Dodaj do ulubionych

"Birczanszczina - stradalna zemlja"

22.08.05, 15:48
Książka napisana przez ojca Iwana Łebedowicza, przedwojennego proboszcza z
Birczy, wydana w Filadelfii w 1964 roku.
Obserwuj wątek
    • darino "Birczanszczina" - historia 22.08.05, 16:45
      "Do ziem, które najbardziej ucierpiały w czasie II wojny światowej, należą
      okolice Birczy. Czarę goryczy ma ona dopić do dna, ponieważ, jak dochodzą do
      nas pogłoski, Polacy chcą wyburzyć naszą nowozbudowaną, wielką, bizantyjską
      cerkiew, aby w ten sposób zatrzeć ślady ukraińskiego osadnictwa na tym terenie
      Jako długoletni (przez 22 lata) proboszcz Birczy wraz z sąsiadującymi z nią
      wioskami, chciałbym zachować i przekazać wiadomości na jej temat.
      W przybliżeniu w połowie szlaku, wiodącego z Przemyśla do Sanoka, leży
      miasteczko Bircza. Dawno, za ukraińskich, książęcych czasów, nazywała się ona
      Nowobrid (Nowobród). Ludność nazywała to miasteczko Bircza, a przymiotnik od
      niego "birecki". Już pod tą nazwą, i już jako miasteczko, pojawia się Bircza w
      pierwszej połowie XV stulecia.
      Właścicielami jej byli wtedy przedstawiciele dwóch rodzin wpływowego i bogatego
      rodu Boreckich lub Bireckich herbu Gozdawa. Do nich należały też wszystkie
      pobliskie wioski.
      Dwóch przedstawicieli rodu Boreckich było przemyskimi władykami: biskup
      Atanasij (1445-1467) i biskup Jona (1467-1493). Ten ostatni otrzymał swój tytuł
      za swoje wojskowe zasługi, w tym za walkę przeciw polskiej szlachcie,
      mieszającej się w cerkiewne sprawy.
      Jednak najbardziej znanym z rodu Boreckich był Iwan, znany w historii jako
      kijowski prawosławny metropolita Job. Urodził się około 1560 roku. Od 1604 roku
      był był rektorem Brackiej szkoły w Lwowie, od 1615 roku rektorem
      Bohojawlienskiej szkoły w Kijowie, a od 1618 roku ihumenem Michajłiwskiego
      monastyru. W 1620 roku wyświęcił go na metropolitę patriarcha jerozolimski. Na
      tym stanowisku wsławił się on jako obrońca prawosławnej eparchii przed polskim
      bezprawiem. Był on mecenasem nauki i doradcą hetmana Petra Konaszewicza -
      Sahajdocznoho (1616-1622). W latach 1628-29 działał na rzecz pojednania
      pomiędzy rerkwiami prawosławną i katolicką. Nie zdołał jednak przekonać do tego
      Kozaków. Zmarł w 1631 roku.
      W drugiej połowie XVII stulecia cały majątek Boreckich przeszadł na własność
      Bramińskich, nastepnie w XVIII wieku na rzecz Błońskich i Witskich, w XIX wieku
      Humnickich, a od połowy XIX wieku Kowalskich herbu Habdank.
      Ostatnim z nich był emerytowany generał huzarów, Stanisław Kowalski, przyjaciel
      Fedorowiczów, ukraińskich właścicieli wielkiej posiadłości Wikna, nieżonaty,
      zmarł w drugiej połowie października 1908 roku. Przed smiercią zapisał cały
      swój majątek - pięć dworów - synowi swojego lokaja, Ukraińca, Mykoły Kaciuby z
      Woli Korzenieckiej, Stanisławowi Kaciuba-Kowalskiemu, którego adoptował i
      którego ochrzczono w kościele.
      Największy rozwój Birczy przypada na czasy Boreckich. Dwa razy była ona
      zniszczona i odbudowana. W 1526 roku, podczas wielkiego pożaru spłonęły prawie
      wszystkie zabudowania, łącznie z kościołem i cerkwią. W pierwszej połowie XVI
      wieku zrujnowali Birczę Tatarzy. W późniejszych wiekach Bircza była całkiem
      zaniedbana.
      W latach 1867-1876 była osrodkiem powiatowym i starostwem. Jednak kiedy
      zbudowano szlak kolejowy Przemyśl-Chyrów-Dobromil, starostwo przeniesiono do
      Dobromila.
      Bircza była znana z jarmarków, na które za austriackich czasów, kilka razy do
      roku przyjeżdżali kupcy z Wiednia i Budapesztu po zakup wołów.
      Bircza i jej okolica jest uboga w historyczne pamiątki, bo miejscowe cerkwie i
      inne budowle, zbudowane z drewna, zniszczył ogień lub czas.
      W połowie XIX wieku właściciele Birczy zbudowali pałac w stylu neogotyckim, po
      wojnie zniszczony.
      Bircza, wcześniej Nowobród, była osiedlem czysto ukraińskim. Dopiero na
      początku XVI wieku pojawili się w niej łacinnicy różnego pochodzenia, a w XVII
      wiku - Żydzi. Jednak do końca XVIII wieku Ukraińcy stanowili w Birczy znaczącą
      większość. Po stu latach sytuacja zmieniła się na tyle, że z końcem XIX wieku
      Bircza liczyła około 600 Żydów, 400 Ukraińców i 400 Polaków. Okoliczne wioski
      były jednak przeważnie ukraińskie. Za czasów panowania Polski sytuacja zmieniła
      się jeszcze na gorsze - ludność żydowska wzrosła do 1300 dusz, łacinników było
      do 600, a Ukraińców 372. Wioski, choć łaciński napór był silny, szczególnie ze
      strony polskich dworów, nie poddawały się i stanowiły większość."
    • darino "Birczanszczina" - dekanat Bircza 22.08.05, 17:41
      "Do dekanatu birczanskiego należały nastepujące parafie:
      BEREZKA (Brzuska) - proboszcz o. Ołeksij Biłyk, Ukraińców 2381, łacinników
      1713, cerkwie w Brzusce i Sufczynie, kościół w Sufczynie należał do łacińskiej
      parafii w Birczy
      BIRCZA - proboszcz i dziekan o. Iwan Łebedowycz, Ukraińców 3067, łacinników
      2179, Żydów około 1300, parafia łacińska
      BRZEŻAWA - o. Dmytro Sawka, Ukraińców 1212, łacinników 97, Żydów 21,
      ewangelików 61
      WOJTKOWA - proboszcz o. Petro Galianka, Ukraińców 1886, łacinników około 1000,
      łacinska parafia w Nowosielcach Kozickich, Żydów 214, baptystów 32
      GRĄZIOWA - o. Jewhen Modrycki, Ukraińców 1130, łacinników 210 (kościół), Żydów
      76
      ISKAŃ - proboszcz o. Mychajło Huk, Ukraińców 1364, łacinników 512, Żydów 60
      KRECÓW - proboszcz o. Mykoła Dobrianski, Ukraińców 2338, łacinników 775, Żydów
      46
      ŁOMNA - proboszcz o. Pawło Hamiwka, Ukraińców 1666, łacinników 124, Żydów 61
      LIPA - proboszcz o. Ludwik Haśko, Ukraińców 2490, łacinników 236, Żydów 29,
      ewangelików 12
      LESZCZAWA GÓRNA - proboszcz o. Ihnatij Federkiewicz, Ukraińców 2228,
      łacinników 1348, łacińska parafia w Leszczawie Dolnej
      PIĄTKOWA RUSKA - proboszcz o. Wasyl Szawczuk, Ukraińców 2430, łacinników 210,
      Żydów 142
      TROSTIANEC (Trzcianiec) - proboszcz o. Roman Drymalik, Ukraińców 2132,
      łacinników 231, Żydów 89
      JAWORNIK RUSKI - proboszcz o. Mychajło Wołoszyn, Ukraińców 2235, łacinników
      1068, łacińska parafia w Borownicy, Żydów 154, baptystów 35.
      Razem Ukraińców było 26 579.
      Do okręgu Bircza należała jeszcze parafia TRÓJCA, choć należała do innego
      dekanatu. Ukraińców było tam 2619, łacinników 43, Żydów 34, proboszcz o. Iwan
      Czołacz, mieszkał w Jamnej Dolnej.
      W parafii Trójca proboszczem był przez 30 lat o. Bałko. Była tam drewniana
      cerkiew, która liczyła około 200 lat. W Jamnej Dolnej o. Bałko zbudował nową
      cerkiew i murowany dom parafialny. Obok cerkwi zakupił plac, gdzie zbudowano
      dom spółdzielczy. Spółdzielnię prowadził jego syn - Teofil. Spółdzielnia
      rozwijała się bardzo dobrze i należała do najlepszych. Po kilku latach
      zbudowano obok spółdzielni Narodnyj Dim, w którym mieściła się
      czytelnia "Proswity" oraz filia mleczarni. W Narodnym Domi znajdowała się
      również sala przeznaczona na zebrania i imprezy."

