlasne, zasłyszane i znalezione w internecie.
Zgodnie z umową zakładam nowy watek z bardziej, jak sądzę, rozszerzonym
programem. Zachęcam do udziału i zgłaszania ewentualnych uwag.
Obserwuj wątek
    • wikul Dubrownik 04.03.06, 22:43
      W jego okolicy Wajda z Jahodą i Beatą Tyszkiewicz kręcili Bramy raju. Stołowali
      się u pewnego listonosza, który wieczorem był kucharzem amatorem i wspaniale
      przyrządzał kalmary nadziewane wątróbkami rybnymi z czosnkiem i pietruszką.
      Kiedy to było?
      Kiedy Frank Sinatra po raz pierwszy zaśpiewał, a cały świat za nim Strangers in
      the night. Nawet tańczyłem do tej melodii z Beatą.
      Tam, w Dubrowniku, Kazio Marianowicz zahipnotyzował pewnego hotelowego portiera
      opowiadaniem o kryzysie twórczym, jaki przechodzi… aby sprzedać maszynę do
      pisania. Przysięgał, że chce zmienić zawód literata, że dojadł mu już reżim PRL-
      u z jego cenzurą, zaliczkami, domami pracy twórczej, drukowaniem w
      wielotysięcznych nakładach, więc postanowił rzucić to wszystko w diabły i oddać
      mu tę maszynę półdarmo… Zresztą nie tylko on przeżywa taki kryzys twórczy, ale
      i Janusz Minkiewicz, i inni polscy literaci przebywający wtedy w Dubrowniku. W
      ten sposób wymienili na dinary sześć maszyn. Bawili się przez miesiąc i jeszcze
      nakupowali do domu butów i różnokolorowych rajstop dla znajomych dziewcząt.
      A dzisiaj - co za przyjemność jechać na wakacje z wymienialnym złotym, czekami
      American Express lub kartą VISA?
      To samo z lekarstwami.
      Mira Michałowska opowiada, jak spotkała kiedyś Stryjkowskiego z olbrzymią torbą
      tak wypchaną, że wlókł ją po ziemi.
      - Julek, co ty tam dźwigasz?
      - Rzucili urosan w aptece za rogiem - powiedział uszczęśliwiony.
      Tego samego Stryjkowskiego zapytano kiedyś:
      - Julek, ile ty masz lat?
      - Co znaczy, ile? Tyle co wszyscy.
      Znane? Tak. Ale zawsze śmieszne.
      Antoni Słonimski spotyka drobniutkiego, niskiego Stryjkowskiego na spacerze w
      Alejach Ujazdowskich.
      - Skąd pan wraca? Gdzie pan był, panie Julku?
      - W ogrodzie botanicznym.
      - Aha, rozumiem. Chodzi pan tam… rosnąć.
      J.Gruza
    • gabidd Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 04.03.06, 23:17
      Rok chyba 1976 z trudem zdobyte wczasy w Rumunii nad Morzem Czarnym, wyjazd
      początek września powrót pazdziernik. Cieszylismy się jak małe dzieci no to
      najjemy sie winogron wspaniałych pomidorów , arbuzów , brzoskwiń, papryki
      wszystko prosto z tzw. krzaka.I jeszcze wspaniałe słońce,chociaż juz nie będzie
      takich upałow. Jedziemy pociągiem prawie dwa dni. Nareszcie jest . Jadąc
      pociagiem widzimy zdala morze. Jesteśmy u kresu męczącej podróży. Wysiadamy z
      pociągu, wspaniałe słońce. Jesteśmy szczęśliwi. Autokar wiezie nas do hotelu.
      Jesteśmy potwornie zmęczeni, ale wychodzimy na spacer popatrzeć na morze hotel
      stoi tuż przy plaży, brak piasku jest tylko jakis taki pył. Tłumaczą nam, ze to
      morze wyrzuca muszle i rano walec przjezdza i wszystko ugniata. MYślimy sobie
      niech ugniata jutro od rana kąpiele i opalanie. NOc, Śpimy . Ranek buidzi nas
      ciche stukanie o blache za oknem i cos chodzi stukając po balkonie. Myślimy że
      to ichniejsze mewy czy inne ptactwo robi sobie ranny obchód. Wstajemy wyglądamy
      i o zgrozo pada deszcz. I tak cholernik padał z małymi przerwamiprzez całe trzy
      tygodnie gdzie za miedzą czyli w Warnie była przepiękna pogoda. Ostatnia noc w
      hotelu nikt nie śpi wycieczka składająca sie z około 30 osób bardzo
      zintegrowana ichniejszym winem , rano wracamy do kraju. Iiiiiiiiiii od rana
      świeci przepiękne słońce, żal wyjezdzać. No cóz skonczyły się wczasy.
      Przyjezdzamy do Polski dworzec centralny tata przynióśł nam ciepłe płaszcze bo
      jednak tam było o wiele cieplej. Następnym, razem dalsze opowieści z wyprawy
      • wikul Wypadek przy pracy 05.03.06, 00:19
        Oto autentyczny list nadesłany do ZUS jako odpowiedź na żądanie udzielenia
        bliższych informacji, dotyczących wypadku przy pracy obywatela Antoniego P, z
        Błędowa.

        Szanowni Państwo!

        Jestem z zawodu murarzem. W dniu wypadku pracowałem sam na dachu nowego,
        trzypiętrowego budynku. Po zakończeniu prac stwierdziłem, iż mam trochę cegieł
        porozrzucanych wkoło siebie. Zdecydowałem się nie znosić ich na dół, lecz
        spuścić w beczce używając liny na bloku, przytwierdzonym do ściany na trzecim
        piętrze budynku. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

        Zabezpieczywszy linę na dole, wszedłem na dach i zawiesiłem na niej beczkę, po
        czym załadowałem ją cegłami. Następnie zszedłem na dół i odwiązałem linę,
        przygotowawszy się do jej silnego - zaznaczam - trzymania i powolnego
        opuszczania 150.kilogramowego ciężaru.

        Nadmieniam, że w raporcie z wypadku określiłem moją wagę ciała na cyrka 80 kg.
        Jakież było moje zaskoczenie, gdy nagłym szarpnięciem do góry straciłem
        orientację, jednak liny nie puściłem. Wraz z liną ruszyłem w szybkim tempie do
        góry, tuż przy ścianie drąc łokcie do krwi. Gdzieś w połowie budynku spotkałem
        się z opadającą beczką. To tłumaczy pękniętą czaszkę oraz złamany lewy obojczyk
        i wystawiony lewy bark..

        Zwolniłem trochę z powodu beczki, ale kontynuowałem gwałtowne wciąganie, nie
        zatrzymując się do momentu, gdy kostki mojej prawej ręki zaklinowały się w
        bloku. Na szczęście pozostałem przytomny i byłem w stanie trzymać mocno linę,
        pomimo bólu i poniesionych ran. W tym momencie beczka uderzyła o ziemię, w
        wyniku czego jej dno pękło a zawartość wypadła.

        Nadmieniam, że obolały na drugim końcu liny ważyłem nadal 80 kg. W tej sytuacji
        zacząłem gwałtownie spadać i w połowie budynku ponownie spotkałem się z
        pękniętą beczką, która tym razem wznosiła się do góry. W efekcie mam popękane
        kostki i rany szarpane nóg.

        Z przykrością muszę stwierdzić, że gdy leżałem półprzytomny i obolały na stosie
        cegieł, nie mogłem wstać ani się ruszyć a ponadto przestałem trzeźwo myśleć i
        puściłem linę ważącą 5 kg, to pusta beczka ważąca jednak nadal 25 kg przeważyła
        ciężar liny i spadając z wysokości trzeciego piętra połamała mi nogi.

        Mam nadzieję, że udzieliłem Państwu wyczerpujących wyjaśnień, potrzebnych do
        zakończenia postępowania w mojej sprawie oraz że jasne jest w jakich
        okolicznościach zdarzył się ten wypadek.

        Z poważaniem Antoni P.


        Autentyczność tego listu watpliwa.
        W.
        • wikul Wzwód członka 05.03.06, 00:24
          Seksuologia
          wzwód członka
          Autor: tomekwawa1
          Data: 26.04.02, 02:19
          zarchiwizowany
          --------------------------------------------------------------------------------
          Panie doktorze, mam 19 lat i podczas wzwodu mój członek kiedy jest najbardziej
          napięty -jest prosty, ale nie unowsi mi się w lini prostej tylko ok. 20 stopni
          jest zwrócony w lewą stronę. Jeśli jest napięty ale nie aż tak bardzo jest
          zwrócony troche mniej w lewo. Zauważyłem to jakieś pół roku temu, czy istnieje
          jakiś sposób aby mój członek unosił się w lini prostej do góry. Czy członek
          powinien dokładnie stawać po lini prostej w góre, bo słyszałem że jądro lewe
          jest 2 cm niżej od prawego i jest to podobno normalne. Bo myśle że umnie
          członek nienaturanie w stanie mocnego wzwodu jest skręcony do 20 stopni w lewo.
          Czy trzeba leczyć to operacyjnie? Może są jakieś inne metody? Co powinienem
          zrobić. Prosze o odpowiedź. Tomek 19.
    • ewa553 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 05.03.06, 10:33
      Maz wraca po rocznej ekspedycji z dzunglii.Jest smutny,teskno patrzy w
      okno.Zona w koncu nie wytrzymala i zaczela go naciskac zeby
      powiedzial co sie dzieje.Opieral sie troche a w koncu wyznal ze w dzungli
      mial ...romans z gorylem.Zona jakos to przetrawila i
      pociesza go:
      nie martw sie.o tym wiemy tylko ty i ja.Goryl przeciez nie mowi.
      Na to maz ze lzami w oczach:
      no wlasnie...nie mowi...nie dzwoni...nie pisze...
    • ewa553 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 05.03.06, 10:34
      Trzech facetów cale zycie zbieralo na wyjazd do Kenii, ale zbierali az tak, ze
      jedli suchy chleb popijajac woda. No i w koncu uzbierali i wyjechali. Pewnego
      wieczoru jeden z nich mowi:
      - Ej chlopaki, moze napijemy sie wodki drugi mowi:
      - Ok, super
      a trzeci:
      - Kurwa, to ja cale zycie prawie nic nie jem, nie pije po to, zebysmy
      wyjechali! Zbieram na to, zebym mogl sobie pozwolic na zwiedzanie, na
      wycieczki!!! A wy wydajecie na wodke??? Ja sie na to nie pisze!
      I obrazony poszedł spać. No wiec tych dwoch poszlo, kupilo 2 flaszki, nachlali
      sie i wrocili do domu. W domu zobaczyli, że nie ma trzeciego! Wychodza przed
      kwaterke... patrzą... a tam lezy krokodyl - gruby, ogromny, piekny krokodyl z
      otwarta paszcza! Patrza - a z tej paszczy wystaje glowa tego trzeciego. Stoja
      tacy najebani, patrzą i jeden mowi:
      - Patttssssszzzzz starrrryyyyyy, na wooooodke sęęępiłłłłłł, a śpiwooorek toooo
      ma Lacosty
      • del.wa.57 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 05.03.06, 14:10
        O listonoszu:))
        Pewnego wieczora ojciec słyszy modlitwę synka:
        - Boże, pobłogosław mamusię, tatusia i babcię. Do widzenia, dziadziu.
        Uznaje, że to dziwne, ale nie zwraca na to szczególnej uwagi. Następnego dnia
        dziadek umiera. Jakiś miesiąc później ojciec ponownie słyszy dziwną modlitwę
        synka:
        - Boże, pobłogosław mamusię i tatusia. Do widzenia, babciu.
        Następnego dnia babcia umiera. Ojciec jest nie na żarty przestraszony. Jakieś
        dwa tygodnie później słyszy pod drzwiami syna:
        - Boże, pobłogosław mamę. Do widzenia, tatusiu.
        Ojciec - prawie w stanie przedzawałowym. Następnego dnia idzie do roboty
        wcześniej, żeby uniknąć ruchu ulicznego. Cały czas jest jednak spięty, rozbity,
        rozkojarzony, spodziewa się najgorszego. Po pracy idzie wzmocnić się do pubu.
        Do domu dociera koło północy. Od progu przeprasza żonę:
        - Kochanie, miałem dzisiaj fatalny dzień...
        - Miałeś zły dzień? Miałeś zły dzień? Ty?! A co ja mam powiedzieć? Listonosz
        miał zawał na progu naszych drzwi!

        • del.wa.57 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 05.03.06, 14:13
          Listonosz przechodzi na emeryturę.
          Wszyscy z okolicznych domów postanowili, że będzie on po raz ostatni
          chodził od domu do domu i tym razem tylko odbierał prezenty za swoją
          wieloletnią pracę.
          Puka do pierwszych drzwi...dostaje wspaniałe wyposażenie
          wędkarskie...promienieje z radości.
          Puka do drugich drzwi...otrzymuje bilet na Hawaje...cieszy sie nasz
          listonosz ogromnie.
          Puka do trzecich drzwi...otwiera mu wspaniała blondynka...mrugając
          oczętami zaprasza go do swojego łoża i spełnia przez całą noc
          najskrytsze
          marzenia sexualne listonosza.
          Rano podaje mu do łóżka wspaniałe śniadanie. Listonosz jest
          wniebowzięty...
          Gdy urocza blondynka nalewa mu do szklanki kawę, listonosz zauważa
          ukrytego pod szklaneczką dolara, zaciekawiony pyta:
          - Noc byla wspaniała, śniadanie tez, ale dlaczego ten dolar?
          Na to blondynka przewracając oczami:
          - Wczoraj wieczorem zapytałam mojego męża, co mam Ci dać za Twoją
          wieloletnią służbę. Odpowiedział mi:
          Pierdol go, daj mu dolara.
          Śniadanie było moim pomysłem.

          • charyzmatek Re:kot 05.03.06, 17:01
            Dlaczego koty są lepsze od mężczyzn?
            (autor nieznany - lub raczej autorka)


            Kot zawsze trafia do kuwety.
            Kota łatwiej wytresować.
            Nie musisz nigdy spędzać czasu z matką swojego kota.
            Jeżeli będziesz prosić wystarczająco długo, kot w końcu cię wysłucha.
            Kotu można obciąć pazury. Spróbuj nakłonic faceta, aby obciął paznokcie u nóg.
            To nic jeżeli kot będzie się ocierać o twoją najlepszą przyjaciółke.
            Gdy kot wskoczy na twoje kolana, wystarczą delikatne pieszczoty aby go
            usatysfakcjonować.
            Kot wie, że jesteś kluczem do jego szczęścia ... Mężczyzna myśli, że to on jest
            szczęściem.
            • charyzmatek Re:mleko 05.03.06, 17:04
              Idzie zupełnie zielony student na egzamin z pediatrii. Siadł, dostał papier z
              pytaniem i się gapi. Pytanie brzmi: "Podaj cztery zalety mleka z piersi". Co tu
              napisać ... Myśli, wzdycha, patrzy w sufit ... W końcu zdecydował się napisać
              cokolwiek mu przyjdzie do głowy:


              Nie trzeba gotować.
              Koty nie mogą go wypić.
              Dostępne zawsze kiedy potrzebne.

