veritas1
10.11.04, 07:10
nie ma prawie takiej pracy bez znajomości... a skąd to wiem ? kilka osób w
mojej rodzinie przepracowało całe życie w
administracji, rządzie, wojsku, kiedyś jeszcze milicji...
po 1989, kiedy wzrosło nagle bezrobocie z liczby 0 do liczby 3 000 000
(obecnie wliczając dzieci rolników mówi się, że więcej jest
w polsce ludzi niepracujących niż pracujących) praca "stała i pewna kasa na
koncie" stała się szczytem mażeń... w czasach gdy
pracodawcy traktują ludzi jak niewolników, albo gorzej jak smieci ludzie
szukają "stabilności", pewności jutra... stąd wszyscy (i
ja też) chcą "do budżetu" który nigdy nie bankrutuje, a zawsze dochód choć
niższy to pewny... ale niestety jak się kończą (lub
się nie ma znajomości) to NIC SIĘ NIE DA ZROBIĆ...
sam od paru już lat na tym forum podawałem konkretne przykłady... człowiek
skończył studia i myślał, że z pracą nie będzie
problemu.. tymczasem kumple po zawodówie mają w sklepie 2 razy tyle co ja
miałem w biurze... niestety piatki w indeksie w tym
kraju nic nie znaczą...
sam z własnych doświadczeń wiem, że np. jak jest jakieś ogłoszenie w
biuletynie służby w "pewnym ministerstwie" i matka dzwoni
zapytać czy ustawione, to pan, który ją dobrze zna odpowiada np. "syn
Xisńskiego skończył wydział Y więc trzeba było wymysleć
etat..."
często to nawet nie jest tak, że jest potrzebna osoba na dane stanowisko...
nie rzadko jest tak, że "czyjś dzieciak" skończył studia i trzeba to
stanowisko utworzyć pod niego... z waszych (ja nie pracuję)
podatków... taki kraj...
jeszcze gdyby nie było tak wielkiego bezrobocia i tylu wykształconych
wspaniałych młodych ludzi, którzy muszą patrzeć jak
zatrudnia się debila z plecami, to by aż tak nie bolało...
przykłady... PKP oficalnie się redukuje, niby nie zatrudniają nikogo, ale...
niektórym się udaje dorwać stołek za 2000,
policja... ile to już o niej było wątków na tym forum.. ludzi z dziwnych
powodów nie zdają testów, wszystko tajne, od niczego nie
można się odwołać... sprawni i inteligentni szukają pracy, a koleś co był
dresem chodzi w mundurze...
wojsko... sam się po studiach 3 razy zgłaszałem na ochotnika, ale "pan nie
jest w wieku poborowym"... no nie dziwne, jak skończyć
polibudę mając 18 lat ???
sam pracowałem w państwowej spółce... absolwenci zapieprzali za 800 zł, jak
się skończyło dofinansowanie to ich wywalano, a
członkowie rady nadzorczej za posiedzenie (de facto za jedzenie ciastek i
picie soczków przez 3 godziny w miesiącu ) zarabiali za
swoją "pracę" po 3-4 tysiące (za jedno, góra dwa posiedzenia rady spółki)...
tacy z "plecami" nie muszą nic umieć, ktoś ich
"wsadzi" do paru spółek... może 12 godzin w miesiącu a na koncie za to 10
tysięcy...
ja też od czasu do czasu ślę jakieś CV, ale tylko wtedy jeśli rodzina dowie
się , że jest chociaż 1 % szans... bo mniej więcej 5 %
tych ogłoszeń jest "uczciwych"... ale 95 % nie...
sam przez 2.5 roku od ukończenia studiów byłem na 2 rozmowach, ale tylko
dlatego, że owe rozmowy miałem załatwione... niestety
ktoś miał większe plecy... choć są dziesiątki tysięcy ludzi co ślą i 500 CV
od kilku lat i nic...
samemu już mi się nie chce nic słać, bo po 2.5 roku bezowocnego słania CV
(zero odpowiedzi) co można powiedzieć ? chyba tyle, że
szlag trafia... zwłaszcza jak widzę gości z podwórka, co mają zawodówę, a
mają 1500 np. za zwykłe stanie w sklepie albo za
cieciowanie... ja na moje 800 musiałem zapie..ć ostro, a ktoś z 4 razy
niższymi kwalifikacjami ma 1500 za siedzenie na krzesełku i
od czasu do czasu podanie komuś klucza...
próbujcie, ale ja sobie biuletyn służby cywilnej odpuszczam... zwłaszcza że
wiem jak to "od środka" wygląda... jest obowiązek dać
ogłoszenie i tyle...
ja za mniej jak 1000 na rękę nie będę pracował... bo już robiłem za 800 i to
nie starczy na samodzielne życie, a nie po to się
pracuje, aby do śmierci z matką w kawalerce siedzieć...
ja też robiłem w spółce skarbu państwa... ale robota była inna...
pracownicy byli podzieleni na dwie kategorie:
- fachowcy, absolwenci; ludzie brani na krótko (max 3 umowy trzymiesięczne)
zapieprzali mocno na swoje 800 zł... jak robiłem
szybko i miałem skończone po 6 godzinach, to jeszcze mi dowalali "żebym się
nie nudził" i nieraz się siedziało 2 godziny więcej...
aż w końcu wywalili, aby wziąć na dofinansowanie nowego absolwenta...
