Forum Praca Praca
ZMIEŃ

      PIERWSZA MOJA PRACA :(

    28.07.04, 20:20
    O grozo...nie ma tak pieknie i bajecznie jak myślałam, współpracownicy
    niezbyt przychylnie nastawieni, kupa nauki, kupa pytan...ale kogo tu pytać
    (często sama w biurze jestem)...do tego praca oddalona 75 km od domu,
    wyjeżdżam o 7 i wracam o 7...no i zdazyła mi sie wpadka, a nawet dwie i to
    strasznie bezmyślne i głupie....przerasta mnie to fizycznie i
    psychicznie...do tego zero szkolenia o rzeczach na które niektórzy żeby
    wykonywac musza mieć licencje a ja sie ucze na klientach metoda prób i
    błedów...pocieszcie mnie jakoś, napiszcie jakie były wasze początki...
      • Gość: Za Re: PIERWSZA MOJA PRACA :( IP: 195.117.30.* 28.07.04, 22:54
        Może Cię pocieszę, nie jesteś sama...

        > O grozo... współpracownicy niezbyt przychylnie nastawieni, kupa nauki, kupa
        pytan...ale kogo tu pytać

        Współpracownicy... zajęłam miejsce pani, która awansowała, pierwszy raz gdy
        mnie zobaczyła, to spojrzała z taką nienawiścią jakbym jej całą rodzinę
        wymordowała. Oczywiście ani słowa się od niej nie dowiedziałam na temat pracy,
        wręcz ostentacyjnie przy mnie zwracała się do mojego kierownika w stylu "niech
        jej pan powie..." albo gdy odbierałam telefon prosiła kolegę, a kolega
        przekazywał że mam zrobić to czy tamto. Jedyne wytłumaczenie, to chyba fakt że
        ja miałam wyższe wykształcenie a ona nie, ale do cholery ona awansowała,
        zresztą za chwilę jeszcze wyżej do innego działu i nie rozumiem do dziś czemu
        okazywała swoją pogardę tak nachalnie.

        Poza tym zaraz na początku akurat dyrektor zadzwonił i zapytał o jakiś szczegół
        techniczny, powiedziałam, że się na tym nie znam, a on na mnie z pyskiem "a kto
        się ma znać, to po cc tu pani siedzi..." Później ja zadzwoniłam do niego z
        jakimś pytaniem (kierownik stwierdził, że tylko on to będzie wiedział) a
        pytanie było czy regulamin przewiduje możliwość czegoś tam, z gatunku tak albo
        nie. No to usłyszałam hasła "co sobie pani wyobraża, jak się nie podoba to po
        co tu pani przychodziła..." itd . Co ciekawe tylko na mnie się wyżywał, wszyscy
        inni pod niebiosa chwalili jaki to miły i uczynny człowiek.
        A najsympatyczniej odnosiły się do mnie sprzątaczki, proste kobieciny, i
        kierownik sprzątaczek - on miał wyższe wykształcenie, zajmował się całym
        działem gospodarczo-zaopatrzeniowym. Kilka osób z zupełnie innej parafii też
        nie widziało we mnie zła wcielonego, tylko że nie mogłam ich poprosić o pomoc w
        pracy. Więc chyba nie ja sama tworzyłam taką wrogą atmosferę, co wiele osób mi
        wmawiało.

        >przerasta mnie to fizycznie i psychicznie...

        Wiele razy na początku szłam do kibla żeby się wypłakać. Jak kierownik
        zauważył, to mi parę razy palnął, żebym nie histeryzowała i żebym nie miała
        pretensji do całego świata... A za pierwszym razem chodziło o to, że wysłali
        mnie na "szkolenie", kóre było spotkaniem kierowników którymś już z kolei gdzie
        mieli przedstawiać jakieś raporty, ja siedzę jak na tureckim kazaniu. Bo po
        prostu nikomu się nie chciało jechać, nie zrobili tych raportów, no to mnie
        wypchali a potem pretensje, bo centrala się upomniała i zwalili na mnie, że ja
        miałam przedstawić raporty, gdy oczywiście nie wiedziałam co jest grane ani
        niczego do przedstawienia nie dostałam. A potem długo jeszcze odchodziły
        komentarze, że tylko wstydu im narobiłam...

        > ja sie ucze na klientach metoda prób i
        > błedów...pocieszcie mnie jakoś, napiszcie jakie były wasze początki...