              Jak narazie nieźłe. Ale trzeba napisać CZTERY zalety. Znów wzdycha, myśli,
              patrzy w sufit ... i nagle olśnienie! Złapał długopis i dumnie napisał:

              Dostępne w atrakcyjnych pojemnikach.
              • charyzmatek Re:meski 05.03.06, 17:06
                Ojciec z synkiem podczas spaceru mijają dom publiczny. Synek zaintrygowany
                charakterystycznym wyglądem budynku pyta:
                - Tata, a co tu jest?
                Ojciec nie chcąc skłamać, ale i nie chcąc powiedzieć prawdy mówi:
                - Widzisz synku ... to jest taki dom w którym za pieniądze można zaznać
                rozkoszy.
                Mały zapamiętał sobie słowa ojca i po obiedzie wyciągnawszy od niego dyche na
                kino, naturalnie poleciał do burdelu. Wpada do środka, buch tą dychę na ladę i
                mówi:
                - "Plose pani, chciałbym zaznać roskosy".
                Burdelmama spojrzała na niego, ukroiła trzy pajdy chleba, posmarowała masłem i
                miodem i wręczyła to maluchowi. Mały po powrocie do domu mówi do ojca:
                - Tata, zgadnij gdzie byłem!
                - No ... w kinie ...
                - Nie tata, w tym domu co żeśmy mijali ...
                - ?!!! No i co!???
                - Dwom dałem radę, ale trzecia już mogłem
                  • wikul "Biedna głowa" 05.03.06, 17:28
                    "A ty, biedna głowo, myślałaś, że zostaniesz aktorką!".
                    Zdanie to rzucone w rozpaczy - w barze Caro w Grand Hotelu w Sopocie - miało
                    swój głęboki, dramatyczny wymiar.
                    Ale po kolei. Była kiedyś w Warszawie dziewczyna. Ładna, długonoga, zgrabna, ze
                    słowiańską urodą, z pewnym zwariowaniem i fantazją oraz nieprzepartą chęcią
                    zostania aktorką. Nic niezwykłego, istniały takich setki. Ale ta była uparta do
                    bólu. Miała wszystko przed sobą: karierę w najstarszym zawodzie świata,
                    małżeństwo z obcokrajowcem z własnym zamkiem lub co najmniej "kocią łapę" z
                    komunistycznym dziennikarzem "Unity".
                    Była w grupie koleżanek, które z dalekiego Targówka wędrowały na salony
                    rzymskie bogatych i oszalałych na ich punkcie Włochów. Na przykład taka
                    dziewczyna, znana jako "Słoneczko Bristolu". Ale to nie ta.
                    Będę aktorką!
                    Świat SPATiF-u, aktorów, reżyserów, ludzi filmu, teatru - to był jej wymarzony
                    cel.
                    Robiła wszystko, aby zdać do Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej. Próbowała
                    omotać Jerzego
                    Toeplitza, który był tam rektorem. Nic z tego. Odprowadzana przez koleżanki
                    z "biznesu" na egzamin, dla kurażu wypiła setkę, potknęła się przy wejściu na
                    salę egzaminacyjną, czknęła, grzecznie przeprosiła komisję i całkowicie
                    zapomniała tekstu z Romea i Julii. Stąd ten dramatyczny okrzyk, który wyrwał
                    się jej z piersi w barze Caro.
                    - A ty, biedna głowo…
                    Otóż obok niej siedziała jedna z żon Toeplitza, bujna, przystojna blondynka,
                    bardzo atrakcyjna i towarzyska. Nasza bohaterka załamała się. Jak ona na
                    egzaminie mogła konkurować z taką żoną o względy rektora. Stąd ten prosty, ale
                    jakże przejmujący okrzyk: "A ty, biedna głowo, myślałaś, że zostaniesz
                    aktorką" - w poczuciu własnej nędzy towarzyskiej. Nie wiedziała oczywiście, że
                    Toeplitzów było kilku. Ta była żoną KTT, który nie miał nic wspólnego z Wyższą
                    Szkołą Teatralną i Filmową.
                    "Biedna głowa" nigdy nie zrezygnowała ze swojego marzenia, by zostać aktorką.
                    Po latach tułaczki po różnych prowincjonalnych scenach zdała egzamin
                    eksternistyczny dla już pracujących aktorów i… zgasła. Wegetowała przez wiele
                    lat na marginesie wielkiego życia teatralnego. Zbrzydła, schudła, poszarzała.
                    Koleżanki z arystokratycznymi tytułami po włoskich mężach czy kochankach,
                    obrylantowane, czasami wracają, aby zadać szyku w Polsce. "Biedna głowa" w
                    nieopalanym pokoju przeżywa jeszcze jedną klęskę. Mężczyzna, z którym zadawała
                    się podczas stanu wojennego, fotograf jakiejś zagranicznej agencji, zostawił ją
                    na lodzie. Po wykorzystaniu jej jako kuriera, by przewoziła zdjęcia z gdańskich
                    strajków do centrali, za co groziło jej więzienie, szykany, Bóg wie co jeszcze,
                    rzucił ją jak psa, gdy zabłysła jutrzenka wolności. Ale "biedna głowa" nie
                    żałuje tego okresu. Był to jeszcze jeden wzlot w innej, żądającej poświęceń
                    sprawie.
                    - Non, je ne regrette pas… - mówi.
                    Od powodzenia w młodości, przez nieudolność w swoim aktorstwie, do żmudnego
                    zdobywania tego trudnego zawodu, pomyłek, gorzkich rozczarowań na tle mitu,
                    życia popularnych aktorów. Dzięki pasji to wszystko przetrwała. I dziś, co było
                    złego w jej życiu, obróciło się na dobre. Jest dojrzała, świadoma, dramatycznie
                    poważna, wiarygodna i bardzo interesująca. Musiała przez to wszystko przejść,
                    aby "biedna głowa", mimo biedy, została "mądrą głową".
                    Zazdroszczę jej tego życiorysu, tego ukochania zawodu i… poddania się losowi
                    bez rezygnacji… aż do ostatecznej klęski.
                    Lata temu, pewnego wieczoru, stali bywalcy restauracji i dansingu w Bristolu
                    zastali drzwi zamknięte. Przed wejściem stały czarne mercedesy i potężnie
                    zbudowani mężczyźni ze słuchawkami w uszach. Szach Iranu, Reza Pahlawi,
                    przyjechał z oficjalną wizytą do Warszawy. Cały hotel zarezerwowano dla jego
                    obstawy i kobiet. Po oficjalnych rozmowach z komunistycznymi przywódcami miał
                    się rozerwać w restauracji z dansingiem. Orkiestra, światła, pusty parkiet.
                    Planując ten wieczór, któryś z jego ludzi podrzucił mu kilka
                    numerów "Przyjaciółki" ze zdjęciami polskich dziewcząt na okładkach.
                    - Ta! - wskazał palcem szach Iranu Reza Pahlawi.
                    Ubecja irańska do polskiej, polska do redakcji "Przyjaciółki": kto to jest?
                    Nikt nie wie. Fotograf, pijany, zeznaje. Samochody na syrenach, poszukiwania.
                    Po nitce do kłębka, czyli do mnie.
                    Łomot do drzwi.
                    - Milicja! Otwierać!
                    Otwieram.
                    - Kto to jest? - pokazują okładkę z "Przyjaciółki".
                    - Moja znajoma.
                    - Nazwisko. Adres.
                    Wychodzą pospiesznie, zostawiając jednego, aby mnie pilnował.
                    Zastanawiam się, co "biedna głowa" mogła zmalować. Szpiegostwo? To jest ten
                    paragraf, który można najłatwiej każdemu przyłożyć. Rodzice jej przerażeni.
                    Córka jest w teatrze. Którym? Wymieniają nazwę. Znów jeden zostaje w domu na
                    wypadek, gdyby przyszła. Z okładką "Przyjaciółki" w ręku łażą po foyer teatru.
                    Jest.
                    - Służba bezpieczeństwa. Prosimy z nami.
                    Znów dom.
                    - Proszę się ubrać elegancko, ale nie wyzywająco, makijaż skromny, naturalność.
                    Najlepiej w pastelowych kolorach. Musisz być taka jak na okładce.
                    Rodzice płaczą. Jazda samochodem do Bristolu. SB polskie do SB irańskiego -
                    Savaku.
                    - Jest.
                    - Okej.
                    Wprowadzają ją na salę, pustą, przyciemnioną. Orkiestrze, która gra już od pół
                    godziny, oczy wyłażą na wierzch. Poznają "biedną głowę", która tu bywała co
                    noc. Szach je kolację w głównej loży, w pozostałych siedzą ludzie-szafy z
                    Savaku i dyskretnie rozstawione SB w szatni, toalecie, kuchni.
                    "Biedna głowa" siada swobodnie, zapala papierosa. Jest na swoim terenie!
                    Człowiek-szafa wyjmuje jej papierosa z ręki i gasi go w popielniczce.
                    - Nie pali się przy szachu.
                    - Let her smoke! - mówi z uśmiechem szach Iranu.
                    "Biedna głowa" sięga po drugiego papierosa, chce zapalić. Szach wyjmuje jej
                    zapalniczkę z ręki i sam elegancko przypala.
                    - Thanks.
                    Nieraz już była w takiej sytuacji. "Starający się" i ona - "obiekt pożądania".
                    Wie, jak grać.
                    Pułkownik SB, jako kelner, podsuwa zakąski.
                    - Nie jem o tej porze. Dziękuję.
                    Rozpoczyna się wieczór pełen niespodzianek. Reza, przygotowany na kurwę,
                    spotyka kogoś zupełnie innego. "Biedna głowa" imponuje mu inteligencją,
                    wdziękiem i poczuciem humoru warszawskiej dziewczyny. Łamaną angielszczyzną
                    rozmawiają o wszystkim, śmieją się, tańczą. Jedyna para na pustym parkiecie w
                    Bristolu. Ona wie, jak w tańcu-przytulance zręcznie odsuwać rękę partnera od
                    ponętnych części swego ciała. Wiotka, wiosenna, jasna. On, też rozluźniony,
                    traci swoje lata i powagę szacha Iranu.
                    - Call me Reza - mówi szach, kładąc czule rękę na jej dłoni. A potem obiecanki
                    cacanki. Chce ofiarować wszystko, aby tylko była zawsze obok niego.
                    - Ale teatr?
                    - Zbuduję ci teatr.
                    - Muszę najpierw zdać do szkoły teatralnej.
                    - Zbuduję dwie szkoły teatralne, trzy, cztery… Wszędzie zdasz celująco.
                    - Ale ja chcę grać po polsku.
                    - Będziesz dla mnie grała, w jakim języku zechcesz.
                    - I chcę, żeby koleżanki widziały mnie na scenie.
                    - Zaprosimy wszystkie twoje koleżanki, aby cię oglądały i podziwiały. Opłacimy
                    im przylot, hotele, damy prezenty i ugościmy jak księżniczki. No problem.
                    "Biedna głowa" odmawia, zbyt dobrze zna obietnice podnieconych mężczyzn.
                    Nad ranem odwożą ją czarnym mercedesem. Przed domem stała karetka pogotowia
                    wezwana do matki, która tej nocy dostała zawału serca.
                    We Francji czaił się już Chomeini i dni szacha Iranu były policzone.
                    Wczoraj czytam w prasie, że "biedna głowa" dostała nagrodę wojewody za
                    wspaniałą kreację aktorską.
                    Happy end?
                    J.Gruza
      • wikul Re: do wikula 05.03.06, 17:35
        gabidd napisała:

        > wikulku kochany ale dałeś ostatnią opowieśc Gruzy na starym wątku.:))



        Bo taka smutna, nie pasowała mi trochę do tego nowego.
        Pzdr.
        • del.wa.57 ReDowcipy i anegdoty.. 05.03.06, 19:23
          Syn pisze list do matki:
          "Droga Mamo! Urodzil mi sie syn.
          Zona nie miala pokarmu, wziela mamke - Murzynke, wiec synek zrobil
          sie czarny"...

          Matka odpisuje:
          "Drogi Synu! Gdy Ty sie urodziles, równiez nie mialam mleka w
          piersiach. Wychowales sie na krowim, ale rogi wyrosly ci dopiero
          teraz"...
          • wikul Restauracje 05.03.06, 19:40
            Dzisiejsze młode pokolenie nie wyobraża sobie, ile wysiłku, sprytu i
            pomysłowości wykazywali ludzie w tej części Europy, aby dostać się do
            restauracji.
            Pamiętam słynną Stolicę w Warszawie, gdzie przed wejściem działy się
            niewyobrażalne sceny. Jeden zaciekły gość uczepił się drzwi wejściowych i
            krzyczał: "Wołajcie milicję, wołajcie wojsko, wołajcie straż ogniową. Nikt mnie
            stąd nie oderwie!!!".
            Drugi próbował wejść "na Węgra". Rozmawiał z kolegą po węgiersku, używając
            kilku zasłyszanych słów w stylu: "Eterem… Gierek…". Milicjant, pamiętając
            przysłowie, że "Polak Węgier dwa bratanki", długo próbował mu wytłumaczyć, że w
            tym lokalu nie ma już wolnych miejsc. Ale po dłuższej chwili kolega rzekomego
            Węgra mówi do niego: "Stasiu, daj spokój, jutro tu jeszcze przyjdziemy".
            Upokorzony przedstawiciel władzy wyciągnął pałkę. "Ja ci dam "Eterem"! Ja ci
            dam "Gierek"…!" Pałowanie, szarpanina, czapka z orzełkiem toczy się po
            stopniach w błoto, zajeżdża nysa z posiłkami, kajdanki i na Wilczą. Tak reżim
            mścił się na tych, co chcieli codziennie bawić się po lokalach.
            Słynny Cukrowski. Postać legendarna, znana w latach sześćdziesiątych całej
            Warszawie. Przy wejściu do Kameralnej ani nie dawał stówy portierowi, ani nie
            upokarzał się proszeniem. Po prostu nachylał się do ucha portiera i pytał
            konspiracyjnym szeptem:
            - Major Kwiatkowski już jest?
            - Jeszcze go nie widziałem - odpowiadał potulnie portier.
            - Gdyby pytał o mnie, jestem przy barze.
            I wchodził do środka bez problemu.
            Dostałem zaproszenie do nowo otwartego SPATiF-u.
            Dzisiaj restauratorzy wydają przyjęcia dla wybranych, aby zachęcić do
            przychodzenia do lokalu. Na otwarciu tym pojawiło się mnóstwo osób, które
            tęsknią za atmosferą dawnego Klubu. Nowi, młodzi aktorzy mają nadzieję na
            spotkanie reżysera, producenta, reklamodawcy. Starsi, że spotkają jeszcze
            starszych. Żony zapomnianych aktorów przedstawiają swoje dzieci, które też są
            już aktorami, z kolei ich dzieci, czyli wnuki, grają role dzieci w
            telenowelach. Biegały wśród gości mimo późnej pory, obniżając zdecydowanie
            przeciętną wieku.
            Ewa Frykowska komentuje:
            - Mężowie występują w reklamówkach funduszy emerytalnych, synowie w reklamach
            pasty do zębów, wnuki smakują na ekranie snickersy, a żony, matki, babki
            dogorywają w pionie.
            Potem było śpiewanie.
            - Silentio! - krzyczał jakiś aktor, chcąc popisać się śpiewem przed dawno nie
            widzianymi kolegami.
            Ktoś go gorąco poparł:
            - Ja znam Italię. Byłem przez trzy tygodnie w Rimini. On mówi, żeby być cicho.
            Ale nie jest. Starając się przekrzyczeć tłum, śpiewają Zorbę, bluesa, Volare i
            Gdybym był bogaczem…
            Robi się coraz głośniej.
            Śmieją się młode aktorki, otaczające korpulentnego mężczyznę.
            Jak łatwo jest rozbawić dziewczęta, gdy jest się producentem filmowym.
            Zosia Czerwińska siedzi na swoim dawnym miejscu pod ścianą.
            - Kiedyś przede mną na stoliku stały dwie setki wódki. Dzisiaj leżą dwie pary
            okularów. Do dali i do bliży.
            Myślę sobie, że jest nam już bliżej niż dalej.
            J.Gruza
    • wikul Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 05.03.06, 23:31
      wikul napisał:

      > ...wlasne, zasłyszane i znalezione w internecie.
      > Zgodnie z umową zakładam nowy watek z bardziej, jak sądzę, rozszerzonym
      > programem. Zachęcam do udziału i zgłaszania ewentualnych uwag.



      Przed chwilą usłyszane od Pietrzaka u Wojewódzkiego :
      Mąż wchodzi znienacka do mieszkania a tam żona zabawia się wibratorem.
      - co to jest do cholery, wrzeszczy mąż,
      - nie twój interes, odpowiada żona.
      • del.wa.57 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 06.03.06, 15:06
        idzie królik z flaszką wódki przez las za drzewem stoi lis i mówi:
        - o jest flaszka i zagrycha!
        no idzie za nim.
        a tu za drzewem stoi dzik i mówi:
        - o flaszka, zagrycha i ruda dziwka!
        no idzie za nimi.
        a tu za drzewem stoi niedźwiedź i mówi:
        - o flaszka, zagrycha, ruda dziwka i jest komu wpier..... spuścić!

