spinelli
14.07.06, 19:06
No wlasnie, dlaczego poznajac rodaka jestem prawie pewna, ze w naszej
pierwszej rozmowie ta osoba widzaca mnie po raz pierwszy na oczy powie cos
negatywnego o "innoskórych"? Malo powiedziec - negatywnego - bedzie to
ponizajace i obrzydliwe.
Czemu sprowadzajac sie w nowe miejsce uslysze niezawodnie cos o
zamieszkujacych te okolice innych rasach?
Jestem swiezo po przeprowadzce - na osiedle, na ktorym wiecej Polakow niz
nie-Polakow. Moim sasiadem zza sciany i plotu okazal sie takze Polak.
W naszej pierwszej rozmowie na laczacym nas ganku poinformowal mnie, ze tu sie
fajnie mieszka, jest spokoj i w zasadzie widzial tylko jednego KAKROCIA. Nie
mialam watpliwosci, ze nie chodzi mu o karlaluchy ale spytalam udajac glupka -
O, to tu sa KAKROCIE? (nawiasem mowiac uwielbiam to spolszczenie).
- No nie tak duzo - mowi sasiad (przekonany, ze ja o tych samych co on kakrociach)
- Tylko jedna rodzina, ale - tu usprawiedliwiajaco - Oni sa tu od poczatku.
No i co w takim wypadku powiedziec? Staremu chlopu, ktory i tak przeciez wie
lepiej? I to nie tylko temu chlopu ale i pani w sklepie i sekretarce u
dentysty i agentowi od nieruchomosci?
Jak im powiedziec ze na ludzi nie mowi sie: kakrocie, skunksy, czarnuchy,
pastowance, smierdziele, podpalance?!
Jak im powiedziec: Jakim prawem wychodzi pan/pani z zalozenia, ze ja mysle tak
samo jak pan/pani?
Zepsulo mi to radosc mieszkania w nowym miejscu - nie wychowam sasiada a
przyjdzie mi spac pol metra od tego pana przez najblizsze kilka(nascie) lat.
(Nasze sypialnie stykaja sie scianami
Szczerze mowiac ogarnia mnie co raz wieksza niechec do polonijnych skupisk.
Wiem, ze to rzecz nie typowo polska ale boli szczegolnie.
Spinelli