krzysztofsf
22.04.05, 12:15
Po doswiadczeniach na rynku pracy (nielicznych, bo rekruterzy nie chca ze mna rozmawiac z racji wieku), wpadlem na pomysl, zeby doswiadczenia z relacji praca - pensja rozpowszechnic na sprzedaz innych produktow.
Wchodzimy do piekarniczego, polki zakryte, na wierzchu opisy - chleb przenny, drozdzowka, paczki.
Pytamy
- "Ile kosztuje bochenek chleba baltonowskiego?"
- "A ile chce pan zaplacic?"
- " Zalezy, jaki to chleb?...Ile wazy?"
- "Najpierw niech pan powie, ile pan chce zaplacic, to wtedy pan sie dowie"
- "A jak powiem za malo?"
- " To panu nie sprzedam"
-"Ale chcialbym chociaz widziec ten chleb, zeby moc ocenic ile moze byc wart"
-" Nie powiem. Sam pan wie, ile moze wydac na pieczywo"
-" A czy, jesli cena proponowana bedzie za niska, to bede mogl negocjowac dalej?"
-"Nie. stanie pan obok, wpuszcze nastepnego klienta z kolejki, ktory nie zna pana propozycji i po przesluchaniu wszystkich dam chleb temu, ktory zaproponuje najwiecej. Chyba, ze mi sie nie spodoba, wtedy wybiore innego, bo nie lubie rudych, a chetnie sprzedaja blondynom. Wie pan, rudzi sa falszywi...."
- "Ale ja jestem wlasnie rudy..."
-" to wydaje mi sie, ze nie ma potrzeby, zebu pan czekal dalej. zreszta i tak mi sie pan nie podoba. Inni tyle nie pytaja tylko od razu podaja cene"
- "A mi mowili, ze u pana jako chleb baltonowski, sprzedajecie bochenki 300 gramowe, dlatego chcialem sie upewnic, zeby nie podac ceny odpowiedniej do normalnego bochenka"
-" Chleb, to chleb - nastepny prosze."
Naturalnie przy negocjacjach placowych, podaje "cene" bez az takiej dociekliwosci :)