        -
        • wikul Słowianie 06.03.06, 19:10
          Rzecz dzieje się w Leningradzie. Hol hotelu Rewolucji Październikowej. Godzina
          piąta rano, wstaje słońce, próbujemy wyjść do miasta: Fedorowicz, Rinn,
          Szczepanik, ja i jeszcze kilka osób. Przy drzwiach, zamkniętych na potężną
          kłódkę, stoi portier ubrany w uniform admirała cesarskiej floty; szamerunki,
          czapka, złote pagony i guziki. Nie chce otworzyć drzwi.
          Szczepanik mówi coś o wolności jednostki, o "trzecim koszyku" konferencji w
          Helsinkach, że mamy prawo wyjść z hotelu, o jakiej porze chcemy, pijani czy
          trzeźwi, że to skandal, że doniesiemy do ambasady itd.
          A ten gra swoją i naszą nieobecność, czyli pustkę. Czyści paznokcie, dłubie w
          uchu, strzepuje pyłek z akselbantów, przeciera błyszczący lakierek. Nas w jego
          obecności nie ma… Wspaniałe aktorstwo - tradycje wielkich twórców rosyjskiego
          teatru w połączeniu z pracą w KGB.
          Ktoś wpada na pomysł (chyba ja), żeby dać portierowi dziesięć rubli. W
          okamgnieniu istniejemy, jesteśmy żywi, przyjaźni, sympatyczni i wynurzamy się z
          nicości za sprawą dziesięciorublowego banknotu. Portier otwiera kłódkę i
          wypuszcza nas na wspaniale oświetlone wschodzącym słońcem miasto.
          Petersburg. Jasnoniebieskie albo żółte domy, pałace - "dworcy". Wczesny ranek,
          bez żadnego tłumu. Puste ulice wyglądają fantastycznie… Idziemy z grupą
          dziewcząt z baletu przez Pole Marsowe. Pada decyzja o powtórnym zdobyciu Pałacu
          Zimowego, wydajemy okrzyk: "Uurrra…!". I wdrapujemy się na kraty głównej bramy,
          tak jak bolszewicy podczas Rewolucji Październikowej. Dziewczyny w krótkich
          spódniczkach wyglądają od dołu jak z magazynu porno. Ze stróżówki wybiega
          zaspana "babuszka".
          - Kak, że tak! Eto niekulturno!
          Szybko schodzimy na dół w strachu, że zadzwoni po milicję. Uciekamy przez
          zalany wschodzącym słońcem gigantyczny plac… Rzeczywiście, po chwili słyszymy z
          oddali ryk silnika samochodowego i krótkie klaksony. Widzimy, jak zbliża się do
          nas czarna wołga i tuż przed nami hamuje z piskiem opon.
          Wyskakuje z niej dwóch facetów. Tajniacy?! Jeden z nich zdyszany mówi:
          - Izwinitie, pażałsta. Czy moglibyście jeszcze raz tak biec? Kręcimy film
          o Petersburgu i bardzo nam się to podoba. Stoimy z kamerą tam daleko. My
          was prosim. Poszliśmy na rękę kolegom filmowcom.
          Rozumiałem ich trudności z kręceniem filmu w tym mieście pełnym kolejek,
          zmęczonych ludzi i pustych półek. Mieli zamówienie na kolorową pocztówkę,
          a nie film dokumentujący prawdziwe oblicze miasta.
          Ciąg dalszy, akcja rozgrywa się nad Newą. W dali widać "Aurorę", a my, oparci o
          balustradę, podnieceni "białym niedźwiedziem" (wódka plus szampan) pomieszanym
          z "czerwonymi gwiazdami Moskwy" (szampan plus koniak), dyskutujemy o naszym
          polskim charakterze. Czy jako Słowianie zdolni jesteśmy do pewnych gestów,
          wyrzeczeń, ryzyka, balansując na granicy śmierci, tak łatwo jak Rosjanie?
          Słynne picie szampana na parapecie okna, tyłem do ulicy (próbował tego Daniel
          Olbrychski). Czy pieniądze są ważniejsze, czy zwariowane gesty, których
          człowiek Zachodu nie pojmuje, nie rozumie i które uważa za idiotyzmy?
          Tak! Jesteśmy Słowianami! I mamy od nich więcej poczucia romantycznego fasonu…
          - Okej - mówię. Trzymam w ręku pudełko, które dał mi Fedorowicz. Są w nim
          pieniądze dziewcząt za całą trasę. Dla mnie one nic nie znaczą, stać mnie na
          taki gest - wyrzucić je na pamiątkę naszego spotkania w Petersburgu, tu, do
          Newy. Teraz i zaraz. Rzucam pudełko do leniwie płynącej rzeki.
          Przez jeden gest zwariowanego Słowianina zapamiętają ten poranek do końca
          życia. Rozlega się krzyk rozpaczy:
          - Czy ty wiesz, że to była cała nasza forsa, idioto?!
          W pudełku tym był rzeczywiście rulon rubli, za całą ich dwumiesięczną harówkę
          na trasie. Dziewczyny, jak każdy ostrożny obcokrajowiec, bały się zostawiać
          pieniądze w hotelu. Dały mi je na przechowanie.
          Zaczęły biec z prądem rzeki, obserwując żółte pudełko po tytoniu fajkowym Jacka
          Fedorowicza, z pieniędzmi w środku. Płynęło spokojnie środkiem. Krzyk,
          dyskusja, płacz, wymyślanie pod moim adresem.
          Oczywiście perfidnie grałem zwariowanego słowiańskiego bohatera tej przygody.
          Dawno wyjąłem pieniądze i przełożyłem je do kieszeni. Chciałem później zwrócić
          je wielkopańskim gestem jako własne i błysnąć zdolnością poświęcania tak
          przyziemnych walorów dla słowiańskiej fantazji.
          Niestety, nie przewidziałem tego, że puste pudełko od razu nie utonie. Zaczęło
          płynąć i niebezpiecznie szybko zbliżać się do brzegu.
          Tymczasem na historycznym zwodzonym moście, znanym z filmu Matka Pudowkina,
          powstało małe zamieszanie. Strażnicy, którzy pilnują mostu, dowiedzieli się, że
          rzeką płyną jakieś "dieńgi". Nieliczni przechodnie też zostali w to wciągnięci
          i tak rosnąca grupa ludzi zaczęła biec wzdłuż brzegu, wypatrując żółtego
          pudełeczka. Ja z nimi.
          Mój żart powoli przeradzał się w jakiś koszmar. Zacząłem modlić się, aby to
          przeklęte pudełeczko wreszcie zatonęło. Nie chciało. Natomiast prąd znosił je
          coraz bliżej kamiennego brzegu Newy. Wiadomość o płynących rzeką pieniądzach
          rozniosła się lotem błyskawicy. Kiedy żółte pudełko naszego kolegi snoba
          znalazło się blisko brzegu, chętni do pomocy Rosjanie utworzyli rodzaj węża
          ludzi dobrej woli i trzymając się za ręce, weszli w wodę i je wyłowili!
          Ryk radości i okrzyki entuzjazmu. Dziewczęta z baletu otwierają pudełko. Gdy
          zobaczyły, że jest puste, rzuciły się z krzykiem w moim kierunku, bijąc mnie i
          drapiąc, obrzucając stekiem wyzwisk nie nadających się do publikacji.
          Wściekłość wszystkich, że tak się obnażyli i dali łatwo oszukać, była
          uzasadniona.
          Słowianie! A picie szampana, gdy się stoi tyłem na parapecie? A gdzie rosyjska
          ruletka? A gdzie przypalanie sturublowym banknotem cygara?
          Dzwoni do mnie bardzo zamożny artysta. Na fali swojej popularności grający
          wszędzie za najwyższe stawki - luksusowe samochody w całej rodzinie, willa,
          urlopy w ciepłych krajach, narty we Francji zimą… król życia. Długo opowiada,
          jak musiał walczyć o lukratywny kontrakt w reklamie, aby szczerzyć zęby na
          plakatach, w telewizji, w gazetach.
          - Sławek, dzwonisz z komórki! - słyszę, jak jego żona upomina artystę z głębi
          mieszkania. Ten natychmiast kończy rozmowę.
          - Aha, przepraszam cię, cześć!
          Taryfa nieco droższa.
          Bog pomiłuj!
          J.Gruza
          • wikul Z przeceny 07.03.06, 19:58
            Warszawską słoneczną ulicą idzie moja znajoma. Słońce, upał, w ręku trzyma
            książkę. "Z przeceny" - tłumaczy zawstydzona, jakby bała się, że mógłbym ją
            posądzić o snobizm. Bacon - Eseje. Otwieram. "Jest równie naturalną rzeczą
            umierać, jak się rodzić: ale dla małego dziecka być może jedno jest równie
            przykre, jak i drugie. Kto umiera, zajęty poważnymi sprawami, jest podobny do
            tego, kto zostaje raniony w gorącej walce…". Mój przyjaciel, Kobiela, był
            zajęty poważnymi sprawami. Został raniony.
            Na wiadomość o jego śmierci ogarnęła mnie wściekłość. Nic bardziej
            bezsensownego. Jeszcze wszystko było przed nim. Niespełniona do końca poważna
            sprawa. Kobiela był nie tylko aktorem w tradycyjnym rozumieniu - odgrywającym -
            był twórcą. Wszystkie estrady, telewizyjne i filmowe epizody to tylko wprawki.
            Dojrzewał artysta. Wiem na pewno, że to, co chciałby zrobić naprawdę, to jego
            własny, autorski film.
            Nie okazano mu zaufania. Próbował, pisał, namawiał. O ileż łatwiej jest tanim
            komedyjkom. Komedia autorska. Film autorski. Ma do niego prawo nie tylko
            pisarz, dziennikarz, reżyser, ale także aktor.
            Tak jest na całym świecie. Tym bardziej że Kobiela, począwszy od kabaretu Bim-
            Bom, przez estradę, telewizyjną audycję Poznajmy się aż do setki filmowych
            epizodów, gdzie zawsze coś wymyślił na tle bzdurnego tekstu, z jednego zdania
            potrafił zbudować sytuację dramatyczną, śmieszną, wzruszającą - dowodził swego
            talentu, daleko wykraczającego poza teren aktorstwa.
            Zaangażować Kobielę znaczyło podeprzeć się kimś inteligentnym, podeprzeć się
            artystą nie tylko od min, gagów i chwytów.
            Był rozgoryczony, jak każdy z nas, chciał mieć możliwość wypowiedzenia własnego
            zdania. Odsłonięcia prawdy o życiu w sobie tylko właściwy sposób, stanięcia z
            maszynami do rejestrowania - mikrofonem i kamerą - na miejscu, w którym on
            tylko stał. Stał, patrzył na ludzi, śmiał się, płakał, wzruszał, bawił.
            Kobieli nie było już po roku. Takie jest prawo cyklu produkcyjnego - od startu
            do premiery. Teraz wychyla się do nas nieoczekiwanie w różnych telewizyjnych
            serialach i epizodach dawno nakręconych filmów.
            Między jednym a drugim odcinkiem serialu Przygody pana Michała oglądałem wraz z
            milionami telewidzów lądowanie na Księżycu. Drobny epizod. Kobiela jako
            braciszek zakonny. Pewnie jeden dzień zdjęciowy, gdzieś tam zagrany mimochodem,
            a jak ładnie.
            Marnotrawstwo, marnotrawstwo wielkiego talentu. A jednak, gdyby nie ten epizod,
            byłoby go mniej.
            J.Gruza
            • del.wa.57 Re: Rozmaitości i ciekawostk... 08.03.06, 15:03
              Puść bąka, a powiem ci kim jesteś...

              Uwaga ! Osobom wrażliwym oraz tym które jedzą nie polecam, czytasz na własne
              ryzyko !

              Ambitny: Zawsze jestes gotowy pierdnąć

              Koleżeński: Lubisz wąchać czyjeś pierdnięcia

              Niekoleżeński: Przepraszasz, wychodzisz i pierdzisz w samotności

              Roztargniony: Nie możesz odróżnić swojego pierdnięcia od cudzego

              Zaczepny: Pierdzisz zawsze głośniej niż inni

              Dziecinny: Pierdzisz, a potem się śmiejesz

              Sprytny: Pierdzisz i kaszlesz w tym samym czasie

              Zarozumiały: Myslisz że zawsze możesz pierdnąć głośniej

              Przyjacielski: Wąchasz czyjeś pierdnięcia i mówisz im co zjedli

              Okrutny: Pierdzisz w łóżku i nakrywasz głowę żony kołdra

              Nieuczciwy: Pierdzisz i zwalasz na psa

              Zawiedziony: Pierdzisz niesmrodliwie

              Głupi: Uwielbiasz czyjeś pierdnięcia, i na dodatek myślisz że to twoje własne

              Nierozsądny: Wstrzymujesz pierdnięcia godzinami

              Malkontent: Narzekasz ze ludzie pierdzą w towarzystwie, ale gdy sam to robisz
              dajesz długie i nieciekawe wyjasnienia używając zawiłej terminologii medycznej

              Masochista: Pierdzisz w wannie i próbujesz przegrysć bąbelki

              Nieszczęsliwy: Nie możesz się spierdzieć

              Umuzykalniony: Pierdzisz na każda nutę

              Nerwowy: Wstrzymujesz pierdnięcia w połowie

              Dumny: Myślisz, że twoje pierdnięcia są wyjątkowo przyjemne dla otoczenia

              Sadysta: Po pierdnięciu w łóżku, poprawiasz sobie kołdrę

              Naukowiec: Pierdzisz do butelek i szczelnie je zakorkowujesz

              Wrażliwy: Pierdzisz i potem płaczesz

              Wstydliwy: Czerwienisz się po każdym pierdnięciu


              -------------------------------------------------------------------
              • del.wa.57 Re: Rozmaitości i ciekawostk... 08.03.06, 16:54
                Na wyspie jest trzech rozbitków: dwudziestolatek, czterdziestolatek i
                siedemdziesięciolatek. Na sąsiedniej wyspie była naga dziewczyna.
                Dwudziestolatek rzuca się w fale i krzyczy:
                - Płyńmy do niej!
                Na to czterdziestolatek:
                - Spokojnie Panowie, zbudujmy najpierw tratwę.
                A siedemdziesięciolatek:
                - Panowie, po co! Stąd też dobrze widać.
                  • del.wa.57 Re: Rozmaitości i ciekawostk... 08.03.06, 17:08
                    Żona w łóżku z kochankiem, wpada maż, straszna awantura, wyrzuca ja z domu,
                    rozwód, tragedia. Ona przyszła do kościoła, modli się:
                    - "Panie Boże, jakbyś mógł cofnąć czas, żeby to się nie zdarzyło, to zrobię co
                    zechcesz..."
                    - "Dobrze" - odpowiada gromki bas z wysokości sufitu - "ale musisz o czymś
                    pamiętać. Zginiesz na morzu!!!"
                    - "Dobrze Panie Boże, zgadzam się na te warunki..."
                    PYK! Czas się cofnął, ona znów w łóżku z kochankiem: szybko go wyrzuciła z
                    domu, wrócił maż, wszystko było Ok, byli bardzo szczęśliwi. Za jakieś pięć lat
                    żona dostaje maila, ze wygrała wycieczkę dookoła świata statkiem pasażerskim.
                    Pamiętając o przestrodze ("zginiesz na morzu") zadzwoniła do firmy
                    turystycznej, ze musi niestety zrezygnować, ponieważ wisi nad nią fatum. Na to
                    człowiek z powyższej firmy tłumaczy jej, ze są szalupy ratunkowe, helikoptery,
                    ze w ogóle ten statek jest taki, ze przy nim titanic
                    to pikuś. No to kobieta w końcu dała się przekonać i popłynęła. Oczywiście gdy
                    byli na pełnym morzu rozpętała się burza i statek zaczął tonąć. Kobieta,
                    zobaczywszy ze jest w beznadziejnej sytuacji, wznosi modły:
                    - "Boże, zgadzam się za ja powinnam zginąć na morzu, taka była miedzy nami
                    umowa, ale po co ginie wraz ze mną parę tysięcy ludzi???"
                    Gromki bas z nieba odpowiada:
                    - "Ja was, pięć lat zbierałem!!!"
    • wikul Śliwka 08.03.06, 21:57
      Idzie drogą wśród domków jednorodzinnych lekko zawiany facet. Trzyma w ręku
      sadzonkę, suchy patyczek z rachitycznymi korzonkami na dole, prawie
      usychającymi z braku wody.
      - Czy kupi pan nowozelandzką śliwkę?
      - Tak. Ile?
      - Na piwo i setkę.
      Po siedmiu latach wyrasta z tej śliwki wspaniały włoski orzech. Polska! Ale nie
      może być sama śliwka, musi być nowozelandzka, dopiero znajdzie się nabywca.
      Drobny pijaczek ząbkował dopiero w marketingu, ale prawidłowo oceniał
      psychologię potencjalnego klienta. Nie może być w Polsce "tania odzież", musi
      być "zachodnia tania odzież", wtedy kupią… Sama "śliwka", sam "orzech" albo
      sama "tania odzież" nie wystarczą.
      Na szczęście coraz bardziej przymiotnik "polski" podnosi się powoli z upadku.
      Polska komedia, polska konfitura, polski film obyczajowy, polski przebój
      festiwalowy, polski Daniec, Deląg, polskie Brathanki, polska Kasia Paskuda,
      polskie wydanie "Playboya", polski…
      J.Gruza
      • gabidd Re: Śliwka 08.03.06, 22:26
        I tu jest prawda wikulku, jeszcze kilka lat temu jak siępowiedziało ze jakiś
        towar był polski to każdy kręcił noskiem, a teraz to nawet są sklepy u nas na
        osiedlu ze staropolska żywnością, polski żur, polka szynka, polskie dżemy itd
        • wikul Parasol 08.03.06, 22:34
          Po raz pierwszy jechałem do Stanów na tak długo. Odstąpiłem moją kawalerkę na
          parterze bloku przy ulicy Franciszkańskiej, naprzeciw ambasady chińskiej,
          Wojtkowi Frykowskiemu. Temu samemu, który zginął potem w masakrze w willi
          Polańskiego w Bel Air. Wojtek odwoził mnie na lotnisko swoim małym, ale szybkim
          morrisem.
          Padał deszcz. Odruchowo wziąłem parasol. Rzeczywiście, w drodze z budynku
          lotniska do samolotu otworzyłem go. Po raz drugi zrobiłem to w tym samym
          miejscu, po trzech miesiącach, kiedy wróciłem do Warszawy. Natomiast podczas
          całej wyprawy sprawiał mi tylko kłopot, nie mówiąc o tym, że w Stanach płaciłem
          za niego dodatkowo, jak za "one piece more". Wlokłem go ze sobą wszędzie, choć
          gdy padał deszcz, parasol można było kupić za parę centów w każdy kiosku.
          Zaczęło się już w Paryżu, gdy czekałem na znajomych. Ze zdziwieniem
          obserwowałem znaczące spojrzenia różnych mężczyzn rzucane w moim kierunku.
          Miałem w ręku ów nieszczęsny parasol, oczywiście na wypadek deszczu, bo
          wydawało mi się, że niebo się chmurzy. A był to podobno znak rozpoznawczy dla
          wszystkich homoseksualistów, przyjeżdżających na weekend z Anglii do Paryża.
          W letni wieczór, podczas spaceru z przyjaciółmi po Paryżu, dopadł do mnie
          pewien niewysoki i podłej urody brunet, za to też z parasolem, i rzucał co
          pewien czas jakieś hasła i kwoty.
          - Cent franc, chčrie - szeptał i odskakiwał na bezpieczną odległość.
          Z początku myślałem, że to wariat, ale później zorientowałem się po ironicznym
          uśmieszku moich znajomych, o co chodzi. Nie opuszczał nas przez całą noc.
          Najpierw było to zabawne, potem męczące, a na końcu chciałem mu łeb rozbić tym
          parasolem.
          - Zakochał się - usprawiedliwiali go znajomi.
          A natręt podniósł kwotę i eskalował coraz to nowe żądania, doskonale znając
          rynek na te usługi.
          - Deux cent franc avec diner!
          - Trois cent franc avec diner et boissons et dejeuner.
          - Powiedz mu, niech da tysiąc franków, ale z kolacją i napojami dla wszystkich,
          inaczej cię nie sprzedamy.
          Nad ranem, gdy siedzieliśmy w pustej już kawiarni, po przegadanej całej nocy,
          nieoczekiwanie pojawił się znowu i rzucił cicho ostatni argument:
          - Je t'aime…! Chčrie.
          W Ameryce było mniej zabawnie, ale głównie z powodu rosyjskich statków z
          głowicami atomowymi, płynących wtedy na Kubę. Po raz pierwszy wówczas
          Amerykanie przestraszyli się i obłędnie rzucili się na sklepy i supermarkety,
          wykupując w panice wszystko, co było do zjedzenia.
          Przyjeżdżając z kraju, gdzie puste półki były na porządku dziennym, miałem
          pełną satysfakcję. Na szczęście Chruszczow odwołał te statki i znów wszystko
          wróciło do normy.
          Ich, nie mojej, ja wracałem tam, gdzie normą było zupełnie co innego.
          W Warszawie padało. Otworzyłem spokojnie parasol. Wreszcie się przydał. Któryś
          ze współpasażerów w drodze od samolotu do budynku lotniska w ulewnym deszczu
          zauważył ze zdumieniem:
          - Ale pan przewidujący, skąd pan wiedział, że tu będzie padało?
          W mieszkaniu na Franciszkańskiej było wszystko w najlepszym porządku. Tyle że
          nowe. Wojtek był wypłacalny i zawsze correct. Nowa kuchnia, nowa umywalka,
          wanna i muszla klozetowa, odmalowane ściany. Dlaczego, pojąłem dopiero, gdy
          gospodyni domu przyniosła mi pakiet wezwań na milicję, kolegium i do sądu.
          - Wszystko rozumiem, Wojtku, ale dlaczego trzeba było wstawiać nową wannę?
          - Wiesz, Andrzej Kostenko urządził konkurs, ile osób zmieści się jednocześnie
          pod prysznicem.
          Niestety, nie udało mi się odnowić mojej ukochanej gosposi, którą Wojtek
          zdemoralizował całkowicie. Kiedy przyszła po raz pierwszy po moim powrocie ze
          Stanów, była bardzo niezadowolona, że musi sprzątać.
          - Kiedy pana nie było, przychodzę raz rano i widzę, że drzwi niezamknięte, a
          pan Wojtek leży w płaszczu i kapeluszu na podłodze. Przestraszyłam się, że coś
          się stało, a on otworzył jedno oko i powiedział: "Ma tu pomoc sto złotych,
          niech nie sprząta, niech idzie sobie na kawę. I niech przyjdzie w przyszłym
          tygodniu". W następnym tygodniu było to samo, z tą tylko różnicą, że pan Wojtek
          leżał ubrany na łóżku. Pan Wojtek to był pan. A pan to każe sprzątać i jeszcze
          nie płaci.
          - Pani Wando…
          - Co?
          - Ja w tym tygodniu też…
          - No dobra, z głodu nie umieram.
          - Ale ja chciałbym jeszcze pożyczyć do następnego razu…
          - Ile?
          - Sto.
          - Oj, co ja z panem mam. Jak pan był kawalerem, to pieniądze walały się po
          szufladach, że tylko wyjmowałam i odkurzałam. Po co to żenić się takiemu,
          mógłby się pan teraz gołymi piętami po tyłku bić, a tak…
          Pani Wanda była słodka.
          Poprosiłem ją kiedyś o przyszycie guzików do koszuli.
          - Gdzie ma pan guziki?
          - Leżą tam, na półce.
          Zająłem się czymś, a ona nawlekła igłę i zaczęła przyszywać. Słyszę, że
          mamrocze coś pod nosem.
          - Oj, jakie teraz te guziki słabe robią. Oj, jak się kruszą, jak się kruszą. Co
          za guziki pan kupił takie kruche…
          - Niech pani pokaże, dlaczego się tak kruszą?
          Przyszywała mi białe krążki… witaminy C, które leżały na półce.
          Trochę zastępowałem jej syna, który zginął w czasie wojny. Była żoną jedynego
          komisarza Żyda w granatowej policji przed wojną. Podczas okupacji musiała wiele
          wycierpieć.
          Nie słuchałem jej rad w sprawie tamtego małżeństwa.
          Teraz żałuję.
          J.Gruza
            • del.wa.57 Re: Horoskop(bez owijania w bawełnę)!!!!!!!!!!!!!! 09.03.06, 15:20
              Horoskop



