belferka33
23.06.06, 16:51
1,5h temu wróciłam z pracy - z rady po uroczystości zakończenia roku
szkolnego. Zamiast radosnego dziecka biegnącego pochwalić się świadectwem
zastałam zapłakane. Powodem było to, że nie otrzymało dyplomu-wyróżnienia za
wzorowe zachowanie. Dostały je zaś dzieci, którzy mieli uwagi, niebieskie i
czarne kropki (skala: najlepsze to czerwone, potem zielone, niebieskie i
czarne za najgorsze wybryki), różne grzeszki na sumieniu. Wręczono mu tylko
książkę , ale bez dedykacji, podpisu dyrektora czy wychowawcy. Nie macie
pojęcia jakie głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości ma teraz moje
dziecko. Zwłaszcza, że było traktowane w sposób naganny - stosowano
odpowiedzialność zbiorową (kilka osób z grupy rozrabiała a całej wpisano
uwagi), do niego przesadzano najgorszych uczniów, którzy przeszkadzali mu w
nauce i dokuczali. Jeżeli zdarzały się, niezmiernie rzadko,
rozmowy na lekcjach, to karano moje dziecko zamiast obojga "gadułów". Doszło
do sytuacji, że na tle psychosomatycznym zaczęło chorować. Błagało z płaczem,
żeby nie iść do szkoły - chcąc-niechcąc musiałam interweniować u wychowawcy.
Dodam, że w opinii opiekunek świetlicy jest jednym z najgrzeczniejszych
podopiecznych.
Wychowawczyni nie podziękowała również rodzicom za pracę w trójce klasowej. Ze
wzgl. dyplomatycznych uczestniczył w zebraniach mąż, był skarbnikiem,
organizował wszystkie imprezy klasowe, kupował prezenty dla dzieci na różne
okazje, zajmował się aprowizacją na wycieczce. Osobiście unikałam szkoły, bo
obawiałam się, że moje dziecko będzie w jakiś sposób dyskryminowane z racji
mojego zawodu (takie przypadki są żenujące i niestety zdarzają się).
Co robić, żeby nie zaszkodzić dziecku (jeszcze 2 lata z tym wychowawcą)? Iść
na rozmowę z dyrektorem? Poradźcie, bo nie chcę zrobić głupstwa, a ból na
widok łez mojego dziecka może mi odebrać racjonalne myślenie.