Dodaj do ulubionych

Indie Nepal z Logostour,zima 2009-Relacja

25.03.09, 22:49
Indie Nepal z Logostourem przejechałem w terminie luty/marzec 2009.
To mój drugi raz na zorganizowanej wycieczce z reguly jeżdzę na
wlasną rękę, drugi raz z tym biurem i drugi raz wszystko bylo
jaknajbardziej ok. Przy poprzednim wyjeździe bardzo przydał mi się
opis osoby która wcześniej przejechała tamtą trasę, wiec teraz i ja
wstawię opis, może też się komuś przyda.
Piszę z pozycji osoby starającej się zobaczyć coś więcej niż oferuje
program, nie wymagającej specjalnych luksusów i skupię się raczej na
poradach niż wrażeniach, bo te jak już kiedyś pisalem każdy ma inne.
Obserwuj wątek
    • werak Dni 1-6 25.03.09, 22:51
      Dzień 1 Wylot
      Na Okęciu poznajemy pilota a wlaściwie Panią pilot i grupę. Aż 27
      osób, później dowiemy się że w następnej jedzie tylko 12, to tylko
      tydzień różnicy, więc wygląda na to że nie ma reguły. Ludzie raczej
      starsi.
      Lecimy Finnairem do Helsinek, wylot 13:05 na miejscu 15:45, tu kilka
      nudnych godzin na lotnisku i o 20tej odlatujemy dl Delhi.

      Dzień 2 Delhi
      Lądujemy o 6:10, po przebrnięciu przez papierlologię i odebraniu
      bagaży wymiana waluty i tu uwaga, obok siebie są dwa punkty. Jeden
      elegancki bodajże Thomas Cook się nazywa i drugi optycznie
      zdecydowanie mniej zachęcający jakiegoś indyjskiego banku. Tylko w
      tym drugim nie pobierają prowizji, wyplacają dokladnie tak jak
      wychodzi z przeliczenia kursu, w pierwszym zabierają 5%, a że z
      reguly za pierwszym razem wymienia się sporo warto na to uważać.
      Blisko hotelu są bankomaty, oznaczone w obu krajach ATM.
      Do hotelu jedziemy ok. 30Min, jeszcze nie naszym wlaściwym
      autokarem. Hotel Regent Continental, bez szału, ale i bez powodów do
      narzekania. Położony świetnie, bo w cichej uliczce ale tuż obok
      wielkiego ulicznego bazaru.
      Śniadanie, ok. 30 min odpoczynku i ruszamy zwiedzać.....zaczynamy
      wakacje:)))))))
      Spod hotelu zabiera nas już właściwy autokar, wsiadanie wg. Listy,
      bardzo polecam siadanie z lewej strony. Raz że przy lewostronnym
      ruchu w obu krajach patrząc czy robiąc fotki przez okno ma się od
      razu widoki a nie przeciwlegly pas ruchu. A dwa że w Nepalu jest to
      duuuuużo lepsza widokowo strona.
      Zaczynamy od Meczetu Piątkowego – bardzo polecam wejście na minaret,
      dodatkowo platne ale widok na miasto obłędny. Potem rikszami
      podjeżdzamy pod czerwony fort a po nim odfajkowujemy jeszcze muzea
      Mahatmy Ghandiego i Indiry Ghandi.
      Wracamy na kolację, choć szalony gwar miasta kusi trzeba odespać
      dwie pozarywane noce.

      Dzień 3 Delhi
      Pobudka 7:00, wyjazd 8:30. Najpierw jeszcze po Dehli, w kolejności:
      Świątynia Lakshmi Narayan, Przejazd kolo budynków rządowych i postój
      pod bramą Indii, świątynia Sikhów, Grobowiec Humayuna (podobno
      pierwowzór Taj Mahal) i Qutab Minar czyli wielki minaret oraz
      przylegly do niego teren pelen niesamowitej choć niedokonczonej
      zabudowy. Dobra kolejnośc zwiedzania, bo każda kolejna rzecz byla
      ciekawsza od poprzedniej:). Przy wyjeździe z miasta jeszcze krótki
      postój przy ogromnych posągach bóstw i opuszczamy stolicę.
      Przed nami pierwszy dluższy przejazd, biuro ostrzega że będzie ich
      sporo, ale decydując się na tą wycieczkę warto sobie dokladnie
      prześledzic ile czasu spędza się w autobusie, bo poza dniami które w
      calości są przeznaczone na drogę, w sporej ilości pozostalych
      przejazdy też są dość dlugie.
      Opuszczamy Dehli po 15tej a do Hotelu dojeżdzamy ok 19tej. Hotel
      polożony gdzieś przy trasie, wielki choć jesteśmy w nim tylko my.
      Kolacja na świeżym powietrzu, generalnie bardzo się starają żebyśmy
      byli zadowoleni.

      Dzień 4 Fort Amber
      Jedyny dzień kiedy można wyspać się do woli:) wyjazd dopiero ok
      11tej. Ok. 2 godziny w autobusie i dojeżdzamy do fortu amber w
      okolicach Jaipuru. Można tu wjechać sloniem, jeepem (dodatkowo
      platne) lub podejść pieszo (kilka minut tylko) , w każdym razie
      warto od razu pofotografować kolorowo pomalowane slonie, bo schodzi
      się inną drogą i wlasciwie potem nie ma już okazji. Zwiedzanie fortu
      to ok. 2godziny, poza samą budowlą fantastyczne widoki z murów na
      okolicę. Potem w drodze do miasta krótki przystanek przy palacu na
      wodzie i po chwili wjeżdzamy do Jaipuru. Zaraz za bramą miejską
      przystanek w sklepie z kamieniami szlachetnymi, od razu stamtąd
      uciekam na ulicach jest znacznie ciekawiej, a jeśli potem ktoś nie
      zamierza samemu chodzić po mieście to tu ma jedyną okazję
      sfotografować jedną z wjadowych bram do miasta, oczywiście różową.
      Do hotelu jedziemy przez miasto, więc można zorientować się co
      nieco. Hotel znów bardzo przyzwoity, uprzedzając fakty powiem, że
      ręczników i pościeli zabranych ze sobą na wszelki wypadek, nie
      użylem ani razu, zdecydowanie szkoda to ze sobą dźwigać.
      Po kolacji okazja do spaceru, do bram różowej części miasta dochodzi
      się w paręnaście minut, niezależnie czy się dojdzie warto spędzić
      trochę czasu w tym niesamowitym ulicznym szaleństwie.

