Gość: Kociol
IP: 212.182.77.*
03.10.06, 09:43
No ciekawe. To znaczy, ze jesli ja na przyklad studiuje filologie polska to
najlepiej od razu powinienem polozyc sie na smietniku bo do niczego sie nie
przydam? Albo moze fuksem uda mi sie zalapac jako akwizytor czy gosc od
marketingu. Gdzie logika. To od razu wywalmy ze szkoly kierunki takie jak
polski (po co czytac, to tylko zajmuje czas ktory moznaby bylo poswieciec na
kursy zawodowe), historia (kogo obchodzi co dzialo sie gdzies-tam, kiedys-
tam) itp. Przyjemnosci kulturalne zostawmy milionerom ktorzy maja czas i
pieniadze zeby zajmowac sie takimi glupotami jak literatura, historia czy
psychologia. Zlikwidowac kierunki humanistyczne na studiach bo seryjnie
produkuja bezwartosciowych pasozytow. Najbardziej rozsmieszyl mnie tekst, ze
ludzie wybieraja kierunki humanistyczne bo sa latwiejsze i nie trzeba borykac
sie z matma. Otoz ja z przedmiotow scislych zawsze byem dobry, nie mam z nimi
wiekszych problemow. Bylem przez rok na polibudzie na informatyce i co?
Rzucilem to, nie dlatego, ze nie dawalem rady tylko dlatego, ze mnie to nie
interesowalo. Teraz studiuje na 3 roku filologii polskiej i wcale nie wiem,
czy przeczytanie i "wykucie" okolo 120 lektur rocznie z samej tylko
literatury, nie licząc przedmiotow pobocznych i gramatycznych jest latwiejsze
niz naucznie sie pochodnych, calek i macierzy. Zapewniam: nie jest prostsze i
zdecydowanie bardziej pracochlonne. I co? Jestem, do cholery, pasozytem bo
nie studiuje na polibudie? Robie to co jest moja pasja, staram sie i nie ide
na zajecia z nastawieniem "o rany... znowu kilka godzin flakow z olejem" - a
tak chodzilem na informatyce. Chcialbym potem pracowac, mam zamiar zrobic
jeszcze dziennikarstwo. Ucze sie jezykow, a jednak... z tego wynika, ze pracy
dla mnie albo nie bedzie albo bede musial zapomniec o swoim "powolaniu" i
nagiac sie do regul rynku i pracowac na jakims niskim stanowisku jako
marketingowiec (o ile doksztalce sie w tym kierunku, bede prezny i
zadowolony, tylko nie wiem z czego). Prosze mnie nie zrozumiec zle, ja nie
mam aspiracji do jakiejs wielkiej kariery zawodowej. Nie zalezy mi na tym,
zeby piac sie w gore i zarabiec po 6,7 tysiecy miesiecznie. Nie jestem takim
typem osoby. Lubie w zasadzie cisze i spokoj. Gdybym dochrapal sie pracy w
ktorej dostawalbym powiedzmy 2 tysiace to niczego wiecej bym po zyciu nie
oczekiwal. Heh, moje marzenie to praca w bibliotece, ale to nierealne bo po
pierwsze wcale nie tak latwo taka dostac a poza tym zarobki rzedu 600zl za co
nawet nie wynajmie sie kawalerki nie wspominajac o utrzymaniu, a jak ktos
jeszcze tak jak ja chcalby zalozyc rodzine to juz w ogole.
Odnosze wrazenie, ze spoleczenstwo, rynek pracy patrzy na "humanistow" z
lekkim zaklopotaniem. Bo niby pozwolili im studiowac, rozwijac
zainteresowania, bo niby w teorii musza byc ludzie przechowujacy "dziedictwo
kulturowe" narodu, wszystko ladnie pieknie, tylko co by tu z nimi zrobic w
praktyce? W rezultacie mruga sie do nich okiem w stylu "dobra jest, jakos to
zalatwimy, przekwalifikujesz sie i bedzie gites". A co jesli ktos nie chce
sie przekwalifikowywac, bo nie po to studiowal 5 lat? Tu wszyscy sa w kropce
i mamrocza cos o pracy za granica itp. Idiotyzm.
W rezultacie bycie "humanista" zaczyna byc czyms wstydliwym. Kiedy spotyka
sie kilku mlodych ludzi mozemy zaobserwowac cos takiego.
- Ja studiuje informatyke - prezy sie jeden,
- Ja sosunki miedzynardowe - rzuca z duma drugi,
- Ja biotechologie - wypala basem trzeci
- A ja... no.. wiecie... takie tam... - mamrocze cos czwarty.
- Co, co? - dopytuja sie.
- Historie - ze wstydem szepcze czwarty i spuszcza glowe. Oni wzruszaja
ramionami i odwracaja sie od niego.
To oczywiscie sytuacja nieco karykaturalna ale cos na rzczy jest, nieprawdaz?
Reasumujac, albo polikwidujcie uniwersytety i zostawcie same polibudy, albo
jesli juz pozwalacie studiowac ludziom takie "glupoty" to nie traktujcie ich
potem jak jakies biedne niedorobki, ktore o tyle moga sie przydac o ile sie
przekwalifikuja. Filolog to filolog i nie robcie z niego ekonomisty. Bo takie
smieszne teksty rzucaja najczesciej ludzie po tych kierunkach "intratnych",
a jestem wsciekle ciekaw, jak by sie spodobala np. programiscie czy specowi
od marketingu uczenie polskiego w szkole. Taki bylby zadowolony i spelniony?
Nawet gdyby dac mu kase rowno z jego zaobkami jako programista? Mysle ze nie.
Teksty o przekwalifikwaniu padaja najczesciej z ust osob, ktore same tego
robic nie musza.
Rozpisalem sie straszliwe, ale musialem to z siebie wydusic.
Jesli ktos mysli podobnie, albo sie ze mna nie zgadza, piszcie!
Pozdrawiam!