    • darino "Birczanszczina - kultura i oświata do I wojny św. 22.08.05, 22:35
      "Do czasu I wojny światowej, za czasów austriackich, cała ziemia birczańska
      należała do najbardziej zaniedbanych okolic ukraińskiego osadnictwa w Galicji.
      Była ona domeną moskalofilstwa. We wsiach bogacili się karczmarze Żydzi, którzy
      żerowali na ciemnym i rozpijaczonym organizmie miejscowej ludności ukraińskiej.
      W całym birczańskim okręgu sądowym nie było ani jednej czytelni
      Towarzystwa "Proswita", nie mówiąc o innych towarzystwach kulturalno-
      oświatowych czy gospodarczych. Były co prawda założone trzy czytelnie im.
      Kaczkowskiego, w Birczy, Lipie i Jaworniku Ruskim, ale były zwykle nieczynne.
      Jakiś ślad ukraińskiego przebudzenia narodowego zaznaczył się dopiero podczas
      wyborów parlamentarnych w 1907 roku. Wtedy to ukraiński kandydat na posła,
      dyrektor ukraińskiego gimnazjum w Przemyślu Hryhorij Cehliński zdobył u nas
      dużą ilość głosów. Działali już wtedy świadomi i aktywni działacze: bardzo
      ruchliwy wikary z Birczy o. Antin Sawczyn (1907-1908), Dmytro Osadczuk -
      urzędnik skarbowy z Birczy, Stepan Dmytriw zwany "Lipskim" z Rudawki, rolnik
      Stepan Bak - wójt z Jawornika Ruskiego, Strus - wójt z Piątkowej Ruskiej,
      Mychajło Melnyk - wójt z Brzuski, którego wskutek doniesienia Żyda-karczmarza
      powiesili austriaccy żandarmi w 1914 roku, Dmytro Fedkiw - rolnik z Woli
      Korzenieckiej, Mykoła Tyrawski - rolnik z Brzeżawy, Semen Gulik z Malawy, i
      wielu innych.
      W 1913 roku przy pomocy ojca Teodora Sawojki, proboszcza z Siedlisk nad Sanem,
      kołó Dynowa, założono w Birczy kasę pożyczkową. Za zebrane udziały zakupiono
      księgi buchalteryjne i sejf w Wiedniu. Bardzo trudno było znaleźć pomieszczenie
      dla kasy, ponieważ Żydzi i Polacy umówili się, aby nie dopuścic do rozpoczęcia
      działalności, i nie chcieli wynająć lokalu. Ostatecznie znalazło się
      pomieszczenie i urzędnik - student Harasymiuk z Babcza koło Kosowa. Niestety po
      kilku miesiącach zabrano go do wojska na ćwiczenia, z których już nie powrócił,
      ponieważ wybuchła wojna.
      Aby zastraszyć i zniszczyć odwagę do organizowania sobie życia, austriacka
      władza administracyjna, w której byli przeważnie Polacy, aresztowała na
      początku wojny prawie wszystkich ukraińskich kapłanów, świadomych rolników oraz
      inteligentów.
      Miasteczko Bircza zostało bez ukraińskiego kapłana. Starego proboszcza o.
      Ihnatija Hwozdowicza oraz jego pomocnika - o. Wasyla Cichowiasa aresztowano i
      wywieziono do obozu koncentracyjnego w Talerhofie. W czasie ich nieobecności
      ekonomiczne budynki parafii zniszczono, niektóre porozbierano, a w mieszkaniu
      księdza węgierscy żołnierze trzymali swoje konie.
      Przełomowym momentem wzrostu świadomości narodowej i odrodzenia ekonomicznego
      dla birczy i całej okolicy był okres po I wojnie światowej. Duszpasterzami
      prawie wszystkich parafii zostają młodzi, świadomi i sprawni kapłani.
      W samej Birczy osiada adwokat - dr Mychajło Ilnicki, którego Polacy chcieli
      przenieść jako sędziego na rdzennie polskie tereny. Wówczas zrezygnował on ze
      stanowiska sędziego, przeniósł się na adwokaturę i osiadł w Birczy.
      Po śmierci proboszcza Birczy o. Ihnatija Hwozdowicza, administratorem parafii
      na krótki czas został o. Ołeksander Hajdukiewicz. W tym czasie założono w
      Birczy czytelnię "Proswity" i mieściła się ona w mieszkaniu proboszcza.
      W dniu 15 maja 1922 roku objąłem ja probostwo w Birczy. Zastałem je w
      opłakanym stanie. Stara, drewniana cerkiew chyliła się ku upadkowi. Przez
      ściany przezierało światło, a w zimie podczas mrozów było tak zimno, że wino w
      kielichu trzeba było kilka razy rozmrażać. Parafialne budynki były zniszczone.
      Do czasu kiedy udało mi się je naprawić, żebrania czytelni odbywały się w
      stodole. Każde takie zebranie powodowało u proboszcza wiele nerwów, ponieważ
      używano lamp naftowych i ciągle istniało zagrożanie zaprószenia ognia. Takie
      były pierwsze kroki narodowego i religijnego odrodzenia w Birczy."
    • darino "Birczanszczina" - kultura i oświata do II wojny 23.08.05, 08:22
      "Przy zgodnej współpracy okolicznego duchowieństwa założono czytelnie po wsiach
      tak, że 8 grudnia 1935 roku odbyła się w Birczy akademia
      Towarzystwa "Proswita". W części artystycznej wystąpiły trzy chóry: Birczański
      pod dyrekcją Antona Staszczuka - urzędnika sądowego, z Jawornika Ruskiego pod
      dyrekcją o. Iwana Filasa, oraz z Lipy, pod dyrekcją diaka Myrona Hołowy.
      Konferansierką zajmował się adwokacki konspicjent mgr Roman Huhlewicz. W dwa
      tygodnie później 24 grudnia 1935 odbyła się włościańska narada ponad 100
      delegatów z 17 wsi.
      I akademia, i narada odbyły się już w nowo zbudowanym, własnym Narodnym Domi w
      Birczy. Była wnim wielka sala na wystawy i na większe zebrania.
      Budowę Narodnego Dimu wykonał długoletni (ponad 30 lat) burmistrz miasta
      Birczy, Iwan Domiński, który był dobrym i solidnym budowniczym. W narodnym Domi
      znalazły potem przystań organizacje religijne i kulturalno-oświatowe.
      Kierownikien filii Torarzystwa "Proswita" został wybrany adwokat dr Mychajło
      Ilnicki, który przewodził również budowie Narodnego Dimu, a jego zastępcą o.
      Iwan Łebedowicz, proboszcz, który pod budowę Dimu odstąpił działkę należącą do
      probostwa.
      Na naradzie w Birczy uchwalono powstanie następnych 9 kół "Proswity" i w
      krótkim czasie postawiono dla nich w 10 wioskach czytelnie. Tak więc znajdowały
      się one już w większości wiosek, wraz z budynkami.
      Taki wysiłek możliwy był przy harmonijnej współpracy kapłanów po wioskach,
      którzy wszędzie chętnie odstępowali działki pod budowę czytelni. Przy wzroście
      ilości czytelni, filia musiała przyjąć urzędnika, który zajmowałby się
      bierzącymi sprawami, przewodził ich działalności oraz wygłaszał referaty.
      Ostatnim, bardzo aktywnym, szczególnie w organizacji młodzieży, był pan
      Kryweszko, który obecnie żyje w Australii.Nie tylko rych włościański objął
      działaniem ziemię birczańską - praca poszła również w kierunku organizacji
      gospodarczych i spółdzielczych.
      W Birczy założono koło organizacji "Silski Hospodar", które, po powstaniu kół
      wiejskich, awansowano na filię. Głową filii został wybrany o. Iwan Łebedowicz,
      a zastępcą o. Ołeksyj Biłyk, proboszcz Brzuski. Filia "Silskoho Hospodara"
      sprowadziła na jakiś czas inżyniera-agronoma, który jeździł po wioskach,
      zakładał koła, wizytował pola, przygotowywał fachowe referaty, słowem działał
      na rzecz podniesienia kwalifikacji rolników.
      Równocześnie z kierunkiem gospodarczym rozwijała się i spółdzielczość -
      powstała spółdzielnia spożywcza i oraz mleczarska organizacja "Masłosojuz".
      Obydwie działały w Birczy oraz okolicznych wsiach. Również w tych organizacjach
      działali prawie wszyscy ukraińscy kapłani. Chciałbym tutaj wspomnieć wielkiego
      entuzjastę ruchu spółdzielczego, w którego parafii działało kilka spółdzielni -
      o. Mychajła Zaworotiuka, wtedy proboszcza w Jaworniku Ruskim, który dużą część
      swojej pracy poświęcał spóldzieliom, i który zbudował piękną stylową cerkiew w
      Żohatynie. Przeniesiony później na parafię koło Jarosławia, został uwięziony
      podczas pierwszej inwazji bolszewików, i zmarł w więzieniu."
    • darino Birczanszczina - kultura i oświata do II wojny II 29.08.05, 18:49
      "Nie zaniedbano także i pomocy ukrainskiemu prywatnemu szkolnictwu. Dla tego
      celu zakładno, przynajmniej w większych i bardziej świadomych wioskach, koła
      organizacji "Ridna Szkoła", a w Birczy założono jej rejonowy ośrodek, którego
      ja byłem przewodniczącym. Do czasów I wojny swiatowej na terenie Ziemi
      Birczanskiej funkcjonowało jedenaście państwowych jednoklasowych szkół. Za
      czasów polskiej okupacji (dwudziestolecie międzywojenne - przyp. darino) nie
      została ani jedna ukraińska szkoła. Przemienione je na polskie, lub tak zwane
      utrakwistyczne, w których, ponieważ nauczycielami byli Polacy, były w istocie
      polskimi. Nauczycieli ukraińskich było w sumie jedenastu w całym okręgu.
      Byli to następujący nauczyciele: w Leszczawie Górnej - małżeństwo Krent, w
      Brzeżawie - małżeństwo Dackowie, w Żohatynie - Maria Haśko, w Łomnej - Natalka
      Sabaraj, w Rudawce - Stefania Wesołowska (po mężu Bałko), przeniesiona później
      do Birczy, w Brzusce - Maria Olszańska, po mężu Kozij.
      Nie zanedbano również pracy nad podniesieniem religijnego i kulturalnego
      poziomu kobiet. We wszystkich parafiachbyły założone oddziały religijnego
      towarzystwa "Apostolstwa Modlitwy". W każdym miesiącu odbywały się zebrania, na
      których omawiano miesięczne plany, zdawano raporty z ich wykonania, jak również
      religijne i parafialne potrzeby. Oprócz tego na takich spotkaniach wygłaszano
      referaty na różne tematy, jak higiena, ogrodnictwo, mleczarstwo, wychowanie
      dzieci, słowem, wszystkie sprawy znajdujące się w kręgu działania kobiet. W
      długie jesienne i zimowe wieczory dziewczęta i młode kobiety spotykały się
      w "Narodnych Dimach" i uczyły się wyszywania, śpiewania religijnych i
      narodowych pieśni, kulturalnych dyskusji i gospodarstwa domowego. Żeby nie być
      gołosłownym, podam kilka przykładów: w Iskani Zinowia Hukowa prowadziła
      organizację "Związek Ukrainek", prowadziła tam kursy kucharskie, uprawiania
      warzyw, hodowli drobiu, szycia itp. W cerkwi wyszywano chorągwie i ozdobne
      obrusy. Zamiast w miejskiej tandecie, dziewczęta i chłopcy na uroczystości
      przychodzili w wyszywanych koszulach. Z ulic zniknęłu sprośne przyśpiewki, a
      pojawiły się narodowe pieśni. Podobną działalność prowadziły w Brzusce Marija
      Biłykowa, a w Leszczawie Górnej Marija Federkiewiczowa.
      Do najważniejszych problemów do rozwiązania w Birczy, należała budowa cerkwi.
      Już poprzedni proboszcz, przed I wojną światową, czynił przygotowania do budowy
      świątyni. Zebrano połowę funduszy na budowę cerkwi i przygotowno nawet część
      materiałów budowlanych. Podczas wojny wszystko to przepadło. Pieniądze straciły
      całkowicie wartość, a materiały budowlane zarekwirowano na naprawę dróg.
      Po wojnie nie zastałem więc ani złamanego grosza w kasie, ani żadnych
      materiałów budowlanych, przepadły także plany budowy. Zderzyłem się też z dużą
      niewiarą ludzi. W całym mieście nie było też odpowiedniego placu na budowę
      nowej cerkwi.
      Jedynym miejscem, jakim rozporządzaliśmy pod budowę cerkwi, było w tym czasie
      stare koryto Stupnicy, od którego rzeka się odsunęła.
      Przyszło nam robić wykopy i bić fundamenty o głębokośći 5 do 6 metrów, aby
      dostać się do twardego gruntu. Woda z obecnego koryta rzeki zaczęła podsączać
      się spodem do zrobionych wykopów, aż musieliśmy je osłonić żelbetonową ławą, na
      którą zużyto 5 wagonów cementu, który trzeba było sprowadzać z Przemyśla
      konnymi wozami. W okolicy nie było cegielni. Musieliśmy zbudować specjalne
      polowe cegielnie, do których trzeba było dostarczać drewno na opał, a i cegłę
      na plac budowy trzeba było wozić mizernymi konnymi zaprzęgami. Wszystkie te
      prace i nadzór nad budową odbywały się pod moim bezpośrednim nadzorem."


      • darino polowe cegielnie 12.02.06, 15:48
        > "W okolicy nie było cegielni. Musieliśmy zbudować specjalne
        > polowe cegielnie, do których trzeba było dostarczać drewno na opał, a i cegłę
        > na plac budowy trzeba było wozić mizernymi konnymi zaprzęgami. Wszystkie te
        > prace i nadzór nad budową odbywały się pod moim bezpośrednim nadzorem."

        Zainteresował mnie ten fragment o polowych cegielniach, które zbudowano na
        potrzeby budowy cerkwi w Birczy.
        Czy zauważyliście może jakieś wykopy będące pozostałościami po tych
        cegielniach ?
        Ja pamiętam dwie - w miejscu gdzie stoi dom pana Segelina (na wprost bramy
        dawnego POM), oraz po sąsiedzku, nad domem pana Krajewskiego (stał tam nawet
        duży mieszalnik do gliny).


        • tyrawa polowe cegielnie - Glinka 14.02.06, 18:17
          Wydaje mi sie, że takie wykopy były tez na Glince, ale równie dobrze mogły to
          być pozostałosci po hucie szkla, która stała gdzies w tym rejonie ?
          A kiedy powstała cegielnia na Woli Korzenieckiej ?
    • darino Birczanszczina - kultura i oświata do II wojny III 29.08.05, 19:33
      "Dnia 21 września 1925 roku odbyło się poświęcenie fundamentów nowej cerkwi.
      Poświęcenia dokonał sam przemyski władyka kir Jozafat Kocyłowski. To miało być
      wielkie wydarzenie dla całej Ziemi Birczańskiej. Uroczystośc została doskonale
      przygotowana, spodziewano się wielkich tłumów wiernych, planowaliśmy zebrać
      duże fundusze na budowę cerkwi. Jednak w dniu poświęcenia zaczął padać rzęsisty
      deszcz i podczas samego święcenia fundamentów lało jak z cebra. Z takimi i
      innymi przeszkodami musiałem walczyć podczas budowy cerkwi. Plany budowy
      wykonał inżynier Ewhen Hahirnyj z Lwowa. Cerkiew miała być długa i szeroka na
      32 metry, a jej wysokość sięgać miała 36 metrów, zaprojektowana była w stylu
      bizantyjskim. Budowa trwała, pośród różnych przeciwności, od 1924 roku do 1939
      roku. W 1939 roku położony był na głównej bani dach żelaznej konstrukcji. Te
      prace wykonała Kooperatywa Inżynierskich Robit (KIR) z Lwowa. Koszty budowy
      obliczone były na 150 tysięcy polskich złotych (wtedy za 100 kg żyta płacono 5
      zł). Budowa ciągnęła się tak długo dlatego, że każdego roku starałem się
      podciągnąć kilka metrów muru w górę przez lato, a w zimie znowu zbierać
      fundusze na dalszą budowę. Do 1939 roku było to 150 tysięcy złotych gotówką.
      Przed samą II wojną światową, promienie słońca w dzień, a księżyca w nocy,
      odbijały się od pokrytej białą blachą kopuły bireckiej cerkwi.
      Przerażeni parafianie, pamiętający I wojnę światową, przychodzili do mnie
      prosić o zdjęcie blachy z kopuły, obawiając się, że przyciągnie ona samoloty i
      bombardowania. Z uśmiechem na ustach odprawiłem ich mówiąć, że Matka Boża,
      której cerkiew jest poświęcona, ich obroni.
      Z obawy, aby nie zamieniono cerkwi na magazyn podczas pierwszego przyjścia
      bolszewików w 1939 roku, pobudowano prowizoryczny ołtarz i przeniosłem się z
      odprawianiem Mszy świętej do nowej cerkwi, choć nie była ona jeszcze
      wykończona, i brakowało sklepień. Jednak rola magazynu jej nie ominęła. Po
      odejściu Niemców w 1944 roku i po przymusowym wysiedleniu Ukraińców z ich
      pradawnych ziem, zrobiono w cerkwi magazyn drewna, a teraz, jak donoszą wieści,
      chcą ją rozebrać, ponieważ, jak mówią stoi na przeszkodzie budowy mostu i
      poszerzenia drogi".