              (na całe życie i bez owijania w bawełnę)

              Baran - Mars (20.III - 18.IV)
              Urodzeni pod tym znakiem są z natury rzeczy ociężali umysłowo i z trudem uczą
              się najprostszych czynności. Tylko długotrwałym biciem Barana można skłonić do
              przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na "RZ"). Ludzie spod
              tego znaku z powodu swojej tępoty w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu
              awansują szybko na wysokie stanowiska. W kontaktach towarzyskich Barany są z
              reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i
              bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki. Na szczęście żyją krotko.

              Byk - Wenus (19.IV - 19.V)
              Wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności homoseksualne. Niczym nie zmącone
              przekonanie, ze jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem
              jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
              Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Poci się.

              Bliźnięta - Merkury (20.V - 20.VI)
              Ludzie spod tego znaku w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej,
              jak i uczuciowej. Jedyne co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon
              Totolotka. Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im
              dłubanie w nosie. Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, ze kradnie i
              koniecznie przed wyjściem zrewidować.

              Rak - Księżyc (21.VI - 21.VII)
              Szkoda słów. Nie pomoże nawet oddział zamknięty. Urodzeni pod znakiem Raka
              oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie
              można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi, ze ceni sobie twoja
              przyjaźń, to można być pewnym, ze przed godzina napisał do szefa donos. Raki
              stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją,
              garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

              Lew - Słońce (22.VII - 21.VIII)
              Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat maja skłonności do narkomanii,
              pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem
              kończą szkoły, nawet specjalne, uwielbiają krzywoprzysięstwo i bardzo chętnie
              zeznają przed sadem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu
              rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

              Panna - (22.VIII - 21.IX)
              Bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz
              beznadziejna, bo Panna - zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego - jako
              partner erotyczny wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze
              związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogol w klinikach dla
              nerwicowców. Umysłowo Panna pozostaje zawsze stuprocentowa dziewica.

              Waga - Wenus (22.IX - 22.X)
              Trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi. Ta przesadza
              właściwie o wszystkim. Wagi maja krotka pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy
              słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku. Nie maja natomiast
              szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia. Ze względu na
              to, ze maja to, czego nie maja, Wagi są idealnymi współmałżonkami.

              Skorpion - Mars (23.X - 21.XI)
              Ma manie prześladowczą. Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, ze
              licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona winien jest zawsze ktoś inny, a nie on
              sam. Ze strachu atakuje pierwszy i od tylu. Z przyjemnością dręczy zwierzęta i
              marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

              Strzelec - Jowisz (22.XI - 20.XII)
              Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości - urodzony
              działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie, to spieprzy. W
              dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i
              podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia od początku do końca
              zmyślone.

              Koziorożec - Saturn (21.XII - 19.I)
              Każde zdrowe i dbające o swoj rozwój społeczeństwo powinno natychmiast izolować
              osoby spod znaku Koziorożca. Koziorożec, sam alkoholik i analfabeta, chętnie
              deprawuje młodzież, gwałci staruszki, póki nie popadnie w nieuchronna
              impotencje. Nadaje się wyłącznie do kopania rowów, a i to pod nadzorem. W życiu
              rodzinnym przeważnie bije.

              Wodnik - Uran, Saturn (20.I - 18.II)
              Ma szalony pociąg do gastronomii czwartej kategorii i nigdy nie oddaje
              pożyczonych pieniędzy. Mężczyźni spod tego znaku, wcześniej czy później,
              okazują się ekshibicjonistami, a kobiety nimfomankami. W zakładzie
              penitencjarnym czują się nieźle.

              Ryby - Jowisz, Neptun (19.II - 19.III)
              Bez przerwy powoduje ciągle nieporozumienia w pracy i w domu. Prochu na pewno
              nie wymyśli. Sprawdza się jako kontroler biletów autobusowych. Lubi
              pornografie. Bron Boże nie dopuszczać go do urządzeń bardziej skomplikowanych,
              niż tłuczek do kartofli, bo popsuje. Znak sprzyjający - żaden.


              Z tego horoskopu wynika,ze powinno śię mnie odizolowac od społeczeństwa,jestem
              alkoholik,analfabeta,gwałce staruszki i grozi mi impotencja!!!!
              Kurcze...ciekawa przyszłośc:))))))))))))))))

            • wikul Hrabia 09.03.06, 21:41
              Sylwester prywatnie, sylwester publicznie. W nowym hotelu, przy stoliku, na
              chodzonego po różnych sylwestrach, w łóżku, na Starym Mieście, z młodą
              dziewczyną, starą żoną. W ciągu tych lat zdarzyło mi się parę, które
              szczególnie zapamiętałem.
              W Zakopanem. Wszystko zaczynało się od "Halamy", gdzie środowisko korzystało z
              tanich pobytów w domu ZAiKS-u. Rzadko tam było słychać stukot maszyny do
              pisania. Raczej śmiechy i narady, gdzie idziemy i co robimy.
              - Dzisiaj na Kasprowym jakaś pani wzięła mnie za Holoubka.
              - A co na to żona?
              - Nic.
              - A mnie wczoraj na Antałówce jedna wzięła za Konica.
              - I co?
              - I nic.
              - Może to ta sama.
              Śmiechom i żartom, podlanym obficie alkoholem, nie było końca.
              Sylwester u Witka Dudziaka, młodego wówczas architekta, zakopiańczyka.
              Człowieka, który po kolei rozkochiwał w sobie wszystkie przyjeżdżające panie ze
              stolicy. Rozwodził, łączył, rzucał, przyjmował, mieszkał, budował wspólnie,
              pisał nowele sportowe, tańczył w lokalach, palił w piecu, gotował, jeździł na
              nartach, był przyjacielem Dygata, pracował w Szwajcarii - był królem życia.
              Zazdrościłem mu.
              A więc do niego! Stuprocentowego mężczyzny!
              Witek wybudował piękny dom na Gubałówce. Radzimy, jak w tę noc tam dojechać,
              robimy plany. Przyłącza się do nas hrabia Potocki z Paryża. Nie wiadomo, czy to
              prawdziwe nazwisko, czy pseudonim sportowy, bo hrabia rzekomo bierze udział w
              wyścigach Formuły 1. Przyjechał do Zakopanego najnowszym porsche, budząc
              zazdrość wszystkich panów.
              Myślę, że hrabia zdecydował się na wspólną zabawę pod wrażeniem nóg żony
              Andrzeja Konica, która w trakcie robienia planów sylwestrowych siedziała w
              krótkiej spódnicy na schodach, w dość swobodnej pozie.
              Żona hrabiego z dzieckiem zostaje w domu, my pakujemy się do porsche i udajemy
              w kierunku Gubałówki. W połowie drogi zabrakło benzyny. Hrabia, przyzwyczajony,
              że na Zachodzie stacje benzynowe są co kilka metrów, myślał, że może nabrać
              benzynę w każdym miejscu i o każdej porze, w dodatku w noc sylwestrową. Gówno.
              Zostaje w samochodzie, a my wynajmujemy za ciężkie pieniądze dorożkę i wracamy
              po benzynę do Zakopanego.
              Hrabia koniecznie chce czekać na nasz powrót z Konicową w samochodzie, ale
              zabieramy ją ze sobą. Podjeżdżamy pod stację benzynową dorożką ciągniętą przez
              konia, czym wzbudzamy zdumienie pijanego pracownika CPN-u. Tu zastaje nas
              Nowy Rok. Wypijamy szampana z gazdą, który nas wiezie, i co koń wyskoczy
              wracamy do por-sche, w którym siedzi wściekły hrabia. Przy tankowaniu oblewa
              sobie smoking benzyną i ruszamy do Witka.
              Wytworne perfumy hrabiego mieszają się ze smrodem siedemdziesięciooktanówki, bo
              żółtej już od wczoraj zabrakło w całym województwie. Do Witka Dudziaka na
              południowym stoku Gubałówki jest stromo. Lód, kamienie. Kilka razy podjeżdżamy
              i ślizgając się, znowu się cofamy.
              To nie jest Formuła 1, to Zakopane nocą. Obrywają się halogeny, obciążony
              samochód trze dupą o zakopiańskie wyrwy w lodzie. Hrabia, chcąc zajechać z
              fasonem aż pod sam dom, nie daje za wygraną. Wreszcie wysiadamy, hrabia kładzie
              się na ziemi i ogląda zrujnowane podwozie, przeklinając po francusku, jak na
              hrabiego przystało.
              Przy wejściu gospodarz przyjmuje przywiezionego z Francji szampana z piwnic
              barona Rothschilda, w zamian za to podaje hrabiemu rumuńskiego
              w "musztardówce". Ale jest fajnie, przyćmione światło, większość już pijana.
              Księżyc oświetla widoczny naprzeciwko Giewont. Dziewczyny piękne. Bigos, wódka.
              Wódka, bigos. Potem już sama wódka. Hrabia nie może się zdecydować, tańczyć
              dalej, pić, opowiadać o Formule 1 czy wymiotować.
              Zaciągając z rosyjska, druga żona Tadeusza Łomnickiego, prawdziwa moskiewska
              kniahini z dziada pradziada, demaskuje hrabiego jako chłopa pańszczyźnianego.
              Robi się lekkie zamieszanie, zażegnane okrzykiem gospodarza:
              - Panie proszą panów!
              Konicowa porywa hrabiego do tańca, nie bacząc na kalumnie rzucane przez
              kniahinię. Chce wynagrodzić hrabiemu straty poniesione przy podjeździe na górę.
              Całość w sosie bardzo Witkacowskim, bo i Zakopane, i artyści, i arystokracja,
              rozpustnice, i folklor. Co pewien czas bowiem pojawia się stara góralka, która
              dorzuca drew do kominka.
              - Może on i jest chłop pańszczyźniany, ale por-schem 921 przyjechał - mówi
              Konicowa i obraca go dookoła. Tańczyła z nim dwie godziny.
              Nagle zapada decyzja: jechać dalej, do hotelu Kasprowy. Pokazać hrabiemu, jak
              za żelazną kurtyną obchodzi się sylwestra. Niech im tam w Paryżu opowie!
              Dojechać, to dojechać, ale wejść do zatłoczonych lokali gastronomicznych w tych
              czasach, i jeszcze w sylwestra, to dopiero była sztuka. Świadomi trudności
              stanęliśmy trochę z boku, wypuszczając hrabiego jako pierwszego. Zaczął pukać
              do drzwi restauracji hotelowej, w której huczała zabawa.
              Najpierw delikatnie, potem coraz głośniej, w końcu, oburzony na służbę, zaczął
              kopać wytwornym lakierkiem w drzwi uzbrojone w potężne stalowe gwoździe. W tym
              momencie otworzyło się maleńkie okienko do kontrolowania: kto puka i ile da.
              Hrabia, nie znając miejscowego, a można powiedzieć, że wtedy ogólnopolskiego
              zwyczaju "mów mi do ręki", w dalszym ciągu poganiał kopnięciami w drzwi
              opieszałego odźwiernego. Rozległ się szczęk łańcucha i, o dziwo, drzwi się
              otworzyły. Hrabia uprzejmym gestem zaprasza nas do środka i w tym momencie
              otrzymuje potężny cios w szczękę od wściekłego portiera.
              Poszedłem "na małpę" - telewizja miała wtedy jeszcze pewną estymę w
              społeczeństwie - i załagodziłem sprawę czerwonym banknotem.
              - A, jeżeli państwo z panem Wajdą, to proszę bardzo.
              Na parkiecie piekło. Biusty, muszki, szampan leje się strumieniami, niektórzy
              już pod stołami, na stole ostatni course gastronomiczny, czerwony barszczyk z
              uszkami.
              Pot, śmiech, łzy i alkohol.
              A na parkiecie publiczność sterroryzowana przez osobnika w czarnym garniturze
              ze sztuczną ręką obciągniętą rękawiczką.
              Już od dwóch godzin orkiestra pod jego dyktando finansowe grała tylko jedną
              melodię… Publiczność wyła, krzyczała, że dosyć, a orkiestra w kółko to samo.
              Była to podobno zemsta za to, że narzeczona tego pana rzuciła go dla jakiegoś
              bogatego szewca z Radomia. Melodia, którą musiała grać orkiestra, to popularny
              wówczas szlagier: Oj, szewczyku, nie bądź głupi…
              Słowami tej piosenki desperat przestrzegał i dawał do zrozumienia swojemu
              następcy, że dziewczyna nie jest warta jego uczuć i pieniędzy.
              - I ponownie, na specjalne życzenie pana X, z dedykacją dla kogoś z Radomia:
              Oj, szewczyku, nie bądź głupi…
              Hrabia tańczył do białego rana, tylko nie mógł zrozumieć dwóch rzeczy: dlaczego
              w Polsce gra się wciąż tę samą melodię i co miał na myśli pijany kelner, który
              na pytanie "Czy pan tu podaje?" wsadził rękę za dekolt jednej z naszych pań i
              powiedział: "Tak, ale jestem straszny sobek" - i zniknął na dwie godziny.
              Jeszcze kilka dni po sylwestrze w różnych lokalach Zakopanego spotykaliśmy się
              z wyrafinowaną zemstą na szewcu z Radomia. Gdzie tylko biedak pokazywał się ze
              swoją ukochaną, zjawiał się natychmiast jego rywal, przekupywał orkiestrę,
              która grała Oj, szewczyku, nie bądź głupi… Owa muzyczno-wokalna presja chyba
              doszczętnie zrujnowała romans tych dwojga.
              Niech się schowa Gombrowicz z jego Tancerzem mecenasa Kraykowskiego. Aby dobić
              kochanków, zakopiański "mściciel" do każdego garnituru dobierał rękawiczkę w
              tym samym kolorze co garnitur.
              Granatowy garnitur - granatowa sztuczna ręka, brązowy - brązowa…
              J.Gruza
    • del.wa.57 Re: Manewry NATO... 09.03.06, 15:27
      Manewry Nato



      PRAWDZIWA rozmowa radiowa jaka odbyła się podczas manewrów wojskowych NATO
      przy wybrzeżach Nowej Fundlandii w październiku 1995 roku:
      Amerykanie: Prosimy zmieńcie kurs o 15 stopni na północ by uniknąć kolizji.
      Kanadyjczycy: Sugerujemy, byście to WY zmienili kurs o 15 stopni na południe by
      uniknąć kolizji.
      Amerykanie: Tu kapitan okrętu marynarki wojennej USA, powtarzam, zmieńcie SWÓJ
      kurs.
      Kanadyjczycy: Nie. To ja powtarzam, wy zmieńcie SWÓJ kurs.
      Amerykanie: TU LOTNISKOWIEC USS MISSOURI. JESTEŚMY DUŻYM OKRĘTEM WOJENNYM USA.
      NATYCHMIAST ZMIEŃCIE SWÓJ KURS!
      Kanadyjczycy: TU LATARNIA MORSKA. - I co teraz?