      Dzień 5 Jaipur
      Pobudka 7:00, wyjazd 8:30, wcześniej śniadanie, powoli dociera do
      nas, że na calej trasie śniadania będą wyglądaly tak samo, tosty,
      dżem i wszelkiej postaci jajka. Naprawdę zazdrościlem tym którzy
      pozabierali jakieś nasze wędliny czy serki, warto to rozważyć i
      urozmaicić sobie poranne posiłki, jakieś parówkowe kielbaski
      przystrafily się nam doslownie kilka razy.
      Zaczynamy do palacu wiatrów, w zasadzie tylko kilka minut na fotki z
      zewnątrz. Kolejne punkty to wciąż Jaipur, ale caly czas nie ma
      możliwości spaceru po uliczkach, jeżeli samemu nie ruszy się do
      miasta nie ma wlaściwie jak przekonać się że to naprawdę różowe
      miasto, nie ma jak choć trochę poczuć jego atmosfery, trochę tu
      chyba przesady w odgradzaniu od zwyklych, nieturystycznych miejsc.
      Zwiedamy więc obserwatorium astronomiczne i pałac macharadży, a
      potem spędzamy trochę czasu w emporium dywanów, polozonym tak że
      ciężko stamtąd gdzieś pójść.
      Wyjeżdzamy nieco za miasto-Gajtor miejsce kremacji macharadżów,
      ładnie położone w górzystym terenie wspaniale grobowce robią bardzo
      fajne wrażenie. Ciut dłuzszy przejazd, droga ostro pod górę i
      dojeżdzamy do fortu Jaigarth. Tu najciekawsze są widoki z fortu na
      okolicę, pod nami świetnie widać wczoraj zwiedzany Amber.
      Powrót do miasta na tyle wcześnie, że spokojnie można nie wracać do
      hotelu, wysiąść w mieście i pochłonąć trochę jego atmosferę, przejść
      w niesamowitym hałasie ciągiem handlowym wsród wciąż zmieniających
      się stoisk czy zapachów czasem z trudem przechodząc na drugą stronę
      ulicy a przy tym ciesząc oczy kolorem miasta, my trafiliśmy akurat
      na zachodzące slonce, więc różowośc aż biła w oczy:)
      Po kolacji w hotelu mieliśmy bardzo średni pokaz tańców i jeszcze
      bardziej średni teatrzyk.

      Dzień 6 Puschkar
      Pobudka 6:00, wyjazd 7:00, droga to ok. 3,5godziny. Miasto w
      programie opisywane jest jako wycieczka na skraj pustyni i
      rzeczywiście pustynne widoki się po drodze pojawiają, natomiast już
      w samym mieście z pustynią nie ma się nic wspólnego.
      Najciekawsze jest tu święte jezioro i od niego zaczynamy
      uczestnicząc w malym obrzędzie religijnym na gtahach, bardziej
      polegalo to na wyciągnięciu kaski, ale troszkę mamy obrazu tego co
      robią Hindusi nad świętą wodą. Następnie poszliśmy do świątyni boga
      Brahmy, cala trasa usiana wszelkiego rodzaju sklepikami kończy się
      wlaśnie przy świątyni. Nie jest w niej specjalnie za ciekawie, nie
      można robic zdjęć. Po wyjściu czas wolny dwie godziny, większość
      spędza czas na zakupach, my większość czasu nad jeziorem spokojnie
      chodząc po wszystkich gathach i oglądając wszystkie odbywające się
      tam obrzędy i toczące się codzienne życie. Bardzo polecam, na zakupy
      zawsze jest czas, a tam można zobaczyć naprawdę niesamowite rzeczy,
      nawet te dwie godziny to za mało.
      Powrót kolejne 3,5godziny, w hotelu mamy okazję z bliska przyjżeć
      się odbywającemu się tu ślubowi i weselu, a na zakończenie dnia
      pożegnalny spacer po mieście
    • werak dni 7-12 25.03.09, 22:52
      Dzień 7 Świątynie Galta, Fatehpur Sikri.
      Pobudka 6:00, wyjazd 7:30. Na poczatek króciutki przejazd tuż za
      miasto do ogrodów Sisodia Rani, kompletnie nic ciekawego. Za to po
      nastepnym krótkim przejeździe dojeżdzamy do pięknie wkomponowanego w
      skały zespolu świątyń, jest wolny czas żeby sobie wszystkie
      spokojnie obejść, wszędzie zajrzeć, schody prowadzą do miejsca gdzie
      mozna na cały kompleks spojrzeć z góry, bardzo ładne miejsce.
      Naładowani widokami zasiadamy w autobus na 5,5 godziny i po tym
      czasie dojeżdzamy do Fatehpur Sikri czyli wymarłego miasta.
      Pierwsza część zwiedzania to spacer po dawnym pałacowym mieście,
      druga to fantastyczny meczet z przyległym do niego placem z różnymi
      ciekawymi świątyniami i budynkami, kolejne świetne miejsce, choć tu
      mogę być nieobiektywny bo na punkcie islamskiej architektury mam
      fioła:))
      Do Agry już tylko chwilka, hotel znowu conajmniej przyzwoity.

      Dzień 8 Agra
      Dla nas osobiście raczej nie najważniejszy punkt wycieczki, ale co
      by nie mówić cud świata, więc atmosfera od rana podniosla:)
      Wyjeżdżamy przed 8mą i po parunastu minutach jesteśmy pod Taj
      Mahalem. Każdy wcześniej widzial go na zdjęciach czy filmach ale i
      tak wrażenie robi niesamowite. Przy bramie prowadzącej na teren
      pilot trochę nam opowiada ale i tak każdy chce samemu nacieszyć oczy
      i obfotografować cud z każdej możliwej strony. Dostajemy na to dwie
      godziny, wystarcza spokojnie też na znajdujący się na terenie
      meczet. Do zachodu słońca nikt się zostać nie zdecydowal:))
      Potem jedziemy do tutejszego fortu, tu największe na wszystkich
      wrażenie robi....
      Taj Mahal widziany z fortowych okien:)
      W hotelu jesteśmy już o 12tej, można mieć wolne lub wykupić fakultet
      za 15$ i po parunastu minutach siedzieć w autokarze opuszającym
      miasto. Wybieram tą drugą opcję, pierwszy przystanek to mauzoleum
      Akbara, do zludzenia przypominające meczet, fantastycznie zdobione,
      myślę że zachwycające nawet nie mających islamskiego fioła:)
      To tylko przystanek mały, bo wyjazd ma nam głównie pokazać miejsca
      związane z ruchem Hare Kriszna. Pierwsze to Mathura i caly wielki
      kompleks postawiony w miejsu narodzin Kriszny w którym nie można
      robić zdjęć a kontrolowani przy wejściu jesteśmy lepiej niż na
      lotnisku. W srodku...hmmm...ciekawie to chyba najlepsze slowo,
      bledną wszystkie dziwne religijne wyobrażenia jakie do tej pory
      widzialo się na trasie.
      Z Mathury jedziemy za miasto do osrodka wyznawców Kriszny, tu choć
      trochę widzimy ich codzienne życie oraz możemy przyjrzeć i
      przysłuchać się obrzędom w tutejszej świątyni.
      Moim zdaniem zdecydowanie warto wybrać się na ten fakultet. W hotelu
      jesteśmy spowrotem ok. 20tej.

