Forum Praca Praca
ZMIEŃ

      Idę na staż :)

    IP: *.tele2.pl 31.03.04, 11:53
    Jak w temacie. Od następnego poniedziałku. W redakcji miesięczników z branży
    budowlanej. Co prawda startowałam tam na zupełnie inne stanowisko, ale
    okazało się, że jednak wymagane jest dosiadczenie. Doświadczenia w tym
    temacie nie mam, ale stwierdziłam, że mimo wszystko spróbuję złożyć
    aplikację. Dzisiaj właśnie się dowiedziałam, że moja kandydatura przepadła z
    kretesem. Więc zaproponowałam im przyjęcie mnie na staż. No i się zgodzili. :)
    Tak, wiem, że zaraz się odezwą głosy, że będę dla kogoś za darmochę tyrać.
    Ale powiem szczerze, że wolę przez dwa tygodnie cokolwiek robić, niż siedzieć
    w domu i wyć, jaka jestem nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie chce :). I zawsze
    mam szansę nauczyć się czegoś i poznać nowych ludzi.
    Dotychczas uważałam, że praktyki i staże właściwie nic nie dają, przynajmniej
    ludziom z doświadczeniem zawodowym. A teraz najwyraźniej nadszedł czas, by
    zmienić poglądy i przekonać się na własnej skórze :)
    Bardzo się cieszę z możliwości odbycia tych praktyk, bo jak wcześniej
    wspomniałam mam dosyć gnuśnienia w domu.
    I bardzo ciekawa jestem, czy coś z tego wyniknie...

    Pozdrawiam - Xenka

    PS. Pytanie do specjalistów od szczurzych ogonów: Czy to że będę pracować
    przez dwa tygodnie za darmo czyni już ze mnie szczura z prowincji, który
    zaniża makabrycznie Warszawiakom stawki? ;>>
      • beza_beza Re: Idę na staż :) 31.03.04, 12:42
        Gratuluję. To już coś Xenka. Nowe doświadczenie.
        • sea_dog Re: Idę na staż :) 31.03.04, 13:05
          staże są OK! nie daj sie tylko zbyc po dwoch tygodniach bo po pierwsze - jak na
          staz (nawet darmowy) to troche przykrotko aby zebrac jakiekolwiek
          doswiadczenie, a po drugie jak sie do Ciebie przyzwyczaja, to trudniej bedzie
          im sie rozstac i kto wie kto wie :)
          Powodzenia!
          • Gość: Xenka Re: Idę na staż :) IP: *.tele2.pl 06.04.04, 01:10
            I po dniu pierwszym. Skonana jestem straszliwie, ale powiem szczerze
            zadowolona. Po wyjściu miałam kwadratową głowę, bo nanosiłam poprawki
            (stylistyczne, interpunkcyjne) w tekście mocno techniczym. I cały dzień
            chodziłam na wysokim obcasie. Ale najważniejsze dla mnie było to, że wyszłam z
            domu, że coś robiłam przez cały dzień, że miałam kontakt z innymi ludźmi... :)

            Mam nadzieję, że będę dobrym kandydatem na stanowisko, na które wcześniej
            aplikowałam. I jeszcze, że po tych dwóch tygodniach nie powiedzą mi: papa!