    • del.wa.57 Re:Światopogląd.. 09.03.06, 15:41
      Do spowiedzi przychodzi młoda kobieta i mówi księdzu:
      K: Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłam.
      O: A co konkretnie zrobiłaś, córko?
      K: Nazwalam pewnego mężczyznę sk****synem.
      O: A dlaczego go tak nazwałaś?
      K: Bo mnie pocałował.
      O: Tak jak ja całuję cię teraz?
      K: Tak.
      O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
      K: Ale ojcze, on dotknął jeszcze mojej piersi!
      O: Tak jak ja dotykam jej teraz?
      K: Tak.
      O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
      K: Ale ojcze, on mnie rozebrał!
      O: Tak jak ja ciebie teraz? - spytał ksiądz rozbierając ją.
      K: Tak, ojcze.
      O: Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka sk****synem.
      K: Ale ojcze, on wsadził swoje wie-ojciec-co w moja wie-ojciec-co.
      O: Tak jak ja teraz? - spytał ksiądz wsadzając swoje wiecie-co w jej wiecie-co
      K: Tak, taaaak, taaaaaaaaak, ojcze!
      O: [kilka minut później] Moje dziecko, to nie jest powód, by nazywać człowieka
      sk****synem.
      K: Ale ojcze, on miał AIDS!
      O: To skurwysyn!

      • del.wa.57 Re:Światopogląd.. 09.03.06, 15:44
        Pewnego razu Bóg chciał sobie zobaczyć, jak żyją ludzie na Ziemi. Kazał więc
        sprowadzić telewizor, włączył, akurat kobieta rodziła. Meczy się okrutnie,
        krzyczy, wiec Bóg się pyta:
        - Co to jest? Dlaczego tak kobieta się tak męczy?
        - No bo powiedziałeś: "I będziesz rodziła w bólu" - odpowiada któryś anioł.
        - Tak? No... Tego... Ja tak żartowałem...
        Przełącza - górnicy. Zaharowani, spoceni, walą kilofami. Bóg się pyta:
        - A to co to jest? Oni muszą się tak męczyć?
        - Ale sam powiedziałeś: "I w trudzie będziesz pracował..."
        - Oj, "powiedziałeś, powiedziałeś" - mówi Bóg, drapiąc się w głowę - to takie
        żarty były, ja żartowałem...
        Przełącza, a tam piękna, wielka świątynia, bogato zdobiona, od zewnątrz i
        wewnątrz, przed nią luksusowe lśniące samochody, w środku gromada biskupów -
        dobrze odżywieni, pięknie ubrani, złote łańcuchy, itp. itd.
        Bóg się uśmiecha promieniście:
        - O, to mi się podoba! A co to jest?
        - A to są właśnie ci, którzy wiedza, że żartowałeś...
      • del.wa.57 Re:Światopogląd.. 09.03.06, 15:45
        Przychodzi baba do nieba. Św. Piotr każe jej czekać w kolejce. Baba siedzi i
        nagle słyszy przerażający krzyk:
        - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
        A po chwili znów:
        - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
        - Co to było, święty Piotrze?
        - A to właśnie osoba przyjęta do nieba. Niestety, każdej takiej osobie musimy
        wywiercić dziurki, w które następnie wkręcamy skrzydła...
        - Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!
        - A to co było?
        - No, rzecz jasna, jeszcze jedna dziurka, na aureolkę....
        - Święty Piotrze.... A czy ja mogę iść do piekła?
        - Do piekła? Przecież tam ciągle diabły gwałcą!
        - A niech gwałcą... Do tego mam już przynajmniej wywiercone dziurki!

          • wikul Umarł Maciek, umarł ... 09.03.06, 22:25
            Wzywają na dziesiąte piętro, w windzie spotykam Mariusza Waltera, Janusza
            Rzeszewskiego i paru innych.
            Strach było jechać tą windą, zawsze można się było nadziać na "Krwawego Maćka".
            Raz tylko dał mu odprawę jakiś nowo przyjęty kamerzysta, który nie miał
            pojęcia, że jedzie z prezesem. Gdy ten mu zwrócił uwagę, że powinien odwiedzić
            fryzjera, odpalił: "A chuj to pana obchodzi".
            Mania prześladowania długich włosów.
            Jedziemy w górę. Każdy z nas myśli, o co tym razem chodzi: opeer, akcja
            nadzwyczajna, urodziny Gierka, koprodukcja Jelcza, przyjeżdża Breżniew albo
            Giscard d'Estaing.
            Siadamy w przestronnym gabinecie. Prezes bez wstępów:
            - Michotek dał dupy, ma być uroczysta Barbórka, a on w scenariuszu proponuje mi
            na wstępie numer "Umarł Maciek, umarł…".
            Rzeszewski od razu mówi, że idzie do szpitala, Mariusz, że wyjeżdża za granicę,
            ktoś tam ma chore dziecko, pada na mnie. Nie pomagają wykręty. Jedziemy z
            Krzysztofem Materną do Katowic.
            Próba. Wycinamy numer "Umarł Maciek…", zamieniamy na Rinn "Gdzie ci
            mężczyźni…". Nagle komunikat przez megafon:
            - Wszyscy, poza towarzyszami wyznaczonymi przez KW, proszeni są o opuszczenie
            sali.
            Zostajemy z Materną, bo coś tam mamy do uzgodnienia. Zostaje również w sali
            grupa gości z Francji, bo nie rozumieją po polsku. Widownia i scena pustoszeją,
            tylko na niektórych miejscach siedzą jacyś mężczyźni. Odbywa się dalszy ciąg
            próby, ale… entuzjazmu.
            - Walczak, po słowach pierwszego sekretarza krzyczycie…
            Walczak wstaje, tuż za siedzącymi towarzyszami z Francji i krzyczy:
            - Niech żyje towarzysz Gierek…! Gierek! Gierek…!
            Francuzi podskakują jak oparzeni.
            - Bardzo dobrze, teraz wy z kopalni… Po słowach "pokój i przyjaźń" wołacie…
            Francuzi nie rozumieją. Zdumieni, słuchają w pustej sali kolejnych okrzyków
            pełnych gorącego zaangażowania i entuzjazmu. Zrozumieli dopiero podczas
            przemówienia pierwszego sekretarza.
            Po powitaniach, okrzykach, życzeniach i referacie cała wierchuszka ruszyła
            środkowymi schodami do loży honorowej. Po drodze Gierek spotyka przy kamerze
            syna swoich dawnych sąsiadów z Sosnowca. Wita się z nim, cała grupa gości,
            myśląc, że to ktoś ważny, po kolei ściska mu dłoń. Francuzi też.
            - Bonsoir… towarzyszu.
            Po koncercie dostajemy z Materną laski sztygarskie. Przywożę swoją do Warszawy,
            kładę na szafę. Kilkakrotnie spada, próbując mi zrobić dziurę w głowie.
            Słusznie.
            J.Gruza
      • wikul Chałupy 09.03.06, 22:27
        Ch - Chałupy. Najpierw było ekskluzywnie, potem najazd zboczeńców, następnie
        tych, co chcieli podpatrywać zboczeńców, a ostatnio znów zrobiło się
        ekskluzywnie. Oczywiście w wyobrażeniu samych bywalców… czyli mniej wziętych
        aktorów, reżyserów, profesorów na emeryturze i żon tych jeszcze aktywnych, co
        nie mają czasu na wylegiwanie się na plaży helskiej.
        Wieczorem spotkania przy kawie, piwie w uroczej, małej kawiarence przy szosie.
        Eleganckie samochody mijają Chałupy i zmierzają do Juraty.
        Przejeżdża moja ulubiona Konicowa swoim nowo kupionym autem, jadąc na urlop do
        Bryzy w Juracie… Konicowa, poza tym że jest "żoną", prowadzi dobrze
        prosperującą firmę.
        Zatrzymuje się w Chałupach na chwilę. "Ekskluzywni" wylegają na szosę, oglądają
        samochód, podziwiają klimę, komputery, przyspieszenie, tapicerkę, popielniczki…
        Zazdroszczą.
        Konicowa oddala się w perspektywę helskiej szosy, prowadzącej do Juraty.
        W Chałupach zostaje zapaszek lekkiego podejrzenia, że może my nie jesteśmy tacy
        ekskluzywni jak Konicowa.
        Tymczasem ona zajeżdża do Bryzy tym swoim cackiem samochodowym. A tu parkingowy
        mówi do niej przez głośnik:
        - Personel parkuje tam za kuchnią. Zaraz zwolni się miejsce, bo kucharz
        wyjeżdża do domu.
        Prawdziwe cacka stały w blaskach zachodzącego słońca na parkingu dla gości.
        Konicowa musiała długo tłumaczyć, że ona nie do kuchni… lecz na salony.
        Ale "ekskluzywni" w Chałupach o tym "misunderstandingu" nie wiedzieli. Pewnie
        by lepiej się poczuli przed zaśnięciem.
        Mieszczanin szlachcicem zawsze bawił. Nawet, gdy szlachcic jest zwykłym
        mieszczaninem.
        J.Gruza
      • gabidd Re:znalazłam w internecie 09.03.06, 23:31
        „Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka/Czarną sukienkę ma ten koleżka/Uczy, tłumaczy
        w Radiu Maryja/Kto godny chwały a kto wręcz kija. (...) A gdy podskoczyć mu
        ktoś próbuje/Armię beretów mobilizuje/Ich nie obchodzi co sądzi prasa/Że dla
        Rydzyka Bogiem jest kasa/Mohery wielbią swego pasterza/Dla nich ważniejszy jest
        od Papieża”.
        • wikul Znalazłem w internecie 09.03.06, 23:44
          EGOISTKI

          Kiedy żona wyjechała, Dreptak sprzątnął swe mieszkanie.
          Kupił wódkę, metr kiełbasy, cukier, kawę i herbatę,
          A następnie poobdzwaniał rozmaite takie panie
          I z młodzieńczym entuzjazmem pozapraszał je na chatę.

          Jakoż wszystkie obiecały, lecz nie przyszła ani jedna,
          Bo kobieta ma naturę tak podstępną i tak marną,
          Przy tym tak jest nieżyczliwa (żeby nie powiedzieć - wredna)
          Że nie lubi by ją nagle wezwać niby straż pożarną.

          Każda chciałaby miłości, telefonów co nie miara,
          A gdy dzwonisz raz do roku, chłodno pyta cię i krótko:
          - Co u ciebie, czyżby wreszcie wyjechała twoja stara?
          A mężczyzna - szczera dusza - woła: - Owszem - przyjdź prędziutko!!!

          Wtedy ona obiecuje, ale jakoś niezbyt pewnie,
          Narażając go na straty finansowe i wysiłek.
          Bo, jak już się wyżej rzekło, będąc nastawionym rzewnie
          Facet bufet uzupełnia i usuwa każdy pyłek.

          Dreptak też z ufnością czekał prawie całe dwa tygodnie.
          Mył naczynia, prał skarpetki, tu posprząta, tam naprawi.
          To w wazonie zmienia kwiatki to prasuje sobie spodnie,
          Bo wciąż wierzy, że się wreszcie któraś z pań u niego zjawi.

          Ale one, podejrzewam, że nie miały Boga w sercu
          Nie przybyły, postępując nieetycznie i łajdacko.
          Wreszcie żona wraca z wczasów. Patrzy: Dreptak na kobiercu
          Coś tam czyści i pucuje, a mieszkanko lśni jak cacko.

          Żona padła mu w objęcia a on padł w objęcia żony.
          Zanosiło się na scenę romantyczną jak z Petrarki.
          Ale Dreptak do porządków tak już był przyzwyczajony,
          Że odłożył ją na tapczan i poleciał czyścić garnki.

          Trudno ukryć, że ta nowość jego żonie dość dogadza.
          Gdy on krząta się i sprząta, pichci, albo myje miski,
          Ona, mając nadmiar czasu, najcyniczniej jego zdradza.
          A to wszystko przez te panie co nie przyszły - EGOISTKI.

          Andrzej Waligórski
          • wikul Wchodzi facet do lokalu z krokodylem 10.03.06, 00:08
            Wchodzi facet do lokalu z krokodylem.
            - Proszę wyjść ! On jest niebezpieczny !
            - On jest bardzo miły i nikomu nie zrobi krzywdy, mogę to udowodnić. Facet
            prowadzi krokodyla na środek, wali pięścią trzy razy w łeb krokodyla i mówi:
            -Otwórz gębę !
            Krokodyl otwiera, a facet zdejmuje gacie i wklada przyrodzenie do środka,
            następnie wali znowy trzy razy i mówi: - Zamknij gębę !
            Krokodyl zamyka i wszyscy widzą, jak zęby krokodyla zatrzymują się o centymetry
            od ważnych organow. Facet chowa interes i mówi:
            - Może ktoś chce spróbować ?
            Odzywa się nieśmiały głos:
            - Ja, ale niech pan mnie nie bije tak mocno w glowę.
      • del.wa.57 Re: Dekalog.. 10.03.06, 20:26
        Dekalog
        Człowiek rodzi się zmęczonym i żyje po to by wypocząć.
        Kochaj swe łóżko jak siebie samego.
        Odpoczywaj w dzień, abyś mógł spać w nocy.
        Jeżeli widzisz kogoś odpoczywającego pomóż mu.
        Praca jest męcząca.
        Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz mieć dwa dni wolnego.
        Jeżeli zrobienie czegoś sprawia Ci trudność — pozwól to zrobić innym.
        Nadmiar odpoczynku nigdy nikogo nie doprowadził do śmierci.
        Kiedy ogarnie Cię ochota do pracy, to usiać i poczekaj aż Ci przejdzie.
        Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia.
        • del.wa.57 Re:O bajkach:)) 10.03.06, 20:29
          Bajki
          O apostołach: Pijta, palta, a-po-stołach nie rzygajta.
          O dziewannie: Dzie-wanna, bo będę rzygał.
          O Jacusiu: Ja-coś tu wódki nie widzę.
          O Jabłonce: Miałam ci ja-błonkę.
          O rannych pantoflach: Leży zakrwawiony facet na łóżku, a pod łóżkiem ranne
          pantofle.
          O naleśniku: Na-leśniku drzewo leży.
          O paltociku: Pal, to Ci kurwa płuca zgniją.
          O orzeszku: O żesz kur..., jak cię.
          O romantyzmie: Roman tyż mnie dziecko zrobił.
          O Magdzie: Ma gdzie ale nie ma z kim.
          O tekturze: Te, która godzina?
          O Leszku: Leż kurwa spokojnie.
          O Napoleonie: Nopol Leon, bo zimno. (albo): Ona po Leonie ma dwójkę dzieci.
          O powidłach: Po widłach są dziury w plecach...
          O Iruchnie: Odprowadzę i ruchnę.
          O dźwigu: Dźwi gówniarzu zamknij?
          O panterze: Pan tera wysiada.
          O żabie: Zabierz pan te łapska!
          O śledziu, panterze i puszczy: Śledź pan tera żonę, bo się puszcza.
          O zarażonej: Ubieraj się zara żona wraca!
          • del.wa.57 Re:Rodzaje Kobiet. 10.03.06, 20:31
            Rodzaje kobiet
            Rusałki - ten mnie rusał, tamten rusał.
            Damy - temu damy, tamtemu damy.
            Kotki - ten mnie miał, tamten miał.
            Złote rybki - rypią się jak złoto.
            Słomiane - rżną się jak sieczka.
            Pobożne - najchętniej leżą krzyżem.
            Dziecinne - co do rączki to do buzi.
            Chemiczne - rozkładają się w temperaturze pokojowej.
            Partyjne - przyjmują wszystkich członków.
            Domatorki - byle komu, aby w domu.