      Dzień 9 Gwalior
      Wyjazd o 7mej. Zaraz za miastem gigantyczny zator na drodze i z
      konieczności objazd wiejskimi dróżkami, o dziwo wsie które mijaliśmy
      okazują się czyste i zadbane, poza drobymi szczególami
      przyponimające wieś europejską. Dużo zdziwionych min kiedy nasz
      autobus przeciskal się z trudem między domkami i sporo śmiechu kiedy
      na skrzyżowaniu ścieżek spotkaliśmy się z innymi pojazdami i nikt
      nie chcial ustąpić.
      Do Gwalioru dojeżdzamy ok 12tej. Na wzgórzu czeka na nas
      kolejny.....tak tak oczywiście fort:)) Ten wyróżnia się kolorową
      mozaiką na ścianach i fajnymi widokami z punktu widokowego obok.
      Wjeżdzając na wzgórze widzi się wykute w skałach postacie, warto tak
      jak my ustalić z pilotem zejście pieszo i spokojne obejrzenie ich
      wszystkich. To postacie dżinistów, są przeróźnej wielkości , w
      różnych pozach i choć to zupelnie inny kaliber przywodzą na myśl
      Egipt i tamtejsze wizerunki bóstw. Świetna sprawa.
      Krótki przejazd i podjeżdzamy pod pałac maharadżów. Już z zewnątrz
      widzę że to nie dla mnie, nie lubię takich wersalowych historii. I
      rzeczywiście jest to dla mnie nudnawy spacer po pałacowych komnatach.
      Miasto opuszczamy ok 15tej i o po 18tej dojeżdzamy do Orchy. Hotel
      okazuje się świetny, parterowy, zbudowany na planie kwadratu z
      fantastycznym ogrodem w środku. Tuż obok jest rzeka znad której
      widać świątynie w pobliskim mieście a wszystko to można oglądać z
      dachu który w całości jest tarasem. Warto się tu grupą zorganizować
      na jakiś mily długi wieczór. Na dachu i w ogrodach są ku temu
      warunki.

      Dzień 10 Orcha
      Wstajemy dużo wcześniej niż trzeba, żeby na wschód słońca być już
      nad rzeką, widoki świetne. W ogrodzie robimy jeszcze fotki roślinom
      i dopiero idziemy na śniadanie, pierwszy raz kiełbaski hurrrra:)
      Wyjazd 8:30, jesteśmy tuż za miastem, więc tylko chwilka jazdy.
      Najpierw fort-pałac, ładny, choć największą uwagę przyciągają
      mieszkające na każdej z wieżyczek sępy. Zwiedzamy jeszcze dwie
      świątynie, w jednej z racji aktualnie przypadającego święta tłum
      ludzi, druga górująca nad miastem jest praktycznie nieużytkowana.
      Orcha jest malym miasteczkiem więc wszędzie poruszamy się pieszo,
      czas wolny wystarcza żeby spokojnie sobie wszystko obejść.
      Najciekawiej bylo przed świątynią (święto więc tłum ludzi) i nad
      pobliską rzeką.
      Wyjeżdzamy okolo poludnia i na ok. 17tą dojeżdzamy do Khajuraho.
      Fajny hotel ze sporym ogrodem, basenem i co nas najbardziej
      ucieszylo kortem tenisowym. Graliśmy do zmroku, milo się bylo
      wreszcie choć trochę poruszać i zmęczyć, wieczorne piwko w ogrodzie
      smakowalo pysznie.

      Dzień 11 Khajuraho

      Wyjeżdzamy 8:30, kilkanaście minut drogi i jesteśmy pod slynnymi z
      erotycznych scen swiątyniami. Jest to ogrodzony i aż przesadnie
      zadbany zielony teren a nieregularnie porozrzucane świątynie robią
      piorunujące wrażenie swoim wyglądem. Tuż za plotem znajduje się
      jeszcze jedna bardzo podobna świątynia i ta, w przeciwieństwie do
      znajdujących się na zwiedznym terenie jest wciąż wykorzystywana
      przez wiernych. Akurat trafiliśmy na święto, więc tłum ludzi na
      placu a potem próbujących dostać sie do środka ogromny, oczywiście
      kolory, hałas i zgiełk, przeciekawe to było, stracilem sporo z
      opowiadania przewodnika o kamasutrowych scenach, ale mozna bylo
      patrzeć na tych ludzi bez przerwy.
      Mamy tu sporo wolnego czasu, można spokojnie obejrzeć sobie każdą
      świątynię i każdy zakamarek.
      Jedziemy do wschodniej grupy świątyń, tu oprócz podobnych jak
      wcześniej budowli zwiedzamy jeszcze świątynię dżinijską.
      Właściwie programowo to na dziś wszystko, podjeżdzamy jeszcze na
      pocztę wyslać kartki a potem wracamy do centrum miasta z zalożeniem
      kupienia sobie przegryzajek na jutrzejszy calodzienny przejazd.
      Większośc grupy wraca do hotelu, my korzystamy że jesteśmy blisko i
      ruszamy sami do miasta, przede wszystkim do tej świątyni którą
      poprzednio mieliśmy za płotem, ludzi już trochę mniej ale choć
      przez parę minut stajemy się częścią tego szaleństwa przed
      świątynią i przy pobliskich gathach.
      Nie wiem czy to z okazji święta ale ruch i handel na ulicach jeszcze
      większy niż dotąd wszędzie widzieliśmy, niedaleko trafiamy na bazar
      tu natężenie dzwięków i kolorów jest po prostu niesamowite,
      fantastycznie choć na trochę wtopić się w ten klimat.
      Do hotelu wracamy pieszo i od razu zabieramy się za tenisa, tak
      skutecznie że rozwalamy piłkę, a że nie mieli drugiej jakby ktoś
      chcial korzystać może warto mieć swoją:)