    • darino ochronka Sióstr Służebnic 30.08.05, 15:21
      Ochronka Sióstr Służebnic Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny -
      Nieporocznoho Zaczatja Preczistoj Diwy Mariji.

      Wielkim dziełem dla rozwoju życia religijnego w samej Birczy i okolicy, a tym
      samym postawienia zapory latynizacji i polonizacji, było założenie ochronki
      Sióstr Służebnic NZPDM.
      Było to 20 wrzesnia 1925 roku. Jego Świętobliwość kir Jozafat Kocyłowski
      przybył do Birczy, aby poswięcić fundamenty nowej cerkwi. Dłudo zasiedzieliśmy
      się wieczorem przy przyjemnej rozmowie z władyką w towarzystwie ojca Teodora
      Sawojki, proboszcza Siedlisk nad Sanem, oraz inżyniera Ewhena Nahirnoho. Około
      godziny 11 wieczorem, a wieczór był przyjemny i księżycowy, władyka wyszedł na
      ganek. Na górce obok probostwa stał dom nazywany "stara poczta". Władyka
      zapytał mnie, do kogo ten dom należy. Kiedy odpowiedziałem, iż właściciel tego
      domu mieszka we Lwowie, wtedy powiedział: "To byłoby dobre miejsce na ochronkę.
      Jakby było kiedyś na sprzedaż, proszę mnie zawiadomić".
      Od tego czasu minęło kilka lat. Jednego razu, w środę, dzień targowy, wróciłem
      z nauki religii w szkole w Starej Birczy. Kiedy już skręcałem w ulicę do domu,
      podszedł do mnie mój parafianin i powiedział: "Jegomość, będziecie mieli
      sąsiada. "Starą pocztę" kupuje Żyd, handlarz końmi, po południu podpisują w
      sądzie kontrakt".
      Wypytawszy się, kto jest pośrednikiem, poszedłem zaraz do niego i poprosiłem o
      przesunięcie transakcji o kilka dni, bo chciałbym kupić nieruchomość dla
      parafii. Ponieważ pośrednikiem i urzędnikiem sądowym był nasz parafianin -
      Antin Staszczuk, zgodził się na to.
      Następnego dnia pojechałem do Przemyśla do naszego władyki i powiadomiłem go o
      możliwości kupna nieruchomości pod ochronkę. Władyka dał mi 50 dolarów i
      powiedział: "Jak będziecie jechać podpisać kontrakt, wstąpcie do mnie po resztę
      pieniędzy na zapłacenie domu i pola."
      Żeby nie tracić czasu, w następnym tygodniu we wtorek pojechałem do Lwowa. U
      notariusza Rastawieckiego spisaliśmy umowę kupna i sprzedaży. Wszystko musiało
      być przeprowadzone bardzo szybko, bo gdyby dowiedzieli się Polacy, nie
      dopuściliby do transakcji.
      W 1928 roku przyjechały do Birczy cztery Siostry Służebnice: siostra Petronela -
      pochodząca z Drohobycza, siostra Martynijana - opiekunka dzieci, siostra
      Kyryła - do prowadzenia gospodarstwa, i najmłodsza, siostra Epistymia.
      Formalne otwarcie ochronki nastąpiło 15 kwietnia 1929 roku. Do południa
      zbierały się tutaj dzieci w wieku przedszkolnym, a po południu szkolne. Siostry
      przygotowywały dzieci do Pierwszej Komunii, prowadziły próby przedstawień,
      organizowały potańcówki dla dzieci. Z wychowanych przy ochronce dzieci wyrośli
      pomocnicy do pracy w czytelniach oraz przy cerkwi. Pod przewodnictwem Kostia
      Melnyka, późniejszego wójta, brali udział w przygotowywaniu przedstawień,
      festiwali i zabaw, z których dochód był przeznaczony na budowę cerkwi. Do nich
      należały liczne rodziny Kuników, Kostyszynów, Demkowiczów, Petryszaków,
      Melnyków, Hołowów i innych.
      • darino gdzie leży "stara poczta" ? 30.08.05, 15:33
        Jest to dla mnie zagadka. Ponieważ budynek probostwa znajdował się
        przypuszczalnie w połowie obecnej ulicy płk. Kotarby, nad potokiem Mielnicze, a
        władyka z ganku patrzył na budynek "Starej poczty" w górę, więc przypuszczam,
        że może chodzić o "Koci Zamek" - czy to możliwe ?
    • darino krwawe Zielone Świątki w Kuźminie w 1939 roku I 31.08.05, 16:59
      "Po pierwszej wojnie światowej, podzielona między 5 obcych państw, najcięższej
      doli doznawała największa część Ukrainy, która dostała się pod okupację
      strasznego bolszewickiego reżimu. Zarówno sztucznie wywołany głód, jak i
      fizyczna likwidacja Ukraińców, przyniosły kilka milionów ofiar, jak opowiadali
      uciekinierzy, którzy schronili się za zachodnich ziemiach ukraińskich w latach
      1939-41.
      Jednak i pod innymi zaborami nie żyło się ludności ukraińskiej słodko. Dużą
      część ukraińskich ziem zajęła Polska. Ta nasza sąsiadka, której dewizą było
      zawsze "zniszczenie Rusi", prowadziła w tym samym kierunku swoją misję.
      Pozbawiła Ukraińców własnego szkolnictwa, nie dopuszczała Ukraińców do posad
      państwowych, wysyłanie ukraińskich nauczycieli na zachód, na Mazury,
      ekonomiczna ruina chłopstwa, spowodowana nieodpowiednią gospodarką, kolonizacja
      ukraińskich ziem przez Polaków, zakaz sprzedaży Ukraińcom ziemi pochodzącej z
      parcelacji wielkich majątków, sławna pacyfikacja, podczas której zniszczono
      wiele kooperatyw i instytucji kulturalno-oświatowych, tępiono ukraińską
      inteligencję.
      Niestety, w niszczeniu kultury ukraińskiej dużą rolę odgrywało polskie
      duchowieństwo. Starało się ono wszelkimi sposobami, przy pomocy polskiej
      administracji i policji, przeciągać na obrządek rzymskokatolicki naszych
      wiernych, co w tamtych czasach było równoważne z utratą ukraińskiej tożsamości.
      W okręgu przemyskim jeden z polskich kapłanów, Miodowski, zastosował inną
      sztuczkę. Stworzył on "Związek Szlachty Zagrodowej" i organizował w ziemi
      przemyskiej, dobromilskiej i birczańskiej stanice "szlachty", oraz różnymi
      obiecankami i podarunkami demoralizował naród, aby przyjmując do szlachty,
      przeciągnąc ich na wiarę rzymskokatolicką i język polski.
      W tym dziele pomagały mu miejscowe polskie czynniki - policja śledziła wszelkie
      przejawy życia społecznego - nawet spotkania towarzyskie. Przypominam sobie,
      jak 21 listopada 1937 lub 1938 roku, w dzień imienin doktora Mychajła
      Ilnickiego, adwokata z Birczy, w czasie uroczystej kolacji na zewnątrz pod
      oknem pokoju siedział polski policjant i podsłuchiwał rozmowy gości.
      Im bliżej wojny, tym szykany stawały się coraz przykrzejsze. W 1939 roku Polacy
      zaczęli zabierać ukraińskie katolickie cerkwie.
      Nie było tajemnicą, że w wioskach, gdzie była ludność mieszana, a nie było
      kościoła, Polacy szukali po naszych cerkwiach, czy nie ma jakiegoś łacińskiego
      napisu, albo polskiego grobowca, aby wysunąć pretensje do odebrania cerkwi.
      Pierwszą próbę w ziemi birczańskiej zrobiono w wiosce Kuźmina. Wieć ta leżała
      przy gościńcu, który prowadził z Sanoka do Przemyśla. Na skrzyżowaniu gościńca
      i drogi, która prowadziła w kierunku Roztoki, odpustowej miejscowości słynącej
      z cudownej ikony Matki Boskiej, oraz w kierunku Trzciańca, była zbudowana
      drewniana cerkiew, a obok niej mały murowany kościółek. Wierni obrządku
      łacińskiego, głównie Polacy, należeli do parafii w Tyrawie Wołoskiej, a
      Ukraińcy należeli początkowo do parafii w Leszczawie Górnej, a przed II wojną
      światową przeniesiono ich do parafii Kreców, gdzie proboszczem był ojciec
      Mykoła Dobrianski.
      Dr Stepan Nawrocki, poseł do Sejmu z 48 okregu wyborczego (Przemyśl, Jarosław,
      Jaworów), który z polecenia Ukraińskiego Klubu Parlamentarnego badał sprawę
      Kuźminy, pisze w "Ukraińskich Wistiach" (Edmonton, 1958) pod tytułem "Krwawy
      zielonoświątkowy poniedziałek" tak:
      "Na podstawie zgromadzonych cerkiewnych dokumentów wsi Kużmina, w celu
      interpelacji w Sejmie, zbadałem dzieje tej świątyni. W 1807 roku dziedzic
      Kuźminy, Adam Kowalski, ożeniony z sierotą po kapłanie greckokatolickim,
      rozpoczął budowę polskiego kościoła w Kuźminie, która w tym czasie była
      zamieszkana w przewadze przez ludność polską. Jednak po zbudowaniu ścian
      kościoła daremnie oczekiwał na obiecaną pomoc finansową od swoich polskich
      parafian. Pokłóciwszy się z "kościelnym" komitetem, zwrócił się on do
      grekokatolickiego proboszcza Tyrawy Wołoskiej z propozycją, aby w oparciu o
      materialne zasoby parafii Tyrawa i ukrainskich mieszkańców Kuźminy, ukończyć
      budowę Domu Bożego, już jako cerkwi. Zobowiązał się przy tym zapisać plac wraz
      z budynkiem na rzecz parafii w Tyrawie Wołoskiej, jako cerkiew filialną.
      Doszło do porozumienia, dokończono budowę i poświęcono cerkiew, a pan Kowalski,
      dotrzymując słowa, przepisał własnośc placu i budynku. To stało się 17 lutego
      1809 roku".