        Moje doświadczenia są z urzędu, więc przychodzą petenci. Całe szczęście, że
        mnie to nie dotyczyło, ale to była normalna praktyka, że na informację wysyłało
        się zawsze tego nowego, bo to najbardziej niewdzięczna robota. Dziewczyny
        wystraszone, dostały do przeczytania jakieś ustawy i tyle, a tu przychodzi
        petent i sam nie wie czego chce, no i jak tu być jasnowidzem. Kombinowały jak
        mogły, któraś mówiła co wiedziała, któraś odsyłała do innego okienka, któraś
        wertowała i odczytywała ustawy, któraś co chwila dzwoniła do koleżanki... W
        końcu też metodą prób i błędów orientowały się o co może chodzić gościowi, co
        zaczyna rozmowę od "no bo ja tego, brat jest w szpitalu i nie mógł przyjsć, a
        ja nie wiem, kolega mi mówił..."

        W tym urzędzie wytrzymałam trzy lata. Potem się jakoś ułożyło z obowiązkami bo
        w końcu zakumałam co i jak, ale taki nieprzyjemny dystans pozostał. Oczywiście
        zarabiałam najmniej ze wszystkich, na poczatku mniej niż wspomniane
        sprzątaczki. Gdy odeszłam też mieli muchy w nosie, że niby nie umiem
        uszanowoćtego co mam. Pies z nimi tańcował.

        W drugiej pracy zupełnie jak w bajce, od razu się wpasowałam, życzliwość,
        sympatia i obowiązki do których nie musiałam sie wdrażać, bo wszystko szło jak
        po maśle. Ale za dobrze by było. Przyszedł taki moment, że z dnia na dzień
        przerzucili mnie do innego działu. Od razu na głęboką wodę, w największy
        burdel, bo dwie osoby jednocześnie odeszły też z dnia na dzień. Na szczęście
        nie byłam sama tylko z kolegą, który też w tym temacie był całkiem zielony i
        mieliśmy wszystko wyprowadzić na prostą i to "na wczoraj". Też oboje metodą
        prób i błędów. On więcej zbierał połajanek, ale był odporniejszy, robił się
        czerwony na twarzy i klął, ja zasuwałam na najwyższych obrotach, nie spałam po
        nocach, ale nic nie było widać, bo dusiłam to w sobie. Aż w końcu gdy boss
        czepił się o jakąś pierdołę, to nie wytrzymałam, rozryczałam się przy całym
        zarządzie, coś tam nawrzucałam w emocjach w rodzaju że nie jestem maszyną, że
        pewnie dla niego Hitler jest idolem, że jak nie padnę z wyczerpania to się
        zabiję i podobne... Dyrektorzy wielkie gały, bo uchodziłam za osobę wyjątkowo
        spokojną, D mający specyficzne poczucie humoru pokazał za okno i
        powiedział "jak pani umrze to proszę zobaczyć, o w tym ogródku za płotkiem
        zrobimy pani pogrzeb..." wyszłam trzasnąwszy drzwiami. W swoim pokoju zaczęłam
        zbierać rzeczy, bo byłam przekonana że cześć pieśni. W tym czasie naczelny
        złapał kolegę gdzieś na korytarzu i zaczął wypytywać co mi się stało. A kolega
        też się wkurzył i wtedy mu walnął prawdę, że obowiązków mamy za dużo na raz,
        że żąda rzeczy niemożliwych, że jak każe nam zapierdalać, to niech przynajmniej
        nie przeszkadza, niech pozwoli skończyć jedno itd. Dostał zjebę od szefa,
        wrócił cały czerwony, wściekły i przekazał że mam jeszcze pójść do gabinetu, bo
        wyszłam a boss chciał mi coś powiedzieć. Poszłam już bez emocji. A on zaczął
        się tłumaczyć - nie przypuszczał że aż tak się przejmę, bo on już kolegę zna
        wiele lat i wypracował tę metodę zjeb, bo na niego to działa mobilizująco (miał
        rację!) ale przecież to nie było do mnie, że przecież ani razu nie czynił mi
        uwag, że bardzo mnie ceni i tak dalej. Coś tam mu wypomniałam, że wszystkie te
        jego zjeby były po hasłem "wy" więc niech nie wmawia, że to nie było do mnie, a
        oprócz tego dyrektor D ze swojej inicjatywy mi dokuczał, bo najwyraźniej go to
        bawiło... Wylałam jeszcze parę pomniejszych żalów. Wyciągnął z biurka kopertę,
        no już dobrze, naprawdę nie sądziłem... bla bla bla. W kopercie było dwie
        stówy. Przy następnej wypłacie okazało się, że dostałam podwyżkę o następne
        dwie. Kolega też. Huczało w całej firmie, bo takiego przypadku jeszcze nie
        było, że ktoś, kto ośmielił się wyrazić swoje niezadowolenie nie został
        natychmiast wylany (a ja wykrzyczałam się na tyle głosno że pół firmy słyszało,
        na dodatek przesadziłam z tym Hitlerem). A najbardziej wszystkich zadziwiło, że
        dyrektor D przestał nam dogryzać. Od zawsze było mnóstwo skarg na te jego
        głupawe odzywki, nikomu nie przepuścił, wbić szpilę umiał jak mało kto.
        Naczelny wiele razy usiłował go utemperować, prosił, groził, wściekał się, ale
        nie pomagało nic. Znali się jak łyse konie i nawet boss był bezsilny, udzielał
        jedynie dobrych rad "on tak ma, choćbym chciał nic nie poradzę, też mnie to
        wkurza, ale on tak ma". A tym razem gdy się poskarżyłam, to nie wiem jakich
        argumentów szef użył, ale D zamilknął i wobec nas już nie stosował swoich
        zagrań.