      Dzień 12 Przejazd do Varanasi
      Pobudka wczesna bo wyjazd o 6tej. Droga raz lepsza, raz gorsza,
      momentami bez asfaltu, trzy postoje, generalnie nic nadzwyczajnego
      po prostu dzień w autobusie. Na miejscu jesteśmy o 17tej, my z
      miejsca ruszamy w miasto. Hotel polożony jest daleko od Gangesu,
      więc spacer po prostu po przyleglych uliczkach, może niespecjalnie
      ładnych za to na codzienne życie z dala od turystycznych miejsc i
      szlaków można napatrzeć się do woli.
      O monotonnych śniadaniach już pisalem, obiady są lepsze nieco, można
      z rzadka spróbować ciekawych rzeczy, czasem poczuć co znaczy tu
      pikantnie przyprawione:)) Natomiast generalnie jedzenie jest dość
      jednostajne, wszędzie kurczak (przynajmniej piszą że to kurczak,
      minimalna ilość mięska przy kości
    • werak Dni 13-15 25.03.09, 22:53
      Dzień 13 Varanasi
      Najbardziej przeze mnie wyczekiwany punkt części indyjskiej.
      Wyjeżdzamy spod hotelu o 5tej, żeby jeszcze po ciemku dojechać do
      Gangesu i wsiąśc na łódź. Wsiadamy mniej więcej po środku gathów i
      wlaściwie jeszcze po ciemku dopływamy na wysokość płonacego stosu,
      tu zawracamy i płynąc wzdłuż brzegu widzimy jak wraz ze wstającym
      słońcem ożywają gathy. Doplywamy i wysiadamy przy najsłynniejszym
      chyba z gathów Manikarnika, tu możemy z bardzo bliska przyjrzeć się
      kremacji po czym ruszamy w wąziutkie uliczki. Dochodzimy do złotej
      świątyni, niestety możemy zobaczyć ją tylko z zewnątrz, podobnie jak
      dwie kolejne do których podjeżdzamy już autobusem. 8:30 jesteśmy
      spowrotem w hotelu. Dużo wcześniej wiedzieliśmy że tego dnia chcemy
      jaknajwięcej czasu spędzić nad Gangesem, decydujemy się jeszcze
      pojechać jeszcze z grupą do Sarnah (ok 5km, wyjazd spod hotelu
      10:00) czyli miejsca gdzie Budda wygłosil swoje pierwsze kazanie. Tu
      po zwiedzeniu już się odłączamy, 100rupii kosztuje nas motoriksza na
      gathy. Już jazda sama w sobie jest atrakcją, ale możliwość
      spędzenia nad Gangesem kilku godzin, spokojnego pochodzenia i
      poprzyglądania się wszystkiemu co się tu dzieje jest dokladnie tym o
      co nam chodziło, niezapomniane i nieporównywalne z niczym obrazy
      zostają w glowach i...na zdjęciach. Przed powrotem do hotelu
      pozwalamy uliczkom by same prowadziły nas w różne niesamowite
      miejsca i dopiero po takim spacerze wracamy do hotelu.
      Wracamy wlaściwie tylko po to by....wsiąść w rikszę i razem w grupą
      wrocić nad gathy. To dlatego, że wykupilismy wyjazd na wieczorną
      pużę (uroczystość na gtahach), którą mamy oglądać z łódki.
      Przed uroczystością jeszcze raz podpływamy pod Manikarnikę, jest tuż
      przed zmrokiem, a płonące stosy robią w o tej porze chyba jeszcze
      większe wrażenie.
      Samą pudża ciekawa, choć chyba lepiej oglądać ją z gathów, bliżej i
      na pewno lepsza możliwość robienia zdjęć. Jeżeli komuś nie zależy na
      wspólnym z grupą oglądaniu to lepiej nie płacić za fakultet tylko
      przyjechać tu sobie po prostu samemu.

      Dzień 14 Przejazd do Nepalu
      Wyjazd 6:30 a potem już tylko droga, droga, droga......
      Zmiana kraju, więc małe podsumowanie. Dla mnie Indie to przede
      wszystkim ludzie, to oni tworzą ten kraj, jego koloryt i to
      podpatrywanie ich codziennego życia czy próba choć chwilowego w nim
      uczestniczenia to dla mnie najlepsze wspomnienia z tego kraju.
      Jeżeli nastawilbym się tylko na to co Logos ma w programie myślę że
      nie bylbym zadowolony, przejazdy są dość długie, tereny po ktorych
      się poruszalismy nie są specjalnie zachwycające przyrodniczo a poza
      Taj Mahalem i Khajuraho ( i meczetami jak ktoś ma fioła:) nie
      zwiedza się też jakiś niesamowitych obiektów.
      Dlatego tak bardzo ważne dla mnie były wszystkie samodzielne
      wyjścia, wieczorne spacery, zostawanie w miastach gdy grupa wracala
      do hotelu, odłączanie się od grupy by po swojemu spędzić czas,
      spędzanie wolnego czasu nie tylko na zakupach, czy nawet przejście
      się po kilku najbliższych uliczkach podczas przystanków w małych
      mieścinkach gdzieś na trasie. Myślę, że dopiero to w połączeniu z
      wszystkim co zwiedzaliśmy programowo pozwala mi bardzo pozytywnie
      ocenić tą część wycieczki i powiedzieć że w Indiach było świetnie.
      Dla osób funkcjonujących w sposób hotel-autobus-obiekt-autobus-hotel
      trasa moim zdaniem wyda się nużąca i średnio ciekawa, były zresztą
      takie głosy.
      Wieczorem dojeżdzamy do granicy. Podczas załatwiania formalności
      możemy wyjść pokręcić się już po nepalskiej stronie, są punkty
      wymiany walut. Hotel jest w tej przygranicznej miejscowości, więc
      gdy ruszyliśmy to tylko klilka minut drogi, dojeżdzamy ok. 19tej.
      Hotel jest jedynym na trasie gdzie jest ciut gorzej z czystością,
      musimy wymienić pościel i ręczniki.Vis a vis hotelu jest bankomat.
      Nepal to także wyłączenia prądu, jest on tu tylko 8godzin na dobę.
      Nie jest to jakiś problem, bo wyłączenia są zapowiadane, a hotele
      mają generatory.

