belferka33
04.02.06, 18:17
Od września jestem wychowawcą klasy wyrównawczej (dzieci z dysfunkcjami,
opiniami, orzeczeniami i "drugoroczne")- to takie "wyróżnienie" od dyrekcji.
Jestem bliska załamania nerwowego. Jest ich 16, a mam wrażenie, że cała armia.
Dwoje nie chodzi do szkoły od 4lat, nie pomaga kontakt z matką, kuratorem,
policją i sądem rodzinnym i dla nieletnich. Matka oskarża szkołę o nękanie, na
ulicy obrzuca nauczycleli wulgaryzmami, zabrania dzieciom się uczyć i nie ma
na nią mocnych. Ukrywa dzieci u krewnych, żeby policja nie mogła
interweniować. Jest dziewczyna maltretowana (pod nieobecność matki) przez
znajomych jej starszej siostry. Szkolna psycholog odkryła sińce na jej ciele -
dziewczyna poddana terapii opowiedziała co się dzieje. Dziewczyna uciekła z
domu, mieszka u babci. Matka nie odbiera telefonu, nie odpowiada na listy,
podała fałszywy adres zamieszkania. Nawet nie moge jej powiadomić o fatalnej
kondycji psychicznej córki. Obie z psycholog boimy się, że dojdzie do
tragedii. Są też zaniedbane przez rodzinę wagarowiczki z problemami (nałogi,
drobne przestępstwa). Są też dwie siostry tak chamskie, wulgarne i
roszczeniowe, że aż strach. Większość moich uczniów jest ordynarna, bardzo
agresywna słownie i fizycznie, po prostu zdemoralizowana. Kilka dni temu
przyszła nowa nauczycielka (poprzednia zrezygnowała - wykończyli ją
psychicznie). Została już na pierwszej lekcji sponiewierana słownie, obrzucona
surowymi jajkami i rzucono w nią doniczką z kwiatem tak, że odłamki poraniły
siedzące najbliżej niej dziewczynki. Wszyscy uczniowie wiedzą kto to zrobił.
Ale nikt nie "puści pary" - ze strachu, z powodu głupiej "więziennej"
solidarności. Bardziej się boją dwóch chuliganów
klasowych niż kary za ich krycie. A oni czują się bezkarni, bo bez świadków
nic się nie da zrobić - rodzice obu chłopców to, niestety, aroganccy pieniacze
- każda zwrócona syom uwaga odbija się echem w kuratorium.
Nie mogę liczyć na współpracę i pomoc rodziców ani dyrekcji. Jedynie pedagog i
psycholog szkolny pomagają. Jest też 5 dzieci - spokojnych, dwoje po ciężkich
chorobach (nowotwór i zapalenie opon mózgowych z powikłaniami),dwójka prawie
autystyczna , naprawdę chcących się uczyć, mających swoje marzenia. Wszystkie
o obniżonych możliwościach intelektualnych. Jedynie ich rodzice chodzą na
zebrania, nie traktują mnie jak wroga i "nawiedzoną", a wręcz wspierają.
Władze miasta kazały "wrzucić" dzieci o tak różnych problemach do jednej
klasy. Odmówiono mi dofinansowania studiów podyplomowych z
oligofrenopedagogiki (nie stać mnie na zapłacenie 2500zł), posiłkuję się więc
literaturą i konsultacjami ze specjalistami.
Czuję się jak "oświatowy donkiszot"...