minstrel
27.08.05, 01:46
Wielbłąd
Wielbłąd w Radżastanie to jak kiedyś koń na polskiej wsi. Jest zwierzęciem
bardzo użytecznym i wykorzystywanym do wielu pożytecznych prac. Tubylcy
zaprzęgają do nich wiecznie przeciekające cysterny na wodę, orzą nimi
piaszczyste pola, gdy spadnie deszcz, albo doczepiają zwykły dwukołowy wóz,
który ktoś dla żartu mógłby nazwać rydwanem, by na nim z wolna doczłapać się
do miasta. Nie do końca wiadomo czy każdy wałęsający się wielbłąd ma tu
swojego właściciela. Możemy być tego pewni jedynie wówczas, gdy ma związaną
sznurem parę nóg co by za daleko nie uciekł. Jednak na porządku dziennym są tu
włóczące się grupki wielbłądów skubiące liście z przydrożnych drzew. Zdawać by
się mogło, że są bezpańskie, ale niektórzy mawiają: "spróbuj tylko takiego
potrącić samochodem, zaraz jakby spod ziemi pojawią się jego właściciele
żądający odszkodowania"
Niestety pewnej nocy tak się stało. Nieoświetlony samotny wielbłąd
nieopatrznie wtargnął na jezdnię i dał się potrącić. Pomimo tego, że kierowca
ciężarówki marki Tata był pewnie wyspany, w końcu przez pół dnia leżał pod
samochodem, chroniąc się w cieniu przed pięćdziesięciostopniowym upałem, tego
dnia nie zachował należytej ostrożności zasłuchany w piszczącym śpiewie jednej
z gwiazd Bollywoodu, śpiewie który zagłuszał nawet warkot silnika samochodu.
Na nic też się zdał jego melodyjny, donośnie brzmiący klakson. Po prostu nawet
nie zdążył go użyć gdy nagle kabina jego samochodu podcięła przednie kończyny
wielbłąda. Wielbłąd wydał z siebie ryk bólu i opadł na rozgrzany jeszcze
asfalt. I utkwił tak na środku drogi, blokując cały lewy pas jezdni. Kierowca
oczywiście pognał dalej, lepiej żeby nikt tego nie widział, oszczędzi mu to
wielu kłopotów.
A wielbłąd tak siedział na drodze do samego rana. W świetle wschodzącego
słońca widać było, że ma otwarte złamania kończyn. Pod jego kolanami rozlała
się kałuża krwi. Dla niego to właściwie już wyrok. Już nigdy nie wstanie i nie
będzie chodził. Tu nie trafi do żadnego zoo i nie ma żadnego weterynarza,
który zainteresowałby się tak zranionym zwierzęciem. Można powiedzieć
śmiertelnie zranionym, choć wielbłąd wciąż żyje i nawet patrząc na jego
głupkowatą minę z charakterystycznie wyciągniętą do przodu dolną wargą ma się
dobrze, nie przejmując się swoją beznadziejną sytuacją.
Jakiś czas potem ktoś mądry poustawiał dokoła niego duże białe kamienie, żeby
kierowcy z daleka wiedzieli, ze mają tu do czynienia z przeszkodą na drodze.
Ogólnie chwilami ruch stawał się naprawdę utrudniony z powodu rannego
zwierzęcia, robiły się nawet małe korki, jednak nikt specjalnie nie przejmował
się zaistniałą sytuacją i nic nie wskazywało, żeby wielbłąda odstawiono w
jakieś inne miejsce. Siedział tak więc sobie na asfalcie i patrzył jak
samochody śmigają mu koło nosa.
Jednak ktoś się musiał nim w końcu zainteresować. Nadchodziła noc i taki
nieoświetlony wielbłąd na środku jezdni mógł stanowić nie lada zagrożenie. Nie
wiem kiedy i w jaki sposób, ale ktoś go w końcu przeciągnął na pobocze, tak by
leżał kilka metrów od drogi. Na asfalcie została po nim tylko już sczarniała
plama krwi i większa mokra plama po moczu i kupka odchodów, którą wnet
rozjeździły samochody.
Od teraz wielbłąd leżał więc na piasku, i tam robił pod siebie, obracając
zadartym do góry łbem, który chwiał się na długiej szyi wciąż z tym samym
głupkowatym grymasem na gębie. A na jego garbie siadały ptaki, a wokół niego
zaczęły kręcić się psy, które już czuły że szykuje się dla nich nie lada
uczta. I tak leżał sobie przez następny dzień.
Trzeciego dnia wielbłąd wciąż żył, a krew na połamanych nogach już dawno
zakrzepła. Zapewne nie było mu łatwo, bo upał tutaj straszny i gdyby tylko
mógł chodzić na pewno schroniłby się w cieniu jakiegoś większego drzewa. Ale
jak wiemy, wielbłądy są wytrzymałe, w końcu w garbie mają całkiem niezłe
zapasy, z których mogą czerpać przez wiele dni. Dnia czwartego wielbłąd wciąż
w tym samym miejscu, nadal obserwuje świat z głupkowata miną, choć może już
się domyśla, dlaczego wokół niego kręci się tyle psów. Ale cóż to? To nie jest
tak, że ludzie o nim zapomnieli i zostawili go na pastwę losu. Ktoś się nad
nim zlitował i podrzucił mu worek z paszą. Niech sobie wielbłądzik poje przed
śmiercią, niech żyje jak najdłużej. Tu nikomu nawet przez myśl nie przejdzie
aby go dobić. Tu wszyscy szanują życie każdego stworzenia i wierzą w
reinkarnację. Nikt nie zabije swojego dawno zmarłego dziadka, który być może
ponownie narodził się w ciele wielbłąda. Niechaj sobie biedak żyje oby jak
najdłużej.
Dwa dni potem wielbłąd nie żył. Jego głowa wraz z szyją oklapła na ziemię i
wyglądała teraz jak rzucone spodnie. A psy doczekały się swojej uczty. Jedne
zabrały się od strony głowy obnażając jego uzębienie, drugie od strony odbytu
odgryzały kawałki mięsa rozszerzając otwór i jednocześnie grzęznąc w jego
łajnie. I tak oto wielbłąd z dnia na dzień zaczął się kurczyć, wysychać i
coraz bardziej śmierdzieć. A po dwóch tygodniach zostały już tylko białe
kości, a plama krwi na asfalcie całkowicie wyblakła i dziś już tak naprawdę
nikt nie wie, gdzie dokładnie leżał ów wielbłąd.