      Dzień 15 dojazd do Chitwan
      Z wyłączeniami prądu poznaliśmy się wczoraj, dziś rano poznajemy się
      z blokadami dróg. Co prawda nie bezpośrednio, ale pilot informuje
      nas, że mieszkańcy części Nepalu po ktorej podróżujemy od jakiegoś
      czasu regularne blokuja drogi i jeżeli mamy nie utknąć musimy po
      pierwsze wyjechać wcześnie, a po drugie nie pojedziemy do Lumbini
      tylko od razu do parku Chitwan. Nie mam powodu żeby nie wierzyć, że
      to bylo najlepsze rozwiązanie. Wyjeżdzamy więc o 7:30 i ok 13tej
      dojeżdzamy do parku. Choć fantastycznie spodobały mi się kipiące
      zgiełkiem i hałasem indyjskie miasta, świetnie jest zmienić
      otoczenie i pobyć trochę sam na sam z przyrodą. Miejsce gdzie
      mieszkamy to duży bardzo zielony teren, tuż obok rzeki, gdzie każdy
      dostaje do dyspozycji swój bardzo fajny domek.
      Do dżungli samemu ruszyć nie można, zresztą jest ona za rzeką,
      idziemy więc na spacer wzdłuż jej brzegu przy okazji mijając
      tutejsze wioseczki, czyli najczęściej skupiska kilku dosłonie
      lepianek gdzie widzimy że praca odbywa się tu przy użyciu
      prymitywnych narzędzi a drewno przynosi się na plecach gdzieś z
      lasu. Z jednej strony oczy cieszą się widokami przyrody, z drugiej
      czasem aż smutno patrzeć na to jak się tu żyje.
      Spacer byl tak długi, że po powrocie starczyło czasu na krótki oblot
      po sklepikach i zaraz szliśmy nad rzekę pocieszyć oczy zachodem
      słońca.
      Wieczorem na terenie gdzie mieszkamy byl jeszcze pokaz tańców.

    • werak Dni 16-19 25.03.09, 22:55
      Dzień 16 Park Chitwan
      Warto wstać wcześniej niż trzeba, najlepiej ze wschodem słońca i po
      pierwsze poobserwować ptaki na terenie hotelowym, m.in. ogromne
      dzioborożce. A po drugie przejść się nad rzekę, parowała tak, że
      praktycznie nie bylo widać jej nurtu a kolory wstającego slonca w
      tych mgłach obłędne.
      Po śniadaniu podjeżdzamy chwilę do miejsca gdzie wsiadamy do łodzi
      dłubanki. Spływamy rzeką oglądając przede wszystkim wylegujące się
      na brzegach krokodyle, pojawil się też jeden w wodzie, tuż pod naszą
      dlubanką. Jest trochę ptaków, choć tu akurat spodziewałem się hałas
      jaki zrobią będzie ogromny, w końcu płyniemy przez dżunglę, a jest
      raczej cicho. Tak czy inaczej było świetnie, a dopływamy do farmy
      słoni. Smutno trochę patrzeć na te piękne stwory przywiązane
      łańcuchami, z drugiej strony słonie są codziennie prowadzone w las
      na spacery, po terenie biega sporo słoniowych maluchów, a przewodnik
      z dumą mówi o niedawno urodzonych tu słoniowych bliźniakach.
      Pozostaje więc wierzyć, że zwierzęta nie mają tu źle, a prowadzący
      ośrodek wiedzą co robią. Mozna tu kupić specjalne ciastka dla malych
      sloni i potem je nimi karmić – zabawa świetna, polecam bardzo.
      Wracamy spowrotem, trochę za bardzo wczoraj wypytywałem na czym
      polega kąpiel ze słoniem i teraz nie mam wyjścia, wszyscy idziemy
      prosto nad rzekę a mi przewodnik każe wyskakiwać z ciuchów i po
      trąbie wdrapywać się na słoniową głowę:)) Nie piszę co sie dzieje
      dalej, żeby nie psuć zabawy gdyby ktoś chcial to powtórzyć, ale
      zabawa jest świetna, na pewno warto.
      11:30 bylo po pierwszej części dzisiejszych atrakcji, do kolejnych
      kilka godzin wolnego, wykupujemy więc w kilka osób spacer po dżungli
      z przewodnikami. Trochę trwalo czasu zanim pozalatwialiśmy
      formalności, żeby nie tracić czasu warto pomysleć o tym wcześniej.
      Spacer chociaż nie za dlugi, dwie godzinki tylko to atrakcji bylo
      sporo, oprócz samej ogromnej frajdy ze spaceru w leśnym gąszczu to:
      uciekaliśmy przed dzikim słoniem, przeciskaliśmy się przez osmoloną
      słoniową trawę, trafilismy nad rzekę z mnóstwem ptactwa, widzieliśmy
      małpy, ślady tygrysich łap, krokodyle. Wróciliśmy umorusani
      okrutnie,ale warto bylo.
      Nie bylo nawet czasu żeby zmienić ubrudzone ciuchy, może i dobrze bo
      następnym punktem był wyjazd wgłąb dżungli na słoniach. Podjeżdzamy
      znów kawalek i ze specjalnego stanowiska ładujemy się na słoniowe
      grzbiety. Jedzie się po 4osoby w specjalnym siedzisku, jest
      koszmarnie malo miejsca, a że wcześniej dobiera się w te czwórki
      warto wybrać sobie kogoś mozliwie chudego:) No i koniecznie dlugie
      spodnie i zakryte buty bo po drodze zachacza się ciągle o gałęzie
      krzaki itp. Nasze sloniowe safari się udalo, nosorożce widzieliśmy.
      Bylo tak, że słoniowi woźnice wypłoszyli jednego na środek polany,
      słonie utworzyły krąg i każdy mógl do woli napatrzeć się na nie do
      końca zadowlonego z takiego obrotu sprawy nosorożca. Poza tym bylo
      jeszcze coś jeleniowatego i obłedne widoki samej dżungli. Super
      sprawa, chociaż niewygoda siedziska sprawia, że ze słoniowego
      grzbietu schodzi się z ulgą. Wracamy tuż przed zachodem slońca.
      Po kolacji mamy jeszcze pokaz sjaldów, glównie o zwierzątkach
      zamieszkujących park.

      Dzień 17 Dojazd do Pokhary
      Z racji blokad znów wyjeżdzamy wcześnie bo o 7mej. Siedzenia po
      lewej stronie dziś przydają się szczególnie, góry są co raz wyższe a
      my jedziemy wzdłuż rzeki fantastyczną widokowo doliną.
      Po drodze przerwa na fakultatywny rafting, choć to może zbyt szumne
      nazewnictwo. Raczej to splyw rzeką niesamowity widokowo za to skoków
      adrenaliny nie ma specjalnie za dużych, myślę że absolutnie każdy
      może sobie z tego skorzystać. Ja w każdym razie bylem bardzo
      zadowolony że się zdecydowalem.Plyniemy ok 2godziny, po wszystkim
      dostajemy gratisowy lunch. Miejscowość gdzie kończymy a gdzie czeka
      na nas reszta grupy, to niesamowicie zadbane i czyste miejsce,
      zupelnie nie kojarzy się z Nepalem. Jest tu kolejka linowa którą
      można wjechać do świątyni na szczycie góry, a nieopodal rzekę spina
      wiszący na linach most, jeśli korzysta się z raftingu warto
      wczesniej ustalić z pilotem żeby można było potem też to wszystko
      zobaczyć, spacer na tym wiszącym moście robi wrażenie:)
      Do Pokhary dojeżdzamy ok. 17:30. Hotel jest świetnie polożony, kilka
      kroków od jeziora w turystyczno-handlowej dzielnicy. Logos w piśmie
      przesylanym przed wycieczką informuje o możliwości kupna taniego
      sprzętu turystycznego i rzeczywiście sklepów z tym jest tu i potem w
      Kathmandu masa, zdecydowanie dominuje jedna firma, ale rzeczywiście
      zdecydowanie taniej niż u nas można się zaopatrzyć w każdy rodzaj
      turystycznego ciucha czy sprzętu.
      W hotelu występuje bardzo fajny zespół, ludowa muzyka na żywo,
      troche tańca, warto posluchac.