      • piotrzr w Kuźminie w 1939 roku 14.09.05, 16:41
        Tekst bardzo ciekawy - szczególnie we fragmencie dotyczącym przyczyn sporu o
        kuźmińską cerkiew.
        Ciekaw jestem czy owe wspomnienia są na internecie - czy też przisujesz z
        jakiegoś źrodła ???
        Bardzo prosze o info .... no i ciąg dalszy
        Zapraszam jak zawsze do rzeszwskich "grekokatolików..." na forum Rz-ów
        • darino Re: w Kuźminie w 1939 roku 14.09.05, 21:14
          Książeczka zosała sprowadzona w dwóch egzemplarzach: upowiec ściągnął ją z USA,
          a ja z Kanady.
          W miarę wolnego czasu tłumaczę ją z ukraińskiego (a przynajmniej staram się
          tłumaczyć posiłkując się słownikiem) i wpisuję na forum.
          Ciąg dalszy nastąpi ...
          Pozdrawiam wszystkich czytelników !
          • arges Re: w Kuźminie w 1939 roku 14.09.05, 22:24
            Bardzo interesujące są te wspomnienia. Szkoda, że ten świat już przeminął i
            chyba nigdy nie powróci. Wiem, że to brzmi trywialnie, ale to prawda.
            Nie chcę rozpoczynać kolejnej dyskusji na zasadzie wypominek Wołyń -
            akcja "Wisła" itd., ale czytajac coraz to więcej, utwierdzam się w przekonaniu,
            że pomiędzy Polakami i Ukraińcami zaczęło się psuć o wiele wcześniej...
    • darino krwawe Zielone Świątki w Kuźminie w 1939 roku II 15.09.05, 20:46
      „Chciałbym zaznaczyć, że sama nazwa „Kuźmina” wskazuje na ukraińskie
      pochodzenie tej wioski. Poza tym cerkiew w Kuźminie była uposażona w grunty
      rolne, co wskazuje, że znajdowała się tam , wcześniej niż w innych wioskach,
      grekokatolicka parafia.
      Oznacza to, że Polacy stanowili element napływowy, albo byli to „zlatynizowani”
      Ukraińcy.
      Polska władza po I wojnie światowej zadbała o to, aby nadać osadzie czysto
      polski charakter. W szkole wprowadzono polski język wykładowy, Kuźmina została
      centrum zbiorczej gminy, a tym samym siedzibą polskiego wójta. Wprowadzono
      tutaj również posterunek polskiej policji państwowej, znajdował się również
      polski, szowinistyczny dwór.
      Wszystkie te czynniki starały się zdusić wszystko, co ukraińskie, i dlatego
      praca organizacyjna z naszej strony była bardzo utrudniona. Solą w oku Polaków
      była ukraińska cerkiew katolicka, do której dojeżdżał z Krecowa odprawiać msze
      proboszcz ojciec Mykoła Dobrianski. Utrzymywał on ludność przy Cerkwi i
      narodowości ukraińskiej.
      Czynniki polskie postanowiły więc zniszczyć więc tę twierdzę ukraińskości.
      Naprzeciw tym oczekiwaniom wyszedł polski proboszcz z Tyrawy Wołoskiej. W
      podstępny sposób wyłudził klucze do cerkwi od kościelnego i dwóch starszych
      braci., aby odprawić mszę, i po mszy już kluczy nie oddał, mówiąc : „Wynoście
      się z naszego kościoła, zabierajcie swoje rzeczy, bo je powyrzucamy. Kościół
      nasz, dość waszego świętokradztwa.” Tak się i stało.
      Na Zielone Święta, 28 czerwca 1939 roku, ojciec Mykoła Dobrianski, proboszcz,
      wybrał się z procesją z Krecowa do Kuźminy, aby odprawić tam Mszę Świętą, ale
      do cerkwi dostać się nie mógł. Wejścia do cerkwi strzegli uzbrojeni „strzelcy”,
      a cerkiewne wyposażenie było porozrzucane przed cerkwią.. Wieść o tym szybko
      rozeszła się po sąsiednich wioskach, dochodząc nawet pod Przemyśl.
      Siłowe zabranie cerkwi w Kuźminie wywołało równie silną reakcję okolicznej
      ludności. W przeciągu jednej nocy zmobilizowała się młodzież okolicznych
      wiosek. Pod dowództwem byłego chorążego UHA Skrehoty, pochodzącego z ziemi
      przemyskiej, zaatakowała strzelców broniących dostępu do cerkwi. Wywiązała się
      walka, która trwała od rana aż do popołudnia.
      Około 3 godziny po południu strzelcy otrzymali posiłki z Chyrowa, Dobromila, a
      nawet ze Lwowa – przyjechały 2 pełne autobusy żandarmerii. Ukraińska młodzież,
      nie mając broni, dotrzymać pola nie mogła. W wyniku tej walki zginęło 2
      Ukraińców, a po stronie polskiej był 1 zabity i 4 rannych, w tym jeden ciężko.
      Żandarmeria rozpoczęła pacyfikację wsi. Ukraińska ludność wsi rozbiegła się po
      polach. Żandarmeria zaczęła chodzić po chatach, wywlekała kobiety i dzieci,
      przesłuchiwała i biła gumowymi pałkami. Oczywiście bito też silnie mężczyzn
      odnalezionych w różnych schowkach.
      Do Birczy przybiegli do mnie posłańcy, jednak mnie nie zastali, bo odprawiałem
      mszę w Kotowie. Zgłosili się więc do kancelarii adwokackiej dr Mychajła
      Ilnickiego, którego zastępował jego pomocnik, dr Mykoła Kebuz. Zwrócił się on
      od razu z tą sprawą do dr Stepana Nawrockiego, adwokata z Przemyśla, który był
      ukraińskim posłem do Sejmu.
      Dr Nawrocki pisze o tej sprawie tak: „ Jedziemy do spacyfikowanej wsi.
      Następnego dnia – 30 czerwca o 10 rano wyjechaliśmy z Birczy, otrzymawszy od
      miejscowego lekarza, dr Kozija, zapewnienie, że po ordynacji i wizycie domowej
      ciężko chorego pacjenta, przyjedzie również do Kużminy w celu sporządzania
      obdukcji lekarskich, które były potrzebne do wniesienia pozwów sądowych, oraz
      do interpelacji w Sejmie.
      Kiedy już zbliżaliśmy się do Kuźminy, w życie ukazała się czyjaś głowa i się
      schowała. Zaczęliśmy machać rękami i wołać. Postać zbliżyła się, upadła na wóz
      i zapytała: „Wy, panowie, może komisja ? Jedziecie do Kuźminy ? A może wy
      lekarze – zobaczcie jak mi plecy pobili z powodu, że podobno ja, kościelny,
      namawiałem chłopców do bójki.” Jednocześnie podniósł koszulę i zobaczyliśmy
      ciemnoniebieską lewą część pleców i bok. Pocieszyliśmy staruszka, poprosiliśmy
      aby czekał w tym miejscu na dr Kozija, którego on znał. Zapisaliśmy jego
      nazwisko – Wasyl Ołenczuk, i ruszyliśmy dalej .”
    • darino krwawe Zielone Świątki w Kuźminie w 1939 roku III 15.09.05, 21:42
      "Zaraz podszedł do nas podoficer. Zobaczywszy nas, uśmiechnął się ironicznie i
      powiedział: „Panie pośle, szkoda trudu, już po wszystkiem. Wytrzepaliśmy trochę
      mołojców, myślę, że czegoś się dzisiaj nauczyli.” Przy tym przez cały czas
      usmiechał się. Kiedy ja spokojnie (chociaż wewnątrz trzęsła mnie wściekłość)
      zażądałem spotkania z ich komendantem, polecił nam zostawić furę na miejscu,
      furmanowi i panu K. zejść i czekać koło wozu, a mnie poprowadził ścieżkami do
      wioski.
      Zaprowadzil mnie do urzędu gromadzkiego, gdzie zameldował mnie komendantowi w
      randze majora. On, jak dowiedziałem się później, nazywał się Olpiński ((póltora
      roku później Niemcy opublikowali spis oficerów zabitych w Katyniu, i było w nim
      nazwisko majora Olpińskiego).
      Zachowywał się uprzejmie, poprosił aby usiąść i częstował cygaretkami. Był
      zdenerwowany. Przekonywał mnie, ażebym nie przystępował do akcji przesłuchań i
      dochodzeń przed wyjazdem jego ekipy, bo „może być źle, może być nieszczęście,
      chłopcy są wściekli, bo w nocy rzucano kamieniami w warty i rozbito jednemu
      głowę”.
      Kiedy powiedziałem mu o arogancji podoficera podczas kontroli koło folwarku,
      zareagował: „A widzi pan, a widzi pan”. Wskutek jego zachowania, poprosiłem go
      o połączenie telefoniczne z starostą w Dobromilu. Starosta również zaczął mnie
      przekonywać, aby zaczekać do wyjazdu policji, ale nie ustąpiłem, powołując się
      na konstytucję. Starosta ustąpił i poprosił o oddanie słuchawki majorowi
      Olpińskiemu. Po dłuższej rozmowie odłożył słuchawkę i powiedział do mnie: „No
      to jedziemy za godzinę, a panu radzę do tego czasu nie pokazywać się chłopcom
      na oczy.” Na moją uwagę, że „chłopcy” mogą wyrządzić jakąś krzywdę panu K. I
      furmanowi, powiedział : „Ma pan rację”, i rozkazał sprowadzić furę pod urząd,
      po czym przeprosił mnie i wyszedł.
      Po jakichś 15 minutach pojawili się moi towarzysze podróży. Obaj byli
      przestraszeni, bo po drodze, spoza policyjnego autobusu, obrzucono ich
      kamieniami. Nic im się nie stało, ale zraniono konia koło grzywy.
      Słowom „kabany”, „cholery” nie było końca, kiedy przejeżdżali koło pierwszego
      autobusu, skierowanego już w kierunku Dobromila, usłyszeli jeszcze – „my tu
      jeszcze wrócimy, psiakrew”.
      Przystąpiliśmy do prac przygotowawczych, notując wszystko to, co stało się po
      naszym przyjeździe. Około godziny od mojej rozmowy z majorem Olpinskim
      usłyszeliśmy pracujące silniki i „chłopcy” z krzykiem i batiarskimi lwowskimi
      przyśpiewkami na ustach, wyruszyli z powrotem do Dobromila.”
    • darino krwawe Zielone Świątki w Kuźminie w 1939 roku IV 15.09.05, 22:13
      "W kilka minut, jak na znak czarodziejskiej różdżki, pojawiło się około 20
      kobiet i zaczęły płakać, krzyczeć i załamywać ręce. Wiele z nich podkasywało
      rękawy i pokazywało siniaki, niektóre pokazywały całe ciemnosine płaty ciała.
      Był przy tym taki rejwach, że z trudem im wyjaśniliśmy, że nie jesteśmy
      lekarzami, i że czekamy na przyjazd dr Kozija. Czekając na doktora,
      spisywaliśmy pobitych i okoliczności ich pobicia. W trakcie spisywania
      protokołów, nadjechał dr Kozij , który z gotowymi blankietami przystąpił do
      obdukcji pobitych. Nasze notatki były pomocne w tej pracy. Z czasem zaczęli się
      schodzić i mężczyźni.
      Późno w nocy, zakończywszy dochodzenie, wróciliśmy do Birczy. Przenocowawszy
      tam z panem K., wróciłem do Przemyśla. Przed naszym wyjazdem z Birczy
      opracowaliśmy cały nasz materiał.
      Zabitymi ze strony ukraińskiej grupy atakującej w poniedziałek (Zielone Święta)
      byli: Iwan Pobijda z Krzeczkowej i W. Kaspryk z Kuźminy. Ciężko pobitym w
      czasie pacyfikacji lwowskiej policji był Hawryło Kania z Cisowej, którego
      złapali „strzelcy”, sami pobili, a policja dokończyła. Zmarł on w szpitalu
      następnego dnia. Oprócz tego ciężko pobitych było 9 osób: 1 kobieta, 2
      podrostków i 6 młodych mężczyzn z Kuźminy. Lżej pobitych było 14 kobiet, 7
      podrostków i 7 starszych ludzi.
      Sprawa siłowego zabrania cerkwi w Kuźminie była pierwszą, bo za nią miały
      nadejść i zagarnięcia cerkwi w innych wsiach. Jednak sprawa nabrała rozgłosu.
      Pojawiły się wzmianki nie tylko w prasie galicyjskiej, ale i za granicą – w
      Niemczech.
      Polskie czynniki podciągnęły tę akcję pod OUN, rozpoczęły się aresztowania
      młodzieży po wioskach, aresztowano także Skrehotę i ojca Dobrianskiego i
      osadzono w areszcie w Samborze. Prowadzono śledztwo, a tymczasem aresztowani
      siedzieli w więzieniu – aż rozpoczęła się polsko-niemiecka wojna w wrześniu
      1939 roku."
    • darino okupacja bolszewicka I 17.09.05, 22:01
      "Z aresztu zwolnili ich Niemcy. O tym zwolnieniu opowiadał mi sam ojciec
      Dobrianski : „Kiedy Niemcy zajęli Sambor, otworzyli więzienie, wyprowadzili nas
      na więzienne podwórze, ustawili w szeregach, a niemiecki major przywitał nas i
      zwracając się do mnie powiedział: „Jak Ukraińcy mają takich kapłanów, to nie
      zginą, gratuluję Wam ojcze”, podał mi rękę i wypuścił do domu.”
      Polacy, którzy wcześniej buńczucznie głosili, że „nie damy ani jednego guzika
      Niemcom”, tak panicznie uciekali z Dobromila, że zostawili wszystkie sądowe
      papiery i ich nie zniszczyli. Kiedy Niemcy oddali zachodnie ukraińskie ziemie
      bolszewikom, to akta sądu w Dobromilu dostały się w ręce NKWD. Na podstawie
      tych akt bolszewicy wyszukiwali ukraińskich nacjonalistów, aresztowali i ojca
      Dobrianskiego, który choć pochodził z Ulucza nad samym Sanem, na drugi brzeg
      Sanu jednak nie przeszedł. NKWD zamknęło ojca Dobrianskiego znów w więzieniu w
      Samborze, i tam przypuszczalnie rozstrzelało.
      Wracając do czasów przedwojennych chciałbym dodać, że cerkiew w Kuźminie po
      wydarzeniach „zielonoświątkowych” została urzędowo zapieczętowana i wstęp do
      niej był zabroniony. Dopiero Niemcy po zdobyciu tych terenów otworzyli cerkiew,
      a ojciec Dobrianski, po wyjściu z więzienia odprawił, przy udziale wielkich
      tłumów wiernych, mszę świętą.
      W czasie wojny polsko-niemieckiej Bircza i okolice nie zaznały dużych
      zniszczeń. Radość nasza nie trwała jednak długo. Na podstawie umowy Niemców z
      bolszewikami, Wschodnią Galicję do rzeki San okupowała Armia Czerwona.
      Obdarci i głodni czerwonoarmiści wkradali się do domów i prosili, aby dać im
      kawałek chleba. Bircza została wielkim wojskowym obozem. Stało się to z końcem
      września 1939 roku. W mieście i okolicznych lasach pobudowano baraki dla
      pomieszczenia wielkiej ilości wojsk. Po kilku dniach NKWD uwięziło całą
      ukraińską inteligencję z Birczy i okolic, i odstawiło ich do Dobromila.
      Pozostawiono w spokoju tylko mnie, jako kapłana, i dr Iwana Kozija. Po złożeniu
      zeznań wszystkich wypuszczono na wolność. W więzieniu pozostał tylko sędzia M.
      Dobuszowski, i tam zaginął.
      Czas bolszewickiej okupacji był bardzo ciężki. Niepewna była każda noc, bo
      pośród trzaskających mrozów odbywały się aresztowania i wywózki ludności.
      Na początku bolszewicy nie zaczepiali Cerkwi i nie przeszkadzali w odprawianiu
      mszy, nakładali tylko na kapłanów niewspółmiernie wysokie podatki, szczególnie
      w pasie przygranicznym, i namawiali do opuszczenia stanu kapłańskiego. Potem
      NKWD zaczęło wzywać kapłanów na przesłuchania, i to w dni świąteczne, kiedy
      miały odbywać się msze święte. W czasie przesłuchań namawiali kapłanów do
      donoszenia jedni na drugich. Czasem takie spotkania wyznaczali w lesie, w
      godzinach wieczornych. To własnie spotkało ojca Iwana Czołacza, proboszcza z
      Trójcy, który ponad 30 razu musiał zgłaszać się w różnych miejscach.
      W Brzeżawie jacyś nieznani sprawcy podpalili w nocy jeszcze nie wykończony
      budynek mieszkalny kapłana. Za podpalenie uwięziono kapłana. Podczas
      przesłuchania w nocy kapłana bito, ale on się nie załamał. „Podpalenie możemy
      ci darować, ale ty jesteś nacjonalistą, ty nas nienawidzisz.”.- „ Chociaż mnie
      bijecie, ja was nie nienawidzę, bo jestem kapłanem.”- odpowiedział. Po kilu
      dniach wypuszczono go. Kapłan ten żyje do tej pory."

