Gość: agulha
IP: *.acn.pl / 10.131.128.*
20.04.02, 19:51
Wiem, że nie doradzicie mi w mojej konkretnej sytuacji, ale zapraszam do
dyskusji.
Co o tym sądzicie.
Od zeszłego roku pracuję w małej filii firmy zagranicznej. Ma ona jedną wadę
(co gorsza, nie filia, tylko firma matka: ludzi z centrali traktuje się jeszcze
gorzej): jest patologicznie skąpa. Płacą połowę tego, co inne firmy ludziom
robiącym dokładnie to samo, są też ograniczenia w sprzęcie, wydatkach, a także
mało płaci się kontrahentom (przez co są oni mniej chętni do robienia dla nas
tego, co zamawiamy).
Atmosfera w firmie nie jest zła; firma matka jest jeszcze bardziej sympatyczna,
i mówię to bez ironii. Płacą źle, ale jest sympatycznie. Roboty jest dużo, tam
jeszcze więcej, niż tu.
Dlaczego tam się zatrudniłam? Ano plaża na rynku, inne firmy wybrały innych
kandydatów, ja potrzebowałam pracy. Ponadto inne firmy kwalifikowały mnie jako
osobę niedoświadczoną, bo nigdy nie wykonywałam przedtem tego zajęcia NA
ETACIE, a tylko na zlecenie (za to przez 3 lata dla bardzo znanej firmy).
W branży ogólnie nie jest aż tak źle, nawet niedawno miałam propozycję
ubiegania się o pracę w wielkiej firmie naszego rodzaju, gdzie koleżanka o
podobnym doświadczeniu zarabia 2.5 raza tyle, co ja, plus pewne przywileje,
których ja nie mam. Nie chciałam, bo raz, że znacznie dalej do pracy, dwa, że
na razie mam słabą pozycje przetargową (niecały rok pracy etatowej).
Odszedł od nas kolega, przyjęto innego. W naszej wąskiej specjalności nie ma on
doświadczenia, jakkolwiek w szerzej pojętej branży - i owszem, człowiek jest
obyty i kompetentny, nie można powiedzieć. Został przyjęty na okres próbny, ja
jestem już na umowie na czas nieokreślony (przy przejściu na cz.n. dostałam
podwyżkę, chociaż niższą, niż pierwotnie ustalona). Kolega nowy został przyjęty
na równorzędne stanowisko. Przydział pracy ma na razie nieco mniejszy od mojego.
No i właśnie przypadkowo się dowiedziałam (na 100% - po prostu księgowy
zostawił na stole RMUA), że delikwentowi płacą o 1400 złotych brutto więcej ode
mnie, co stanowi równo połowę mojej pensji.
Muszę powiedzieć, że mnie zatrzęsło, ale nie bardzo wiem, co robić...
Na razie mam pewne swoje plany, które powodują, że w miarę pasuje mi pracować
tutaj, poza tym jeszcze nie przeszło mi obrzydzenie po rozmowach
kwalifikacyjnych, gdzie trzeba udowadniać swoją wartość...Tak więc odpada
wariant "znaleźć nowe miejsce i podziękować", albo powiedzieć, że albo duża
podwyżka, albo żegnamy się. Aha - ostatnio przyjęto trzeciego pracownika i
trwało to tak długo i tak nie było z kogo wybrać, że szef nie może posłużyć się
argumentem pt. "za bramą czeka stu chętnych", bo nie czeka. Znaczy chętni są,
ale kompletnie się nie nadają.
Inna koleżanka z większej firmy mówi z rezygnacją, że po pierwsze facetom
zawsze więcej płacą, a po drugie trzeba się z tym pogodzić i już.
Inna podpowiada, że istotne zmiany pensji można wynegocjować
tylko...przychodząc do nowej pracy, a potem są już tylko kosmetyczne zmiany.
Nie chodzi tu tylko o ambicje i poczucie sprawiedliwości, chociaż o nie TEŻ,
ale także o pieniądze. Moja pensja mi nie wystarcza. Wiecznie dorabiam
zleconymi, tylko ta praca pozostawia mi na to mało czasu i momentami mam już
serdecznie dosyć. Po co po 8 godzinach i więcej (liczne wielogodzinne wyjazdy)
jeszcze ślęczeć nad robotą dodatkową, kiedy inni zarabiają tyle, co ja w sumie -
tylko za pracę etatową?
Czekam na komentarze.
Proszę się tylko powstrzymać od uwag typu "w głowie ci się przewróciło"
albo "pomyśl o głodnych dzieciach z Etiopii".