bastille
15.01.06, 11:37
Witam,
Podczytuję, ale się odzywam pierwszy raz, więc wszystkich pozdrawiam :o)
Tak się zastanawiam, czy kot w mieszkaniu ma coś wspólnego z marniejącymi
kwiatami. I nie chodzi mi o bezpośrednie działanie tego użyszkodnika :o)
Mam w domu sporo kwiatów od lat - od tropikalnych, po zwykły bluszcz i jakoś
intuicyjnie wyczuwałam, jak je pielęgnować. Było i lepiej i gorzej - ale
kwiatki tylko sporadycznie mi padały, przeważnie z mojej winy - z przelania
bądź przesuszenia.
A teraz, od miesiąca (odkąd wzięłam kotkę do domu) po prostu zaczęły mi
marnieć. Schnąć, żółknąć, więdnąć, plamami się okrywać.
Oczywiście podejrzenie padło na kota :o) Ale trudno kota bezpośrednio winić,
że bluszcz, który stoi od lat w tym samym miejscu (wysoko na szafie) marnieje.
Gdzie jak gdzie, ale tam kot na pewno nie wlazł.
I tak sobie kombinuję, czy to zbieg okoliczności, środek zimy, suchość
powietrza (ogrzewanie centralne) czy też samo 'jestestwo' kota tak zadziałało.
Dla przykładu miałam :o( piękne łosie rogi. A teraz, każdy nowy liść ma
brązowe plamy, a te stare żółkną i jakby gniją... A nic nie zmieniłam w
sposobie pielęgnacji...
pozdrawiam :o)