      Dzień 18 Pokhara
      Wyjeżdzamy 5:15 żeby wreszcie zobaczyć te największe góry, zobaczyć
      o wschodzie slońca podczas tzw. zapalania szczytów. 40Min jazdy,
      krótkie podejście i jeszcze po ciemku stajemy na platformie
      widokowej. Bardzo chcialem to zobaczyć, ale niestety im bardziej
      robilo się jaśniej tym bardziej widzieliśmy jak ogromna mgla spowija
      już nawet niższe partie gór i zdawaliśmy sobie sprawę że nie
      zobaczymy nawet zarysów ośnieżonych wierzcholków. Cóż, trudno, może
      to znak żeby jeszcze wrócić w Himalaje:)
      Po śniadaniu w zamian za Lumbini jedziemy w miejsca których nie ma w
      programie, są to „poziome wodospady”(bardzo szumna nazwa dla
      kamienistego fragmentu rzeki), świątynia buddyjska i tybetańska
      wioseczka. Wszystko to jest tuż obok siebie i miejsca te obchodzimy
      sobie piechotką.
      W sumie jedyną rzeczą jaka zostala nam do zobaczenia w Pokharze jest
      Stupa pokoju, usytuowana na jednym z okalających jezioro wzgórz. Do
      drogi prowadzącej do stupy można doplynąc lódką albo ruszyć cięższą
      i dluższą drogą wlaśnie z miejsc które wlaśnie zwiedzaliśmy. Jedynie
      w trzy osoby wybieramy trudniejszą drogę, ale bylo warto, wchodzimy
      drogą z której nic nie zaslania widoku na miasto, tarasowe uprawy i
      okoliczne góry, brakuje tylko tych szczytów schowanych w mgle. Droga
      zachacza też o pobliskie wzgórze pelne modlitewnych chorągiewek.
      Sama stupa niespecjalnie ciekawa, sporo ludzi się tu wybiera ale
      raczej tylko dlatego że w samej Pokharze nie za wiele jest do
      roboty. Schodzimy już tą tradycyjną drogą do łódek, tu jest
      zdecydowanie mniej ciekawie, bo idzie się wśród drzew, więc nie ma
      widoków za wiele.
      Wracamy łódką, z krótkim postojem na wysepce ze świątynią.
      Polowa dnia dopiero więc sporo czasu na zakupy, a po nich spędzamy
      wieczór nad jeziorem popijając piwko i patrząc jak wraz z
      zachodzącym slońcem giną kolejne gorskie pasma. Mgła jak byla tak
      jest, byl pomysl żeby na wlasną rękę pojechać jutro i spróbować raz
      jeszcze zapalić szczyty, ale chyba nie ma to sensu skoro caly dzień
      mgła nie drgnęla ani troszkę.

      Dzień 19 Dojazd do Kathmandu.
      Jak zwykle jeszcze na wpół śpiący jedliśmy śniadanie gdy ktoś wpada
      z krzykiem że widać góry! I rzeczywiście to co wczoraj chowalo się
      we mgle teraz pięknie czerwienilo się we wschodzącym slońcu. Z
      jednej strony radość, że udalo się choć tak zobaczyć, z drugiej
      złość, że jednak się nie pojechalo drugi raz na platformę widokową,
      zamiast tego oglądaliśmy ten spektakl z hotelowego dachu.
      Droga do Kathmandu to czas od 7mej do prawie 16tej. Po drodze
      fantastyczne widoki na góry, potoki, tarasowe uprawy i przystanek na
      fotki w najwyższym punkcie na trasie. W Kathmandu żegnamy nasz
      autobus, po części z ulgą, że mamy za sobą ostatni tak dlugi
      przejazd, podobno przejechaliśmy nim ok. 2800km.
      Hotel znajduje się na Tamelu, czyli handlowej dzielnicy, to kilka
      ulic dla turystów ze sklepami turystycznymi i pamiątkowymi głównie.
      Resztę dnia spędzamy orientując się w cenach ostatnich rzeczy jakie
      mamy zamiar przywieźć.

    • werak Dni 20-23 25.03.09, 22:56
      Dzień 20 Patan i Kathmandu
      Nie decydujemy się na lot nad Himalajami więc rano mamy trochę
      czasu, bez mapy postanawiamy pokręcić się po mieście. Na początku
      nie bylo ciekawie, ale w końcu trafiliśmy na nieturystyczne uliczki
      handlowe. Tu już bylo fantastycznie, nie dość że koloryt handlu w
      tych wąskich zaułkach jest niesamowity, to jeszcze na każdym kroku
      stoi jakaś świątynia. Wszystko to miesza się ze sobą z jednej strony
      tłok, krzyki sprzedawców a z drugiej modlący się ludzie. Z jednej
      strony brud i nieporządek z drugiej niewiarygodnie piękne, złocone
      świątynie. Koniecznie trzeba się wybrać na taki spacer, uliczki a
      wlaściwie narastający tłum same prowadzą do głównego placu czyli
      Durbaru, nie jest to długi spacer dystansowo, może być dlugi
      czasowo, bo co chwila przystaje się i podziwia to co jest przed
      oczami.
      10:15 wyjeżdzamy do Patanu, tu najpierw zwiedzamy zlotą świątynię, a
      potem spacerkiem idziemy na durbar. Królewskie miasta doliny
      Kathmandu przypominają trochę sposobem zabudowy europejskie
      starówki, wąskie uliczki i jeden główny plac, tyle że styl tej
      zabudowy jest oczywiście zupelnie inny, a gdy wejdzie się na ten
      główny plac pelen przeróżnych świątyń widok jest oszałamiający.
      Mozna sobie fajnie spojrzeć na durbar z góry, z tarasu jakieś tam
      kawiarni. Dostajemy tu sporo czasu, żeby nacieszyć oczy każdym
      detalem i znów wąskimi uliczkami wracamy do autokaru.
      Jedziemy potem zobaczyć jak wygląda durbar w Kathmandu, tu świątynie
      rozlożone są na jakby dwóch placach. Nasze dzisiejsze bilety wstępu
      upoważniają do nastepnych wejść przez kolejne dni, trzeba tylko
      wyrobić sobie tu przepustkę. Trwa to chwilę, a warto jakby chcialo
      się wrócić samemu.
      Podjeżdzamy jeszcze pod wzgórze gdzie dwiema drogami dochodzi się do
      stojącej na nim stupy. Można wybrać dluższą po 365 stopniach lub
      krótszą, po ok. stu (tą drugą też się wraca) W każdym razie widoki z
      gory na Kathmandu świetne, stupa oczywiście też:)
      Do hotelu wracamy ok. 17tej.