    • darino okupacja bolszewicka II 17.09.05, 23:36
      "NKWD śledziło bardzo dokładnie działalność kapłanów. Kiedy przygotowywałem
      dzieci do Pierwszej Komunii, wezwano mnie na zebranie rejonowego komitetu
      partii bolszewickiej, a w NKWD powiedziano mi tak: „Choć nasza konstytucja
      przyznaje wolność religii, ale komunizm i religia się nie godzą ze sobą.
      Dlatego radzimy wam ograniczyć nauczanie dzieci religii. Oczywiście ta rozmowa
      jest poufna”. Jednak doprowadziłem naukę do końca i dzieci przystąpiły do
      Pierwszej Spowiedzi i Komunii Świętej.
      Chociaż czasy były ciężkie, duszpasterstwo za bolszewickich czasów należy w
      moim kapłańskim życiu do nienajgorszych wspomnień.
      Cerkiew podczas mszy była zawsze zapełniona wiernymi. Żony bolszewickich
      komisarzy zgłaszały się potajemnie i prosiły o ochrzczenie swoich dzieci.
      Pewnego razu komisarz i naczelnik NKWD przeprowadzili u mnie rewizje, pod
      pozorem sprawdzenia przestrzegania przepisów przeciwpożarowych. Na koniec, w
      stodole, przystanęli ze mną na rozmowę. „Batiuszka, my wiemy, że wy rozumny
      człowiek. Porzućcie waszą służbę, a my damy wam zajęcie i otrzymacie dobrą
      zapłatę.” „A czy szanowalibyście mnie, gdybym porzucił kapłaństwo i poszedł na
      waszą służbę, zaprzeczając temu, co do tej pory głosiłem” – taka była moja
      odpowiedz i pytanie jednocześnie. Na to oni nic nie odpowiedzieli, tylko
      uśmiechnęli się, spojrzeli na siebie i wyszli. Było to niedługo przed tym, jak
      rozpoczęła się wojna bolszewicko-niemiecka w 1941 roku. Bolszewicy
      przygotowywali na początek lipca wywóz kapłanów i ich rodzin.
      Znajdywali się i tacy, którzy mnie ostrzegali. Pewnego razu na moje podwórze
      zajechał jeździec, porozglądał się czy nikogo w pobliżu nie ma i
      powiedział: „Ojcze, jestem synem kapłana. Mojego ojca uwięzili, na moich oczach
      zapakowali do wagonu i wywieźli. My, małe dzieci, zostaliśmy. Trzeba jakoś żyć.
      Radzę wam, sprzedajcie wszystko, co dacie radę, i uciekajcie szybko, bo tu nie
      ocalejecie” – i odjechał.
      Połowę mieszkania na plebanii zarekwirowano. Jeden pokój zajął komunistyczny
      politruk, w drugim zamieszkał inny oficer. Jeżeli tylko politruk, a był on
      Ukraińcem, zatrzymywał się koło mnie na rozmowę, błyskawicznie pojawiała się
      jego żona, aby być świadkiem rozmowy.
      W trwodze mijały dzień za dniem. Niespodziewanie, 22 czerwca 1941 roku, w
      niedzielny poranek, w święto Św. Eucharystii , kiedy jeszcze spaliśmy,
      usłyszeliśmy warkot samolotów, a potem odgłosy strzałów z karabinów maszynowych
      i wybuchy granatów ręcznych. Pośród wojska powstało zamieszanie. Poszedłem do
      cerkwii, aby przygotować się do odprawienia mszy. Naraz przybiegł posłaniec z
      wezwaniem do kancelarii NKWD. Poszedłem jeszcze do swojego mieszkania, ubrałem
      się w kożuch, bo sądziłem, że przyjdzie wędrować w nieznane. Przy wyjściu
      kazałem zachować kalendarz „Perełom”, w którym miałem zanotowane daty i
      zdarzenia z czasów UHA. Tymczasem moją prośbę zrozumiano tak, że kalendarz
      spalono.
      Na posterunku NKWD nakazano dać parafianom polecenie, aby opuścili cerkiew i
      wrócili do domu, nie pokazując się na ulicach, ponieważ nastąpią „ruchy wojsk”.
      Odsłużyłem mszę świętą, i wróciłem do domu szczęśliwy, że tylko na tym się
      skończyło.
      Następnego dnia zobaczyliśmy, że bolszewickie wojska wychodzą. W Birczy
      podpalili magazyny, znad Sanu wycofywała się straż pograniczna. W końcu Bircza
      opustoszała. Nastały chwile niepewności."

      • piotrzr uzupełnienia 18.09.05, 09:40
        Jeśli chodzi o "strzelców" to uważam że autor miał tu na myśli albo pododdział
        strzelców podhalańskich podesłanych z sanoka lub przemysla.
        Chociaz mógł to być oddzialem policji /odpowiednik wspolczesnego zomo/
        W samborze pierwsze soviety wynordowały kilka tysięcy więźniów - Ukraińców i
        Polaków. Dziś na placyku przy wejściu do więzienia i blisko obok dawnego sądu
        powiatowego /dziś "wyższoje uczyliszcze"/ - jest ciekawy, ceglany pomnik
        zwieńczony czymś w rodzaju dzwonnicy-sygnaturki z dzwonem. na tablicach
        pamiątkowych nie wspomina się niestety Polaków. Natomiast można wyczytać że
        zwłoki więźniów były chowane na brzegach tamtejszych rzek -Dniestru, Młynówki
        i cmientarzy żydowskim. Zwłoki kilkusek więźniów były porzucone w celach
        więziennych.
        Gratuluję tematu - bardzo ciekawy
        Pozdr.
    • darino okupacja niemiecka I 18.09.05, 21:38
      "W czwartek, pod sam wieczór, podjechały pod Birczę pierwsze oddziały
      niemieckie, i zaraz odeszły. W samej Birczy i okolicy, która była strefą
      przygraniczną, nie słyszeliśmy jeszcze o ofiarach sowieckiego terroru. Pierwszą
      ofiarą, o której usłyszeliśmy, był ojciec Iwan Kebuz, proboszcz Makowej,
      którego zmasakrowali w okrutny sposób. Pogrzeb jego odbył się już po przejściu
      niemieckich wojsk. W Dobromilu saliny były zapełnione trupami.
      Za niemiecka armią przechodziły grupy ukrainskiej młodzieży, zorganizowane na
      sposób wojskowy. Nieśli z sobą literaturę propagandową i organizowali zebrania,
      na których głoszono powstanie ukraińskiej państwowości. Takie zabranie odbyło
      się niebawem i w Birczy. W cerkwi odprawiłem mszę świętą. Po mszy przed cerkwią
      ustawił się pochód, który ruszył w stronę Starej Birczy, Tam na placu obok
      gościńca była ustawiona trybuna udekorowana ukraińskimi flagami, z kturej
      ogłoszono powstanie władzy ukraińskiej na tym terenie i odebrano od
      zgromadzonej ludności przysięgę na posłuszeństwo tej władzy. My, którzy dwa
      lata przebywaliśmy „pod bolszewickim reżimem”, nie przypuszczalibyśmy nigdy, że
      w takim radosnym dla narodu okresie, na emigracji, za Sanem, mógł nastąpić
      rozbrat. Z bólem dowiedzieliśmy się o sporze między „banderowcami”
      i „melnikowcami”.
      Niedługo nacieszyliśmy się ogłoszeniem powstania ukraińskiej państwowości.
      Niemcy przyłączyli Galicję Wschodnią do Generalnej Guberni, oddzielając nas od
      reszty Ukrainy. Przedstawicieli ludności ziemi birczańskiej wezwano do
      Dobromila powiedziano: „My walczymy, a wy macie nam dać potrzebną dla armii
      żywność i robotników. Za wykonywanie naszych zarządzeń będziecie odpowiadać
      osobiście.”
      Mogliśmy jednak odtworzyć nasze ukraińskie życie kulturalno-oświatowe,
      ekonomiczne i gospodarcze i przejąć władzę administracyjną całego okręgu
      birczańskiego w ukraińskie ręce.
      W Birczy powołano Ukraiński Komitet Pomocy, którego zostałem przewodniczącym.
      Referat kulturalno-oświatowy prowadził dr Ilnicki, finansowy dr Kozij, a
      organizacyjny Łew Pryszłiak. We wsiach sołtysami zostali wybrani świadomi
      Ukraińcy.
      Burmistrzem miasta Birczy został Iwan Łomiński.
      Wójtem zbiorczej gromady w Birczy został Konstantyn Melnyk, emerytowany
      urzędnik sądowy, wójtem zbiorczej gromady w Kuźminie został Stefan Stebelski,
      nauczyciel pochodzący z ziemi samborskiej.
      Dyrektorem 7-klasowej szkoły w Birczy został nauczyciel Stepan Iwanyk. Szkoła,
      szczególnie w wyższych klasach, zapełniła się ukraińskimi dziećmi z okolicznych
      wiosek.
      We wsiach uruchomiono spółdzielnie (kooperatywy) spożywcze i mleczarskie, a w
      Birczy umiejscowiono rejonową mleczarnię „Masłosojuz” i Powiatowy Związek
      Spółdzielni, przez który przechodziły wszystkie przydziały. Szefem rady
      nadzorczej mleczarni był ojciec Ołeksyj Biłyk, proboszcz Brzuski. Stanowiska
      urzędników i pracowników w kooperatywach objęli młodzi ludzie – Ukraińcy.
      Odtworzono także towarzystwo „Silskyj Hospodar”.
      Komendantem żandarmerii był Iwan Harabacz, absolwent gimnazjum, człowiek
      inteligentny, a jego zastępcą Iwan Choma.
      Całą organizację zycia i władzy administracyjnej na ziemi birczańskiej
      przeprowadzono własnymi, miejscowymi siłami, bez pomocy Dobromila czy
      Przemyśla. W całym okręgu panował spokój i harmonijna współpraca."
    • darino okupacja niemiecka II 18.09.05, 23:15
      "Do najbardziej tragicznych wydarzeń w Birczy, za czasów okupacji niemieckiej,
      należała likwidacja Żydów. W Birczy, jak większości miast galicyjskich,
      większość stanowili Żydzi. Oni prowadzili handel, karczmy, i nieraz
      wykorzystywali nieświadomość i biedę ludności.
      Za czasów Polski, młode żydowskie pokolenie sprzyjało organizacjom
      komunistycznym. Czekali oni na bolszewików, a po ich przyjściu stanęli do ich
      usług i do pracy w urzędach, szczególnie w dziale finansowym. Niedługo trwały
      jednak ich rządy – tylko do przyjścia Niemców.
      Niemcy nałożyli na nich wielką kontrybucję, skonfiskowali drogocenności, a
      potem zegnali wszystkich do baraków, tam oddzielili młodych zdolnych do pracy i
      pognali ich pieszo do Przemyśla. Kto w drodze wystąpił z szeregu – strzelali.
      Zarząd gminy wyprowadzili do lasu, na tzw. „Kamienną Górkę”, i tam
      rozstrzelali. Po jakimś czasie przybył do Birczy oddział gestapowskiej ochrony,
      w hełmach, zagnał Żydów za rzekę Stupnicę, pomiędzy Birczą a Starą Birczą.
      Ustawili Żydów w rowach i każdemu z osobna strzelali w potylicę. Grupka
      żydowskich dziewcząt, dla których zabrakło miejsca w tych rowach, siedziała na
      boku i czekała na swoją kolej. Wyprowadzono je później do lasu i rozstrzelano.
      Na wskutek donosów o sprzyjanie Żydom Niemcy zwolnili z wójtostwa Konstantyna
      Melnyka, wysłali go do obozu koncentracyjnego. Po pewnym czasie, po
      przeprowadzeniu śledztwa, zwolniono go z obozu. Już jednak na stanowisko wójta
      nie powrócił. Na jego miejsce wyznaczono Iwana Paszkowskiego, który
      współpracował z gestapo. Kiedy raz wracał z Przemyśla do Birczy, na Olszańskiej
      Górze do jego sań przysiedli się młodzi chłopcy, skierowali woźnicę w stronę
      Cisowej, i tam w lasach Paszkowski i jego woźnica zaginęli.
      Gestapo wyznaczyło wielką nagrodę pieniężną za znalezienie wójta, albo
      wskazanie sprawców porwania, ale bez sukcesów.
      Niemcy zajęli ziemie ukraińskie nie dlatego, aby stworzyć państwo ukraińskie,
      ale dlatego, aby mieć „lebensraum” i przechwycić bogactwa naturalne Ukrainy,
      przede wszyskim łany złocistej pszenicy.
      Inteligencję ukraińską czekał los Żydów, a lud pracujący miał dla nich
      pracować, nie mając możliwości uczyć się, najwyżej kończąc szkołę czteroklasową.
      Już w Austrii wskazywano mi gospodarzy, którzy mieli polecenia wyjazdu na
      Ukrainę, i mieli tam odbierać gospodarstwa ukraińskim właścicielom, i dlatego
      Niemcy nie likwidowali kołchozów.
      Nie dziwi więc, że wśród Ukraińców zaczął narastać sprzeciw wobec drugiego
      okupanta. Niemcy dusili bezlitośnie każdy przejaw tęsknoty do wolności i
      rozstrzeliwali lub wieszali masę naszych ludzi. Lesisty teren ziemi
      birczańskiej był stworzony do działań Ukraińskiej Powstańczej Armii. Pokazało
      się to najlepiej przy odwrocie niemieckich wojsk ze wschodu, po przegranej
      bitwie pod Stalingradem, a najbardziej, kiedy ziemię birczańską bolszewicy na
      powrót odstąpili Polsce, i rozpoczęli wysiedlenia ukraińskiej ludności na
      wschód. Wtedy ziemia birczańska wypiła czarę goryczy do samego dna, w 1947 roku.
      Jeszcze podczas niemieckiej okupacji Polacy zorganizowali Armię Krajową, której
      zadaniem było prowokowanie Niemców i terroryzowanie Ukraińców. Oprócz tego
      polskie bojówki z własnej inicjatywy napadały, rabowały i terroryzowały
      Ukraińców. Front przesuwał się coraz bardziej na zachód. Aktywność polskich
      bojówek coraz bardziej wzrastała. W Grabownicy nad Sanem w 1944 roku okrutnie
      zamordowano ojca Dmytra Nimyłowycza, proboszcza, pochodzącego z Drohobycza.
      Niebezpiecznie było przejść ścieżkami z jednej miejscowości do drugiej. Sam
      otrzymywałem listy z pogróżkami. Kiedy w jedną niedzielę pojechałem na
      zakończenie roku do przedszkola w Rudawce, to w tym czasie polska bojówka
      podeszła pod mieszkanie probostwa i chciała dostać się do środka. Drzwi były
      pozamykane, a przelękniona służba skryła się i do domu nie wpuściła. Zmuszeni
      byliśmy założyć we wszystkich oknach kraty i żyć prawie jak w kryminale. Front
      coraz bardziej się zbliżał. Gościńcem przejeżdżały całe setki wojskowych wozów,
      a także liczni uciekinierzy., którzy u nas często nocowali. Coraz bliżej
      słychać było huk armat. Prawie cała inteligencja opuściła Birczę. Zostałem
      tylko ja i dr Kozij. Przygotowywała się do odejścia także miejscowa policja
      ukraińska. Od strony Przemyśla słychać było coraz głośniej salwy
      sowieckich „Katiusz”. Wtedy to przyszedł do mnie lekarz weterynarii dr Zajac, i
      powiedział, że ja, jako głowa okręgowego Ukraińskiego Komitetu Pomocy,
      powinienem niezwłocznie opuścić Birczę."
      • darino policja ukraińska 18.09.05, 23:18
        Do tej pory myślałem, że policja ukraińska zdezerterowała ze służby niemieckiej
        i przeszła do UPA w 1943 roku. Tutaj czytam o policji ukraińskiej w połowie
        1944 roku - czy poprzednie moje informacje były blędne, czy też to jakaś inna
        policja ukraińska ?
        • piotrzr 1939 21.09.05, 11:30
          Dobrze byłoby skonfrontowac owe relacje z podobnymi co do okresu relacjami
          polskimi - co pozwoliłoby wyrobić sobie w miarę szeroki obraz tamtego okresu.
          Tu np proponowalbym wspomnienia Władysława dziduszki "Z obcymi i u swoich"
          pobliwane w nr 8-9 "Bieszczada" z 2001 roku.
          Kierownik polskiej szkoły w Ustrzykach Dolnych opisywal m.in. rok 1939 po
          wejsciu Niemców na pobliskich terenach i próby stanowienie ukraińskej
          adminitracji :

