Gość: Magda
IP: *.mlyniec.gda.pl
19.01.14, 01:05
Kilka dni temu rozesłałam swoje aplikacje w odpowiedzi na pięć ogłoszeń, które znalazłam w internecie, na 3 z nich dostałam w następny dzień albo za dwa dni odpowiedź i umówiłam się na dwa spotkania.
Rozmowa nr 1) Na pierwszym ze spotkań powiedziano mi, że mają ileś tam kandydatów i mnóstwo rozmów i że odezwą się za dwa dni wieczorem. Odezwano się w następny dzień wczesnym porankiem, że niby "zapunktowałam" ale bladego pojęcia nie mam czym, bo zachowywałam się jak zawsze. Powiedziałam, że odezwę się z ostateczną decyzją, bo mam jeszcze kilka propozycji, które chciałabym rozważyć. Powiedziano mi, że na spokojnie poczekają (?!) i zaproponowano mi umowę na czas nieokreślony po okresie próbnym.
Rozmowa nr 2) Trochę słaby dojazd, ale zjawiłam się punktualnie. Pani powiedziała, że "wysoko się cenię" po pytaniu o warunki finansowe, potem była już rozmowa bardziej sympatyczna, stwierdzono, że mam "wzorcowe CV i tak powinno wyglądać" (?!). Jednocześnie powiedziano mi, że jednego dnia dostali 40 ofert. Zapytano się czy nie chciałabym się przeprowadzić trochę bliżej ich firmy, bo mam daleki dojazd do nich. Odpowiedziałam, raczej nie wchodzi to w grę. Chciano się umówić na jakiś konkretny dzień (mimo wszystko) na obejrzenie firmy. I ostatecznie, że mam się "przespać" ze swoją decyzją.
Nie wiem co się dzieję, czyżby wszyscy w miarę "normalni" kandydaci wyjechali zagranicę? Nigdy się nie spotkałam na rozmowach z taką desperacją jak teraz...miejmy nadzieję, że wreszcie rynek pracy stanie się rynkiem pracy pracownika.