Gość: Amebka
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
22.01.10, 18:56
Czy doświadczyliście kiedyś czegoś takiego?
Pracując w towarzystwie ubezpieczeniowym, jako agentka, pewnego razu
osiągnęłam rekordowe wyniki sprzedaży polis na życie.
Towarzystwo obsypało mnie dyplomami i statuetkami pamiątkowymi,
ale... Nie wypłaciło należnej prowizji. Ani grosika!
Wozili mnie za to po filiach Towarzystwa i pokazywali innym agentom,
jako wzór pracowitości, ale zapłaty, ni - hu,hu! Zadzwoniłam do
warszawskiego zarządu, udawali zaskoczonych, obiecali przelać kase
na konto, i... Nic!
W tak zwanym międzyczasie w pracy były egazaminy wewnętrzne, które
trzeba było zaliczyć, bu móc harować tam dalej. Podeszłam w parze z
kolegą (zdawało się dwójkami). Egzamin zadawało około 80 osób, to
jest 40 par. Mimo, że zgłosiłam się z kumplem, jako pierwsza -
zostałam zignorowana. Myślałam, że to przypadek, ale po kolejnych
próbach zrozumiałam, że egzaminatorzy (starsi stażem agenci
ubezpieczeniowi)- celowo mnie nie zauważają!
W strasznym napięciu, bliska płaczu, czekałam z kolegą do końca
kolejki, mimo że inni byli przyjmowani wg kolejności przybycia, a ja
byłam pierwsza! Co wtedy przeżyłam, nie opiszę, bo mi brak słów.
Nerwy sięgały zenitu, w dodatku byłam pewna, że mnie obleją!
Jednak po 6 godzinach ignorowania mnie - zdałam. I wiecie, co?
Wszyscy, którzy bez powodu sie przeciw mnie sprzysięgli - gryźli
dywan z zazdrości:)))
Dzień po owym koszmarnym egzaminie, przyszło z Warszawki zaproszenie
dla mnie i całej rodziny, na darmową wycieczkę do Afryki!!! W
nagrodę za rekordową sprzedaż polis. Oczywiśce polecieliśmy i
bawiliśmy się świetnie, ale prowizji nadal mi nie wypłacono!
Odeszłam, miałam dość, zabili mój entuzjazm i przekreślili moją
lojalność.
Prowizja wpłynęła po pół roku.
Kolejny ostracyzm spotkał mnie w pewnej gazecie...
Na skutek podłego traktowania przez dyrekcję, przeniosłam się z
jednego tytułu do drugiego. W nowym tytule przyjęli mnie ciepło i w
ciągu trzech dni od startu, moje artykuły zaczęły trafiać na
pierwszą stronę gazety. Pracowałam naprawdę ciężko, borykając się z
samotnym wychowywaniem córeczki (wtedy 4 latka) i chorymi rodzicami.
I co mnie spotkało?
Po dwóch tygodniach wezwał mnie naczelny na dywnik i powiedział, że
odebrał telefon, z którego treści wynikało, że jestem osobą
niemoralną! Ha!
Spytałam na czym polega moja niemoralaność i kto do niego dzwonił?
Nie sprecyzował na czym, nie dookreślił nawet czy chodzi o etykę
zawodową czy może o życie osobiste? (W obu sferach byłam czysta jak
łza.) Dostałam polecenie natychmiastowego opuszczenia redakcji!
Zabrałam swoje: notatki, dyktafon i kubeczek - łyżeczki z nerwów nie
udało mi się znaleźć. Pewnie do dziś mieszają nią kawkę!
Moje artykuły, które już poszły do druku, naczelny próbował wycofać,
ale już było za późno, więc kazali mi sobie szybko wymyślić sobie
pseudonim, i puścili je "anonimowo".
Na schodach dogoniła mnie kierowniczka mojego działu (kultura,
miasto) i wyznała, że osobą, która na mnie rzuciła oszczerstwo, był
nie kto inny tylko sam były red. naczelny - z poprzedniego miejsca
pracy.
Płakałam całą noc. Potem depresja i atak bólu kręgosłupa. Nie mogłam
chodzić i nie miałam na życie. Znikąd pomocy.
Wtedy zadzwonił starszy kolega dziennikarz i przekazał mi ogłoszenie
o konkursie na reportaż. Główną nagrodą była luksusowa wycieczka do
Rzymu!
Z dużymi oporami, ale wystartowałam. Weszłam do finału.
Zaprosili mnie i innych finalistów do drogiej restauracji, która
aspirowała do miana kulturo-twórczego klubu. Zrobiwszy sobie
odlotową fryzurkę u osiedlowej fryzjerki (za złotych 35) - poszłam.
Było zimno i padał ulewny deszcz. Wchodzę do tej super knajpy,
mokrywmi pantofelkami stąpam po czerwonym dywanie i kogo widzę?! Mój
oszczerca, były podły red. naczelny - zasiada w komisji!!!
Zachciało mi się rzygać i natychmiast chciałam wyjść, ale na dworze
tak strasznie padało...
I dobrze, że nie wyszłam, bo wygrałam ten konkurs i to podwójnie! (W
dwóch kategoriach.) Dostałam markowe francuskie kosmetyki,
stypendium do studium scenopisarstwa oraz bilet do Wiecznego
Miasta!!!
Wszystkie nagrody wręczył mi mój były red. naczelny, gryząc wąsy z
wściekłości i uśmiechając się krzywo do kamery miejskiej TV.
Do Rzymu poleciałam, wróciłam i pracy w dziennikarstwie nie mogę
dostać do dziś.
Ot zazdrość i społeczny ostracyzm.
A jakie Wy macie doświadczenia ze "społecznych śmierci"?
Piszta!