          W Gródku zaczęli organizować się Ukraińcy. Utworzyli Radę Miejską i wybrali
          sobie burmistrza. Został nim mój dawniejszy profesor gimnazjalny Maciurak.
          Niemcy im nie przeszkadzali, bo cywilnej władzy niemieckiej jeszcze nie było a
          wojsko takimi sprawami się nie interesowało.
          Udałem się do miasta po przepustkę do Ustrzyk. Urząd ukraiński mieścił się w
          budynku starostwa. Dochodząc do rynku zauważyłem na ratuszu ukraińską
          chorągiew. Olbrzymie płótno żółto-niebieskie- długie na kilka metrów, szerokie
          prawie na dwa metry- zwisało z okienka na wieży ratusza. Wszedłem do biura.W
          tym samym pokoju i pod tym samym oknem, gdzie pracował niegdyś mój Ojciec,
          siedział dziś ukraiński uriadnik, wydający przepustki. Poznałem go. Był to
          Cuniowski, Ukrainiec. Mieszkał koło Barbaki, niedaleko naszego domu. Był ode
          mnie młodszy o 2-3 lata. Skończył gimnazjum w Grudku. Słyszałem, że potem
          wstąpil do Wojska Polskiego i był zawodowym oficerem w randze porucznika.
          Przystąpiłem do niego i poprosiłem o przepustkę do Ustrzyk. Popatrzył na mnie i
          widać,że poznał mnie. Ale po rusku spytał o moje nazwisko.Podałem.Wyczuwałem
          to,że obydwaj udawaliśmy,że się nie znamy.Ale nie mogłem do niego przemówić po
          rusku, bo przecież znaliśmy się i nieraz razem szliśmy do szkoły. (...)
          Zaraz na chodniku koło starostwa zobaczyłem nowe „cudo” ; ukraińskiego oficera
          w ukraińskim mundurze.Pierwszy raz widziałem coś takiego.Chodnikiem kroczył
          powoli, widocznie bez celu, mężczyzna w sile wieku ubrany w szaro-zielony
          mundur z szablą przy boku. Na głowie miał rogatywkę ośmiokątną z zółtym guzem
          na wierchu i z niebieskim otokiem. Na nim błyszczała złota obszywka, z przodu
          złoty „tryzub”.Na naramiennikach niebieskiego koloru miał naszyte złote
          gwiazdki. Niebieski mundur był obszyty złotą tasiemką.Na bluzce błyszczały
          mosiężne guziki, a przy szabli wisiał niebiesko-żółty kutas.Na nogach miał
          rajtki i buty z cholewkami.Wszystkie naszywki na czapce i na mundurze zgrane
          były w kolorach „żowto-synym”.Za tym panem oficerem oglądali się Niemcy,
          uśmiechając ironicznie.Ja też przystanąłem, aby napatrzeć się i zapamiętać
          wszystkie szczegóły tego munduru.Domyslałem się,że mógł to być mundur oddziałów
          Petlury albo mundur ukraińskich oddziałów walczących z Polakami pod Lwowem albo
          jeszcze mundur „Siczowych striłciw”, którzy na wzór polskich legionów istnieli
          pod komendą austriackiego dowództwa w czasie pierwszej wojny światowej.
          Ukraińcy spodziewali się,że teraz nareszcie Niemcy dadzą im w
          podarunku „samostijną Ukrainu” ,że teraz przyszli ich właśnie wyzwalać”
          A tak pisze np o Ukraińcach ustrzyckich w połowie września 1939 :
          "Pożniej dowiedziałem się,że w budynku Sokoła koło kościoła stacjonował oddział
          Ukraińców.Ukraińcu wszystkich uciekinierów wracających do domu sprowadzali do
          Sokoła, przeprowadzali szczegółową rewizję, zabierali pieniądza,żegarki i
          bizuterię, jak ktoś miał i przy tym znącali się nad rewidowanymi i nawet
          blili.Szczególnie znącali się nad oficerami.A ja miałem przy sobie ksiązeczkę
          oficerską"
          W relacji Darino wspomnina o losie Żydów birczańskich - warto byłoby poszukać
          coś na ten temat na stronach "shtetl-links" - ja znalałem tam np bardzo
          obszerną relację dotyczącą historii i losów Zydow z niedalekiego Sambora.
          Opisy straszne - i eksponujące niestety niechlubną rolę Ukraińców.
          Co do stosunkow Niemcy-Ukraińcy - z wielu źrodeł wiem że Ukraińcy dla Niemców
          byli o tyle uzyteczni - jako siła robocza masowo wywożona na tzw roboty lub
          jako potencjalne "mięso armatnie".
          Stąd też bardzo szybkie rozprawienie się zdzialaczami OUN - rozstrzeliwanymi,
          wywożonymi do obozów, więzionymi.
          Piszesz o dezercji ukraińskich policjantów - myslę że to zjawisko dotyczyło
          bardziej Wołynia gdzie działały wielkie oddziały ukraińskiej partyzantki - na
          terenach birczańskich - mogło być inaczej.
          Pozdrawiam
          • darino "Bieszczad" 21.09.05, 13:08
            Bardzo interesujący artykuł. Zastanawiałem się kiedyś nad
            prenumeratą "Bieszczada", ale jakoś później mi to umknęło. Kilka razy
            korzystałem z artykułów umieszczonych przez "Bieszczad" w internecie - czy ten
            również jest dostępny w sieci ?
            Liczba Ukraińców wywiezionych na roboty do Niemiec była na pewno olbrzymia, w
            wielu pamiętnikach przewija się ten motyw. Zadziwiające, że w wspomnieniach
            wielu żołnierzy UPA jest zanaczone, iż przebywali na robotach, po wojnie
            wrócili i wstąpili do UPA - nie wiem, czy świadczy to o ich patriotyźmie,
            desperacji, czy też pragnieniu zemsty ?
            Co do policji ukraińskiej, to w życiorysach większości oficerów i podoficerów
            przewija się motyw służby w ukraińskiej policji pomocniczej, z dopiskiem, że
            zdezerterowali (jeśli mozna to tak nazwać) w 1943 roku). Póxniej istniały
            jednak w dalszym ciągu różnorakie ukraińskie oddziały wartownicze - być może
            chodzi o jeden z nich ...
            Pozdrawiam !
    • darino zbrodnie powojenne I 15.10.05, 18:24
      "Dr M. Ilnickij, adwokat, przeniósł się do podbirczańskich wiosek, bo myślał,
      że jak w 1939 roku front przesunie się i będzie mógł spokojnie wrócić do domu
      do Birczy.
      Tym razem przeliczył się bardzo. Aresztowała go polska policja, zaprowadziła do
      Wojtkowej, i tam, po straszliwych torturach – zamordowała. Razem z nim
      zamordowali Marię Kunik, po mężu Gach.
      Jednego z katów, Skrętkowskiego z Leszczawy Dolnej, naszi upowcy złapali,
      kazali pokazać sobie groby zamęczonych, wykopali i spisali protokół.
      W 1947 roku jeden z członków UPA, którzy złapali tego kata, przybył rajdem z
      Polski do obozu uciekinierów w Mittenwaldzie (Niemcy), i o tym opowiedział.
      Ci sami, którzy zamęczyli dr Ilnickiego, przechwalali się tym, i
      mówili : „Jeszcze chcielibyśmy dostać w ręce Łebedowycza”.
      Inżyniera mierniczego Mychajła Olchowego z Birczy Polacy zabili w Kotowie.
      Pierwszy zorganizowany napad z masowym mordem Ukraińców przeprowadzili Polacy
      na wieś Pawłokomę, nad samym Sanem.
      Wieś Pawłokoma, otoczona polskimi wsiami, zachowała prawie jednorodną ludność
      ukraińską. Dopiero zaraz po I wojnie światowej, po parcelacji ziemiańskich
      majątków, zwiększyła się tam znacznie ilość Polaków. Już za czasów pierwszej
      bolszewickiej, a potem niemieckiej okupacji, napadali Polacy na ludność
      Pawłokomy, rabowali i zabijali.
      Dnia 14 października 1944 roku zabili strzałami z broni palnej Mykołu
      Lewickiego, jedynego nauczyciela, organizatora Pawłokomy.
      Dnia 3 marca 1945 roku zorganizowali napad na wieś . O godzinie 4 rano, kiedy
      ludzie jeszcze spali, polskie bandy z okolicznych polskich wsi otoczyły wieś
      Pawłokomę i ze wszystkich stron weszli do wioski. Po drodze bili, zabijali i
      zapędzali ludzi do cerkwi. Przywództwo objęli miejscowi Polacy, którzy
      pokazywali domy, w których żyli Ukraińcy. W cerkwi ludzi posortowano. Na bok
      odstawiono starsze kobiety i kobiety z dziećmi do 4 lat. Wszystkich innych
      pognali dwójkami na cmentarz, po drodze niemiłosiernie bijąc. Jednemu z nich,
      Iwanowi Karpie, wycięli na piersi krzyż. Zebrano wszystkich dookoła cerkwi. Do
      kapłana, który błogosławił mieszkańców Najświętszym Sakramentem,
      krzyczeli: „Rzuć to, bo i nam, i tobie tego już nie trzeba”. Na cmentarzu
      ustawiali ludzi nad wykopanymi w nocy rowami i rozstrzeliwali, a miejscowi
      Polacy ich zaraz zakopywali. Wyprowadzono również z cerkwi kapłana – ojca
      Wołodymyra Łemca , pobili go koło cerkwi kołami i cepami, zawlekli na cmentarz
      i też zastrzelili. Matka, żona i dzieci proboszcza siedziały w tym czasie w
      cerkwi. Trupy pomordowanych w wiosce leżały na ziemi do 28 kwietnia 1945 roku !
      Zamordowanych było 324 osoby. Ukraińska ludność Pawłokomy zniknęła z
      powierzchni ziemi. Tych, którzy ocaleli, głównie kobiety z dziećmi, popędzono
      ze wsi. Kto nie miał siły iść, rozstrzeliwali po drodze.To wszystko nie
      przeszkadzało rzymskokatolickiemu księdzu z Dylągowej i jego parafianom starać
      się po wojnie o przejęcie cerkwi w Pawłokomie do ich użytku. Władze cerkiewne
      nie zgodziły się jednak na to."
    • darino zbrodnie powojenne II 15.10.05, 19:21
      "Drugi z serii, a pierwszy na ziemi birczańskiej napad, z masowymi mordami,
      przeprowadzili Polacy zza Sanu na wieś Berezka, oddaloną 10 km od Birczy. O tym
      zdarzeniu opowiada o. Dmytro Sawka, zarządca parafii w Birczy, tak („Swoboda”,
      2/3 maja 1959 str. 83, 84) :
      „Ogłaszam w 5 tygodniu Wielkiego Postu rekolekcje. Cerkiew całkowicie
      wypełniona ludźmi. Prawie cała ziemia birczańska bierze udział w rekolekcjach.
      W piątek, po liturgii, zarządzam spowiedź. Spowiadają o. Teodor Sawka z
      Brzeżawy, o. Ołeksyj Biłyk z Berezki, dwóch polskich, rzymskokatolickich
      kapłanów i ja. Wieczorem polscy kapłani odchodzą do domów, a po ojca Biłyka
      przyjeżdża z Berezki jego pani-matka. Nie chciałem ich puścić w nocy do
      Berezki, bo wiem, że w domu nie nocują, tylko po parafianach, lecz nie mogłem
      przewidzieć tragedii, jaka ich spotka w następny dzień, w sobotę.
      Pamiętnej soboty rano, około 5, słyszymy z ojcem Teodorem Sawką terkot
      karabinów maszynowych i wybuchy granatów. Szybko zbieramy się z łóżek i
      biegniemy do cerkwi. Obok cerkwi zastajemy po prostu „koniec świata”. Wokół
      cerkwi pełno dobytku, wozów, krów, a w cerkwi pełno kobiet z dziećmi, które
      płaczą i modlą się. Polska banda zza Sanu napadła na wieś Berezka i okolicę. W
      samej Berezce banda ta wymordowała ponad 200 osób, ojca Biłyka zarębali
      siekierą czy zabili kołem, a jego żonę zastrzelili.”