        Poprawił się humor?
        Jeżeli tak, to świetnie.
        Ale płacę wkrótce mi obniżono, kolega odszedł, bo znalazł lepszą pracę.
        Dyrektor D odszedł, bo znalazł jeszcze lepszą pracę. Przyszli nowi. Burdel w
        firmie coraz większy, jedynie mój dział działa w miarę sensownie i dlatego co
        rusz to dostajemy nowe obowiązki... Szef jakoś nie ma oporów i dostaję zjeby
        zupełnie bez powodu, tylko że już się uodporniłam, pozostała zaledwie lekka
        nerwica, gdybym teraz spróbowała podskoczyć to dostałabym wypowiedzenie bez
        dyskusji. Rozglądam się za inną pracą tak jak wszyscy...

        Ale i tak mogło być gorzej, no nie?
      • losiu4 Re: PIERWSZA MOJA PRACA :( 29.07.04, 14:17
        anita123451 napisała:

        > O grozo...nie ma tak pieknie i bajecznie jak myślałam, współpracownicy
        > niezbyt przychylnie nastawieni, kupa nauki, kupa pytan...ale kogo tu pytać
        > (często sama w biurze jestem)...do tego praca oddalona 75 km od domu,
        > wyjeżdżam o 7 i wracam o 7...no i zdazyła mi sie wpadka, a nawet dwie i to
        > strasznie bezmyślne i głupie....przerasta mnie to fizycznie i
        > psychicznie...do tego zero szkolenia o rzeczach na które niektórzy żeby
        > wykonywac musza mieć licencje a ja sie ucze na klientach metoda prób i
        > błedów...pocieszcie mnie jakoś, napiszcie jakie były wasze początki...

        ano tak, poczatki bywają trudne. A trudniejsze są, gdy
        współpracownicy/szefostwo niechętne jest. Miałem kiedys takiego kierownika, za
        którym nie przepadałem. Z wzajemnością. Przeniosłem się do innego działu. Ale u
        Ciebie pewnie lepiej pod tym względem... co do gaf: jak najbardziej przypominam
        sobie, że zamówiłem pół tony srubek, bo mi się kolumienki na R-ce poplątały:)
        całe szczęście współpracownicy byli mili i zauwazyli błąd :) Ale co potem
        śmiechu przy piwku było :)

        Pozdrawiam

        Losiu
        • anita123451 Re: PIERWSZA MOJA PRACA :( 29.07.04, 18:51
          No i pocieszyliście mnie :) A oprócz tego, to może wcale nie jest tak
          źle...szef chyba nie jest taki zły, a przynajmniej wyrozumiały jak narazie,
          tylko dobiła mnie troche na poczatku ta samodzielnosć ale niektórzy marza o
          zawodzie gdzie o wszystkim decyduje sie samemu..obym tylko przez ta
          samodzielnosć na poczatku więcej wpadek juz nie miała ;)
          • Gość: lalique Re: PIERWSZA MOJA PRACA :( IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.09.04, 12:59
            Polska to dziwny kraj...
            • robin14hh Re: PIERWSZA MOJA PRACA :( 29.09.04, 23:40
              ja np. za wynagrodzenie stażowe patrz 450zł(zapierdzielam niesamowicie) musze opłacić studia zaoczna ok.300 zł miesięcznie plus matka mnie gania żebym się dożucał do telefonu itp. Jedyna chwila zapomnienia to spotkania w sobote z przyjaciółmi przy piwie!!!
    Pełna wersja