      Dzień 21 Dolina Kathmandu
      Wyjeżdzamy 8:30 i jedziemy do Bakhtapur. Kolejne z krolewskich miast
      doliny w stylu podobnym do zwiedzanych wczoraj, choć oczywiście na
      swój sposób różne. W każdym razie równie przepiękne i ciekawe.
      Niedlugi przejazd i dojeżdzamy do świątyni Pashupatinath. Miejsce
      gdzie nie wszędzie możemy wejść, za to doskonale możemy przyjrzeć
      się odbywającym się tu kremacjom. Nad ściekiem który może w czasie
      monsunu bywa rzeką tak jak w Varanasi palą się stosy i odbywa się
      podobny ceremoniał. Tutaj nikt nie zabrania robienia zdjęć.
      Kolejny przejazd i dojeżdzamy do największej nepalskiej stupy, jest
      tak duża że można chodzić sobie po jej podstawie. Można też wejść do
      stojącej obok bajecznie kolorowej świątyni.
      Na zakończenie jeszcze przejazd do niespecjalnie ciekawego miejsca z
      kamiennym wizerunkiem leżącego Wisznu i mamy zrealizowany cały
      program.
      Po powrocie do hotelu ruszamy jeszcze na ostatnie zakupy.

      Dzień 22 Wracamy.
      Wyjazd o 11tej dla nas oznacza wczesną pobudkę i wyjście na dlugi
      poranny spacer raz jeszcze po targowo-świątynnych uliczkach. Znów
      jest bajecznie, tym razem dochodzimy i wchodzimy na durbar ostatni
      raz nacieszyć tu oczy.
      Kathmandu pożegnane jedziemy więc na lotnisko. Tu po kilku
      drobiazgowych kontrolach i przeszukaniach odlatujemy o 15:15.
      Siadając z prawej strony ma się super widok na himalaje.
      Lot trwa godzinę i 45min, witamy się z naszym znajomym autobusem i
      jedziemy do naszego znajomego hotelu. Po kolacji idziemy jeszcze na
      spacer po sąsiednich bazarowych uliczkach pożegnać się z Indiami i
      nacieszyć fantastycznie cieplym wieczorem, na następny taki
      poczekamy parę miesięcy.
      W ogóle pogodę mieliśmy caly czas świetną. Żadnego deszczu,
      wlaściwie bez przerwy bezchmurne niebo, cieplo ale nie upalnie,
      slowem ponad 20 dni idealnej pogody. Biuro w liście przed wycieczką
      pisalo, że może być za zimno na odkryte buty, na szczęście prawie
      nikt nie posluchal. Lepiej sprawdzić sobie pogodę na jakieś stronie
      niż się sugerować tym co napiszą.

      Dzień 23 Wróciliśmy
      Wylot z Delhi chwilę po 11tej, więc rano czas tylko na śniadanie.
      Lecimy tak samo finnairem przez Helsinki, po drodze super widoki na
      góry Pakistanu i Afganistanu.
      Na przesiadkę 4godziny, ale lądujemy trochę spóźnieni i nie ma sensu
      tak jak planowaliśmy jechać do miasta, zdążylibyśmy co najwyżej
      tylko obrócić w dwie strony.
      W Warszawie lądujemy o 19:25

      Podsumowując
      Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do Logosa, pilot bardzo dbala
      żebyśmy zobaczyli wszystko co bylo w programie, hotele, autokar i
      wszystko co mialo być zapewnione bylo jaknajbardziej ok.
      Wycieczka jest tak prowadzona, żeby każdy niezależnie od swoich
      możliwości dał radę i nie był przeforsowany. Dlatego też tak jak
      pisałem podsumowując Indie, będąc młodszym i sprawniejszym staralem
      jaknajwięcej zobaczyć jeszcze samemu. Gdyby nie to, ilość przejazdów
      w stosunku do czasu spędzanego na zwiedzaniu bylaby dla mnie chyba
      za duża. Kolacje zawsze jedliśmy ok. 18:30-19tej, a ja nieraz
      mialem odczucie że mogliśmy gdzieś tam zostać dlużej na zwiedzaniu
      niż tak wcześnie wracać do hotelu.
      Nie zmienia to oczywiście mojego zadowolenia z wycieczki,
      zobaczyliśmy zupełnie inny świat a właściwie dwa, bo kiedy już
      oswoimy się z niesamowitymi Indiami kompletnie zmienia się nie tylko
      krajobraz, Nepal jest zupełnie inny i oferuje całkiem inne atrakcje.
      Wspaniale bylo choć przez te trzy tygodnie być fragmentem tego
      świata i choć na trochę wyrwać się z naszego smutnego, szaroburego
      kraju.

      Staralem się opisać wszystko tak, żeby sprzedać jaknajwięcej
      informacji ułatwiających następnym pobyt na tej wycieczce, jeśli
      ktoś by chcial coś dopytać to oczywiście jestem do dyspozycji, gdyby
      trafil się ktoś chętny podzielić się wrażeniami z tej wycieczki w
      innym terminie, bardzo się ucieszę i chętnie poczytam.

    • janek2101 Re: Indie Nepal z Logostour,zima 2009-Relacja 28.03.09, 17:20
      Dzięki za opisanie wyjazdu. Planuję wyjazd w listopadzie lecz tyle
      się różnych żeczy naczytałem, że już nie wiem z kim i jaką formę
      wyjazdu wybrać. Jak możesz to coś doradź. Boję się że sam objazd
      autokarem pomimo że mniej meczący niż ,,włóczęga'' to bedzie za mało
      na ten kraj. Może wybrać tramping?

    • kornel-1 KIlka uwag i pytań 28.03.09, 18:43
      werak napisała:

      > Indie Nepal z Logostourem przejechałem w terminie luty/marzec 2009.