      Taki napad odbył się także na wieś Iskań. W Bachowie zamordowali Polacy
      proboszcza o. Anatolija Sembratowicza, w Lipie rodzinę diaka Myrona Hołowy, a w
      Leszczawie górnej całą liczną rodzinę diaka Mychajła Hajduka i rodzinę
      nauczyciela Stepana Krenta. Jego samego prowadzili do wsi Leszczawa Dolna, po
      drodze połamali ręce i nogi i wrzucili do płonącego budynku. Z okrzykiem: „Ginę
      za Ukrainę” – spłonął w ogniu.
      Ojciec Ihnatij Federkiewicz, wysiedlony na Wschód, był uwięziony prze
      bolszewików i zesłany na Sybir w 1947 roku, powrócił i 28 października 1963
      roku zmarł na ziemi samborskiej.
      W Jaworniku Ruskim ludnośc ukrywała się w wykopanych jamach i tam skrywała swój
      dobytek. Dookoła wioski wystawiano straże. Kilka razy polskie bojówki próbowały
      wedrzeć się do wioski, ale ludność zawsze je odpędzała. Do czasu aż pojawili
      się z wielkimi siłami, przed którymi nie można było się obronić. Zaczęły się
      pobicia, morderstwa, rozboje, podpalenia.
      W końcu zaczęli wdzierać się do cerkwi. W progu zastąpił im drogę ojciec
      Mychajło Wołoszyn, proboszcz, z okrzykiem: „Chyba po moim trupie wejdziecie do
      cerkwi”. Bojówkarze pobili ciężko kapłana, odsunęli jego ciało na bok, bo
      myśleli, że go zabili, i weszli do cerkwi, zbeszcześcili ją, porozrzucali Św.
      Sakrament po posadzce cerkwi, a ich komendant wyniósł czaszę na dwór, nalał do
      niej wódki , i wypił na cześć Stalina.
      Bojówkarze kwiatami z cerkiewnych obrazów dekorowali konie, okryli je obrusami
      i innymi materiałami cerkiewnymi, i robili procesję po wsi.
      Wskuek pobicia ojciec Wołoszyn zmarł."


      • upowiec Stepan Krenta 16.10.05, 15:47
        www.infoukes.com/upa/series01/vol30.html
        "With the arrival of the Soviet power, Stepan and his brother Volodymyr, with
        the help of Stepan Krenta, a teacher from the village of Lishchava Dolishna who
        was Inspector of Schools, assumed teaching positions in a Public School in the
        village Kuzmyna in Bircha region. At the same time, Stepan continued his
        conspiratorial activities as a Sub-raion leader.

        It was here that he married Maria Pysh (15 September, 1921-7 September, 1963),
        a village girl (married by Rev. Fedukevych in Krenta's house in Lishchava
        Dolishna."

        Szukam dalej, bo gdzieś już czytałem o męczeńskiej smierci Stepana Krenty, ale
        nie mogę sobie przypomnieć gdzie ?!
    • darino zbrodnie powojenne III 15.10.05, 20:32
      "Bolszewicko-niemiecki front przesunął się dalej na zachód. W miasteczkach i
      polskich wsiach powstawały silne bojówki. Do nich przyłączali się bolszewiccy
      partyzanci, wysłani po to, aby napadać na ukraińskie wioski, więzić inteligencj
      ę i młodzież, i likwidować ją fizycznie.
      Katowali oni kobiety, dzieci, starców, rabowali mienie i wywozili do swoich
      wiosek. Do takich miejscowości należała Bircza, Leszczawa Dolna, Kuźmina,
      Dylągowa, Borownica, jednym słowem miejscowości z przewagą ludności polskiej.
      Borownica, wieś otoczona dookoła lasami, położona w dolinie, otrzymała broń od
      polskiego wojska w 1939 roku. W tej wiosce rozbroił się cały polski pułk.
      Zebrali też broń z naszych wiosek, zorganizowali bojówkę z 300 ludźmi, w ty,
      oddział AK liczący 30 osób i Milicję Obywatelską liczącą 70 osób. Prawie
      każdego rana napadali oni na okoliczne ukraińskie wioski, zabijali młodych
      chłopców, katowali dziewczęta, zabierali dobytek i wieźli do swojej wioski. Ich
      działaniami dowodził bolszewicki partyzant „Ślepy”.

      Na to wszystko nie mogła patrzeć bezsilnie ukraińska wieś. Zaczęto tworzyć
      samoobrony. W tym dziele pomagają członkowie UPA. Oni gromadzą młodzież, szkolą
      ją w partyzantce. W lasach budują podziemne schronienia – bunkry, pomieszczenia
      dla szpitali, zaznajamiają młodzież z różnymi rodzajami broni, ściągają broń i
      amunicję.
      Chłopcy po wsiach mają trzymać nocne i dzienne warty. Wieczorem spotykają się
      na szkoleniach, w dzień rozchodzą do swojej pracy. Na wypadek alarmu mają
      spotykać się w umówionym miejscu. Coraz więcej młodzieży wstępuje w szeregi
      UPA. Każdy chce mieć broń. Dziewczęta mają opiekować się rannymi, prowadzić
      zwiad i ostrzegać przed pojawieniem się polskich bandytów. Zajmują się też
      praniem i naprawą bielizny, organizują zaopatrzenie.