- "swoi" , czyli jakoś tam powiązana stara kadra, ewentaulnie rodzina
prezesa; duże wypłaty, co miesiąc po 500 premii, a ich dzień
to kawka, papieros i narzekanie na "absolwentów", że się wza wolno ruszają...
natomiast ci "swoi" stanowili pod względem ekonomicznym większość kosztów...
popieram to, że połowę urzędników należy wyrzucić (nieraz kilka dni się
dodzwonić nie można, bo paniusie słuchawki poodkładały),
ból polega na tym, że nie zredukuje się tych co trzeba...
u matki w pracy było tak, że np. wywalono fachowca za 3 tysiące, a na jego
miejsce przyszło 4 krewnych królika za 4 tysiące każdy
(dwójka z nich zajmuje się jedynie romansowaniem ze sobą)... więc komórka 2
osobowa rozrosła się do 6 osób... Miller i Buzek
obiecywali zredukować administrację, a jak sam Urban w NIE i gazeta Wprost
przyznają... liczba urzędników od czasu 1997 wzrosła
2.5 raza...
prawda wygląda tak, że przy kilkumilionowym bezrobociu pełno jest
dzieci "prom,inentów" którym trzeba wymyślić etat...
dla mnie też rodzina, hobby, przyjaciele to rzecz najważniejsza... ale...
żyjemy w kraju (jak pokazują ostatnie statystyki)
najbardziej zapracowanym w UE...
we francji czas pracy wynosi bodajże 35 godzin tygodniowo... w
polsce "średni" 44 godziny...
a naprawdę są ludzi co w pracy spędzają nawet 72 godziny (12 * 6 ) tej pracy
starczyło by na dwie osoby... ale muszą ustąpić ze
względu na brak gdzie indziej... nadmiar pracy szkodzi, zawały, nerwice,
pewnie i kłopoty łóżkowe, brak znajomych, alienacja,
człowiek nie w jakie są filmy, kto wydał płytę... potem kobieta odchodzi bo
nie masz czasu na spacer... ale Jaro pomyśl o tym, że
kasa którą masz to szczyt marzeń wielu ludzi, ludzie w tym kraju muszą
pracować za 700 i to nie są jakieś głąby, ale nawet ludzi
po studiach, z językami...
więc sorry, ale nie narzekaj, bo za taką kasę to trzeba "zaiwaniać", coś za
coś... musisz zdać sobie sprawę co jest ważniejsze
"dom" czy "utrzymanie domu" ? "rodzina" czy "utrzymanie rodziny"...
znajdź "środek", tak aby był czas na rodzinę, hobby, kolegów i
aby pieniądze starczyły... ludzie którzy całe życie pracują nie żyją, a potem
część z nich umiera nawet nie wydając tego co
zarobili...
pieprzenie, że w tym kraju jest super, tylko polak jak zwykle niezadowolony...
ja od czerwca 2002 wysłałem kilkaset CV, co tydzień kupowałem gazetę, koszty
tego przez ponad 2 lata + znaczki , koperty,
ksero dokumentów to razem może i ponad 500 zł + 700 na garnitur i buty, a
efekt zerowy...korzystałem z ogłoszeń w necie i
nikt ani razu mnie na żadną poważną rozmowę nie zaprosił ani razu... od
czerwca 2002 byłem łącznie na 7 rozmowach (3 miałem
załatwione po znajomości, 3 to były firmy w stylu YAP (wątek:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=140&w=14140351), czyli ukryta
akwizycja, która zaprasza każdego a co tydzień od 3 lat jest ogłoszenie w GW,
1 rozmowa zakończyła się umową o pracę, ale
tylko dlatego, że pracodawca miał dofinansowanie z urzędu pracy, jak się
skończyło dofinansowanie to mnie wywyalił) więc nie
pieprz, że w tym kraju jest dobrze...
bo wiem z racji pracy rodziny jak wygląda prac w służbie cywilnej, a prywatni
nieraz stosują licytację, kto chce najmniej i
człowiek musi podziękować, bo inni godzą się na 700 (fikcyjne pół etatu
(czyli 4h), a faktycznie 10 godzin dziennie)...
moi znajomi, koledzy po studiach pracę mają dzięki "wujkom", "tatusiom"...
na stanowiska do policji na które starowałem wzięto kolegę, okazało się, że
jego ojciec to ogłoszenie do BSC pisał... to
samo wiem z wojska... jak jest ogł