markus.kembi
28.02.08, 13:09
Pracy szukam od bardzo dawna, jako bezrobotny zarejestrowałem się w lipcu 2005 roku, ale pracodawcy, który zatrudniłby mnie na stanowisku zgodnym z moim wykształceniem szukam znacznie dłużej.
Trudno mi powiedzieć, ile CV wysłałem/rozdałem, nie potrafię tego oszacować. Nie wiem też, na ilu byłem rozmowach kwalifikacyjnych, ale prawdopodobnie 10 albo 11. Zaskoczyło mnie, że tylko raz pisałem test sprawdzający kwalifikacje - większość interviews ograniczała się do głupich rozmów o niczym. Zazwyczaj zadawano mi pytania-"gotowce" (był tu kiedyś taki wątek "50 pytań najczęściej zadawanych na rozmowach kwalifikacyjnych") i proszono o szczegółowe opisanie, rozwinięcie tego, co napisałem w CV i liście motywacyjnym. Co mnie zszokowało - większość pracodawców/haerówek nie próbowała zweryfikować kwalifikacji deklarowanych przeze mnie w CV (!), tylko w 3 przypadkach próbowano ze mną (ale też na te same tematy) rozmawiać po angielsku - a więc można w CV napisać co się chce, a jeśli nawet to sprawdzą, to dopiero na kolejnych etapach rekrutacji. gdy ci uczciwsi, piszący tylko prawdę, zostaną już odrzuceni.
Mam więc pytanie - czemu mogą służyć takie rozmowy? Czy chodzi po prostu o to, żeby obejrzeć kandydata, zobaczyć, jak wygląda? A może wzywa się go tylko dla formalności? Bo dla mnie to strata czasu i wydaje mi się, że dla osoby rekrutującej również. Dla mnie rzeczą oczywistą jest, że wszyscy kandydaci spełniający minimalne wymagania na dane stanowisko powinni dostać szansę i wszyscy powinni pisać test sprawdzający kwalifikacje, test psychologiczny i dopiero wtedy można spośród najlepszych wybrać tego jednego, jedynego (swoją drogą - niby "brakuje rąk do pracy" a tyle osób na jedno miejsce), wymarzonego kandydata, rozmawiając z nimi i oceniając w ten sposób przydatność dla zespołu.
Tak się zastanawiam, co by było, gdyby również na studia rekrutowano w ten sposób - nieważne oceny i egzaminy, ważne jak kandydat wygląda.