            Pozdrawiam - Xenka
            • Gość: Xenka Re: Idę na staż :) IP: *.tele2.pl 27.04.04, 08:45
              Już po stażu. Zakończyłam go z wielkim bum w poprzedni wtorek. Wielkie bum to
              ostre spięcie z redaktor naczelną i właścicielką wydawnictwa w jednej osobie.
              A było to tak...
              Umówiłam się na bezpłatny dwutygodniowy staż, bo, prawdę powiedziawszy,
              liczyłam na to, że po tych dwóch tygodniach będę mogła zająć stanowisko, na
              które wcześniej aplikowałam, tudzież wydawnictwo zaproponuje współpracę przy
              korekcie i redagowaniu tekstów. Taka zresztą była umowa między mną a prawą ręką
              szefowej. Już w pierwszym tygodniu okazało się, że od następnego wtorku
              przychodzi osoba, która to stanowisko obejmie. Nic to. Grzecznie stażowałam
              nadal, bo łudziłam się, że w takim razie przynajmniej będę mogła współpracować
              z redakcją (tym bardziej, że osoba do pomocy przy tekstach była im potrzebna).
              W czwartek, nie wiedząc o tej nowej dziewczynie, poszłam do szefowej i ambitnie
              poprosiłam o przedłużenie stażu o tydzień (ze względu na to, że osoba, która
              mogła przekazać ogrom wiedzy była na zwolnieniu lekarskim i przychodziła do
              pracy dopiero po zakończeniu mojego stażowania). Oczywiście z uśmiechem
              zgodziła się. Kilka godzin później dowiedziałam się, że dzień wcześniej kogoś
              przyjęli na stanowisko, o które się ubiegałam. Dowiedziałam się o tym, rzecz
              jasna, kanałami. Chłopak, z którym tam współpracowałam, dostał zaś polecenie od
              szefowej, by mnie "wykorzystać, ile można". Nic to, naiwnie nadal liczyłam na
              współpracę, tym bardziej, że w trakcie rozmowy naczelna powiedziała, że
              oczywiście wiąże ze mną jakieś plany. Nadal grzecznie trzaskałam korekty i
              redagowałam teksty.
              W drugim tygodniu - dalej korekty i redagowanie tekstów. Tylko jakoś tak
              naczelna jakby mniej się uśmiechała na mój widok, a prawa ręka omijała mnie
              szerokim łukiem. ;)
              W trzecim, dodatkowym tygodniu, poszłam do szefowej i zagrałam sierotkę
              Marysię, co to ma dylemat. Bo dostałam propozycję pracy, a ja przecież
              wolałabym związać się z wydawnictwem. Żadna propozycja pracy oczywiście się nie
              pojawiła, ale skoro szefowa miała jakieś plany wobec mnie, chciałam, żeby je
              sprecyzowała. Nie chciałam być naiwną panienką, którą mami się obietnicą pracy
              kiedyś tam, aby móc ją "wykorzystać, ile można". Z rozbrajającym uśmiechem
              naczelna stwierdziła, że oczywiście, oni bardzo chętnie, ale to może potrwać
              kilka, kilkanaście miesięcy. Ale, ale, podobno prawa ręka szuka handlowców.
              Warunki pracy - prima sort: dwa tygodnie robisz za darmochę, potem jak się
              sprawdzisz, dostajesz 800 złotych netto (oczywiście bez umowy) i 5% z zebranych
              reklam. Umowę podpisują z tobą jak w miesiącu zbierzesz reklam za około 7
              tyśków netto. :) Powiedziałam, że przemyślę tę propozycję i od razu uderzyłam
              do prawej ręki. Prawa powiedziała, że musi się zastanowić.
              Następnego dnia okazało się, że prawa i owszem, szuka handlowców, ale
              najchętniej z doświadczeniem. Zauważyłam, że żaden handlowiec z doświadczeniem
              i kontaktami na takie warunki się nie zgodzi, ale prawa ręka stwierdziła, że
              może jednak nastąpi cud. :)
              No cóż, w związku z tym, że najwyraźniej ze współpracy nici miały być,
              poprosiłam o potwierdzenie tego stażu. No i zaczęła się kołomyja... :)))
              Prawa zadzwoniła do księgowej. Na moją uwagę, że bardziej chodzi o referencje,
              także księgowa, która na oczy mnie nie widziała, nie będzie mogła ich wystawić,
              prawa ręka pozostała głucha. Szefowa tego dnia spóźniła się dwie godziny, a w
              międzyczasie prawa dzwoniła po redakcji pytając, czy ja wciąż jestem.
              Postanowiłam wykazać się inicjatywą i sama sobie napisałam te referencje.
              Pracownicy wydrukowali to na papierze firmowym i grzecznie czekałam, aż
              naczelna się zjawi. Gdy tylko objawiła się, poszłam poprosić o podpisanie.
              No dobra, trochę pojechałam w tym liście referencyjnym. :) W ostatnim akapicie
              umieściłam trzy zdania, w których napisałam, z jakim zaangażowaniem stażowałam
              w redakcji, jaka jestem ambitna i dobrze zorganizowana. I że mają o mnie bardzo
              dobre zdanie.
              I zaczęło się punktowanie. Chamskie mocno. Ze strony szefowej. Że ona tego nie
              podpisze, że bzdury (prace, które tam wykonywałam, a które umieściłam w
              referencjach, też tak określiła). Nie była jednak w stanie podać konkretów, a
              ja na każdy jej zarzut miałam argumenty. Okazało się, że próbuję wywrzeć na nią
              i innych pracowników wpływ(8O). Dowodem na to miało być to, że chcę, żeby ona
              mi to podpisała. Powiedziałam jej spokojnie bardzo, że referencje daje się
              nawet sprzątaczce, jeśli o to poprosi i nikt z tego powodu nie ma
              nieprzyjemności, a te referencje to jedyna rzecz, którą dostanę od wydawnictwa
              za ten mój dwutygodniowy staż i że bardzo na tym mi zależy. Zapytałam jej
              również, czy ona boi się, że ja wykorzystam list referencyjny przeciwko
              wydawnictwu? Nie odpowiedziała. Cała rozmowa skończyła się na: "Proszę stąd
              wyjść!!!"
              Koniec końców, potwierdzenia stażu nie mam. Podobno miała to wysłać w zeszłym
              tygodniu, ale jeszcze niczego nie dostałam. Myślę, że chyba nie dostanę. :)
              Ale zadzwonię w środę i zapytam się o to.
              Przykro mi niemożebnie, że niektórzy ludzie, którzy powinni trzymać jakiś
              poziom i mieć klasę, zachowują się poniżej krytyki.