      Przeczytałem w skupieniu ;-)

      Kilka drobnych uwag i pytań.
      1. Informacja o Pushkar, jako mieście "na skraju pustyni" jest - jak sądzę -
      wynikiem pomyłki Logostouru. Myślę, że mieli na myśli Pokhran, leżący na drodze
      do Jaisalmeru. Zresztą Logos Travel M. Śliwki podaje podobną informację.

      maps.google.com/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=pokaran&sll=26.45705,74.547729&sspn=0.139544,0.2211&ie=UTF8&ll=26.927886,71.908092&spn=0.065811,0.11055&t=h&z=13&iwloc=addr

      2. Dlaczego nie wchodziliście do Złotej Świątyni w Varanasi?

      3. Szczerze zazdroszczę obserwacji dzioborożców w Chitwan. Ja widziałem kraski,
      dziwogony, bibile, pawie, kormorany, czaple, gęsi, kaczki i inne, których nie
      rozpoznałem.

      4. Co do śladów "tygrysich łap" to - proszę wybaczyć - powątpiewam w ich
      autentyczność. Nieliczne tygrysy żyją w głębi parku narodowego. Jeśli zaś chodzi
      o zwierzynę płową, to myślę, że widziałaś mundżaki.

      5. Odwiedzaliście Kumari?

      6. Co do robienia zdjęć w świątyniach - miałem problem tylko w świątyni
      dżinijskiej w forcie Amber i w świątyni Lakszmi w stolicy.

      7. Ghaty i tylko ghaty.

      8. W sumie miła wycieczka za 10 kilozłotych. Tak na marginesie - identyczną
      programowo ofertę ma Logos Travel Marka Śliwki. Ciekawe, kto od kogo zżynał?
      Skąd ta uderzająca zbieżność?

      9. Ja jednak polecam tramping - trzy razy taniej a ogląda się dwa razy więcej :)

      Kornel
      • werak odpowiadam 29.03.09, 18:50
        Szycha: Do Red Rose też najmniejszych zastrzeżeń. Indyjski pilot
        Harish świetny i jeśli chodzi o obowiązki i po prostu jako człowiek.
        Na pewno zapamiętam długo ten przymusowy przejazd przez wioski gdzie
        biegl przed autobusem i przeganial wszystko z drogi,a potem
        rozwiązywał sytuację gdy na krzyżówce tych dróżek spotkalo się kilka
        pojazdów i nikt nie chcial ustapić:)

        Janek: Tak jak pisałem oferta Logosu jest tak skrojona, że jeżeli
        sobie sam tego nie zorganizujesz to codzienne życie w tych krajach
        będziesz oglądal tylko przez szybę autokaru, musisz po prostu sam
        zdecydować na czym Ci najbardziej zależy. Jeżeli głównie na
        zabytkach, szybkim i sprawnym przemieszczaniu się z miejsca na
        miejsce, na spokojnej głowie przez cały wyjazd polecam Logos. Jeżeli
        bardziej na poznaniu Indii od tej drugiej strony, moim zdaniem
        ciekawszej, możesz być odrobinę rozczarowany. Jadąc z Logosem nie
        pojedziesz indyjskim pociągiem, jedzenie w ulicznej knajpce będziesz
        musial zorganizować sobie sam itp. z drugiej strony nie musisz sie
        martwić zupelnie o nic. Nie znam ofert biur trampingowych, nie wiem
        do końca co oferują, jakiś obraz tego co można samemu dolożyć do
        programu masz w mojej relacji, czy to Ci wystarcza i jak wypada w
        porównaniu musisz już sobie po prostu przemyśleć.
        Powiem Ci jeszcze, że mi przynajmniej w Nepalu brakowalo kontaktu z
        wyższymi górami, jesli masz oferty z krótkim trekingiem to może to
        właśnie przeważy.
      • werak Re: KIlka uwag i pytań 29.03.09, 19:08
        Kornel:
        1. Myślę, że to nie tyle pomylka, co zabieg marketingowy, ladnie to
        przecież wygląda w katalogach:) No ale gdy się dojeżdza to krajobraz
        zmienia się na bardziej piaszczysty.
        2. Pozamykana byla ze wszystkich stron, żeby spojrzeć chociaż zza
        muru musielismy przejść drobiazgową kontrolę. Zresztą nie tylko my,
        wszyscy dochodzili do tego samego punktu.
        3. Ja jeszcze muszę poodnajdywać i poopisywać wszystkie ptaki jakie
        mam na zdjęciach
        4. Hehe, możliwe że przepuścili jakieś bydełko po ścieżce żeby potem
        turystów nabierać:))))) W każdym razie przewodnicy mówili że to
        tygrys:)
        5. Jak byliśmy z grupą to bylo zamknięte, weszliśmy potem jak
        byliśmy sami
        6. Jeszcze u Brahmy w Puszkarze, nawet nie mozna bylo wnieść
        aparatu. Aaaaa i w Orchy jeszcze
        7. Taaaaak!!
        8. Myślę, że to po prostu indyjski touroperator tworzy wycieczkę
        potem rozsyla oferty a zadaniem polskiego biura jest po prostu
        dostarczyć im grupę i skasować prowizję:) Pewnie oba biura jeżdzą z
        z tym samym operatorem. Ofertę Śliwki też widzialem byla chyba ciut
        droższa a do tego w cenie nie bylo obiadokolacji.
        9. To już info dla Janka:)
        • kornel-1 Re: KIlka uwag i pytań 30.03.09, 01:23
          werak napisała:
          > 1. Myślę, że to nie tyle pomylka, [...] ale gdy się dojeżdza to
          > krajobraz zmienia się na bardziej piaszczysty.

          Ustępuję. Faktycznie, Pushkar opisywany jest w LP jako miasto "na skraju
          pustyni". Gdy jechałem autobusem z Adjmer - krajobraz zapamiętałem jako
          krzaczasty, z mnóstwem małp.

          > 2. Pozamykana byla ze wszystkich stron, żeby spojrzeć chociaż zza
          > muru musielismy przejść drobiazgową kontrolę. Zresztą nie tylko my,
          > wszyscy dochodzili do tego samego punktu.

          Ja ze Złotej Świątyni mam bardzo miłe wspomnienia. Podobnie ze świątyni Durgi w
          Varanasi.

          > 6. Jeszcze u Brahmy w Puszkarze, nawet nie mozna bylo wnieść
          > aparatu.
          A ja sobie przypomniałem, że również w Varanasi nie udało mi się. wnieść
          aparatu. Tak na marginesie - to traktuję robienie zdjęć w "zakazanych"
          miejscach jako sport: "kto kogo przechytrzy". To raczej niewinne zajęcie ;-)

          Inna rzecz, że gdy się przywiezie dużo zdjęć - ciężko się nimi rozstać. A muszę
          do prezentacji slajdów radykalnie przyciąć ich liczbę :-(

          Kornel

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka