joanna.syrenka
15.03.07, 20:33
CO STUDIOWAĆ ŻEBY PRACOWAĆ?
„Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz” – od pokoleń cała polska młodzież
słyszy ten wierszyk, i chyba bierze go sobie do serca – nasz kraj przoduje
bowiem jeśli chodzi o przyrost osób z wyższym wykształceniem.
Okazuje się jednak, że wierszyk może mocno stracić na aktualności – a
przynajmniej powinno się do niego dopisać niejeden „aneks”. Na rynku pracy
nastąpiło bowiem osobliwe zjawisko – dyplom wyższej uczelni może przypadkiem
utrudnić, a nie ułatwić znalezienie pracy. Od wieli lat polskie uczelnie
wyższe – nazwijmy to wprost - zajmują się produkcją bezrobotnych. Efekt tego
taki, że wśród zarejestrowanych osób bez pracy, znacznie zmalała liczba tych z
wykształceniem zawodowym, natomiast z wykształceniem wyższym wzrosła – uwaga –
o 150% w ciągu ostatnich 6 lat!
Jest to efekt m.in. bardzo kiepskiego pomysłu likwidowania zawodówek.
Pracodawcy dosłownie zabijają się teraz o kucharzy, fryzjerów, krawcowe,
budowlańców, tokarzy i ślusarzy – a tych albo nie ma, bo nie ma szkół, które
uczą tych zawodów, a starsi od dawna przebywają za granicą. To był jeden z
podstawowych błędów ostatniej wielkiej reformy edukacyjnej.
Osoby z wykształceniem wyższym, czy średnim ogólnym, przeglądając oferty pracy
z pewnością dostrzegają tę prawidłowość – praca jest! I to od zaraz! Ale albo
dla wyżej wymienionych profesji, albo dla wysokiej klasy specjalistów z
minimum kilkuletnim doświadczeniem w kadrach zarządzających. Dla osób mogących
pracować „gdzieś pośrodku” ogłoszeń jest niewiele, a w tych prawie zawsze
wymaga się jakiegoś wcześniejszego doświadczenia zawodowego w branży.
Pytanie – czy państwo powinno zacząć ingerować w politykę uczelni wyższych?
Czy nie należało by ograniczyć ilość absolwentów jednego kierunku (pedagogika,
zarządzanie i marketing, kierunki humanistyczne i społeczne), a promować te, w
których deficyt pracowników jest najwyraźniejszy (kierunki
inżynieryjno-techniczne). Złudnym wydaje się, by uczelnie same „zmądrzały” i
skończyły „nadprodukcję” bezrobotnych. Z drugiej strony ingerencja państwa
bardzo źle się w Polsce kojarzy. Czy ponownie jesteśmy między młotem a kowadłem?
Jest jeszcze jeden, dość przykry aspekt tej tendencji i dzikiego pędu ku
wyższemu wykształceniu. Osoby bez dyplomu są u nas nikim, traktuje się je
często jak margines społeczny. Trudno niektórym zrozumieć, że kierowca,
konduktor albo magazynier to TEŻ CZŁOWIEK, tyle, że bez (zbędnego nieraz, jak
się okazuje) papierka. Natomiast ambicje niektórych rodziców są wygórowane do
granic możliwości. Trzeba z tym uważać, bo może się okazać, że po pierwsze –
unieszczęśliwia się dziecko, a po drugie, że posiadanie kilku fakultetów
uczelni wyższej niekoniecznie jest kluczem do sukcesu.