pawelcio23
08.10.05, 17:48
Dużo narzekania na tym forum na pracę w butikach w centrach handlowych przy
hipermarketach.
Moja historia: zaraz po studiach zatrudniłem się w butiku w centrum handlowym.
Miała to być tymczasowa praca dopóki nie znajdę innej. Właściciel pracownikom
dawał wybór albo większa pensja stała i mniejsza premia, albo mniejsza pensja
ale większa premia.
Butik nowo otwarty - nowa załoga (3 osoby + kierownik butiku). Razem z kolega
ze studiów (który został przyjęty razem ze mną) zdecydowaliśmy się na opcję
mniejsza pensja - większa premia. Ale szybko okazało się, że przy takim ruchu,
jaki był w tym butku wielkich pieniędzy z tego nie będzie.
Ponieważ perspektyw na inną pracę nie było, zaczęliśmy z kumplem kombinować i
na własną rękę szukać klientów większych: firmy, biura, pracownie. Wisieliśmy
na telefonie (firmowym), umawialiśmy się na spotkania i przedstawialiśmy
oferty. Ciężko było do takiej działalności przekonać właściciela butiku, ale w
końcu dał nam tu wolną rękę, bylebyśmy nie zaniedbywali pracy w butiku - więc
wszystko załatwialiśmy poza godzinami pracy. Ale opłaciło się!
Po dwóch miesiącach takiej akcji obrót butiku podwoił się i ciągle rósł, ale
dla nas pojawił się problem, bo ciężko było załatwiać wszystko poprzez butik w
centrum handlowym - wystarczy wspomnieć że np. jakaś firma była zainteresowana
współpracą, chcieli przyjechać, porozmawiać, obejrzeć produkty - a tu co?
zaprosisz ich do butiku przy hipermarkecie? Po wielu namowach i długim oporze
ze strony właściciela butiku, zgodził się, otworzyć nam na mieście małe biuro.
Wcześniej równie ciężko było przekonać go do wystawiania firmom faktur
przelewowych z odroczonym terminem płatności, do kupienia dobrego komputera i
drukarki na której można by drukować oferty itp.
Nie musieliśmy juz siedzieć w butiku, więc było coraz lepiej. Nawiązaliśmy
współpracę z firmami spoza miasta, rozszerzyliśmy ofertę - no i wreszcie
zaczęliśmy lepiej zarabiać - cały czas był układ: minimalna pensja + większa
prowizja od sprzedanego towaru.
Właściciel długo nie mógł się otrząsnąć, bo burzyło to jego dotychczasowe
myślenie o prowadzeniu firmy - dotychczas miał 4 butiki w centrach handlowych
które lepiej, lub gorzej, ale jakoś działały, bez jego zbytniego wysiłku ku
temu, by poprawić sprzedaż.
Kiedy wreszcie się otrząsnął, wynajął na mieście nowe - większe i bardziej
reprezentacyjne biuro, zatrudnił blond laskę jako swoją sekretarkę, urządził
sobie w pysznym stylu gabinet a na drzwiach powiesił złotą tabliczkę: PREZES.
Tak naprawdę nie ma pojęcia, jak to wszytko działa - jego działalność
ogranicza się do nadzoru "kochanych butików", czasem damy mu coś do
podpisania, czasem weźmie udział w jakimś zorganizowanym przez nas spotkaniu z
klientem.
Minął już ponad rok, odkąd ja i kolega zaczęliśmy u niego pracować, nie
siedzimy już w niedzielę w butiku w centrum handlowym i nie rozglądamy się już
za inną pracą, praktycznie jesteśmy niezależni w tym co robimy, bo
właścicielowi zależy tylko na tym, by co miesiąc był jakiś zysk. I tylko na
umowie wciąż mamy 650 zł netto wynagrodzenia zasadniczego :)))))
p.s.
rada dla wszystkich, którzy pracują w butikach:
MOŻE WARTO RUSZYĆ GŁOWĄ I POMYŚLEĆ CO MOŻNA ZROBIĆ WIĘCEJ, ZAMIAST LICZYĆ Z
NIECIERPLIWOŚCIĄ CODZIENNIE GODZINY DO ZAMKNIECIA BUTIKU MAJĄC NADZIEJĘ, ŻE
KIEDYŚ ZNAJDZIE SIĘ LEPSZA PRACĘ.
(rada ta nie dotyczy chyba butików z odzieżą i obuwiem, bo tu raczej ciężko
nawiązać kontakty handlowe z firmami. Chociaż może się mylę...)