      Wraz z ożywieniem naszego podziemia, wróg zaczął organizować wywiad, wysyłać
      agentów, zwiadowców, enkawudzistów. Przychodzili oni z różnymi sprawami:
      szukali koni, kupowali krowy, wracali niby z frontu, lub z więzienia.
      Bolszewicy w tych sprawach byli doskonałymi specjalistami.
      Przeciw UPA wysłano oddziały wojska. Rozpoczęły się zawzięte walki. Jedna z
      większych bitew odbyła się pomiędzy Leszczawą Górną a Łomną. Bolszewikom
      pomagały polskie bojówki. O tym wydarzeniu napisano dokładnie w książce jednego
      z uczestników tego boju, Stiepana Chrina, „Kriż smich zaliza”, dlatego nie będę
      opisywał go obszernie.
      Jednym z ważniejszych zadań, jakie otrzymała UPA, była likwidacja umocnionego
      gniazda, z którego prowadzono napady na ukraińską ludność – Borownicy, dnia 20
      kwietnia 1945 roku.
      Wszystkie okoliczne ukraińskie wioski wyszły po tym boju na pola z procesjami,
      chorągwiami i krzyżami, dziękując Bogu że uwolnił ich od tego gniazda terroru.
      Rozgromienie najsilniejszej polskiej terrorystycznej i rabunkowej bojówki na
      ziemi birczańskiej wywołało popłoch wśród polskich szowinistycznych elementów.
      Polskie wojsko, które przybyło na drugi dzień na miejsce boju, zabrało całą
      ludność Borownicy z sobą.
      Po rozgromieniu polskich bojówek z Grąziowej, Dobrej, Borownicy, Leszczawy
      obszar nad Sanem był uwolniony spod polskiej kontroli. Powstała tu „Powstańcza
      Republika”.
      Skutek był taki, że polska AK musiała spotkać się na rozmowach z UPA, wskutek
      których polskie podziemie otrzymało zgodę na przechodzenie, pod nadzorem,
      ukrainskiego terytorium, samo natomiast powstrzymało akcje przeciw ukraińskiej
      ludności cywilnej."
      • piotrzr Re: zbrodnie powojenne III 17.10.05, 16:57
        Pytanie - czy to ciąg dalszy wspomnień birczańskiego parocha ?
        Widzę że cytowane teksty dają odpowiedź na kiedyś stawiane tu pytania - a
        nawet "korespondują" z linkowanymi tu materiałami IPN
        Gratuluje wytrwałości w poszukiwaniach :)
        • darino tak, to ciąg dalszy ! 17.10.05, 17:52
          Z tym, że jak sam napisał musiał wyjechać w czasie wycofywania się armii
          niemieckiej (był przewodniczącym Rady Samopomocy regionu birczańskiego).
          Dalsze dzieje oparte są (jak zrozumiałem) na opracowaniach publikowanych na
          emigracji oraz na opowieściach świadków.
          Niestety to prawie koniec wspomnień - jeszcze 2-3 posty.
          W następnej kolejności zamierzam zająć się dokończeniem tłumaczenia wspomnień
          Iwana Olijara - "Kuma", publikowanych w wątku "Sufczyna".
    • darino Wielkanoc 1945 18.10.05, 17:41
      "O warunkach, jakie panowały w tym czasie na ziemi birczańskiej, możemy
      dowiedzieć się z cytowanej już tutaj opowieści „Welikdeń w lisach
      Birczanszczyny”:
      „W Wielką Sobotę 1945 roku o godzinie 8 rano jadę poświęcić paski i inne
      produkty, jakich jeszcze nie zrabowali Polacy, u parafian. Najpierw wyruszyłem
      do Berezki, do której wcześniej trudno i niebezpiecznie było się dostać, aby
      odwiedzić nieszczęśliwych niedobitków ukraińskich i bodaj zaopiekować się
      wspólna mogiłą, w której spoczął ojciec Biłyk, ze swoimi 200 parafianami i żoną.
      I, o dziwo. Jakiś 1-2 kilometry za Birczą spotykają mnie stojący po obu
      stronach drogi żołnierze UPA. Uzbrojeni są od stóp do głów w karabiny
      maszynowe, automaty, niemieckie granaty ręczne i małe polowe armatki.
      Przyjeżdżamy do Berezki. Obok cerkwi pełno ludzi z okolic i powstańców. Broń
      powstańców stoi w cerkiewnym ogrodzeniu w kozłach. Wchodzę do cerkwi i wyciągam
      spod stołu Najświętszy Sakrament i całe wyposażenie cerkwi, które parafianie
      wcześniej schowali, chroniąc przed zniewagą i zniszczeniem przez polską bandę.
      Rozpoczynamy Mszę Swiętą z obchodzeniem dookoła cerkwi. Na „Chrystos Woskres”
      grzmią karabiny ukraińskich powstańców. Podczas obchodzenia cerkwi krzyż i
      chorągwie niosą powstańcy, natomiast Płaszczenicę czterech siwowłosych starców.
      Po mszy następuje błogosławienie darów. Najpierw proszą mnie powstańcy, abym
      poświęcił ich paskę, którą mają przygotowaną na stole obok cerkwi. Potem święcę
      paski wszystkich wiernych. Po święceniu następuje obok cerkwi prawdziwa
      ukraińska Wielkanoc pośród radości i łez. Wszyscy całują się, obejmują i życzą
      sobie wszystkiego najlepszego, potem zasiadają za stoły i dzielą się święconym
      jajkiem.
      Do mnie podchodzi komendant oddziału, całuje się ze mną, dzieli święconym
      jajkiem, a potem składa życzenia narodowi ukraińskiemu na Nadsaniu, Zakierzoniu
      i na całej Ukrainie, i życzy przertwania niedoli i doczekania do wskrzeszenia
      Ukrainy.
      Po zakonczeniu tej „urzędowej” części, odjeżdżam święcić paski do Woli
      Korzenieckiej, Rudawki i do Kotowa. Wszędzie jest tak samo, jak w Brzusce.
      Wracając wieczorem do Birczy, powstańcy zaręczają mi, że Bircza przez święta
      jest otoczona przez powstańców w odległości 1 kilometra, i jeśli padłby w
      Wielkanoc w Birczy choć jeden strzał, to wkroczą do miasta w celu ochrony
      parafian.""
    • darino Wielkanoc 1945 II 25.10.05, 23:16
      „W niedzielę wielkanocną 1945 roku służyłem w Birczy o godzinie 6 rano z uwagi
      na bezpieczeństwo parafian. Cerkiew była całkowicie wypełniona parafianami i
      wiernymi z bliższych okolic. Poprzychodzili nawet ludzie z Berezki. Święcenie
      pasek i wszystkie msze przebiegły spokojnie. W wielkanocny poniedziałek
      odprawiałem mszę w Rudawce, a we wtorek w Kotowie.
      I w Rudawce, i w Kotowie były tłumy wiernych i powstańców i w cerkwi, i dookoła
      cerkwi. Obok cerkwi, w ogrodzeniu, stała broń ustawiona w kozły, podczas
      obchodzenia cerkwi chorągwie i obrazy nieśli tylko powstańcy. Po mszy
      tradycyjne spotkanie z parafianami i powstańcami przy zastawionych koło cerkwi
      stołach, z przemowami dowódców, powstańców, parafian.
      Dowódcy czytali pod cerkwią specjalną odezwę z okazji świąt wielkanocnych, w
      której zachęcano do wytrwania na miejscu, i do walki z polskim i sowieckim
      okupantem Ukrainy, i wyrażano wiarę w odrodzenie Ukrainy od gór Karpat i
      przełęczy Beskidów na zachodzie do rzeki Don na wschodzie, i od błot Prypeci na
      północy do Morza Czarnego.
      Po zakonczeniu świętowania odprawiłem w Rudawce i Kotowie Panachydy za
      poległych bohaterów-powstańców i poświęciłem ich groby.
      Z Bożą pomocą wytrwałem jeszcze jakiś czas w Birczy, potem przeniosłem się do
      Krajnej, a potem przy pomocy UPA do rodzinnych Kniażyc.
      Do Birczy już nie wróciłem. Również polscy kapłani po napadzie na Berezkę
      porzucili Birczę, i już do niej nie wrócili.
      Kapelanem oddziałów UPA, jakie walczyły na ziemi birczańskiej, był ojciec Wasyl
      Szewczuk, proboszcz z Piątkowej, znany pod pseudonimem „Kadyło”. Udał się on z
      rajdem UPA na Zachód. Na Słowacji zachorował. Opadłszy z sił, zatrzymał się u
      słowackiego kapłana. Znalazła go tam słowacka policja, i na podstawie umowy z
      1947 roku odała go Polakom, którzy uwięzili kapłana w więzieniu w Rzeszowie, a
      następnie skazali na karę śmierci, którą wykonano.”


      Na tym kończą się wspomnienia dotyczące Birczy – niedługo zacznę tłumaczyć
      inne !
        • darino z wspomnień Iwana Olijara "Kuma" 28.10.05, 19:44
          "Idziemy już przez Słowację trzeci dzień. Nie mamy żywności. Wielu żołnierzy
          jest osłabionych. Wreszcie na czwarty dzień napotkaliśmy na pastwisku
          pastuchów, i od nich dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest wieś Jabłonka.
          Dowódca rozkazuje wyznaczyć po dwóch żołnierzy z każdego roju i wysłać do wsi
          po żywność. Niedługo wrócili oni z mąką, z której nasi kucharze zaraz ugotowali
          mamałygę. Od razu zrobiło się weselej.
          Kiedy się sciemniło, straże doniosły nam o zbliżaniu się wojska. Pierwszą naszą
          myślą było, że to sotnia "Chrina", jednak okazało się, że to pluton słowackiego
          wojska. Zatrzymaliśmy ich, i bez żadnych trudności dogadaliśmy się. Dowódca
          plutonu powedzial nam, gdzie i w jakiej sile kwateruje wojsko, oraz rozkazał
          swoim żołnierzom, aby zaopatrzyć nas w amunicję. Pożegnaliśmy się. Oddaliwszy
          się, Słowacy rozpoczęli w lesie silną strzelaninę, aby mieć wytłumaczenie,
          dlaczego stracili amunicję. Ich poczynania były dla nas jasne - nie lubili ono
          Czechów, a sprzyjali nam.
          Jeszcze tej samej nocy przeszliśmy główną szosę,rzekę, i weszliśmy w następny
          las. Na postoju do komendanta "Hromenka" podszedł ojciec "Kadyło" i poprosił o
          zezwolenie na oddalenie się z oddziału, z nadzieją, że kapłan z pobliskiej
          wioski pomoże mu z pomocą innych kapłanów dotrzeć do Niemiec. Komendant
          najpierw nie zgadzał się, ale ponieważ ojciec nalegał, w końcu wyraził zgodę.
          I tak poszedł nasz ojciec, i już nigdy nie wrócił.
          Został zatrzymany i przekazany Polsce."
    • dymek25 Re: "Birczanszczina - stradalna zemlja" 30.11.05, 16:11
      Wsie Boguszówka i KOrzeniec leżące tuż obok Birczy stanowiły wyspy starego osadnictwa polskiego na zdominowanym przez ludność ruska Pogórzu Przemyskim.
      W 1921 roku Boguszówkę zamieszkiwało 233 mieszkańców w 42 domach, w tym: 214 rzym., 7 grek., 12 mojż., Korzeniec 767 w 146 domach, w tym 670 rzym.67 grek., 30 mojżesz. Parafie rzymsko-kat. założyli w 1478 roku Jan i Rafał z Humnisk.
      Źródło:S.Kryciński:Przemyśl i Pogórze Przemyskie.Przewodnik.1997
      • piotrzr "Birczanszczina 1914 21.10.06, 08:56
        Myslę że ciekawym przyczynkiem do pociągnięcia tego wątku będa fragmenty
        wspomnien zaczerpniete z dzinników talerhofskich - ciekawego dokumentou
        publikowanego na internecie . Dzisiaj fragment dotyczący powiatu dobromilskiego
        ( w moim ułomnym tłumaczeniu) :

        "Powiat dobromilski 1914
        Z miejscowej inteligencji (ukraińskiej) z początkiem wojny nie ostał się prawie
        nikt.
        Ogólnie Austriacy aresztowali w Dobromilu 41 osób. W tej liczbie aresztowali
        miejscowego proboszcza ojca Włodzimierza Łysaka, sekretarza miejskiej rady
        Piotra Ciechanowskiego i adwokata dr Mirosława Ilnickiego.
        Ciekawe, że aresztowali także starostę powiatowego Polaka Jozefa Lange, za to,
        że wstawiał się i był przychylny osobom podejrzewanym o rusofilstwo i poddawanym
        represjom w jego powiecie.
        Ogólnie w powiecie dobromilskim, jak wszędzie indziej, nie obeszło się bez
        egzekucji i rozstrzelań ruskich mieszkańców powiatu.
        Centralnym miejscem dla tych egzekucji była wieś Kuźmina. Tutaj przywożono
        aresztowanych na całym obszarze i tu ich wieszali. Szubienice były urządzone
        bardzo prosto. W ścianę jednego z domów było wbitych rząd żelaznych haków, na
        których były wieszane nieszczęście ofiary. Ogólnie egzekucjami objęa)to tu 30
        osób, w tej liczbie 20 z samej Birczy.
        Wśród uśmierconych w ten sposób udało się rozpoznać czterech włościan ze wsi
        Trzcianiec- Kasjana Matwieja, Eustachego i Iwana Klimowskich oraz pastucha Dudę.

        We wsi Kwaszenia austriacki oficer zastrzelił Pawła Korostańskiego za to, że nie
        potafił wskazać mu, w którym kierunku odjechali rosyjscy zwiadowcy."

        • darino Re: "Birczanszczina 1914 21.10.06, 10:32
          Bardzo interesujące. Ciekawe czy adwokat Mirosław Ilnicki był jakimś
          krewnym "naszego" birczańskiego adwokata Mychajła Ilnickiego, zamordowanego po
          wojnie przez milicjantów ?
          No i ten interesujący przyczynek do historii Kuźminy ...
      • stary-pierog Re: "Birczanszczina - stradalna zemlja" 20.03.15, 22:22
        Nie sympatyzuję wprawdzie z Ukraińcami, zdecydowanie nie, ale dobrze jest sobie poczytać, jak to było u nas kiedyś, jak sąsiad z sąsiadem żyli sobie za pan brat mimo różnego pochodzenia. Niestety, każda wojna wybucha przez władzę, a cierpią niewinni ludzie. Tak też było i tutaj, tereny przygraniczne zawsze stanowiły kośc niezgody, każde z państw chciało je wydrzeć dla siebie... o takich ciepłych stosunkach jak dawniej można sobie tylko pomarzyć. I wychodzi, jak bardzo w tamtych latach dominowali w Birczy ludzie pochodzenia ukraińskiego. O tej znaczącej przewadze nie wiedziałem.
    • stary-pierog Re: "Birczanszczina - stradalna zemlja" 20.03.15, 22:15
      Jestem uradowany z powodu tego, co tutaj przeczytałem (mało do tej pory znana historia Birczy i ludzi, którzy tu mieszkali). Ale że nie czytałem każdego z postów i nie jestem pewien czy ktoś już o to pytał, to pytam: Jak trafiliście na tę wspaniałą książkę i czy nigdy nie była publikowana w Polsce? Zgaduję, że nie była.
      • darino książka Iwana Łebedowycza 21.03.15, 15:56
        > Jestem uradowany z powodu tego, co tutaj przeczytałem (mało do tej pory znana h
        > istoria Birczy i ludzi, którzy tu mieszkali). Ale że nie czytałem każdego z po
        > stów i nie jestem pewien czy ktoś już o to pytał, to pytam: Jak trafiliście na
        > tę wspaniałą książkę i czy nigdy nie była publikowana w Polsce? Zgaduję, że nie
        > była.

        Kiedyś, szukając informacji o historii Birczy, zobaczyłem, że ktoś o nazwisku Łebedowycz napisał w języku ukraińskim jakąś książkę o Birczy. Zainteresowałem się tą osobą, i okazało się, że ksiądz Łebedowycz był proboszczem w Birczy i dziekanem birczańskim. Napisałem do dwóch osób w USA, w tym do mojej kuzynki, i obie osoby przysłały mi ksera tej broszury. Przetłumaczyłem większośc informacji z książki, i umieściłem tu na forum. Dodam, że kilka tygodni temu skończyłem tłumaczenie całej książeczki na język polski, i jest możliwe, że ukaże się drukiem jeszcze w tym roku.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka