Gość: SN
IP: *.244.158.10.rzeszow158.tnp.pl
30.10.05, 13:49
Jak Polak zostaje niewolnikiem
Krystyna i Anna z małej wsi pod Przemyślem odebrały pierwsza wypłatę. Płaczą.
Za dwa tygodnie ciężkiej pracy na farmie po 400 funtów. W dodatku tylko na
papierze. Na rękę mają zaledwie po 200. Reszta poszła na niby-podatki, na
jakieś koszty administracyjne. Każdy normalny człowiek zrezygnowałby z tej
pracy. Ale nie polski niewolnik, któremu pośrednik zabrał paszport, który
ciągle liczy, że zarobi choćby na spłatę długów.
Kornwalia to ponoć najpiękniejsza część Wielkiej Brytanii. Lazurowy ocean,
klify, palmy... Kraina celtyckich mitów, ojczyzna króla Artura. Turyści mówią
o Kornwalii "raj na ziemi". Tak jeszcze 2-3 lata temu mówili o tej części
Zjednoczonego Królestwa również Polacy. W Kornwalii są dziesiątki farm,
zawsze brakowało rak do pracy, więc można tu było zarobić grube pieniądze.
- Wyciągało się lekką ręką po 400-500 funtów na tydzień - wspomina Robert (4
lata w Wielkiej Brytanii, obecnie bezrobotny). - Człowiek miał na wszystko...
A teraz - spluwa - nie ma co gadać. Za dużo się ludzi najechało.
Maleńkie Penzance, wielkości może naszego Łańcuta. Język polski na ulicach
słychać częściej niż angielski. Aż trudno uwierzyć, skąd się wzięło tylu
Polaków. Anglicy żartują: - Został tam ktoś jeszcze w Polsce?
Aż trudno uwierzyć, ze zagęszczenie Polaków w Kornwalii to nic w porównaniu z
tym, co dzieje się w Londynie. Jednak nieliczni znajdują zatrudnienie. Prawie
nikt nie ma jednak pracy uczciwej, legalnej. Większość pracuje za śmiesznie
małe pieniądze na farmach. Daje się wykorzystywać całej rzeczy pośrednikom i
jeszcze wykorzystuje siebie nawzajem.
Polacy pracujący na kornwalijskich farmach nie marzą już o tym, żeby zarobić
na samochód, dom. Marzą, żeby zarobić na spłatę długów, które zaciągnęli,
żeby tu przyjechać. Ci, którzy są już troszkę dłużej, marzą, żeby zarobić
choć na bilet do Londynu, a z Londynu do Polski.
"Załatwianie" pracy
Krystyna i Anna chciały popracować parę miesięcy, wykończyć dom. Obie ciężko
harowały na roli, więc roboty się nie bały. Znalazły ogłoszenie w gazecie.
Zadzwoniły pod podany numer. Mężczyzna obiecał dobre zarobki. Oczywiście nie
powiedział, ile z tych zarobków weźmie pośrednik, ile będzie kosztowało je
zakwaterowanie, ile dowozy z domu do pracy. Wyjechały natychmiast.
Za "załatwienie pracy" wziął po kilkaset złotych od osoby. Cale
to "załatwienie" polegało na podaniu numeru telefonu do angielskiego
pośrednika. Gdyby wiedziały, co je czeka, wyłożyłyby te pieniądze na kurs
angielskiego...
- Pożyczyłyśmy pieniądze, miałyśmy trochę odłożone - wzdychają. - Człowiek
myślał, ze odrobi to w parę dni.
Kobiety wzięły ze sobą 500 funtów, też pożyczone. Pośrednik na miejscu
zażądał właśnie takiej kwoty - niby depozyt za mieszkanie. Zostały bez
grosza. Ale przecież miały szybko zarobić.
Łańcuch pośredników
- Zawieźli nas do biura - wspominają. - Była to byle jak sklecona szopa, w
środku jacyś pijani ludzie. Czułyśmy się jak bydło. Potem zawieźli na do
przyczep kempingowych na kołach. Za dowóz skasowali po kilka funtów.
- Pośrednik, gdy zadzwoni do niego ktoś z pytaniem o pracę, zawsze
powie "Przyjeżdżaj" - mówi Salon, Anglik, od lat pracujący na farmach. -
Każdy nowy pracownik to dla niego czysty zysk. Od razy oskubie go z
pieniędzy, potem każe mu mieszkać w jego karawanach, na czym będzie zarabiał
fortunę. Za zatrudnienie człowieka z Polski czy Litwy dostanie dotację z
Unii, a jakaś praca zawsze się znajdzie.
Polki płacą po 70 funtów tygodniowo za mieszkanie w potwornym ścisku w starej
przyczepie kempingowej. Za te pieniądze miałyby w mieście całkiem przyzwoity
pokój. Ale pracując dla pośrednika, u niego trzeba mieszkać. Nie ma innej
możliwości.
Pośredników w Penzacne jest kilku. Tylko jeden jest uczciwy, ma
zarejestrowaną firmę, opłaca podatki. Wielu z nich ma polskie lub litewskie
żony. To, co robią, przypomina handel żywym towarem. To ludzie mieszkający tu
od lat, mający układy, znający każdego. Wynajmują ludzi farmerom. Farmer
płaci pośrednikowi, a dopiero pośrednik robotnikowi.
Często łańcuch pośredników jest o wiele dłuższy. Zdarza się, ze Polacy
dogadują się z pośrednikiem, że dostarczą mu kilka osób. Wtedy zatrudniony
robotnik pracuje na kilku pośredników.
Taki układ byłby w miarę uczciwy, gdyby nie procent, jaki pośrednik pobiera z
zarobków robotnika. Za uzbieranie worka cebulek (w godzinę można zebrać
takich worków 10-15) farmer płaci 80 pensów. Robotnik dostaje 40. W tamtym
roku było to 60. Za rok będzie może 30, może 20...
Naiwnych nie sieją
Naiwni z Polski zawsze się znajdą... Nasze Polki musiały "na dzień dobry"
oddać paszporty. Niby na... wyrobienie pozwoleń na pracę. To oczywiste
bzdura, bo Polacy nie potrzebują pozwolenia na pracę.
Pośrednicy zwykle trzymają paszport kilka miesięcy. Jeśli nie chcesz oddać
paszportu, to do widzenia.
- I gdzie człowiek pójdzie, jak jest w obcym kraju, języka nie zna? - mówią
Polacy.
- To dlaczego nie pójdziecie na policję? - pytam.
- A to się człowiek dogada? A jak nawet by się dogadał, to pracę straci...
- A po co wam praca, jak i tak nic nie zarabiacie?
- Może coś w końcu dadzą zarobić... Jak tu tak bez grosza z Anglii wracać?
Gdy pierwszy, drugi raz człowiek słyszy takie historie, serce mu się kraje.
Chciałby pomóc. Ale za setnym razem myśli tylko jedno: "Boże, co za idioci!
Jak chcą być niewolnikami, jak się sami o to proszą, niech będą..."
Po co pośrednikowi paszport? Bo wie doskonale, że człowiek bez paszportu jest
bezradny. Nie znajdzie innej pracy, nie ucieknie. Będzie pracował, będzie
przynosił zyski. Będzie współczesnym niewolnikiem.
AGNIESZKA SKARBOWSKA
Super Nowości z dnia 28_10_2005