              Ale są też plusy tego stażu.
              1. Spotkałam koleżankę z dawnych lat, ze studiów. Odnowiłyśmy znajomość.
              2. Wiem, co chciałabym robić w życiu, a w związku z tym mam już mocno
              sprecyzowane plany na ten rok (dokończyć studia plus taki jeden kurs we
              wrześniu)
              3. Oczywiście do niewątpliwych plusów należy zaliczyć poznanie wielu miłych i
              fantastycznych osób, pracujących w tej redakcji, z którymi znajomość mam zamiar
              kontynuować.

              Ważne jest też to, że nie czuję się niczym wykorzystana ścierka (bo nie dałam
              się wykorzystać).

              Czyli w sumie to wszystko na plus.

              Pozdrawiam
              Xenka - wieczna optymistka (przynajmniej w dniu dzisiejszym)
              • omango Re: Idę na staż :) 27.04.04, 10:18
                No no, z tym listem to przesada. Jeszcze nie spotkalam sie z tym, ze ktos nie
                chcial tego zrobic, a jeszcze na dodatek punktowal Cie za prace. Ewidentnie
                swiadczy to o braku profesjonalizmu z jej strony, tym bardziej ze wykonywalas
                prace charytatywnie... No chyba ze rzeczywiscie to co robilas ona uwaza za zle
                i dlatego nie chce parafowac...

                Moze jak dla niej jestes za ladna? :-) Moze zabrzmi to glupio i egoistycznie,
                ale ja juz pare razy przejechalam sie na tym, ze jakas kobita utrudniala mi
                prace, bo uwazala ze jestem za ladna (jestem wysoka szczupla klastyczna
                blondynka z dlugimi wlosami :-). I b czesto mi sie zdarza, ze kobiety czuja
                niechec do mnie w momencie poznania (np. w nowej pracy), a dopiero po jakims
                czasie przekonuja sie do mnie. Dlatego raczej staram sie unikac wspolpracy z
                kobietami, z facetami jest duzo latwiej ;-)

                W kazdym razie, nie rezygnuj ze swoich planow, zachowaj swoj dobry nastroj nie
                tylko na dzis, ale i na nastepne dni. Ta kobieta juz zniknela z twojego zycia i
                nie warto dalej zaprzatac sobie glowy ta sytuacja. Grunt to robic swoje!
    Pełna wersja