      • wikul Zbyszek Cybulski 10.03.06, 21:11
        Zbyszek Cybulski nie żyje. O śmierci Cybulskiego dowiedziałem się w
        Sztokholmie, gdzie przygotowywałem z Kobielą polsko--szwedzki program
        rozrywkowy. Zbyszek był w Szwecji bardzo popularny. Przed wyjazdem zrobiliśmy
        dla telewizji sztukę Mały światek Sammy Lee, emitowaną już po śmierci aktora.
        Daniel Olbrychski wspomina, jak słyszał głos Cybulskiego przez okno w jakimś
        domu i myślał, że albo on zwariował, albo nieboszczyk zmartwychwstał.
        Tyle zostało napisane o Zbyszku, że trudno coś do tego dodać, ale jednocześnie
        nie mogę go pominąć w tych wspomnieniach, bo od samego początku moich studiów,
        a później pracy, gdzieś był zawsze koło mnie. Oczywiście szybował wysoko, a ja
        poruszałem się w rejonie rozrywki, humoru, komedii.
        Zbyszek "zacierał" - nie wiem, czy ktoś to pamięta. Miał taki tik nerwowy, że
        nie mógł wyjść z pokoju, zamkniętego pomieszczenia czy zejść ze sceny, jeżeli
        nie odbył takiego rytuału zacierania nogą najdrobniejszego papierka, śmiecia,
        jakby szukał czegoś albo bał się, że coś ważnego zgubił… Znajomi,
        przyzwyczajeni do tego, nie zwracali uwagi, dla innych było to zadziwiające.
        Każde wyjście było dla niego trudne, musiał "pozacierać" może własne ślady…
        W podróży do Londynu, gdy szli razem z dyrektorem Warmińskim i Zbyszek na
        zaśmieconej ulicy miał do przydeptania i zatarcia setki porzuconych opakowań,
        papierków, śmieci, na Oxford Street Janusz Warmiński zirytowany powiedział:
        - Panie Zbyszku, chodźmy wreszcie! Czego pan szuka? Zgubił pan coś?
        - Panie dyrektorze, jak byłem w Londynie ostatni raz, znalazłem dwadzieścia
        funtów w jednym banknocie i dlatego tak sprawdzam, może jeszcze coś znajdę… -
        tłumaczył zawstydzony.
        Nie było to prawdą.
        Gra i życie to dla Zbyszka było to samo. A życie pędziło, nie zawsze był czas,
        aby nauczyć się precyzyjnie tekstu. W monodramie Mały światek Sammy Lee
        umieściłem na końcu linii telefonicznej suflerkę, która mówiła tekst, a Zbyszek
        grał. Cała prawie sztuka opiera się na rozmowach telefonicznych, w których
        bohater błaga o drobną pożyczkę, bo grożą mu śmiercią dealerzy narkotyków.
        Koledzy dziwili się, jak Zbyszek mógł spamiętać godzinę gadania, bez przerwy.
        Zwykle Zbyszek pisał tekst sztuki na meblach, ścianach, wiszących kalendarzach
        i na podłodze. Później krytycy pisali o ciekawej interpretacji, że pół aktu
        Zbyszek grał na kolanach z twarzą przy ziemi. Był też krótkowidzem.
        Ale wszystko to było zatopione w jego instynkcie aktorskim, wielkim talencie i
        umiejętności znajdowania prawdy w każdej sytuacji.
        Za granicą było łatwiej z tekstem, grał w obcych językach, a że nie znał ich
        zbyt dobrze, posługiwał się językiem polskim i tym, co najlepiej pamiętał.
        Zwykle to było "Zdrowaś Mario, łaskiś pełna…" Niezależnie od charakteru sceny,
        roli czy partnera, z którym aktualnie dialogował… sadził sceny miłosne
        na "Zdrowaś Mario…" albo dramatycznie na "Wierzę w Boga…" - i był rewelacyjny.
        Zachodni reżyserzy byli zachwyceni, a potem francuski czy szwedzki aktor
        dubbingowali w obcym języku i recenzenci pisali o kreacji. To, co jest w duszy,
        okazywało się ważniejsze od mniej lub bardziej popularnego języka.
        W Polsce, w jednej ze sztuk amerykańskich, grał współczesnego chłopaka, główna
        rola. Spektakl wywieziono gdzieś na prowincję. Sala była pełna, a gwiazdor się
        spóźniał. Wszyscy przyszli na niego i tylko na niego… mimo wspaniałej całej
        obsady. W nabożnej ciszy siedzi cała sala, za kulisami chodzą nerwowo koledzy
        aktorzy, reżyser pali jednego papierosa za drugim.
        Nagle słychać z daleka szum motor
        u, powoli coraz wyraźniej, zbliża się… Jest! Z hukiem silnika zajeżdża przed
        teatr Zbyszek. Jeździł wówczas motorem. Otwierają się drzwi. Na widownię
        wchodzi aktor, stukot butów do jazdy na motorze, skórzana kurtka, idzie wśród
        siedzących jak trusia widzów, zdejmuje po drodze kask, idzie na scenę, poprawia
        okulary na nosie… i zaczyna grać.
        Jest wspaniały.
        Zbyszek miał zwyczaj pukać w ramię rozmówcę i nazywać go "Starenia" niezależnie
        do wieku, zażyłości, płci czy stopnia znajomości.
        Znany był rzekomy romans naszego gwiazdora z Marleną Dietrich. Ta wiekowa pani
        została zauroczona sceną miłosną, gdzie młody Polak w okularach grał
        przypuszczalnie na "Zdrowaś Mario…" we francuskim filmie.
        Czy doszło do "konsumpcji", nie wiadomo.
        Kobiela z zazdrości opowiadał, że wszystko się rozpadło, gdy Marlena sięgnęła
        po słownik polsko-francuski i zrozumiała wreszcie, co oznacza to stale
        powtarzane "Starenia, starenia…" w najbardziej intymnych zbliżeniach z
        Polakiem.
        A miała wówczas jakieś sto lat.
        J.Gruza
        • ewa553 Re: Zbyszek Cybulski 10.03.06, 21:28
          Pamietam ten monodram z Cybulskim. Byl po prostu rewelacyjny. Nie pamietalam ze
          zostal nadany dopiero po jego smierci. Chyba sie Gruza myli, bo jak Zbyszek
          zginal, lezalam akurat w szpitalu i to dosc dlugo, musialam to wiec widziec
          przed szpitalem.
          Myli sie Gruza rowniez, ze Marlena miala ze sto lat. Urodzila sie w 1901, wiec
          ma poczatku szescdziesiatych lat miala "zaledwie" z szescdziesiat:))))
          Ale wybacvzam mu to: Gruza byl wtedy mlody, wiec kazda kobieta po czterdziestce
          byla dla niego starucha.
          • wikul Re: Zbyszek Cybulski 10.03.06, 21:57
            ewa553 napisała:

            >Pamietam ten monodram z Cybulskim. Byl po prostu rewelacyjny. Nie pamietalam ze
            >zostal nadany dopiero po jego smierci. Chyba sie Gruza myli, bo jak Zbyszek
            >zginal, lezalam akurat w szpitalu i to dosc dlugo, musialam to wiec widziec
            >przed szpitalem.
            >Myli sie Gruza rowniez, ze Marlena miala ze sto lat. Urodzila sie w 1901, wiec
            >ma poczatku szescdziesiatych lat miala "zaledwie" z szescdziesiat:))))
            >Ale wybacvzam mu to: Gruza byl wtedy mlody, wiec kazda kobieta po czterdziestce
            >byla dla niego starucha.



            Też pamietam ten monodram, chociaż wtedy jeszcze nie miałem własnego telewizora.
            Miałem wrażenie jakby Cybulski grał samego siebie.
            A co do wieku Marleny ? To przecież nie bigrafia a wspomnienia z przymróżeniem
            oka.
            • wikul Świeto Manifestu Lipcowego 11.03.06, 20:44
              Naprzeciwko Pałacu Kultury, w wieżowcu przy Marszałkowskiej, gdzie mieszkałem
              na szesnastym piętrze, odwiedza mnie pewna pani.
              W trakcie pełnego czułości zbliżenia dzwonek do drzwi.
              - Mąż! - krzyczy ona i zbiera w pośpiechu swoje rzeczy.
              - Jak?! Skąd?! Jesteś mężatką?!
              - Tak! Nie otwieraj, to szaleniec!
              Dzwonek coraz bardziej natarczywy.
              - Błagam cię, Władek mnie zabije.
              Walenie do drzwi.
              - Trudno.
              Idę do drzwi, a ona chowa się na balkonie.
              - Kto tam?
              - Milicja.
              Mąż z milicją! Chce mieć świadka do rozwodu. Otwieram.
              Rzeczywiście, w drzwiach stoi milicjant i salutuje.
              - Dzień dobry, obywatelu. Można…?
              - Proszę. - Półnagi wyglądam jak kretyn.
              Władza staje na środku pokoju. Rozgląda się.
              - Wiecie, że jutro jest dwudziesty drugi lipca?
              - Oczywiście, że wiem.
              - Będzie manifestacja, pochód i ważni towarzysze na trybunie naprzeciwko.
              Chcemy, żebyście od dzisiaj nikogo obcego w domu nie przyjmowali.
              - A skąd! Nikogo obcego za próg nie wpuszczam.
              - Z waszego okna widać trybunę?
              - Absolutnie nie widać ani trybuny, ani żadnego ważnego towarzysza.
              - A z balkonu? Można…?
              Wychodzi na balkon i natyka się na stojącą przy ścianie wpółnagą kobietę.
              - Żona?
              - Tak jakby.
              - Aha! Rozumiem. Będzie jutro?
              - Nie, skądże! Zaraz wychodzi. Wpadła na chwilę, trochę rozmawialiśmy i zaraz
              sobie idzie.
              - To dobrze. Zatem jesteśmy umówieni.
              - Tak jest! - zapewniam służbiście.
              - Do widzenia.
              - Cześć.
              Wychodzę na balkon.
              - Ubieraj się!
              Dobrze, że ze strachu nie skoczyła na dół.
              "Expressiak" tylko czekał na takie sensacje.
              J.Gruza
              • wikul Gra wyobraźni 13.03.06, 00:00
                Piętro wyżej mieszkał ktoś, kogo nie znałem. Pewnego razu uczyniłem mocne
                postanowienie, by nie poddawać się atmosferze burdelu w tym przeklętym bloku.
                Gdyby we wszystkich kawalerkach narożnych w tym budynku kochankowie wpadli w
                jeden rytm w trakcie uprawiania miłości, mogliby go przewrócić.
                Basta!
                Zgromadziłem jakieś poważne książki. Nastawiłem płytę z chorałami
                gregoriańskimi i zagłębiłem się w lekturze.
                Zaczęło się od lekkiego skrobania w mieszkaniu nade mną, jakby paznokciem po
                dykcie. Potem szuranie nóg od tapczanu, potem skrzyp sprężyn i szepty, krzyki,
                okrzyki, wreszcie wycia i rozkazy, kategoryczne wezwania do akcji. Słychać było
                tylko głos kobiecy, męski zamieniał się w rzężenie, natomiast ona z powodzeniem
                mogła podkładać ścieżkę dźwiękową w niejednym filmie hard porno.
                Próbowałem to zagłuszyć śpiewami kościelnymi z płyty, ale bezskutecznie.
                Wyobraźnia podsuwała coraz bardziej fascynujące obrazy. Wreszcie nie
                wytrzymałem, wskoczyłem na okno i przytknąłem ucho do rury centralnego
                ogrzewania. Nie bacząc na parzący metal, łowiłem na wysokości szesnastego
                piętra dźwięki i okrzyki tej gwałtownej supersamicy. Trwało to dość długo, a
                repertuar jej okrzyków i fantazja były nieograniczone.
                Gdy skończyli, ja odpadłem od rury, kobieta szła do łazienki jednocześnie ze
                mną. Ona dla ablucji "postcoitalnej", a ja z czerwonymi rękoma pod zimną wodę,
                aby złagodzić skutki poparzenia.
                Powtarzało się to z pewną regularnością. Mój przyjaciel Mieczysław Jahoda,
                który zawsze był zazdrosny o moje kontakty męsko-damskie, często obserwował
                mnie przez wojskową lornetkę z placu Teatralnego, gdzie mieszkał.
                - Stary, co ty tak jak małpa stoisz w oknie i trzymasz się kaloryfera? - spytał
                mnie następnego dnia na obiedzie w Związku Literatów.
                Nie umiałem się usprawiedliwić.
                Pisaliśmy u mnie Czterdziestolatka, gonił nas termin. I nagle się zaczęło.
                Najpierw ciche skrzypienie, potem szuranie… i dalszy ciąg według znanego
                scenariusza, nie do zatwierdzenia ani przez ówczesną, ani dzisiejszą telewizję.
                KTT wściekły, że ja na oknie przy rurze zamiast dialogów Karwowskiego powtarzam
                okrzyki sąsiadki erotomanki. Postanowiłem z tym skończyć. Muszę ją zobaczyć.
                Rozpalona wyobraźnia nie dawała mi spokoju.
                Następnego dnia rano, kiedy seans tych na górze dobiegł końca, usłyszałem plusk
                wody w łazience, a potem trzask drzwi za wychodzącym partnerem i stukot
                pantofli, gdy sąsiadka z góry wracała do pokoju.
                Zdecydowałem się. Schodami przeciwpożarowymi dostałem się na jej piętro i
                zapukałem do drzwi. Serce waliło mi jak młotem, gdy czekałem, aż ujrzę tę
                rozpustnicę.
                - Kto tam?
                - Proszę pani, bardzo przepraszam, ale jestem sąsiadem z dołu. Woda zalewa mi
                sufit w łazience, obawiam się, że to od państwa.
                - Chwileczkę, tylko się ubiorę.
                Jest naga, w pantoflach na wysokim obcasie, naga! Próbowałem dojrzeć coś przez
                wizjer.
                Szczęk otwieranego zamka w drzwiach. Ukazuje się jakaś kobiecina w aksamitnym
                szlafroku, w okularach, z głową wciśniętą w ramiona, płaska jak deska. Zupełne
                nic.
                Wchodzę do środka, otwiera mi drzwi łazienki, pomalowanej na ten szary
                charakterystyczny kolor, z rurami na wierzchu. Zaglądam pod brudną wannę, udaję
                zainteresowanego rurami. Jeszcze raz rzucam okiem na właścicielkę, pozbywam się
                złudzeń i wracam do siebie.
                Już nigdy więcej nie wiszę na rurze, na wysokości szesnastego piętra.
                J.Gruza
                • gabidd Re: Gra wyobraźni 13.03.06, 09:31
                  No to, to opowiadanie jest juz w częściprzekłamane dlatego że z budynku
                  mieszkalnego ktory był jedyny w czasie gdy pisał to opowiadanie nie mozna było
                  zobacvzyć bydynku na ścianie wschodniej, gdyż załaniał go Teatr Wielki z
                  drugiej strony stoi wieżowiec ale z niego też trudnoi by zobaczyć Gdyż to by
                  było za daleko no ale moze jakby to był jakiś teleskop.
                  • gabidd toto lotek 13.03.06, 11:55
                    Wraca facet do domu i od progu krzyczy:
                    -Jessssssst wygrałem w lotto, jest udało się Sześć szóstka- wydziera sie
                    zadowolony z siebie. Patrzy , a tu żona siedzi smutna i płacze

                    -Co się stało - pyta
                    Na to żona
                    _Mamisia moja dzisiaj umarła
                    Facet wrzeszczy:
                    Yeeeeeeeesssssssssssssssss Kurwa Kumulacja!!!
                  • wikul Re: Gra wyobraźni 13.03.06, 19:57
                    gabidd napisała:

                    > No to, to opowiadanie jest juz w częściprzekłamane dlatego że z budynku
                    > mieszkalnego ktory był jedyny w czasie gdy pisał to opowiadanie nie mozna
                    było
                    > zobacvzyć bydynku na ścianie wschodniej, gdyż załaniał go Teatr Wielki z
                    > drugiej strony stoi wieżowiec ale z niego też trudnoi by zobaczyć Gdyż to by
                    >
                    > było za daleko no ale moze jakby to był jakiś teleskop.



                    Zróć uwagę na tytuł - "Gra wyobraźni".
                      • wikul Grzegorz 13.03.06, 20:11
                        Dużo niżej, w tym samym bloku, mieszkała matka Grzegorza Przemyka. Pamiętam go,
                        kiedy był jeszcze bardzo mały i chodził do przedszkola. Kręciliśmy z Kobielą i
                        Fedorowiczem Poznajmy się i robiliśmy między innymi prowokacyjne wywiady z
                        dziećmi, zmieniając im w rozmowie płeć: "Jak masz na imię, chłopczyku?" -
                        pytaliśmy dziewczynkę. Dziecko protestowało, używając bardzo zabawnych
                        argumentów. Najpierw zadawaliśmy pytania na rozgrzewkę: "Kim chciałbyś być? Kim
                        jest twój ojciec?". I tu pamiętam, jak Grzegorz nagle się zasmucił.
                        Domyśliliśmy się, że chodzi o rozbitą rodzinę… A później, już w tym wieżowcu,
                        często spotykaliśmy się w windzie. Zawsze parę zdań, nieśmiały uśmiech. Był jak
                        trzcina wątły, wybujały, blady, delikatny. Podobny do mego syna, który na
                        szczęście urodził się dużo później i nigdy nie miał okazji zderzyć się z tamtą
                        brutalną siłą. Obaj tak samo pełni młodzieńczej fantazji, przekory i wiary,
                        zaufania do drugiego człowieka.
                        Grzegorz napotkał bestie.

                        J.Gruza
                            • wikul Julita 14.03.06, 01:47
                              Bar w klubie "Scena", piątkowy wieczór. Patrzymy z góry na kłębiący się tłum
                              dyskotekowy. Wspominamy z przyjacielem pewną studentkę ASP, młodą, o której
                              wszyscy marzyli. Była to wariatka niesłychanie uzdolniona i z tą
                              nieświadomością oddziaływania na mężczyzn jako dziecko-kurwa. Obaj kochaliśmy
                              się w niej na zabój i nienawidziliśmy się wzajemnie.
                              Julita przyszła kiedyś na karnawałowy bal przebierańców w kostiumie zrobionym
                              tylko z "Expressu Wieczornego". Były to pospinane szpilkami płachty gazety. Po
                              szalonych tańcach, już po godzinie, była półnaga. Emocje wśród nas wzrosły do
                              niebotycznych poziomów. Julita szalała na parkiecie, nie zdając sobie sprawy z
                              perwersji całej sytuacji.
                              Szczątki czerwonych tytułów na gołych, sterczących cyckach i resztki gazety
                              ledwo zakrywające tyłek. Pożeraliśmy ją wzrokiem. Dziś Julita jest stateczną
                              matką kilkorga dzieci, ma spokojną pracę, nie wiem, czybym ją poznał.
                              Patrzę na swego dawnego konkurenta.
                              - Postarzałeś się - mówię i zaraz się poprawiam: - Postarzeliśmy się.
                              - Zawsze byłem stary - i dodaje po angielsku (długi czas spędził w Londynie): -
                              I was an old dirty man w wieku ośmiu lat. Już wtedy wąchałem majtki swoim
                              kuzynkom. Dlaczego mnie nie lubisz?
                              - Ja?
                              - Czuję to.
                              - Masz rację, nie lubię starych ludzi.
                              - A siebie?
                              - Też.
                              Podobnie jak Maklak wymyśliłem początek filmu. Niestety już nakręconego. Tomasz
                              Mann Śmierć w Wenecji napisał, a Visconti nakręcił.
                              Ile jednak może być wersji romansu starszego pana z kimś młodym, pociągającym?
                              Tysiące.
                              Zamiast Wenecji mam Tunezję. Banalny pobyt z jakąś agencją turystyczną w
                              Hammamecie. Hotel, basen, leżakowanie w cieniu palm. Chory na serce mężczyzna
                              obserwuje jasnoblond dziewczynę. Jest nią oczarowany, a jednocześnie zazdrosny
                              o jej swobodne kontakty z innymi mężczyznami. Ona przeciąga się, skacze do
                              wody, smaruje się olejkiem. Przechodzi obok niego tuż-tuż… uśmiecha się
                              zalotnie.
                              Codziennie na plaży pojawiają się tak zwani animatorzy kultury. Chamscy w swoim
                              tanim profesjonalizmie osobnicy, którzy prowadzą w trzech językach gry i
                              konkursy dla turystów. Dziewczyna bierze udział w tych zabawach, z entuzjazmem
                              młodości poddaje się w różnych konkurencjach tym wakacyjnym pajacom. Jej
                              drużyna przegrywa ostatecznie, a ona musi za karę biec i całować wszystkich
                              mężczyzn znajdujących się wokół basenu. Idiotyczne! Starszy pan w napięciu
                              patrzy, jak dziewczyna, wykonując zadanie, zbliża się do
                              niego, i kiedy pochyla się nad nim, on przytrzymuje jej rękę i mówi szeptem:
                              - You are one of the most beautiful girls in the team, sweetheart.
                              - I know captain, I know… - uśmiecha się prowokująco.
                              Pachniała mlekiem i miodem.
                              Mężczyzna, zamiast przeżyć ostatni romans swego życia i umrzeć na serce,
                              wyjeżdża następnego dnia, bo ma… samolot czarterowy!
                              Tak więc, tania turystyka zabija wielką literaturę. Nie można być Tomaszem
                              Mannem, podróżując ze Sport Touristem.
                              Nie da rady.
                              J.Gruza
                                • graga21 Julita, usmiechnij sie! 14.03.06, 18:26
                                  Instrukcja czyszczenia muszli toaletowej:

                                  1. Podnieść klapę muszli i wlać jedną ósmą szklanki szamponu dla zwierząt.
                                  2. Wziąć kota na ręce i głaskając go iść wolno w stronę łazienki.
                                  3. W odpowiednim momencie wrzucić kota do muszli, zamykając jednocześnie
                                  klapę. W razie potrzeby stanąć na niej.
                                  4. Kot w tym czasie samodzielnie rozpocznie czyszczenie muszli, wytwarzając
                                  przy tym wystarczającą ilość piany. Odgłosami dochodzącymi z muszli nie należy
                                  się niepokoić i spokojnie pozwolić kotu wyżyć się do woli!
                                  5. Zainicjować fazę mycia turbo i płukania końcowego poprzez kilkukrotne
                                  uruchomienie spłuczki.
                                  6. Jeśli stanie na klapie muszli było konieczne, poprosić kogoś innego o
                                  otwarcie drzwi wejściowych. Zadbać o to, żeby nikt nie znajdował się między
                                  drzwiami łazienki a wejściowymi.
                                  7. Z bezpiecznej odległości możliwie szybko otworzyć klapę toalety. Duża
                                  szybkość kota spowoduje samoczynne wysuszenie jego sierści.
                                  8. W ten sposób i toaleta i kot są znowu czyściutkie.

                                  Pozdrowienia
                                  Pies
                                  ----------------------------------------------------------------------
                                  Kliknij po więcej! >>> link.interia.pl/f18ed
                                  • wikul Szwagier Lenina 14.03.06, 18:33
                                    Do Warszawy przyjechała z Nowego Jorku Miriam G. obsypana złotem i brylantami…
                                    Bywała u znajomych na przyjęciach, premierach, a potem w SPATiF-ie. Tam poznała
                                    grupę młodych aktorów, którzy zawsze siedzieli w oczekiwaniu na takie panie.
                                    Wśród nich - niezwykle wtedy popularny wśród reżyserów filmowych - aktor Jerzy
                                    C.
                                    Zawsze gotowy, zawsze dyspozycyjny, pokazywał się w drobnych rólkach prawie we
                                    wszystkich polskich filmach. Za to przy stoliku, we wszystkich SPATiF-ach w
                                    Polsce, grał role główne.
                                    Miriam, po kilku drinkach, wzruszona dowcipem i towarzyskimi zaletami aktora
                                    C., opowiada pół po rosyjsku, pół po angielsku jakieś historie z Petersburga o
                                    wodzach Rewolucji Październikowej: że razem z bolszewikami obalała carat, że
                                    zdobywała Pałac Zimowy, a w Smolnym razem z Leninem…
                                    Wszyscy brali to za fantazje i chęć popisania się przed młodymi ludźmi w Klubie
                                    Aktora. Trzeba powiedzieć, że Miriam wyglądała na swoje lata, ale potrafiła
                                    przetańczyć w Bristolu do rana, a w przyćmionych światłach, wydawała się
                                    jeszcze wcale, wcale… Po Bristolu zakochani aktor C. z Krakowa i Miriam z
                                    Nowego Jorku poszli dalej w Polskę.
                                    Wylądowali na jakiejś prywatce na Starym Mieście, a nad ranem, po spełnieniu
                                    nadzwyczajnie efektownej sesji erotycznej, aktor C. widzi obok siebie śpiącą
                                    swoją panią w świetle wschodzącego słońca znad Wisły i jest lekko przerażony.
                                    Mumia.
                                    "Uciekaj skoro świt, bo rano będzie wstyd…", jak słusznie zauważyła Agnieszka
                                    Osiecka.
                                    Obok leży otwarta torebka z wysypaną zawartością, między innymi paszport z
                                    orłem amerykańskim. Ostrożnie otwiera i czyta: Miriam G. Urodzona w Petersburgu
                                    w roku 1896… W Smolnym mogła mieć 21 lat! A więc wszystko, co mówiła, to
                                    prawda. Jeżeli ona tej nocy go skusiła, oczywiście po liftingu i głębokich
                                    peelingach, to mając dwadzieścia lat, rzeczywiście mogła robić wrażenie na
                                    wodzach rewolucji.
                                    Z pistoletem za pasem, w bluzie ŕ la Dzierżyński, z rewolucyjnym ogniem w oku,
                                    może nawet i Lenin przerwał pisanie przemówienia do żołnierzy i robotników,
                                    aby…
                                    Po tym, co Miriam wyprawiała pamiętnej nocy na Starym Mieście, powstało
                                    domniemanie, że aktor C. został "szwagrem" KC bolszewików, czyli większości
                                    bolszewików. A może nawet samego Lenina!
                                    Po owym epizodzie aktor C. cieszył się jeszcze większym wzięciem u miejscowych
                                    reżyserów.
                                    J.Gruza
                                    • wikul Jean Cocteau 14.03.06, 20:04
                                      Wizyta Jeana Cocteau w Warszawie. Wieczór autorski w Teatrze Żydowskim.
                                      Zapamiętałem tylko rękawy od koszuli wykończone koronką i ciemny obcisły żakiet
                                      z weluru. Całe high society podniecone zaprasza go na kolacje. Do kogo? Tylko
                                      do Leszka Zahorskiego, który po powstaniu warszawskim znalazł się we Francji,
                                      tam poznał żonę Francuzkę.
                                      A więc kolacja u Leszka. Bardzo wyselekcjonowani goście, prominenci kultury.
                                      Wśród nich wzięty podówczas felietonista tygodników kulturalnych. Rozmowy na
                                      najwyższym szczeblu intelektualnym - teoria sztuki, estetyki i filozofii…
                                      Namaszczony i uwznioślony felietonista wraca do domu taksówką marki Warszawa ze
                                      Starego Miasta w rejony placu Na Rozdrożu.
                                      Nagle przed lokalem Paradis, później Melodia, czerwone latarki milicji.
                                      Mordobicie i awantura. Taksówka zostaje zarekwirowana dla stróżów porządku
                                      publicznego, którzy wyciągają z lokalu pijanych, pokrwawionych osobników i
                                      ładują wszystkich do wnętrza warszawy.
                                      Na niewysokiego wzrostem felietonistę siada dwumetrowy sierżant milicji i
                                      rozkazuje kierowcy: "Do komendy na Wilczą". Tam przed komisariatem czeka już na
                                      pasożytów ścieżka zdrowia.
                                      Są kolejno wyciągani i pałowani. Tłumaczenie, że Jean Cocteau… kolacja,
                                      dyskusja o impresjonizmie… nie pomaga. Wyszedł z komendy nad ranem i już nie
                                      brał taksówki.
                                      Co pewien czas, kiedy zaglądam na półkę z koszulami, sięgam po identyczną, jaką
                                      miał Cocteau, z rękawami w koronkach. Dostałem ją od pewnego amerykańskiego
                                      impresaria na festiwalu w Sopocie. On podobno otrzymał ją od Franka Sinatry.
                                      Nigdy nie odważyłem się jej założyć. Leży na półce od kilkunastu lat,
                                      przekładana z miejsca na miejsce, brudzi się, sam oddaję ją co pewien czas do
                                      pralni, gdzie krochmalą ją i z trudem rozprasowują koronki.
                                      Przypomina mi zawsze smutnego pana z wielkim orlim nosem, w welurowym ciemnym
                                      żakiecie. I brutalnie śmieszną scenę spod knajpy obok byłego KC.
                                      Tam też kiedyś nad ranem uprzejmi milicjanci oferowali się podwieźć Zosię
                                      Czerwińską milicyjną nyską do domu.
                                      Wsiadła.
                                      Samochód nie rusza.
                                      - Przepraszam, że czekamy tak długo, ale babce klozetowej gdzieś kabura od
                                      pistoletu się zapodziała - mówi sierżant.
                                      J.Gruza
          • framberg Re: Zbyszek Cybulski 22.03.06, 01:41
            Czasami mi się podobał. Jednak zazwyczaj nie. Był zawsze Cybulskim, kogo by nie
            grał. W "Rękopisie znalezionym w Saragossie" Hassa miałem wrażenie, że ma
            okulary na nosie. Ale film mi sie podobał. Książka również.
    • gabidd Bieszczady 15.03.06, 11:44
      Pozdrowienia z Bieszczad

      12 sierpnia
      Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu w Bieszczadach.
      Boże jak tu pięknie! Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie
      mogę się doczekać,kiedy pokryją się śniegiem.

      14 października
      Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie
      liście zmieniły kolory - tonacje pomarańczowe i czerwone.
      Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni.
      Jakie wspaniałe! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na
      ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba!

      11 listopada
      Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić,
      jak ktoś może chcieć zabić coś tak wspaniałego, jak jeleń!
      Mam nadzieję, że wreszcie spadnie śnieg.

      2 grudnia
      Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i
      wszystko było przykryte białą kołdra. Widok jak pocztówki
      bożonarodzeniowej! Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i
      odśnieżyliśmy drogę dojazdową. Zrobiliśmy sobie świetną bitwę śnieżną
      (wygrałem), a potem przyjechał pług śnieżny, zasypał to co odśnieżyliśmy i
      znowu
      musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Kocham Bieszczady!

      12 grudnia
      Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Jest pięknie!
      Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z drogą dojazdową.
      Po prostu kocham to miejsce.

      19 grudnia
      Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną
      drogę dojazdową nie dojechałem do pracy.
      Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny.

      22 grudnia
      Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien.
      Całe dłonie mam w pęcherzach od łopaty.
      Jestem przekonany, że pług śnieżny czeka tuz za rogiem,
      dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn!

      25 grudnia
      Wesołych Pierdolonych Świąt!
      Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w
      ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego... przysięgam - zabiję!!
      Nie rozumiem, dlaczego nie posypią drogi solą, żeby
      rozpuściła to gówno.

      27 grudnia
      Znowu to białe kurestwo spadło w nocy.
      Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania
      drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie
      nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna.
      Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia pięc centymetrów tej
      nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu?

      28 grudnia
      Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt pięć
      centymetrów tego białego kurestwa. Teraz to nie odtaje nawet do lata!
      Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten chuj przyszedł pożyczyć
      ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, że sześć już połamałem kiedy
      odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią
      rozpierdoliłem o jego zakuty łeb a trzonek wsadzilem mu w dupe. (smiesznie
      wygladal)

      4 stycznia
      Wreszcie wydostałem się z domu.
      Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i kiedy wracałem, pod
      samochód wpadł mi pierdolony jeleń i całkiem go rozjebał.
      Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te skurwysyńskie
      jelenie. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie!

      3 maja
      Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie,
      jak zardzewiał od tej jebanej soli, którą posypują drogi...

      18 maja
      Przeprowadziłem się z powrotem do miasta. Nie mogę sobie
      wyobrazić, jak kurwa ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku może
      zamieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach
    • ewa553 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 15.03.06, 13:03
      hehe, tak to wygladaja romantyczne marzenia, jak sie je zrealizuje:)))))
      przypomina mi to opowiadanie pani, ktora uciekajac przed bawarska zima
      przeniosla sie z Monachium na stale na Karaiby. Po paru miesiacach wrocila i
      opowiadala, jak tam strasznie: wstajesz rano, slonce juz swieci, w poludnie
      jeszcze bartdziej swieci, tak ze nawet do basenu nie mozna wejsc, wieczorem
      jestes po kolacji, a to cholerne slonce ciagle jeszcze swieci. Idac w nocy
      spac, zasuwasz grube kotary, bo slonce ciagle jeszcze swieci....
      • wikul Kamerdyner 15.03.06, 18:35
        W Oborach oglądam angielski film z lat pięćdziesiątych o starych ludziach:
        Memento mori, który jak gdyby przenika się z tym, co otacza mnie tutaj w
        rzeczywistości: starzy, schorowani ludzie. W filmie obserwuję wspaniale
        obsadzoną każdą postać i świetne aktorstwo, bardzo angielskie.
        Gdy kręciliśmy fragment Alicji w Londynie w Pine Wood Studio, potrzebny był
        typowy angielski kamerdyner. Asystent przyniósł mi gruby album ze zdjęciami
        aktorów, którzy się specjalizują tylko w rolach kamerdynerów. Było ich około
        pięciuset. Wybrałem na chybił trafił.
        Miał tylko jedną linijkę tekstu do powiedzenia. Przyszedł do nas i
        zapytał: "Czy to jest dramat, czy komedia?". Komedia. Zagrał wspaniale, bez
        reżyserii, analizy tekstu, metody Stanisławskiego i zbędnej straty czasu.
        Zastanawiam się nad typologią takich albumów w Polsce: dyrektorzy, robotnicy,
        młodzi, starzy, księża, małolaty, emeryci, matki, kochanki, żony…
        Poza takimi kategoriami jak amant, amantka, pierwsza naiwna, im większe
        uszczegółowienie charakteru postaci, tym trudniejsza sztuka aktorska. Na
        próbach lub w garderobie aktorzy często zabawiają się graniem pijanego albo
        homoseksualisty. To bardzo łatwe, ale utrudnić sobie, narzucając zawodowe
        cechy, wiek, upodobania, nałóg, socjalną lub polityczną przynależność, to jest
        już wyższa szkoła jazdy…
        Słynne były mistrzowskie etiudy aktorskie Dymszy i Bieleni w garderobie, gdy
        odgrywali różne osoby o orientacji kochających inaczej… Dymsza potrafił
        piętrowo utrudniać sobie zadanie i zawsze wychodził zwycięsko.
        Na przykład pokazywał, jak homoseksualista weteran, ze sztywną nogą, na
        pochodzie 22 lipca maszeruje przed trybuną honorową, gdy pada deszcz.
        Wszystko było czytelne.
        Ale byli aktorzy, którzy specjalizowali się w pewnych rolach i przez całe życie
        nie próbowali się pokusić o zagranie czegoś przeciwnego do swojego emploi.
        W czasach wczesnego PRL-u był taki aktor, który miał własnego szofera, a
        jeździł odrapaną syrenką. Specjalizował się w rolach arystokratów, ludzi
        wolnych zawodów i wytwornych kochanków. Kiedy mu przyszło do grania
        rewolucjonisty w zgłodniałym tłumie szturmującym pałac królewski, zamiast
        krzyczeć wraz z innymi: "Chleba…! Pracy!" - wołał z precyzyjną, aktorską
        dykcją: "Pieczywa! I jakiegoś zajęcia!".
        J.Gruza
        • wikul Plomba 16.03.06, 21:08
          W Kabarecie Starszych Panów Wiesław Gołas śpiewał:
          "A gdy spływa zmrok wieczorny,
          Typem staję się upiornym.
          Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
          Psują mi się zęby przednie".
          W tej sprawie byłem ofiarą nauki. Za czasów studenckich leczyli mnie studenci.
          Najpierw "umartwiali" mi zęby, potem próbowali na nich eksperymentów swojego
          profesora. Wymyślił on taką metodę: wyjmowano chory ząb, reperowano go na boku,
          a potem wsadzano z powrotem. Miała to być rewelacja w skali światowej.
          Straciłem w ten sposób dolną piątkę i szóstkę i górną czwórkę. Był środek
          czerwca, upał. Okna pootwierane, egzamin dyplomowy, w obecności profesora
          wynalazcy, odbywał się na parterze. Tłum gapiów zgromadzony pod oknem
          komentował cała operację. Zlany krwią, trzymając zdającej egzamin studentce
          narzędzia, siedziałem na fotelu około czterech godzin, odkłaniając się
          znajomym, którzy właśnie przechodzili ulicą.
          Zęby moje, przeważnie zakończone krzywymi korzeniami, nie nadawały się do
          ekstrakcji, a co dopiero do replantacji. Zrażony do dyplomantów Akademii
          Medycznej, postanowiłem raz skorzystać z gabinetu prywatnego.
          Przechodząc ulicą Andrzeja w Łodzi, zobaczyłem nieco podniszczoną tabliczkę z
          napisem "Lekarz dentysta przyjmuje w godzinach od… do…". Spojrzałem na zegarek.
          Świetnie. Mam do zaplombowania górną trójkę.
          Idę po schodach na pierwsze piętro dostojnej łódzkiej kamienicy. Drzwi
          ozdobione mosiężną tabliczką. Dzwonię dzwonkiem, który się ręcznie kręci. Długa
          cisza, po czym słychać jakieś szuranie. Ktoś zbliża się z odległych pokoi.
          - Kto tam?
          - Ja do doktora.
          Zdumiewająco długa pauza.
          - Chwileczkę.
          Szczęk zamków. Drzwi otwiera jakaś staruszka. Korytarz ciemny, mieszczański,
          wysoki chyba na cztery metry, liczne drzwi do różnych pokoi.
          - Proszę siadać, doktor zaraz pana przyjmie.
          Siadam, czekam, rozglądam się. Ponuro. Macam językiem dziurę po wypadniętej
          plombie w górnej trójce. Słyszę jakieś szmery z jednego pokoju, jakby
          przesuwanie mebli, atmosfera robi się coraz dziwniejsza. Nagle otwierają się
          drzwi i ukazuje się ta sama staruszka, tylko w białym kitlu, promienna i jakby
          odmłodzona.
          - Proszę.
          Wchodzę do gabinetu. Widzę stary zniszczony fotel, jakiś stolik i archaiczną
          maszynę do borowania z pedałem, który obraca kołem. Obok otomana, lampa, jakieś
          robótki zasłonięte przed chwilą białym parawanem.
          Widać na oko, że ostatni pacjent był tu chyba przed wojną. Przez chwilę miałem
          nadzieję, że to może asystentka, a lekarz zjawi się za chwilę, ale nie.
          Staruszka zaprasza mnie na fotel i już w jednej ręce trzyma lusterko, a drugiej
          tak zwany szperacz, zakończony szpikulcem.
          - Słucham pana?
          Mam ochotę uciec pod byle pretekstem, ale widząc starszą panią w wykrochmalonym
          fartuchu, z taką kruchą wiarą w swoją wiedzę i praktykę, rozumiem, że nie mogę
          jej dobić. Siadam na fotelu i pokazuje dziurę w zębie.
          Zmienia okulary na mocniejsze i zaczyna "penetrować".
          Syczę z bólu.
          - Ach, widzę… - Podnosi okulary na czoło. - Mam plomby za trzydzieści,
          czterdzieści i za czterdzieści pięć złotych. Którą pan sobie życzy?
          Wybieram najdroższą i przeklinam moment, w którym wszedłem do tego mieszkania.
          Zaczyna się czyszczenie "cariesu". Staruszka dyszy z wysiłku przy nadeptywaniu
          pedału bormaszyny. Ból rozwierca mi mózg. Trzymam się kurczowo oparć fotela.
          Uciec! Nie, nie mogę jej tego zrobić. Nieużywana od lat bormaszyna warczy, na
          twarzy staruszki pojawiają się krople potu.
          Plomba wypadła po trzech dniach.
          J.Gruza
          • wikul Zęby II 17.03.06, 21:23
            Jak mogły być Szczęki II, dlaczego też nie zęby? Z powodu górnej lewej szóstki
            zaczął mi puchnąć w Nowym Jorku policzek. Umówienie się u dobrego dentysty w
            Nowym Jorku nie jest sprawą prostą ani tanią. Jestem ubezpieczony przez State
            Department. To pogarsza sprawę. Zwrot za rachunek przychodzi po kilku
            miesiącach, coś o tym wiedzą w gabinetach lekarskich.
            Dzwonię do Ewy Pape, by znalazła dla mnie dentystę. Załatwia. Mam wizytę u
            lekarza w dobrej dzielnicy, gdzieś na rogu Piątej Alei i Pięćdziesiątej Siódmej
            Ulicy. Jadę taksówką z bolącym zębem, nie zwracając uwagi na licznik. Płacę i
            nie żądam reszty, otumaniony proszkami przeciwbólowymi. Mosiężna tabliczka z
            nazwiskiem lekarza, hol z portiernią, winda, recepcja. Sekretarka o urodzie
            modelki z okładki "Vogue" wprowadza do komputera moje dane.
            Przeprasza, że muszę czekać, ale pan doktor wcisnął mnie między stałych i
            umówionych już od tygodni pacjentów.
            Podobno w Stanach dentyści dbają o bardzo niski limit studentów stomatologii,
            aby hamować dopływ nowych lekarzy. Utrudniać i windować niebotyczne ceny za
            usługi. Ale to chyba oszczerstwo. Wychodzi do mnie pan doktor ze szczerym,
            sympatycznym uśmiechem, wita mnie, wtrącając parę zdań po polsku. Pochodzi z
            Białegostoku. Nazywa się też jakoś tak podobnie.
            Zaprasza do gabinetu i sumituje się, że musiałem trochę czekać. Ogląda ząb,
            lekko się krzywi i oznajmia, że trzeba będzie prześwietlić. Pytam, gdzie to
            mogę zrobić, on mówi, że tu zaraz, na miejscu. Przystojna asystentka przynosi
            rodzaj kołdry ołowianej, przykrywa mnie, podjeżdża aparatem rentgena i robi
            zdjęcie. Gdy czekam na wywołanie, doktor pyta mnie o Wałęsę. Opowiadam.
            Doktor przyznaje się, że przyjął mnie tylko ze względu na Wałęsę.
            - Walesa is good.
            Zaczynam się rozpływać w opisach pana Lecha. Doktor chłonie jak gąbka.
            Przynoszą zdjęcie. Decyzja o ekstrakcji. Doktor mówi, że potrwa to chwilę.
            Zakłada rękawiczki. Ciągnę opowieść o Wałęsie, kiedy asystentka szykuje
            narzędzia. Kątem oka patrzę w okno, gdzie robotnicy z niesłychaną precyzją i
            szybkością budują wieżowiec. Znając swoje pokrzywione korzenie, powątpiewam w
            optymizm doktora, że potrwa to chwilę. Otwieram usta. Teraz mówi lekarz na
            przemian o "Walesie" i co pamiętają rodzice z czasów, gdy mieszkali "w
            Białystok". Obserwuję windy pracujące na budowie. Nagle trach, ząb pęka w
            kawałki. Rozpoczyna się dłutowanie.
            Znika temat Wałęsy, pozostają wspomnienia z Białegostoku. Po półgodzinie nie
            ma już mowy o Białymstoku. Tylko co pewien czas wyrywa się spod maski
            krótkie: "Fuck!". Asystentka donosi coraz to nowe narzędzia w foliowych
            aseptycznych opakowaniach. Trzeba odwołać następnych pacjentów czekających
            w kolejce. Wieżowiec rośnie w górę, robotnicy przechodzą na wyższe piętro.
            Ponowne zdjęcie, co tam jeszcze zostało w szczęce. Lekarz pracuje w pocie czoła
            nad ekstrakcją zakrzywionych korzeni. W duchu przeklina i Wałęsę, i Białystok.
            Na wieżowcu robotnicy przechodzą na następne piętro. Wreszcie dentysta zszywa
            dziąsło i zalany potem i moją krwią pozwala mi wstać. Asystentka sprząta
            gabinet, który wygląda jak po amputacji nogi. Próbuję coś zagadać o Wałęsie,
            ale doktor macha ręką: Forget it.
            Siadam w poczekalni pełnej wściekłych pacjentów.
            - Pan ciągle krwawi?
            - Niestety.
            - Brał pan aspirynę?
            - Tak.
            - Shit!! Nie mogę pana tak wypuścić, mógłby mnie pan potem zaskarżyć. Proszę
            siadać i czekać.
            Za oknem już ciemno. Następna zmiana robotników wieżowca posuwa się o następne
            piętro. Kiedy wychodziłem do domu, recepcjonistka posłała mi kwaśny
            uśmiech. "Do niezobaczenia się z panem", jak w skeczu Lawińskiego mówi
            Rosenkranz do znajomego na pożegnanie. Rachunek wystawił na 600 dolarów.
            Pieniądze przyszły po roku. Wałęsa tymczasem został prezydentem. A ja
            przesłałem do Nowego Jorku zdjęcie z panem Leszkiem.
            "Walesa is good" na wszystko. Jak za zdjęcie z nim wchodzono do sejmu, to
            dlaczego ja nie miałem się dostać do gabinetu w Nowym Jorku?
            Dzisiaj ulicę Śniadeckich w Warszawie zamieniono na zagłębie stomatologiczne.
            Co drugi dom to przychodnia, lecznica, gabinet. I wszyscy dentyści zakładają
            już gumowe rękawiczki i maski. Nie wiadomo tylko, czy ze strachu przed aids,
            czy z chęci zbliżenia się do Europy.
            J.Gruza
    • ewa553 Re: Rozmaitosci, ciekawostki, dowcipy i anegdoty. 18.03.06, 15:33
      Przychodzi facet do lekarza i kazde sie wykastrowac. Lekarz probuje mu
      odradzac, ale bezskutecznie. Operacja odbywa sie. Po przebudzeniu pacjent
      widzi schylonych nad soba kilku lekarzy. Zapewniaja go, ze wszystko poszlo
      sprawnie, ale chca wiedziec dlaczego zdecydowal sie na ten zabieg.
      "No bo ja ozenilem sie z Zydowka". No to przeciez wystarczyloby aby sie pan
      obrzezal! "a co ja powiedzialem?" pyta pacjent:))))
      • wikul Jedna litera 18.03.06, 22:01
        - Dzień dobry! Pan Witold? Bo my jesteśmy tu z sierżantem i jednym szeregowym
        z WAT-u. I możemy zaraz do pana przyjechać.
        - Ale z kim pan chce rozmawiać?
        - To nie pan Witold? Gruca?
        - Nie! Gruza. Jedna litera, a kolosalna różnica… zainteresowań.
        Rzucam słuchawkę. Witek też mi mówi, że ma pomyłkowe telefony, tylko od
        dziewcząt. Do dzisiaj wiele osób zwraca się do mnie, udając zażyłość,
        per "panie Witoldzie".
        Ciągle byłem bez mieszkania. Wreszcie zdecydowałem się na wizytę u znanego
        bonzy spółdzielni mieszkaniowych, aby wydębić coś dla siebie. Długo
        rozmawialiśmy o telewizji, o projektach audycji, wydawało się, że mnie zna,
        kojarzy, ale ciągle kazał mi przychodzić za tydzień. Zauważyłem też pewną
        rezerwę w stosunku do mnie. Jakieś skrępowanie, sztuczność. Zdesperowany
        przycisnąłem go pewnego dnia, aby mi wreszcie coś powiedział konkretnego.
        - Bo nie wyjdę panu z tego gabinetu! - zagroziłem pół żartem, pół serio.
        Jakby się przeraził. Sięgnął po słuchawkę.
        - Słuchajcie tam, prezesie. Jest tu u mnie towarzysz Gruca, ten tancerz. Tak,
        ten sam - rechocze obleśnie. - No nie, nie określiłbym tego tak dosadnie.
        Chodzicie do opery? Wiecie, my tu popieramy jego choreografie… Znaczy tańce…
        Co? Wy też? To bardzo dobrze. Trzeba mu coś załatwić do mieszkania, bo u mnie
        chce nocować! He, he, he… A jak wiecie, nie idę na to… On tam do was się
        zgłosi. Mogę go wysłać?
        Nie protestowałem, jedna litera. Co za różnica.
        Wyszedłem z gabinetu, kołysząc biodrami, a w drzwiach zalotnie mrugnąłem na
        pożegnanie.
        L - luje. Nagrywałem kiedyś w studiu do późna. Chciałem coś szybko zjeść i
        wrócić do domu. Pojechałem do SPATiF-u. Wszystkie stoliki zajęte. Dosiadam się
        do znanego mi z widzenia osobnika. Zamawiam. Do tamtego dosiada się jakiś jego
        znajomy, który z kolei traktuje mnie jak bliskiego znajomego tego, którego
        ledwo znam. Polak ze Szwecji. Proponuje wódkę.
        Odmawiam.
        Opowiada, jak kobiety rodzą w Szwecji, a my, mężczyźni w Polsce, jesteśmy
        zacofani, bo nie asystujemy przy porodzie. Pokazuje zdjęcia z porodu żony, on
        stoi obok. Zbliżenie odcinania pępowiny.
        Tymczasem dostaję cynaderki w sosie własnym.
        Postanowiłem nie pić, ale zdesperowany sięgam po kieliszek. Do stolika
        podchodzi Marek Piwowski, chce pożyczyć pieniądze, bo gdziekolwiek się
        dosiądzie, musi płacić rachunek.
        Dosiada się zwykle tam, gdzie siedzą młode kobiety. Pożyczam mu dziesięć
        dolarów, on idzie wymienić u szatniarza Franka. Płaci za dwie dziewczyny
        siedzące z jakimś podejrzanym typem.
        Zjadłem, chcę wyjść.
        Okazuje się, że Szwed nie ma czym zapłacić, a ja przecież też piłem. Proponuje,
        że jeśli zapłacę, on mi pokaże na wideo poród żony w kolorze, u niego do domu,
        i wtedy on zwróci mi pieniądze. Odmawiam.
        Idziemy do szatni, gdzie Franio wymienia każdą walutę. W tym czasie wchodzi
        jakaś para.
        - Mam cię, oszuście! - krzyczy facet z twarzą pooraną bliznami.
        Jego towarzyszka wyrywa mi z ręki pieniądze, które Szwed zdołał wymienić jako
        część zapłaty za kolację.
        - Że też panu nie wstyd, panie Jerzy, zadawać się z takim hochsztaplerem.
        Oszukał nas w Szwecji na kilkaset koron. To zwykły złodziej!… Tak z żoną zawsze
        pana ceniliśmy.
        Wychodzę szybko, nie tłumacząc, że widzę Szweda po raz pierwszy w życiu.
        W Alejach, za dwiema dziewczynami z facetem, wlecze się Piwowski, jakby chciał
        zrekompensować sobie straty "dalszym ciągiem", pod hasłem: "Co zrobimy z tak
        pięknie rozpoczętym wieczorem?".
        Przechodzę szybko na drugą stronę ulicy. Słyszę za sobą krótką charakterystykę.
        - O, jeszcze jeden luj z telewizji szuka przygody.
        Piwek idzie za nimi jak pies, jest lekko wstawiony. Mnie zatrzymuje znudzony
        milicjant.
        - Co to, nie można po pasach, tylko tak jak po łące za krowami się chodzi…?
        Dowód!
        - Nie mam - odpowiadam wściekły.
        - Jak to, obywatelu?
        - A tak to. Nie mam, bo nie ma takiego przepisu, żeby mieć.
        Od słowa do słowa i idziemy na Wilczą. Komenda Śródmieście. Nic już nie mówię,
        zaciąłem się. Miał być spokojny, cichy wieczór.
        Ja idę akurat w swoją stronę, na Lwowską. A on, pod pozorem tej błahej sprawy,
        chce usiąść w ciepłej komendzie, bo mróz jest siarczysty.
        W komisariacie mój milicjant siada za stołem i zaczyna pisać. Pogardliwie daję
        mu do zrozumienia, że mam go w dupie. Każe mi wyłożyć na stół wszystko, co mam
        przy sobie. To jest zawsze bardzo krępujące.
        Z drugiego pokoju wychodzi potężnie zbudowany sierżant i grzecznie sumituje się
        przed kolegą:
        - Stasiu, bardzo cię przepraszam, pożycz mi pałki, bo swoją zostawiłem w
        radiowozie.
        - Bardzo cię proszę, Kaziu, weź!
        Sierżant wychodzi, po chwili słychać głosy zza ściany.
        Łup! Łup!
        - O Jezu, panie sierżancie, dosyć! Powiem wszystko!
        Mój milicjant siedzi, a ja stoję i opróżniam kieszenie.
        Wchodzi sierżant.
        - Bardzo ci dziękuję, Stasiu.
        Kładzie pałkę na stole.
        - Bardzo proszę, Kaziu.
        Coraz szybciej wykładam wszystkie drobiazgi na stół, papierki z notatkami,
        stare guziki, prezerwatywę na wszelki wypadek… klucze.
        Milicjant obserwuje mnie spode łba.
        Wraca sierżant.
        - Bardzo cię przepraszam, Stasiu, ale jeszcze raz muszę cię prosić.
        - Ależ bardzo cię proszę, Kaziu.
        I znowu zza cienkiej ściany.
        Łup! Łup!
        - O Jezu, powiem, powiem… Był ze mną "Czarny" i on ją bił. A ja wyrwałem jej
        torebkę, ale…
        - Dziękuję ci, Stasiu.
        - Bardzo cię proszę, Kaziu…
        Wyjąłem dowód i położyłem obok pałki.
        - No i co, znalazł się dowód, panie telewizorze?
        - Nie wiedziałem, że mam.
        - Wiedziałem, wiedziałem… A teraz… - znacząco zaczyna zginać gumową pałkę -
        spierdalaj, luju!
        W okamgnieniu zebrałem leżące na stole rzeczy i "spierdoliłem" bez godności
        komunikatora medialnego. Miałem tylko wejść na chwilę do Klubu i coś zjeść, a
        zostałem lujem.
        J.Gruza